Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rada Europy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rada Europy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 stycznia 2019

„Mowa nienawiści” - knebel na prawicę

Mowa nienawiści” to lewacki konstrukt ideologiczny służący wyrugowaniu z przestrzeni publicznej prawicowych i konserwatywnych poglądów.

I. Tolerancjonizm w natarciu

Pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda – głosi popularna maksyma. W naszych obecnych realiach natomiast pierwszą ofiarą rozpętanej po zabójstwie Pawła Adamowicza wojny politycznej może paść jeden z niezbędnych warunków głoszenia prawdy, jakim jest wolność słowa. Wszystko pod pozorem zainicjowanej właśnie walki z „mową nienawiści” (określenie to nie bez przyczyny należy brać w cudzysłów, bądź poprzedzać sformułowaniem „tak zwana...” - o czym szerzej za chwilę). Czym jest owa „mowa nienawiści” (ang. „hate speech”)? Jest to wymyślony przez zachodnie lewactwo konstrukt ideologiczny służący wyrugowaniu z przestrzeni publicznej prawicowych i konserwatywnych poglądów. Innymi słowy, jest to forma cenzury, knebel na prawicę. W tym ujęciu tzw. mową nienawiści staje się każda opinia, a nawet przywołanie oczywistych faktów, niemiłych lewicowo-liberalnemu establishmentowi. Dla ścisłości - „mowa nienawiści” nie oznacza takich czynów jak np. zniesławienie, podżeganie do przestępstwa czy groźby karalne, które już dzisiaj są penalizowane odpowiednimi przepisami prawa karnego. To pojęcie o wiele szersze, a jego podstawową cechą jest dalece posunięta uznaniowość co do tego, jakie wypowiedzi i zachowania zostaną zakwalifikowane jako „nienawistne”. „Mowa nienawiści” stanowi zatem część składową ideologii tolerancjonizmu (czyli afirmacji wszelkich odmienności od tradycyjnych norm kulturowych) i szerzej – marksizmu kulturowego oraz politycznej poprawności, mającej na celu zafałszowanie podstawowych pojęć cywilizacyjnych, a co za tym idzie – przewartościowanie zbiorowej świadomości poprzez kontrolę myśli i języka (bo nie będziemy w stanie „pomyśleć” niczego, czego nie potrafimy prawidłowo nazwać).

W Polsce batalia przeciw „mowie nienawiści” dopiero raczkuje i w porównaniu z krajami Zachodu cieszymy się jeszcze stosunkowo dużym zakresem wolności słowa. Póki co, nie szaleje u nas masowy terror „political correctness”, w którym osoba głosząca nieprawomyślne poglądy skazuje się co najmniej na ostracyzm i swoistą „śmierć cywilną” - a nierzadko na odpowiedzialność karną. Również organy ścigania na ogół wykazują wstrzemięźliwość co do karania za słowa. Wolno jeszcze głosić, że rodzina to związek kobiety i mężczyzny, homoseksualizm jest dewiacją, aborcja morderstwem, islamizm zagrożeniem dla Europy, a wartości chrześcijańskie są podstawą naszej cywilizacji – w większości krajów zachodniej Europy za podobne „herezje” można nawet stanąć przed sądem. To jednak może się zmienić za sprawą histerii rozpętanej po tragicznej śmierci prezydenta Gdańska. Temu służyć ma rozpowszechniana od pierwszych chwil po morderstwie narracja, jakoby Pawła Adamowicza nie zabił konkretny człowiek pragnący się zemścić za odsiadkę w więzieniu, lecz wszechogarniająca nienawiść, której źródłem (i to jedynym) ma być rzekomo prawica, a konkretnie PiS i Jarosław Kaczyński.


