Pokazywanie postów oznaczonych etykietą unikanie opodatkowania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą unikanie opodatkowania. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 sierpnia 2019

Podatek od „optymalizacji”

Kiedy wreszcie damy sobie spokój z tym całym CIT-em i po prostu zastąpimy go podatkiem od przychodów? Mam nawet nazwę: podatek antyoptymalizacyjny.

W poprzednim wydaniu „Gazety Finansowej” omówiłem plany wprowadzenia tzw. podatku cyfrowego, mającego przywołać do elementarnego porządku globalne korporacje internetowe (Facebook, Google itp.), słynące z agresywnej „optymalizacji” podatkowej – tj. unikania płacenia podatków w krajach, w których realnie wypracowują swoje zyski. Dziś zajmiemy się innym podatkiem, ale z tej samej parafii – mianowicie, podatkiem od sprzedaży detalicznej, zwanym potocznie „podatkiem od marketów”. Został on uchwalony już w 2016 r., jednak niemal natychmiast zawieszono jego stosowanie, bowiem do sprawy wmieszała się Komisja Europejska, zarzucając Polsce złamanie unijnego prawa dotyczącego pomocy publicznej – nowa danina wg KE miałaby faworyzować mniejsze podmioty kosztem wielkopowierzchniowych sieci handlowych.

Tu zwróćmy uwagę na pewien charakterystyczny szczegół. O ile podatek cyfrowy wprowadzany jest z „błogosławieństwem” Brukseli (która pracuje nad ogólnoeuropejską dyrektywą w tej materii) i bazuje na projekcie opracowanym w Komisji Europejskiej, o tyle „podatek od marketów” z miejsca spotkał się z zajadłym sprzeciwem władz unijnych, mimo że dotyczy identycznego problemu - wyprowadzania zysków i unikania opodatkowania. Można domyślać się tutaj stricte politycznych motywacji – podatek cyfrowy uderza przede wszystkim w firmy amerykańskie (stąd gniewne reakcje Donalda Trumpa) i zapewne jest przez KE traktowany jako element wojny handlowej ze Stanami Zjednoczonymi. Natomiast podatek od sprzedaży detalicznej uderzyłby przede wszystkim w handlowych gigantów „starej” Unii – firmy niemieckie, francuskie, holenderskie, brytyjskie... Widać tu jak dłoni kolonialny stosunek do naszego regionu, który ma być rynkiem zbytu i źródłem zysków transferowanych następnie do zachodnioeuropejskich central. Płacić podatki tam, gdzie fizycznie osiągnięto dochód? Przecież nie po to wkraczaliśmy do „nowej Europy” ze swoimi sieciami! Ów radykalny sprzeciw Komisji pokazuje również siłę oddziaływania biznesowego lobbyingu na procesy decyzyjne w UE. To tyle, jeśli chodzi o pilnowanie przez Brukselę warunków równej i sprawiedliwej dla wszystkich konkurencji gospodarczej – albowiem od razu trzeba dodać, że podatkowe uprzywilejowanie największych, międzynarodowych graczy stawia na przegranej pozycji rodzinne, niewielkie sklepy, pozbawione możliwości „optymalizacyjnych”. Podatek handlowy zatem nikogo nie „uprzywilejowuje” - przeciwnie, ma na celu wyrównanie podstawowych reguł gry rynkowej.

W każdym razie, sprawa podatku trafiła przed Sąd Unii Europejskiej, który w maju tego roku przyznał Polsce rację. Sąd UE stwierdził m.in., że konstrukcja podatku nie prowadzi do selektywnych korzyści dla określonych grup podmiotów, chociażby dlatego, że wielkie przedsiębiorstwa korzystają z efektu skali dzięki któremu mogą mieć proporcjonalnie niższe koszty od małych graczy. W związku z tym, uznał zastrzeżenia KE dotyczące nieuprawnionej pomocy publicznej za bezzasadne. Jednak Komisja nie odpuszcza i pod koniec lipca dowiedzieliśmy się, że ma zamiar odwołać się do TSUE – piłka zatem wciąż pozostaje w grze, choć do przerwy jest 1:0 dla nas.

