Pokazywanie postów oznaczonych etykietą e-koncerny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą e-koncerny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 października 2019

GAFA – koniec finansowego raju?

Librę” można by dopuścić - ale tylko jako wspólną „walutę technologiczną” e-koncernów, a jej wprowadzenie do obiegu odbywałoby się jedynie w formie wynagrodzenia stanowiącego dla użytkowników „GAFY” formę ekwiwalentu za udostępniane dane.

OECD postanowiła zabrać się (chciałoby się powiedzieć – wreszcie) za ucywilizowanie podatkowej bandyterki uprawianej przez międzynarodowe technologiczne korporacje, synonimizowane zbiorczo jako GAFA – od największych graczy: Google, Apple, Facebook, Amazon. Do tej pory bowiem podmioty z tej branży wykorzystując specyfikę globalnej sieci skutecznie unikały opodatkowania w krajach w których realnie wypracowywały swe gigantyczne zyski. Jak już kiedyś tu wspominałem, taki Facebook nie zapłacił w 2017 r. ani złotówki podatku CIT, mimo że na reklamach (szacunki PwC) zarobił w Polsce 596,5 mln. zł. Wszystko dlatego, że rozliczenia reklamodawców następowało z ulokowaną w Irlandii spółką Facebook Ireland Limited, korzystającą w tym kraju z rozwiązań charakterystycznych dla rajów podatkowych. Podobnie rzecz się ma z innymi podmiotami z tej branży. Jak szacuje OECD (dane za euractiv.pl) w skali globalnej rządy tracą na tego typu procederze ok. 240 mld. dolarów rocznie – a są to wyliczenia nader ostrożne, bowiem wg organizacji Tax Justice Network kwota ta jest ponad dwukrotnie wyższa.

Dotykamy tu zresztą szerszego problemu agresywnej optymalizacji i rajów podatkowych, którego zaledwie częścią są fiskalne sztuczki internetowych koncernów. Jest to, mówiąc wprost, zorganizowana kradzież, w której rolę „dziupli” do melinowania „fantów” i zarazem paserów pełnią raje podatkowe. Okradane są nie tylko budżety państw, ale przede wszystkim uczciwie działający przedsiębiorcy i zwykli obywatele. Państwa, by załatać podatkowe „dziury” zadłużają się bardziej niż byłoby to konieczne – podobnie cierpią lokalni podatnicy zmuszeni do płacenia zarówno za siebie, jak i za podatkowych cwaniaków. Takie są konsekwencje optymalizacyjnego złodziejstwa.

Do skasowania rajów podatkowych daleka droga, choć aż się prosi o wprowadzenie podatku od międzynarodowych przepływów kapitałowych, niemniej OECD poczyniła pierwszy krok we właściwym kierunku. Ponieważ dotychczasowe formy opodatkowania nie zdały egzaminu, postawiono na globalny podatek cyfrowy. Podobne rozwiązanie wprowadziła już Francja, zmuszona jednak przez Trumpa (gros technologicznych gigantów to firmy amerykańskie) do obietnicy zrekompensowania ewentualnej „nadpłaty”, gdyby okazało się, że podatek francuski będzie wyższy od tego wprowadzonego przez OECD. My również mieliśmy swoje zapędy w tym kierunku, jednak błyskawicznie zostaliśmy przywołani do porządku przez wiceprezydenta USA Mike'a Pence'a, który przy okazji tegorocznych obchodów rocznicy wybuchu II Wojny Światowej „z głęboką wdzięcznością” podziękował nam za odstąpienie od daniny cyfrowej, która „mogłaby utrudnić wymianę handlową” z naszym hegemonem zza oceanu.