II. Szkolne pranie mózgów

Na reakcję sił postępu nie trzeba było długo czekać. Prezydenci kilku miast (Warszawa, Wrocław, Kraków, Łódź, Toruń, Bydgoszcz, Poznań, Białystok) zapowiedzieli, że w miejscowych szkołach odbędą się specjalne lekcje poświęcone „mowie nienawiści” z użyciem m.in. materiałów przygotowanych przez sorosowską Fundację Batorego czy skolonizowaną ideologicznie przez lewicę Radę Europy. Są to np. raport Fundacji Batorego i Centrum Badań nad Uprzedzeniami „Mowa nienawiści, mowa pogardy”, a także podręcznik Kampanii Rady Europy Bez Nienawiści „Zakładki. Przeciwdziałanie mowie nienawiści w sieci poprzez edukację o prawach człowieka”. Czego się z nich dowiadujemy? Wg raportu Fundacji Batorego ofiarami „mowy nienawiści” padają „osoby nieheteronormatywne”, uchodźcy i muzułmanie oraz feministki. Kropka. Z kolei w podręczniku Rady Europy główny nacisk położony jest na „ksenofobię”, „rasizm” i „dyskryminację” - oczywiście w odniesieniu do imigrantów i mniejszości etnicznych. Również kropka.

Już tylko na tym krótkim przykładzie widać, że mamy tu do czynienia ze skrajnie zaburzoną i motywowaną ideologicznie optyką, wedle której obiektami nienawiści są jedynie ściśle wyselekcjonowane grupy – migranci, muzułmanie, homoseksualiści czy feministki (zwróćmy uwagę - nawet nie kobiety jako takie, lecz jedynie ich wąska „reprezentacja”). Rzecz jasna, ani słowa nie poświęcono nienawistnemu językowi skrajnej lewicy czy przedstawicieli środowisk muzułmańskich. To ma zniknąć z pola widzenia i wrażliwości odbiorców – otrzymujemy zatem pod pozorem „edukacji” ładunek indoktrynacji i pranie mózgów. Dobrze więc się stało, że zareagował instytut „Ordo Iuris”, podnosząc, że to rodzice powinni decydować o przeprowadzaniu takich zajęć i uczestnictwie w nich swoich dzieci. „Ordo Iuris” opublikowało na swych stronach wzór „Oświadczenia Rodzicielskiego” dzięki któremu będzie można zwolnić swoje dziecko z niepożądanych i potencjalnie demoralizujących zajęć – za co, nawiasem, tygodnik „Polityka” nazwał członków instytutu „fundamentalistami”.

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że ofiarami słownej agresji w Polsce padają przede wszystkim niezamożni mieszkańcy prowincji - „Janusze”, „Grażyny”, „hołota pobierająca 500+”, do tego rodziny wielodzietne określane jako „patologia, która się mnoży i żyje za nasze pieniądze”. Wystarczy zerknąć do internetu czy przypomnieć niesławny artykuł „Newsweeka” o „najeździe Hunów” zanieczyszczających bałtyckie plaże. Ludzi tych łączy jedno: stereotypowo uznawani są za gorszych – słabiej wykształconych, zacofanych, nieporadnych życiowo, prymitywnych, a na domiar złego głosujących na PiS. Podobnie fala zmasowanego hejtu dotyka Kościół przedstawiany jako instytucja pazerna i skorumpowana oraz księży, którym przyklejono łatkę zdemoralizowanych pedofili. Ale to pozostaje poza obszarem zainteresowania badaczy „mowy nienawiści”.


III. Zionąc miłością

Kampania przeciw „mowie nienawiści” ma jasno określony cel polityczny. Chodzi o zagonienie prawicy do kąta, tak by nie śmiała się odezwać – co w oczywisty sposób wpłynąć ma na przebieg zbliżających się kampanii wyborczych. A jeżeli jakikolwiek polityk bądź inna osoba publiczna odważy się zaprotestować, będzie piętnowana jako nienawistnik, który ma na rękach krew Pawła Adamowicza. Jak napisałem tydzień temu – w ciągu zaledwie doby od morderstwa ukształtował się przekaz jaki będzie towarzyszył tegorocznym wyborom. Stąd te chóralne jęki potępiające „nienawiść” - owo zbiorowe bicie się w cudze piersi, te diapazony hipokryzji podszyte szantażem moralnym. Schemat jest oczywisty – z jednej strony „my”, czyli siły dobra, broniące zgodnie ze słowami Donalda Tuska „Gdańska, Polski i Europy przed nienawiścią” utożsamianą z PiS, z drugiej zaś „oni” - dysząca nienawiścią prawica. Mamy tu zatem powtórkę z pamiętnej „polityki miłości” okresu rządów PO. Ten sam ton towarzyszył przemówieniu (bo trudno nazwać to homilią) o. Ludwika Wiśniewskiego podczas politycznego spektaklu, jaki zrobiono z pogrzebu prezydenta Adamowicza w gdańskiej Bazylice Mariackiej. Ta narracja, aby odnieść skutek, musi być wszechogarniająca, ma przytłaczać, tak by nikomu nie przyszło do głowy przypominać nie tylko „zionących miłością” wypowiedzi polityków i zwolenników „totalnej opozycji”, ale też chociażby okładek springerowskiego „Newsweeka” z Jarosławem Kaczyńskim na tle płomieni i podpisem „Dzień świra”, albo Macierewiczem ucharakteryzowanym na taliba. Nienawiść ma być przypisana jednej stronie.

