Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamach smoleński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamach smoleński. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 sierpnia 2015

Podwójna schizma Komorowskiego

Za sprawą Komorowskiego dokonały się w Polsce dwie schizmy – wewnątrznarodowa i wewnątrzkościelna.

I. Dwie schizmy

Gdybym miał podsumować kadencję byłego już prezydenta Bronisława Komorowskiego, to prócz rozlicznych przykładów politycznego szkodnictwa, czy żenujących występów wskazujących na postępujący niedowład intelektualny, wskazałbym, iż jest to człowiek za sprawą którego dokonały się w Polsce dwie schizmy – wewnątrznarodowa i wewnątrzkościelna.

Zacznijmy od tej pierwszej. Oto na skutek amerykańskiego „resetu”, Rosja wraz z dyszącymi żądzą zemsty ludźmi WSI uznała, że może sobie pozwolić na likwidację znienawidzonych braci Kaczyńskich i zainstalowanie swojego człowieka pod żyrandolem pałacu prezydenckiego. Planu nie udało się w pełni zrealizować, bowiem w ostatniej chwili Jarosław Kaczyński zrezygnował z lotu do Smoleńska by zostać przy chorej matce, niemniej wynik zamachu i tak był więcej niż zadowalający. Polska elita z Lechem Kaczyńskim na czele skonała w smoleńskim błocie, a w kraju stojący w blokach startowych Komorowski natychmiast rozpoczął bezprawne przejmowanie prezydentury – jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem zgonu głowy państwa. Szczególnie zależało mu na położeniu łapy na Aneksie do raportu o rozwiązaniu WSI (ciekawe zresztą, czy dokument ten nadal znajduje się w zasobach BBN).

Operacja, wykorzystująca atmosferę szoku po tragedii przebiegła gładko, jednak nastąpiło coś, czego najwyraźniej nie przewidziano. Oto naród, zdawałoby się trwale podzielony przez „przemysł pogardy” na dwa wrogie plemiona, nagle w obliczu śmierci 96 ofiar Smoleńska zaczął się jednoczyć. Pamiętamy tłumy przed Pałacem Prezydenckim, morze zniczy, szpaler wzdłuż przejazdu kolumny samochodów z trumnami Pary Prezydenckiej i naręcza kwiatów zasypujące karawan. Z punktu widzenia tej władzy, wysługujących się jej salonów oraz całego obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, takie narodowe pojednanie było sennym koszmarem, oznaczało bowiem kres metody sprawowania rządów polegającej na napuszczaniu na siebie różnych grup społecznych. Na widok tłumów na Krakowskim Przedmieściu i tej gigantycznej kolejki ludzi chcących oddać ostatni hołd wystawionym w Pałacu trumnom, zwyczajnie ścierpły im tyłki. Wspomnijmy choćby pełne przerażenia komentarze o „demonach polskiego patriotyzmu”, czy „kulcie Tanatosa”. Z kolei wygwizdanie przez tłum Moniki Olejnik, która postanowiła podlansować się przy okazji Żałoby Narodowej oraz wymuszenie przez zgromadzonych wyłączenia telebimu z TVN-em podczas pogrzebu Pary Prezydenckiej było sygnałem, że medialne jaczejki systemu zaczynają tracić rząd dusz. Trzeba było coś z tym zrobić. Wstępem było ponowne rozpętanie przemysłu pogardy wokół wawelskiego pochówku i reaktywacja Palikota. Należało też przypieczętować przejęcie pełni władzy, co było tym łatwiejsze, iż Jarosław Kaczyński podczas kampanii przygnieciony był żałobą, a jego sztab stanowili wówczas Joanna Kluzik-Rostkowska, Elżbieta Jakubiak, Paweł Poncyliusz, czy Marek Migalski, którzy woleli promować siebie samych, wygłupiając się w hippisowskich szmatkach.