Teraz zatem wszystko w ręku OECD. Specjalna grupa robocza przed kilkoma dniami opublikowała projekt wytycznych dla nowego podatku. Rzecz dotyczyć ma łącznie 134 państw, a kluczowa propozycja zakłada, iż spółki technologiczne będą płacić podatki tam, gdzie mają obroty, niezależnie od tego, czy zarejestrowały w danym kraju formalnie swą działalność. A zatem, przywołując wspomniany wyżej przykład Facebooka, podatek od zysków z reklam byłby płacony w Polsce, a nie w Irlandii. Projekt będzie jeszcze poddany konsultacjom, m.in. podczas najbliższego spotkania ministrów finansów grupy G-20 w Waszyngtonie, a jego ostateczny kształt mamy poznać w styczniu przyszłego roku. Ambitne plany zakładają, że „podatek GAFA” zostałby ustanowiony jeszcze w 2020 r. Oczywiście, podstawową sprawą jest tu jego wysokość – czy w skali ogólnoświatowej zbliży się ona do owych 240 mld. dolarów rocznie wyliczonych przez OECD, czy skończy się na jakimś ochłapie rzuconym na odczepnego. No i rzecz jasna - czy w trakcie negocjacji nie zostaną wmontowane jakieś sprytne furtki czyniące całą inicjatywę fikcją. Warto jeszcze zauważyć, iż Unia Europejska ustami nominowanego właśnie komisarza ds. gospodarczych i finansowych Paolo Gentiloniego zapowiedziała, że podatek cyfrowy zostanie wprowadzony na terenie UE nawet w przypadku fiaska projektu OECD.

Osobiście uważam, że należy pójść o krok dalej, czemu dałem wyraz w niedawnym felietonie „Czy Facebook i Google są za darmo?”. Otóż koncerny technologiczne wypracowują swe dochody w znacznej mierze dzięki wszechstronnej monetyzacji najróżniejszych danych pozostawianych przez nas w sieci – to jest waluta, którą realnie płacimy za rzekomo „darmowe” usługi, dostając w zamian tak naprawdę świecidełka. I tu zgłaszam postulat – jakiś czas temu Zuckerberg wystąpił z pomysłem własnej kryptowaluty Libra. Sprawa ugrzęzła zablokowana przez świat polityki i finansów. Ja bym ją odblokował, pod jednym wszakże warunkiem: otóż „Librę” można by dopuścić - ale tylko jako wspólną „walutę technologiczną” e-koncernów, a jej wprowadzenie do obiegu odbywałoby się jedynie w formie wynagrodzenia stanowiącego dla użytkowników „GAFY” formę ekwiwalentu za udostępniane dane. Dziś te dane mają od nas za bezcen – niech więc wreszcie zaczną za nie płacić.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Czy Facebook i Google są za darmo?

Podatkiem w Zuckerberga


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 42 (18-24.10.2019)

czwartek, 26 września 2019

Czy Facebook i Google są za darmo?

Google, Apple, Facebook, Amazon to gigantyczne giełdy, na których trwa nieustanna spekulacja najcenniejszą walutą, jaką jest informacja. A my tej waluty o rocznej wartości bilionów dolarów dostarczamy w zamian za – biorąc pod uwagę proporcje – świecidełka.

No i wykrakałem. Jak być może Państwo pamiętają, nieco ponad miesiąc temu w felietonie „Podatkiem w Zuckerberga” zająłem się planami wprowadzenia w Polsce podatku cyfrowego, który mieliby płacić internetowi giganci pokroju Google, Facebooka, Amazona itd. Międzynarodowe e-koncerny słyną bowiem z dopracowanej do perfekcji optymalizacji podatkowej, skutecznie unikając uiszczania danin od zysków w krajach, gdzie zostały one realnie wypracowane. Wykorzystują tutaj swoistą „płynność” charakteryzującą funkcjonowanie w globalnej sieci. Przykładowo, wykupując reklamy, czy sponsorowane posty na Facebooku, zawiera się umowę nie z polskim oddziałem tej firmy, lecz spółką zarejestrowaną w Irlandii – i to tam odnotowywane są zyski oraz odprowadzane podatki. Podatek cyfrowy (bazujący na projekcie dyrektywy przygotowywanej przez Komisję Europejską) miał przynajmniej częściowo ukrócić tę patologię. Wedle wstępnych założeń, firmy internetowe odnotowujące globalny przychód w wysokości 750 mln. euro, a na terenie Unii Europejskiej minimum 50 mln. euro, miałyby płacić 3 proc. podatku. W Polsce mieliśmy wzorem Francji nie czekać, aż państwa członkowskie UE dojdą do porozumienia (dyrektywa blokowana jest przez kraje skandynawskie), tylko wprowadzić daninę cyfrową „oddolnie”, na własną rękę – i to od 2020 r., co zapewniłoby budżetowi wg szacunków Ministerstwa Finansów ponad 217 mln. zł.