Nie można się temu poddawać. Tym bardziej, że zaczęły się już podchody pod przyjęcie specjalnej ustawy przeciw „mowie nienawiści”, którą szybko ochrzczono „lex Adamowicz”. Ale rzecz nie tylko w doraźnej polityce – inicjatorom kampanii chodzi również o trwałe wyłączenie spod krytyki lewicowej agendy ideologicznej oraz wykluczenie z publicznego dyskursu tradycyjnych wartości. Wszystko po to, aby zapanowała miłość – ma się rozumieć, pod czujną opieką samozwańczej „policji myśli” bezlitośnie tępiącej „nienawistników”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polityczna nekrofilia „totalnej opozycji”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 04 (25-31.01.2019)

piątek, 14 listopada 2014

Przemoc wyznacznikiem postępu

Z doświadczeń skandynawskich wynikałoby, że „wojna płci” zaostrza się wraz z postępami rewolucji seksualnej.

I. Polki w opresji

Feministyczne siostrzyce podniosły raban po tym, jak sejmowa komisja sprawiedliwości i praw człowieka odłożyła do następnego posiedzenia sprawę ustawy ratyfikującej konwencję Rady Europy o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Kobiety wszak mają być u nas bite, poniewierane i generalnie opresjonowane przez mężczyzn, a na dodatek boją się zgłaszać przypadki przemocy na policję. W związku z powyższym, ratyfikacja podpisanej przez Polskę w 2012 konwencji stała się jakoby palącą potrzebą, by nadać instytucjonalne ramy walce z patologiami.

Czyżby?

Spójrzmy na wyniki badania przeprowadzonego w 2012 roku we wszystkich 28 krajach członkowskich UE przez europejską Agencję Praw Podstawowych. Rozmowami objęto 42000 losowo dobranych kobiet w przedziale od 15 do 74 roku życia – średnio ok. 1500 kobiet w każdym kraju. Jak podkreśla analiza instytutu „Ordo Iuris” pt. Czy Polska powinna ratyfikować Konwencję Rady Europy…?” badanie cechował wysoki poziom poprawności metodologicznej. Wyniki? Proszę bardzo. Najwyższe wskaźniki aktów przemocy wobec kobiet odnotowano w Danii (52%), Finlandii (47%) i Szwecji (46%). Zaraz za podium plasują się: Holandia (45%), Francja (44%) i Wielka Brytania (44%). Polska w tym zestawieniu znalazła się na ostatniej pozycji z wynikiem 19% tuż za Austrią (20%) i Chorwacją (21%). Unijna średnia to 33%. Nasz kraj cechuje ponadto bardzo wysoki wskaźnik zgłaszania przypadków przemocy na policję (blisko 30%), co sytuuje nas w europejskiej czołówce i zadaje kłam twierdzeniom, jakoby Polki były do tego stopnia sterroryzowane, bądź nieświadome swych praw, że nie odwołują się do interwencji odpowiednich organów państwa.

Powyższe dane nie powinny dziwić, zważywszy, że na przestrzeni dziejów kobiety w Polsce relatywnie cieszyły się nieporównanie wyższym statusem społecznym niż w krajach Zachodu. W historii najnowszej - po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku Polki zyskały prawa publiczne i cywilne na jakie ich odpowiedniczki w Europie Zachodniej musiały nierzadko czekać do lat 50- i 60-tych.

Ale co tam – „miłością płonąc do abstraktów, najbardziej nienawidzą faktów, fakty teoriom bowiem przeczą, a to jest karygodną rzeczą” ... No chyba, żeby założyć, iż w Agencji Praw Podstawowych do której zadań należy m.in. zwalczanie „rasizmu, antysemityzmu i ksenofobii”, a której polskim współpracownikiem jest Helsińska Fundacja Praw Człowieka siedzą jakieś krypto-mohery fałszujące statystyki.