Komorowski zatem wygrał i niemal natychmiast po zaprzysiężeniu udzielił „Gazecie Wyborczej” wywiadu, zapowiadając usunięcie Krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego, co zapoczątkowało pamiętne pandemonium letnich nocy na Krakowskim Przedmieściu, w które na skutek siły rażenia propagandy zaangażowała się emocjonalnie - po jednej, bądź po drugie stronie - reszta Polski. To była wielka operacja socjotechniczna powtórnego podzielenia narodu i ustanowienia dla „moherów” swoistego apartheidu, co nawiasem mówiąc, zupełnie otwarcie postulował prof. Radosław Markowski mówiąc, iż trzeba znaleźć sposób, by skutecznie, instytucjonalnie się podzielić. Rzucono do tego wszelkie siły – włącznie z warszawskimi alfonsami pokroju Zbigniewa S. ps. „Niemiec” - i udało się. Narodowa schizma na powrót stała się faktem, a paliwo nienawiści zapewniło temu układowi kolejną kadencję rządów. I za to Bronisław Komorowski jest osobiście odpowiedzialny.

II. Kościelni Lucyferianie

O ile doprowadzenie z pełną świadomością do głębokiego, społecznego podziału jest symbolicznym początkiem tej najgorszej w dziejach Polski prezydentury, o tyle jej zwieńczeniem jest doprowadzenie do faktycznej schizmy kościelnej. Schizma ta wprawdzie tliła się od lat wskutek pracowitego organizowania przez „Wyborczą” z medialnymi przyległościami własnego quasi-kościoła z postępowymi księżmi, czy próbami podziału na „kościół toruński” i „łagiewnicki”, jednak dopiero msza dziękczynna w kościele wizytek z 6 sierpnia pokazała głębię rozłamu. Komorowskiemu przez lata udawało się uchodzić za tradycyjnego katolika i maskę tę porzucił ostatecznie dopiero po przegranych wyborach – gdy było mu już wszystko jedno. Mógł zatem bez ceregieli podżyrować politykę rządu PO skrojoną ostatnio jakby pod zapotrzebowanie patologicznych, antyklerykalnych hejterów z forum „GW” i sierot po Palikocie, czego dobitnym świadectwem był podpis pod ustawą o in vitro złożony wbrew jednoznacznemu stanowisku Episkopatu oraz nauczaniu Kościoła. I wtedy właśnie okazało się, iż jest grupa księży (Seniuk, Luter, Sowa itd.), stosunkowo nieliczna, lecz silna poparciem medialno-politycznego mainstreamu, którzy gotowi są wprost zanegować stanowisko swych ordynariuszy, wprowadzając otwartym tekstem podział na „episkopoi” i „prezbiteroi”. Demonstracyjny wymiar miało przy tym świętokradcze udzielenie Komorowskiemu Komunii, tudzież przeprosiny wygłoszone za „ludzi Kościoła” podczas tej liturgicznej fety.

Tu wtręt na marginesie – dyżurna katechetka „Gazety Wyborczej”, pani Katarzyna Wiśniewska oburzyła się na przyrównanie kapłanów zblatowanych z polityczno-medialną salonowszczyzną do księży-patriotów. Pisze: „porównywanie otwartych na dialog kapłanów z księżmi kolaborującymi z władzami komunistycznymi - na to trzeba było prawdziwie niezależnego pomyślunku historycznego”. Błąd, pani redaktor, więcej nawet – brak czujności rewolucyjnej oraz zrozumienia mądrości etapu. Jak można nazywać współpracowników komuny „kolaborantami”? Czy Pani czasem aby się nie zagalopowała? Zapomniała Pani w jakim środowisku funkcjonuje, do jakiej gazety pisze i jakie są biograficzno-rodzinne zaszłości autorytetów z redaktorem naczelnym włącznie? Wszak, pozostając w logice Pani gazety, to właśnie „księża-patrioci” byli „otwarci na dialog”, rozumieli ducha czasu i wyzwania postępu społeczno-politycznego uosabianych wówczas przez partyjną awangardę rewolucji komunistycznej. Wypisz-wymaluj, zupełnie jak dzisiejsi postępowi księża, tak otwarci, że gotowi są paktować choćby z samym diabłem. Tak tolerancyjni, że na wyprzódki wpychający Komunię Świętą do gardła, niczym karmnej gęsi, jawnogrzesznikowi ostentacyjnie i uporczywie tkwiącemu w grzechu ciężkim. Efekty dialogu w ich wykonaniu idealnie obrazują wspomniane wyżej przeprosiny skierowane pod adresem tegoż zatwardziałego grzesznika i demonstracyjne odcięcie się od biskupów, oznaczające de facto deklarację schizmy.