Przypomnijmy, że rządowy projekt zakłada progresywną konstrukcję „podatku od marketów”: stawkę 0,8 proc. od przychodów mieszczących się w przedziale od 17 mln. do 170 mln. zł. miesięcznie i 1,4 proc. od przychodów powyżej 170 mln. zł. miesięcznie. Ważne jest tu oparcie się na kategorii przychodu a nie dochodu, gdyż większość sztuczek „optymalizacyjnych” zasadza się na mnożeniu „kosztów” pozwalających skutecznie zredukować dochód będący podstawą opodatkowania – to jest zresztą podstawową wadą podatku CIT, sprawiającą iż efektywna stopa CIT jest na ogół niższa od nominalnej. Wśród patologii można wymienić chociażby „ceny transferowe” - czyli ceny jakimi operują między sobą podmioty w ramach tej samej grupy kapitałowej, bądź sprzedawanie przez „centralę” spółkom zależnym praw do korzystania z marki i loga, albo wręcz... projektów urządzenia wnętrza sklepów. A jest to tylko wierzchołek góry lodowej.

W efekcie, jak możemy zobaczyć w najnowszych danych Min. Finansów za rok 2018 (stan na 1 czerwca 2019), największe sieci handlowe w Polsce albo w ogóle nie płacą CIT, wykazując straty, albo są to kwoty symboliczne zważywszy na skalę działalności. Przykładowo: Tesco – zero CIT i ponad 445 432 744 zł. straty; Auchan – zero CIT i ponad 24 813 048 zł. straty; Macro Cash and Carry – zero CIT; Kaufland – 48 386 276 zł. CIT przy 10 228 950 585 zł. przychodu; Carrefour - 9 227 936 447 zł. przychodu i 16 841 100 zł. CIT. I tak dalej – wychodzi na to, że sieci handlowe w Polsce uprawiają działalność charytatywną (albo, patrząc z punktu widzenia państwa - pasożytniczą). Dlatego podatek detaliczny mówi „sprawdzam”. A ja zastanawiam się już tylko, kiedy wreszcie damy sobie spokój z tym całym CIT-em i po prostu zastąpimy go podatkiem od przychodów? Mam nawet nazwę: podatek antyoptymalizacyjny. Czy znajdzie się odważny?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Podatkiem w Zuckerberga

Podatek od ucieczki do raju

Wszyscy płacimy za optymalizację


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 32-33 (09-22.08.2019)

niedziela, 29 lipca 2018

Podatek od ucieczki do raju

W skali globalnej transfery do rajów podatkowych opiewają na setki miliardów – tylko w 2015 r. międzynarodowe korporacje wytransferowały do rajów podatkowych 627 mld. euro.

Hitem podatkowym tegorocznego sezonu ogórkowego stał się niewątpliwie „exit tax”, pełniący w doniesieniach działów ekonomicznych rolę pytona z Konstancina. Nowy podatek podobnie jak kilkumetrowy gad ma być groźny, nieuchwytny i nikt nie widział go na oczy – poza wylinką, której odpowiednikiem są szczątkowe przecieki z Ministerstwa Finansów. Prace nad daniną mającą obowiązywać już od przyszłego roku owiane są nimbem tajemnicy - co, jak rozumiem, ma utrudnić potencjalnym kombinatorom stworzenie wyprzedzających strategii optymalizacyjnych i wyszukanie luk w przygotowywanych przepisach. Ogólne założenia są jednak znane: „exit tax” ma być „podatkiem od przeprowadzki” zniechęcającym do przenoszenia firm i kapitału do rajów podatkowych. Opodatkowaniu mają podlegać wyprowadzane za granicę aktywa (nawet do 100 proc. ich rynkowej wartości). Rozwiązanie to jest realizacją Dyrektywy Rady Unii Europejskiej 2016/1164 z 12 lipca 2016 r. i docelowo zostanie zaimplementowane we wszystkich państwach członkowskich. Oczywiście, dyrektywa daje poszczególnym krajom spory margines swobody, ale znając chwalebną pasję premiera Morawieckiego do uszczelniania systemu podatkowego należy się spodziewać, że przygotowywana ustawa będzie mocno restrykcyjna.