II. Jaskinie równouprawnia

Znamienne jest, że przemoc wobec kobiet zatacza najszersze kręgi w państwach przedstawianych nam jako niedościgłe wzorce emancypacji. Przekładając na dzisiejsze realia maksymę towarzysza Stalina, głoszącą że walka klas zaostrza się wraz z postępem komunizmu, należałoby stwierdzić, iż proklamowana przez feminizm „wojna płci” zaostrza się wraz z postępami rewolucji seksualnej. Trudno bowiem o bardziej wyzwolone pod tym względem społeczeństwa, niż te, które póki co – czyli do ostatecznego zwycięstwa Proroka - zaludniają obecnie kraje skandynawskie i dziwnym trafem przodują w pastwieniu się nad niewiastami. Powtórzmy głośno i wyraźnie: Dania, Finlandia i Szwecja. Ta sama Szwecja, w której formułuje się „równościowe” postulaty, by w toaletach nie montować pisuarów, gdyż dyskryminuje to kobiety, które z przyczyn naturalnych do tego typu ustrojstwa nie mogą się załatwić.

Wracając do kwestii przemocy - im bardziej niszczy się tradycyjne więzi międzyludzkie (w tym rodzinne) i społeczeństwo przekształca się w zbiorowisko wyalienowanych, skoncentrowanych na sobie egoistycznych jednostek, tym skłonność do uprzedmiotowienia drugiego człowieka, zanik empatii i związana z tym predylekcja do agresji wzrasta. Lewica musi więc podjąć walkę ze zwyrodnieniami, których sama była przyczyną. Walkę, dodajmy, wedle recepty: więcej tego samego! Skoro wspomnieliśmy o Szwecji - swojego czasu szok i ogólnonarodową debatę wywołała tam informacja, że jedną z najchętniej oglądanych przez Szwedów odmian pornografii jest tzw. „gangbang”, czyli inscenizacje gwałtów zbiorowych. Paradoksalnie więc wychodzi na to, że przemoc jest wyznacznikiem upostępowienia społeczeństw...

Zresztą, jak sądzę, o to właśnie naszym genderystom chodzi – by wskutek rozkładu struktur społecznych odsetek maltretowanych kobiet zaczął oscylować w okolicach 50% - niczym w przodujących jaskiniach równouprawnienia. Wtedy dopiero można by rozpętać „walkę z przemocą” na całego!

Inna sprawa, że na Zachodzie paranoja doszła już do takiego stadium, że nawet powłóczyste spojrzenie męskiej szowinistycznej świni może zostać sklasyfikowane jako sexual harassment i stąd być może pewna nadreprezentatywność zgłoszeń - choć i tu, jeśli spojrzeć na szczegółowe dane dotyczące molestowania i stalkingu, różnice nie są na tyle znaczące, by zachwiać generalną wymową statystyk.

Przy okazji – omawiany tu akt prawny jest świadectwem rozbrajającej bezradności wobec zadomowionych w Europie muzułmańskich imigrantów, tworzących zamknięte enklawy i kultywujących właściwe sobie zwyczaje. W wielu punktach konwencji podkreśla się konieczność przeciwdziałania takim praktykom jak obrzezanie dziewczynek, czy tzw. „honorowe zabójstwa”. Czyli, co – z jednej strony mamy radosne multi-kulti, a z drugiej – okaleczanie i morderstwa. Ot, dysonans poznawczy. Ale że równość jest lewackim dogmatem, więc razem z muslimami wrzucimy do jednego worka chrześcijan, wybełtamy, i w ten sposób upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu. Zła wiadomość, lewacy – chrześcijanie was wprawdzie nie pozabijają, ale muzułmanie – i owszem. I to właśnie wy, za sprawą waszego cywilizacyjnego nihilizmu, będziecie w ich religijnej optyce pierwszymi do odstrzału.

III. Cała władza w ręce GREVIO

Kontynuując wątek „ideolo” stręczonej nam konwencji Rady Europy: za główne przyczyny przemocy uznaje ona tradycyjny podział ról społecznych i rodzinnych, pomijając kompletnym milczeniem realne przyczyny przemocy, takie jak alkoholizm, narkomania, czy obecność drastycznych treści w środkach masowego przekazu. Konwencja skupiając się na promowaniu pojęcia „płci kulturowej”, czyli gender, jasno pozycjonuje się jako instrument społecznej inżynierii.