Kontynuując w duchu „Wyborczej” - to właśnie Kościół prymasa Wyszyńskiego był „zamknięty”, tkwiący w obskuranckim „non possumus”, antypostępowy, promujący „płytki ludowy katolicyzm” i „prymitywny kult maryjny”. Czyli, całkiem jak znakomita większość obecnego Episkopatu „nie pojmująca” wymogów współczesności oraz dziejowej konieczności przyjęcia z całym dobrodziejstwem inwentarza genderyzmu, in vitro, homomałżeństw, rozwodów i reszty światłej agendy Lucyfera. Wszak „Lucyfer” to inaczej „niosący światło” - z łacińskiego lux: światło; ferre: nieść – stąd wniosek, że w oczach obozu Postępu Kościół zasłuży na uznanie dopiero wówczas, gdy zostanie „oświecony”, czyli przejdzie na pozycje lucyferiańskie, od czego zresztą niektórzy kapłani pokroju tych koncelebrujących mszę ku czci Bronisława Umęczonego nie są już zbyt odlegli. Inni zaś, jeśli przypomnimy sobie umizgi ks. Bonieckiego do Adama Darskiego vel „Nergala” vel „Holocausto”, dotknęli nawet tej granicy fizycznie. Komorowski dał zresztą wyraźny sygnał jakie nauki są miłe, a jakie niemiłe władzy doprowadzając w 2010 roku do odwołania kapelana ks. płk. Sławomira Zarskiego za nieprawomyślne kazanie wygłoszone w Święto Niepodległości.

III. Wyzwanie

I już krótko, na zakończenie: nie zazdroszczę prezydentowi Dudzie, choć głosy z jego otoczenia wskazują, iż zdaje on sobie sprawę ze szkodliwości obecnych podziałów. Czy będzie w stanie choćby częściowo je zasypać, czy też prawdziwa okaże się fraza Rymkiewicza - „To co nas podzieliłoto się już nie sklei”? O ile schizmę kościelną i dyscyplinowanie rozbrykanych kapłanów można zostawić biskupom, to nie należy zapominać, iż oba podziały w jakiś sposób się na siebie nakładają, a zakonserwowanie kulturowo-społecznego apartheidu jest w dalszej perspektywie czasowej przepisem na narodową anihilację. Przezwyciężenie toksycznej spuścizny Komorowskiego zatruwającej społeczną tkankę może się okazać zadaniem trudniejszym niż odwrócenie wszystkich pozostałych szkód ośmiu lat rządów Platformy razem wziętych.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/komu-%C5%9Bwieczk%C4%99-komu-ogarek#.VcZRsbVvAmw

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2236-pod-grzybki-16

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 31 (12-18.08.2015)

środa, 15 kwietnia 2015

Smoleńskie w(y)rzutki

Odgrzanie na finiszu kampanii smoleńskich emocji ma na celu wystraszenie części Polaków, tak by ostatecznie oddali głos na kandydata partii „świętego spokoju”.

No cóż, jeśli dziś w temacie smoleńska reżimowy agit-prop i jego pasy transmisyjne w rodzaju RMF FM stać jedynie na kolejną „najprawdziwszą”, „aż o 30% dokładniejszą” wersję stenogramów, to znaczy, że tamci definitywnie już gonią w piętkę. Można w zasadzie wzruszyć ramionami i spokojnie oczekiwać na polską premierę książki Jurgena Rotha, wszystko bowiem wskazuje na to, że jej potencjał informacyjny zwyczajnie zdmuchnie wszelkie wrzutki – i to od razu hurtowo. Swoją drogą, sposób reklamowania najnowszego odczytu z rejestratorów jako żywo przypomina kampanię proszku do prania - „teraz aż o 30% więcej!”. I to wszystko po pięciu latach od tragedii. Warto zwrócić uwagę, że dotychczas posługiwano się w analizach kopią skandalicznie niskiej jakości – zgraną na taśmy bez certyfikacji producenckiej i o częstotliwości próbkowania zaledwie 11 kHz, co obcinało znaczną część słyszalnego pasma. Trzeba było dopiero specjalnej wyprawy do Moskwy w lutym 2014, by zgrać jeszcze raz materiał – tym razem już na właściwą taśmę, z częstotliwością 96 kHz, dzięki czemu „odblokowano” brakujące 30% nagrania – oczywiście, przy optymistycznym założeniu, że Rosjanie udostępnili niezmanipulowane kopie.