Felieton zakończyłem jednak (i tu wracamy do „krakania”) niewesołą refleksją. Mianowicie, wyraziłem wątpliwość, czy na wprowadzenie takiego podatku zezwoli nam ambasador Georgette Mosbacher, słynąca z nader aktywnego lobbowania na rzecz amerykańskich firm i potrafiąca za pomocą ostrych listów, których ton ociera się o utrzymane w kolonialnym duchu połajanki, wymusić na polskim rządzie odpowiednie ustępstwa. Tak się bowiem składa, że podatek cyfrowy uderzyłby głównie w podmioty amerykańskie, a jego wprowadzenie we Francji spotkało się ze zdecydowaną reakcją Donalda Trumpa, który zapowiedział odwetowe cła na francuskie towary. Trump przy tej okazji raczył stwierdzić, że amerykańskie firmy mają płacić podatki w Ameryce – i nigdzie indziej. Cóż, na jego miejscu zamiast pomstować, przyjrzałbym się raczej, ile faktycznie taki Google płaci podatków w USA, a ile zysków globalnego monopolisty trafia na Bermudy.

Wracając jednak do tematu – otóż niedawno okazało się, że podatku cyfrowego w Polsce jednak nie będzie. Nie tyle jednak za sprawą zakazu ambasador Mosbacher, co wiceprezydenta Mike'a Pence'a. Jak wiemy, Pence przybył do Polski z wizytą w zastępstwie Donalda Trumpa przy okazji obchodów 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej i uraczył nas pięknym przemówieniem. Na tym jednak nie koniec, bowiem podczas konferencji prasowej oznajmił, iż USA przyjęły „z głęboką wdzięcznością” rezygnację z wprowadzenia przez Polskę podatku cyfrowego, dodając przy tym lekko tylko zawoalowaną pogróżkę, iż taka danina mogłaby utrudnić wymianę handlową między oboma krajami. Krótko mówiąc, podatek miał być, ale przyjechał amerykański nadzorca – i podatku nie będzie. Trudno o bardziej wyrazisty przykład kolonialnych relacji. Zresztą, takim prezentem zostaliśmy przez stronę amerykańską uraczeni nie pierwszy raz. Warto tu przypomnieć niesławny „szczyt bliskowschodni” z lutego 2019 r. O tym, że będziemy jego „organizatorami” również dowiedzieliśmy się od Mike'a Pence'a – a konkretnie z jego wypowiedzi podczas konferencji prasowej... w Egipcie.

Nasze Ministerstwo Finansów próbuje robić teraz dobrą minę do złej gry, twierdząc wbrew wcześniejszym deklaracjom, że podatek cyfrowy nigdy nie był tak naprawdę planowany, że chodziło jedynie o wspieranie takiej regulacji na poziomie europejskim i generalnie czekamy, aż Komisja Europejska ogarnie się z tematem, żeby się podłączyć pod wypracowane w Brukseli rozwiązania. Słowem, nieudolne mydlenie oczu i ogólna żenada.

No dobrze, powie ktoś, ale może taki podatek jest zwyczajnie zbędny, skoro świat został obdarowany darmowymi dobrodziejstwami ułatwiającymi globalną komunikację i upraszczającymi różne dziedziny życia? Te wszystkie portale społecznościowe pozwalające ludziom komunikować się między sobą, wyszukiwarki, mobilne systemy operacyjne, nawigacja samochodowa itp... Otóż nie. My za te „darmowe” produkty i usługi płacimy - i to słono. Walutą są tutaj nasze dane, informacje o sobie, które zostawiamy w sieci. Jest to bezcenny kapitał umożliwiający profilowanie nas, targetowanie i „monetyzowany” przez koncerny cyfrowe na wszelkie możliwe sposoby. W tym ujęciu słynna GAFA - Google, Apple, Facebook, Amazon - jawią się niczym gigantyczne giełdy, na których trwa nieustanna spekulacja najcenniejszą walutą, jaką jest informacja. A my tej waluty o rocznej wartości bilionów dolarów dostarczamy w zamian za – biorąc pod uwagę proporcje – świecidełka. I to jest kolejny powód dla którego e-koncerny powinny zostać opodatkowane – albo... zacząć płacić użytkownikom za to, że chcą korzystać z ich produktów.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Podatkiem w Zuckerberga


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 37 (13-19.09.2019)