Niebezpieczeństwo polega również na powołaniu grupy ekspertów ds. przeciwdziałania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej („GREVIO”). Do kompetencji tego organu należałoby m.in. „monitorowanie” wdrażania konwencji przez poszczególne państwa, czyli mówiąc po ludzku – wywieranie presji. Oznacza to w istocie oddanie ważnego obszaru życia społecznego w ręce ponadnarodowego, skrajnie zideologizowanego gremium, wyłanianego za pomocą nieprzejrzystych, biurokratycznych mechanizmów, zatem w gruncie rzeczy - samozwańczego. Co ważne – właśnie owo ciało będzie władne wydawać „zalecenia” odnośnie zwalczania stereotypów dotyczących tradycyjnych ról w kontekście „płci społeczno-kulturowej” - począwszy od ustawodawstwa, poprzez praktykę działania organów państwa, a skończywszy na różnych „programach społecznych” (ot, choćby takich jak „przedszkola gender”).

Naturalną koleją rzeczy, głównym interpretatorem zarówno samej konwencji jak i formułowanych na jej podstawie wytycznych stanie się rodzime genderactwo, które niejako tylnymi drzwiami zbuduje tą drogą swe znaczenie polityczne z pominięciem niewygodnych demokratycznych procedur. Dotychczasowe inicjatywy polityczne zakończyły się bowiem spektakularnymi klapami – Partia Kobiet, Zieloni... Skichał się nawet „konstrukt służb”, czyli Palikot wraz ze swoją wesołą gromadką, z którą obóz nieubłaganego postępu wiązał wielkie nadzieje wieszcząc piórem redaktora Pacewicza, że „udał się nam Palikot”. Skoro zatem nie udało się normalnie, to trzeba sposobem – i konwencja antyprzemocowa jest tu wymarzonym orężem, by osiągnąć swe cele nie zawracając sobie głów jakimiś tam wyborcami.

W efekcie, otrzymamy struktury promujące i wdrażające za pomocą aparatu państwa skrajnie lewacką ideologię, ignorując wolę większości. Wszystko to zaś przy zachowaniu pozorów „neutralności światopoglądowej”. A kobiety? A kto by się nimi przejmował – ot, nawóz historii, znaczący dla genderystów tyle samo, co klasa robotnicza dla komunistów. Przecież długi marsz przez instytucje zainicjowany został w latach '60 po to, by ruszyć z posad bryłę świata, a różnorakie „mniejszości” są w tym dziele jedynie doraźnym narzędziem.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 45 (10-16.11.2014)

piątek, 5 października 2012

Śladami Wielkiego Brata

...czyli putinowskie inspiracje Dyktatury Matołów.

I. „Porzundek” musi być!

To symboliczne, że kilka dni po największej demonstracji w historii III RP, jaką był marsz „Obudź się Polsko!”, Wielki Strażnik Żyrandola z ramienia Dyktatury Matołów, prezydent Komorowski, podpisał nowelizację ustawy o zgromadzeniach, która w znaczącym stopniu ogranicza tę jedną z podstawowych swobód obywatelskich.

Przypomnijmy dla porządku, że ustawa m.in. umożliwia władzom lokalnym zakazanie dwóch lub więcej demonstracji w tym samym miejscu i czasie, jeśli uznają, że nie jest możliwe ich oddzielenie, lub że może prowadzić to do zagrożenia zdrowia, życia lub mienia. Jak łatwo zauważyć, kryterium uznaniowości jest tu na tyle szerokie, że będzie można zakazać demonstracji pod byle pretekstem. Ach, zgłoszenie należy dostarczyć właściwemu organowi gminy najwcześniej na 30 a najpóźniej do 3 dni roboczych przed planowanym terminem zgromadzenia.