Najnowsze stenogramy nie wnoszą w zasadzie nic nowego i ich funkcja jest jedna – obsłużyć emocje najbardziej zagorzałych zwolenników „sekty pancernej brzozy”, oraz dać mediom pretekst do kilkudniowego bicia piany w konwencji znanej z poprzednich wrzutek - „jak nie wyląduję, to mnie zabije”, „tak lądują debeściaki” czy rzekomej kłótni generała Błasika z kpt. Protasiukiem. Wszystko po to, by przykryć piątą rocznicę Smoleńska i związane z nią opozycyjne obchody. Mamy zatem odgrzanie wątku „naciskowego” i generalnie, dotychczasowej narracji Millera – Laska, wszystko zaś po to, by najbardziej twardogłowi smoleńscy hejterzy mogli dotrwać do wyborów we względnym komforcie psychicznym, bez konieczności konfrontowania swych antypisowskich obsesji choćby z ustaleniami niemieckiego wywiadu, cytowanymi w ujawnionych już fragmentach książki Rotha. I to akurat zadanie zostało wykonane, wnosząc z działalności internetowych zombies produkujących się na wiodących portalach. Tyle, że powyższa narracja skuteczna jest jedynie wobec już „przekonanych” - ludzi, którzy choćby nie wiadomo co i tak „wiedzą”, że to Lech Kaczyński na polecenie brata postanowił rozwalić samolot. Osób wątpiących w oficjalną wersję nowe stenogramy raczej nie przekonają, nawet jeśli byłyby i o pięćdziesiąt procent dokładniejsze, podobnie jak mało przekonująca w ostatecznym rozrachunku jest działalność pana eksperta Laska, choćby ten miał obstalowane specjalne pomieszczenia służbowe we wszystkich telewizjach, tak by zawsze być pod ręką.

Oczywiście, można tu domyślać się również innej motywacji – odgrzanie na finiszu kampanii smoleńskich emocji ma na celu wystraszenie części Polaków, tak by ostatecznie oddali głos na kandydata partii „świętego spokoju”. No bo jeśli miałoby się okazać, że za Smoleńskiem stoją jednak Ruscy, to „przecież wojny i tak nie wypowiemy”, lepiej więc schować głowę w piasek i na wszelki wypadek nic nie wiedzieć, a ci wariaci od Kaczyńskiego i Macierewicza gotowi jeszcze nas wystawić na konflikt z Putinem. Zatem, walor dyscyplinujący „elektorat strachu” również ma tu swoje znaczenie.

Biorąc pod uwagę powyższe, ciekawi mnie, jaki oddźwięk będzie miała książka Jurgena Rotha „Tajne akta S...”. Główne przekaziory póki co nabrały taktycznie wody w usta – bo też i raport niemieckiego wywiadu o wiele trudniej podważyć i ośmieszyć propagandowo niż „obłąkane spojrzenie” Macierewicza. Rzecz jasna BND rozgrywa tu własną grę za pomocą kontrolowanego wycieku – z jednej strony grozi palcem Putinowi „uważaj bo powiemy”, z drugiej natomiast skraca polityczną smycz warszawskiej administracji zarządzającej – „bądźcie grzeczni, bo was pogrążymy”. Interesujący jest szczególnie wątek w którym Jurgen Roth twierdzi, iż umieszczenie ładunków wybuchowych w Tu-154 M byłoby niemożliwe bez udziału polskich sił. Potwierdzałoby to moją hipotezę wyartykułowaną niedawno w „Polsce Niepodległej”, że do zamachu doszło na skutek dogadania się ludzi rozwiązanych WSI z Rosjanami. WSI chciało osadzić swojego człowieka pod żyrandolem i dać wyraźny, odstraszający sygnał jak kończą ci, którzy podniosą rękę na na „długie ramię Moskwy”, co w naturalny sposób współgrało z interesami Rosjan. W tym układzie prowadzony konsekwentnie przez wojskową bezpiekę Komorowski musiał co najmniej wiedzieć i akceptować zamach. No i tu pojawia się kluczowe pytanie – czy Polacy w swej masie będą skłonni przyjąć do wiadomości ustalenia Rotha, czy jak przy tylu innych okazjach przyjmą postawę „trzech małpek” - nie mówię, nie widzę, nie słyszę? Jeśli zwycięży to drugie podejście, to władza już dziś może ogłosić wyniki wyborów, spokojna, że nikt nie zaprotestuje, a dalsze rządy smoleńskich wyrzutków pozostaną niezagrożone.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w „Warszawskiej Gazecie” nr 15 (10-16.04.2015)

piątek, 27 marca 2015

Czy Dukaczewski dziś również chłodzi szampana?