Generalnie pomysłowi można tylko przyklasnąć – raje podatkowe w międzynarodowym obrocie pełnią bowiem rolę paserów czerpiących zyski z umożliwiania korporacjom ukrywania dochodów. Mówiąc metaforycznie, służą za „dziuple” do melinowania kradzionych „fantów”. Cierpią na tym kraje w których dochody te były realnie wypracowane, co skutkuje nieproporcjonalnym zwiększeniem danin dla tych, którzy nie mają możliwości optymalizacji, przede wszystkim dla zwykłych obywateli (PIT i wysoki VAT) i drobnych przedsiębiorców. Przykładowo, w Polsce wpływy z PIT stanowią 9,3 proc. wpływów budżetowych, a CIT jedynie 5,33 proc. (dane OECD na podst. raportu „Uciekające podatki” Instytutu Globalnej Odpowiedzialności). Kolejnym efektem ubocznym jest zadłużanie się państw zmuszonych do rekompensowania sobie utraconych dochodów. Tylko w 2015 r. (nie licząc innych transferów) Polska utraciła na rzecz rajów podatkowych 4 mld. zł. - w tym 3 mld. wywędrowało do państw europejskich takich jak Malta, Cypr, Irlandia czy kraje Beneluxu.

Od pewnego czasu Unia Europejska usiłuje walczyć z tym procederem, zaś twarzą batalii stał się szef KE Jean-Claude Juncker, co jest o tyle groteskowe, że wcześniej sam jako premier Luksemburga był głównym motorem „przebranżowienia” swojego kraju w czołowy europejski raj podatkowy, o czym szeroka publiczność mogła się przekonać przy okazji afery Lux-leaks. Okazało się, że Wielkie Księstwo Luksemburga jest siedzibą kilkuset międzynarodowych korporacji, w tym takich gigantów jak Amazon, McDonald's czy IKEA płacących na podstawie specjalnych umów (tzw. „comfort letters”) poniżej 1 proc. podatku CIT. Co ciekawe, w publikowanej przez Komisję Europejską „czarnej liście rajów podatkowych” nie figuruje żadne państwo z Europy, choć wg organizacji badających problem należałoby dołączyć do spisu kraje wymienione w poprzednim akapicie plus chociażby dependencje Wielkiej Brytanii. Komisja tłumaczy się tym, że na liście umieszczono jedynie państwa „nie współpracujące” z Unią przy zwalczaniu unikania opodatkowania. Hm, ciekaw jestem w jaki sposób „współpracuje” z władzami UE przywołany tu Luksemburg – czyżby przysolił Amazonowi 29 proc. CIT, czyli tyle, ile wynosi nominalna stawka tego podatku w tym kraju?

W skali globalnej transfery do rajów podatkowych opiewają na setki miliardów – w 2017 r. naukowcy z uniwersytetów w Kopenhadze i Berkeley badając pracowicie bilanse płatnicze, raporty organów podatkowych, dane Eurostatu i sprawozdania finansowe firm wyliczyli, że tylko w 2015 r. międzynarodowe korporacje wytransferowały do rajów podatkowych 627 mld. euro zagranicznych zysków, z czego 47 proc. trafiło do Unii Europejskiej, zaś 53 proc. przypadło rajom z innych regionów świata. Warto dodać, że owe 627 mld. to 45 proc. zysków globalnych potentatów, co daje wyobrażenie o rozmiarach procederu.

Wracając na nasze podwórko. Jedynym zgrzytem pojawiającym się w doniesieniach na temat „exit tax” jest możliwość opodatkowania zwykłych obywateli przenoszących się za granicę. Tu drapieżność fiskusa posuwa się zdecydowanie za daleko. Czy Kowalski prowadzący w Polsce sklep albo warsztat samochodowy ma zapłacić „wyprowadzkowe” na równi np. z bankiem? Czysty absurd i miejmy nadzieję, że rząd wycofa się z tego poronionego pomysłu. Nawiasem, kolejnym krokiem powinno być opodatkowanie internetowych gigantów typu Facebook czy Google (dziś płacą podatki w Irlandii i ani grosza w innych krajach UE). Podsuwam tu za darmo swój autorski pomysł: otóż należałoby wprowadzić swoisty „podatek pogłówny”, czyli daninę od liczby użytkowników zarejestrowanych w danym kraju. Zobaczyć minę Marka Zuckerberga na wieść o tym, że ma zabulić za każdego z 16 mln. polskich „fejsbukowiczów” – bezcenne.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wszyscy płacimy za „optymalizację”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 29-30 (27.07-09.08.2018)