Ponadto, nowelizacja przewiduje kary grzywny dla przewodniczącego zgromadzenia, jeśli nie przeciwdziała naruszeniom porządku publicznego, a także dla demonstrantów, którzy nie podporządkują się poleceniom przewodniczącego. Zastanówmy się – jakież to możliwości „przeciwdziałania” ma „przewodniczący zgromadzenia” na kiludziesięcio-, czy kilkusettysięcznej demonstracji? Każdy, kto próbował zapanować choćby nad kilkudziesięcioosobową grupą ludzi wie, że jest to zwyczajnie niemożliwe, nawet, jeśli ma im grozić jakaś kara za niesubordynację. Bo taka kara na masowym spędzie będzie siłą rzeczy fikcją – ewentualni zadymiarze rozbiegną się na cztery wiatry, a na pobojowisku zostanie „przewodniczący”, na dodatek doskonale znany organom z personaliów, jako twarz całego zamieszania. Wymarzone pole do działania dla wszelkiej maści prowokatorów, a co potrafią, mogliśmy się przekonać podczas zeszłorocznego Marszu Niepodległości.

Dodajmy, że jeśli władza chce zamieszek, to zawsze uda się je wywołać, zaś przerzucenie ciężaru odpowiedzialności za utrzymanie porządku z organów do tego powołanych na organizatorów ma aspekt dwojaki. Po pierwsze, wpisuje się idealnie w logikę demontażu państwa z jaką mamy do czynienia pod rządami Tuska i jego kamaryli, po drugie zaś – stanowi potencjalnie doskonałe narzędzie zohydzania w powszechnym odbiorze niewygodnych politycznie „awanturników”.

Wsłuchajmy się jeszcze w spiżowy głos Kancelarii Prezydenta, głoszący iż „konstytucja w art. 57 zapewnia każdemu wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich. - Nie jest to jednak wolność o charakterze absolutnym, bo może być, w zgodzie z Konstytucją, ograniczona ustawą wtedy, gdy jest to konieczne dla bezpieczeństwa lub porządku publicznego, zdrowia lub praw innych osób - podkreślono.” (cyt. za gazeta.pl).

Nowelizacja wejdzie w życie po tegorocznym Marszu Niepodległości – oficjalnie po to, by podmioty zgłaszające manifestacje były traktowane jednakowo, ja jednak pozwolę sobie zauważyć, iż tutejsze lewactwo znów skrzykuje teutońskie bojówki na zadymę, która – ośmielę się twierdzić - będzie co najmniej równie spektakularna co zeszłoroczna, by już nikt nie miał wątpliwości, że wystarczy tego bezhołowia i w kwestii ograniczania prawa do zgromadzeń „słuszną linię ma nasza władza”.

Bo swobody swobodami, ale „porzundek” musi być i już.

II. Polska jak Rosja

Przy tej okazji naszło mnie pewne skojarzenie, któremu dałem wyraz w tytule niniejszej notki. Oto wyczytałem na stronach „Rzeczpospolitej”, iż przewodniczący Dumy Państwowej Federacji Rosyjskiej, Siergiej Naryszkin, odwołał wyjazd na sesję Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, motywując swą decyzję „rusofobią” rzeczonego gremium. Ja wiem, że Rada Europy to takie operetkowe ustrojstwo, przeznaczone głównie do jałowego gardłowania o prawach człowieka, niemniej głosy stamtąd dobiegające współtworzą tzw. „atmosferę międzynarodową” wokół różnych państw, która to „atmosfera” w pewnych okolicznościach może posłużyć jako wygodny pretekst do całkiem konkretnych politycznych posunięć i restrykcji. Nie wobec Rosji, oczywiście, za krótkie łapki, ale już wobec takiej Polski – proszę bardzo.

Spójrzmy zatem, na czym ta „rusofobia” Rady Europy miałaby polegać. Ano, na tym, iż miał zostać przedstawiony raport w sprawie wypełnienia zobowiązań wobec Rady Europy przez Federację Rosyjską – a „zobowiązania” te w znacznej mierze dotyczą swobód obywatelskich. Ponadto spodziewana była „ostra rezolucja” i dyskusja w trakcie której miały paść pod adresem Rosji pytania „w sprawie Pussy Riot, zaostrzenia przepisów dotyczących organizacji zgromadzeń publicznych i wprowadzenia odpowiedzialności karnej za zniesławienie, a także pozbawienia mandatu deputowanego przedstawiciela Sprawiedliwej Rosji Giennadija Gudkowa (...)”. Ponadto, a propos „Pussy Riot” „autorzy raportu wzywają też Moskwę do niewywierania presji na sądownictwo.” (cytaty za „Rzeczpospolitą”)

Jak to się ma do prywislańskiej Dyktatury Matołów? Ano tak, że wszystkie zastrzeżenia Rady Europy wobec Rosji można równie dobrze odnieść do Polski pod rządami Tuska.