Ludzie WSI wystrugali sobie prezydenta w charakterze politycznego parasola i zabezpieczenia na przyszłość.

I. Złapał kozak Tatarzyna...

Niby nie powinno się wyskakiwać z tekstami typu „a nie mówiłem”, jednak trudno nie oprzeć się uczuciu pewnej satysfakcji, gdy przewidywania się sprawdzają. Zaledwie nieco ponad pół roku temu opublikowałem w „Polsce Niepodległej” nr 35 (01-07.09.2014) artykuł „Tonący WSI się chwyta”, w którym twierdziłem, że jeśli PiS mądrze rozegra sprawę, to sejmowa komisja badająca rozwiązanie WSI może zacząć działać na jego korzyść – a tu proszę, jakie piękne efekty. Wprawdzie Platforma w odruchu samoobrony ostatecznie nie zdecydowała się powołać komisji śledczej, ale dzięki nadaktywności ruchersów od Palikota mamy Zespół Parlamentarny ds. skutków działalności Komisji Weryfikacyjnej, zajmujący się dokładnie tym samym, a który już na wstępie, w 2013, został przejęty przez posłów opozycji i co jakiś czas dostarcza nam powodów do radości, demaskując rozmaite sprawki ludzi obozu rządzącego. Czyli, wychodzi na to, że Palikot w swej gorliwości wyświadczył zarówno Platformie, jak i służbowym patronom iście niedźwiedzią przysługę. Coś, co miało być propagandowym batem na znienawidzonego Macierewicza, okazało się w rękach Prawa i Sprawiedliwości całkiem poręcznym narzędziem – w sam raz do wykorzystania w gorącym okresie kampanii wyborczej. Swoją drogą, zastanawiam się, czy Bronisław Komorowski przeklina teraz w duchu swojego kumpla Janusza, który nie policzył szabel i nie przewidział, że PiS wykorzystując regulaminowy kruczek będzie w stanie zdominować jego ferajnę. Nie ma co – długoletnia przyjaźń obu panów, cementowana wspólnymi polowaniami w Rosji pod czułą opieką oficerów FSB jest teraz wystawiana na ciężką próbę. Niewykluczone zresztą, że być może m.in. dlatego służby postanowiły zwinąć parasol ochronny nad narwanym Biłgorajczykiem uznając, że jednak z tym kretynem nie sposób dłużej wiązać poważnych nadziei.

A miało być tak pięknie... Przypomnijmy, że jeszcze latem mogliśmy usłyszeć, jak sam Radosław Sikorski pod wpływem wina za 820 zł (nuworyszowska zasada „im droższe, tym lepsze”), dywaguje u „Sowy i przyjaciół”, jak tu by tu „zaj...ć PiS komisją specjalną w sprawie Macierewicza”, niepomny, że w domu wisielca nie należy mówić o sznurze. Wszak warto przypomnieć, że sam Sikorski był szefem MON właśnie wtedy, gdy Macierewicz – formalnie wówczas jego podwładny – za jego wiedzą i zgodą likwidował wojskową bezpiekę, za czym skądinąd głosowała cała Platforma ze znamiennym wyjątkiem Bronisława Komorowskiego. A teraz wychodzi, że to nie żadna spec-komisja Platformy zaj...e PiS, tylko parlamentarny zespół PiS ma niezłe widoki na zaj...e Bronka, umoczonego w konszachty z postpeerelowskimi trepami po czubek głowy.