III. Pełzająca represjonizacja

Gotowi? No to jedziemy.

Odpowiednikiem „sprawy Pussy Riot” są choćby sprawy: Antykomora (ograniczenie wolności i prace społeczne), młodziaka który wypisał na murze obelżywe hasło pod adresem premiera (zawiasy), kiboli skandujących hasło „Donald, matole...” (grzywny), a nade wszystko opozycyjnego szefa kibiców „Legii”, Piotra Staruchowicza, który siedzi już któryś miesiąc w areszcie, bo prokuratura nie jest w stanie sklecić żadnych sensownych zarzutów – w jego przypadku środek zapobiegawczy w postaci aresztu tymczasowego stał się formą represji politycznej.

Idźmy dalej. „Zaostrzenie przepisów dotyczących organizacji zgromadzeń publicznych” właśnie przerabiamy – omówiłem to w pierwszej części notki.

Co tam jeszcze? Aha - „wprowadzenie odpowiedzialności karnej za zniesławienie” - ależ my to już mamy w postaci osławionego artykułu 212 Kodeksu Karnego, a do tego jeszcze osobne artykuły o znieważeniu konstytucyjnych organów (art. 226 par. 3 KK) i prezydenta (art. 135 par. 2 KK).

Poza tym, Rada Europy troska się „pozbawieniem mandatu deputowanego” - i tu również nie odstajemy, przypomnijmy sobie sprawy mandatów poselskich prokuratorów w stanie spoczynku – Bogdana Święczkowskiego i Dariusza Barskiego.

No i na koniec „wezwane Moskwy do niewywierania presji na sądownictwo”. Sądzę, że wiele mogłyby na ten temat powiedzieć nasze „rozgrzane sądy”, ze szczególnym uwzględnieniem „sędziego na telefon”, Ryszarda Milewskiego, który obiecywał wyznaczenie do składu orzekającego „pewnych ludzi”, a który tak rozkosznie potrafił się bawić w towarzystwie premiera na meczu pokazując kibicom rywali „faka”. No, ale Milewski to „odosobniony przypadek”. Oczywiście, oczywiście.

O inwigilacji obywateli Rada Europy nie wspomniała, a szkoda – ogromnie jestem ciekaw jak putinowska Rosja by wypadła w porównaniu z Polską. Bo że przodujemy pod tym względem w Unii Europejskiej, to już wiemy.

Swojego czasu pisałem o pełzającej represjonizacji z jaką mamy do czynienia pod rządami Dyktatury Matołów (np. TU i TU). Jak widać, proces ten postępuje w najlepsze.

IV. Śladami Wielkiego Brata

Jakiś malkontent mógłby zauważyć, że u nas to wszystko w porównaniu z Rosją jest takie bardziej złagodzone, że gdzie naszemu Ober-Matołowi do putinowskiego zamordyzmu. Niby racja, ale weźmy pod uwagę miejscową specyfikę. Już za PRL-u byliśmy „najweselszym barakiem w obozie”, takimi Sowietami w wersji light – zatem przerabiamy pod tym względem powtórkę z rozrywki. No i nade wszystko – to wszak Moskwa była od zawsze stolicą „przodującego ustroju”, naszym „Wielkim Bratem” stanowiącym dla tutejszych kacyków niewyczerpane źródło inspiracji. Sądząc po wymienionych w tekście przykładach, w dobie polsko-rosyjskiego „pojednania”, tudzież „zacieśniania braterskich stosunków”, owe inspiracje znów stają się nader aktualne.

Ciekawe tylko, kiedy nadejdzie moment, gdy marszałek Sejmu Ewa Kopacz, wzorem swego rosyjskiego odpowiednika, Siergieja Naryszkina, będzie wolała nie pojawiać się w Strasburgu, tłumacząc to „polonofobią” Rady Europy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/dyktatura-matolow

http://niepoprawni.pl/blog/287/dyktatura-matolow-ii

http://niepoprawni.pl/blog/287/zwyciestwo-prowokacji