II. Patron gangsterów z „Pro Civili”

O desperacji lub przeciwnie - zadufaniu Platformy świadczy również chęć pogrążenia Andrzeja Dudy via uderzenie w SKOK-i i Grzegorza Biereckiego. Domyślam się, że sztabowcy Komorowskiego wynajmując sobie dziennikarzy „Wprost” akurat do takiej roboty byli absolutnie przekonani co do szczelności medialnego parasola, zwłaszcza ze strony „zaprzyjaźnionych telewizji”. Przecież, na zdrowy rozum, musieli zdawać sobie sprawę, że PiS z miejsca odwinie się aferą „służbowego” SKOK-u Wołomin, o ciężarze gatunkowym nieporównywalnie większym od finansowej inwencji pana senatora. Tak się bowiem składa, że transfer pieniędzy z Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych (za zgodą fundatorów) można uznać co najwyżej za nieetyczny, podczas gdy w przypadku Wołomina mamy, zgodnie z tradycją miejsca, do czynienia z autentyczną zorganizowaną grupą przestępczą o polityczno-wsiowych konotacjach i kryminalnym przekrętem w najlepszym, bezpieczniackim stylu rodem z lat 90-tych.

Jak wynika z dotychczasowych ustaleń, ze SKOK Wołomin wyprowadzono ok. 1 mld złotych, co zaowocowało upadłością kasy, przy czym Krajowa SKOK jeszcze przed bankructwem alarmowała Komisję Nadzoru Finansowego o podejrzanych działaniach władz wołomińskiej spółki. Wówczas jednak najwyraźniej był rozkaz, by sprawy nie ruszać, tak więc lewizny trwały w najlepsze aż do wiadomego finału. Przewodniczącym rady nadzorczej SKOK Wołomin był kpt. WSI Piotr Polaszczyk, zwany już obecnie „Piotrem P.” - uprzednio oficer obiektowy na WAT oraz członek władz fundacji „Pro Civili”. Prócz tego we władzach zasiadali inni członkowie kierownictwa „Pro Civili” - płk. Marek W., oraz podający się za oficera WSI Krzysztof W. Krótko mówiąc, WSI założyła sobie SKOK, gdzie spokojnie mogła prać pieniądze pochodzące z przestępczej działalności „Pro Civili”. A ta, począwszy od lat 90. była bogata i wielowątkowa – handel bronią, wyprowadzanie pieniędzy z Wojskowej Akademii Technicznej (ok. 400 mln zł) na podstawie fikcyjnych umów, wyłudzenia VAT i kredytów, handel gruntami...

Piotr P., za którym ciągną się sprawy niewyjaśnionych zabójstw (m.in. pracownika PKO BP, z którego to banku wyłudzono 100 mln zł kredytów) bywał częstym gościem w Kancelarii Prezydenta. Do tego warto dodać wątek syna Bronisława Komorowskiego – Tadeusza, zatrudnionego jako prokurent w spółce Maddy Investments powiązanej z Piotrem P. i zamieszanej w sprawę obrotu po zaniżonych cenach terenami po fabryce „Ursus”. Jak widać, związki ze służbami przechodzą z pokolenia na pokolenie. Nic więc dziwnego, że redaktor Piasecki, gdy Jacek Kurski poruszył w rozmowie z nim kwestię posady prezydentowicza, zatchnął się z oburzenia i ekspresowo zakończył rozmowę. Nie ma to jak świadoma dyscyplina aktywu dziennikarskiego. Zastanawiam się tylko, co ów aktyw pocznie z obecną aferą – raczej skoncentruje się na minimalizowaniu strat, bo jednak sprawa jest zbyt gruba, by Komorowski wyszedł z niej całkiem bez szwanku. Będą musieli znaleźć coś poważniejszego niż fundacja Biereckiego i żydowski teść Dudy. Sądzę, że przydałby się teraz talent na miarę Witolda „hieny roku” Krasuckiego i jego „Dramatu w trzech aktach”, w którym udało mu się przykleić Porozumienie Centrum do afery FOZZ. No chyba, że już wszystko stawiają na specjalistów od liczenia głosów...

III. Smoleński cień nad Komorowskim

W każdym razie, obrońcą Pro Civili i WSI pozostawał niezmiennie Bronisław Komorowski - i to na wszystkich funkcjach publicznych, które pełnił, począwszy od momentu spotkania z funkcjonariuszami służb w 1989 roku w rosyjskich budynkach przy Al. Szucha po którym miał stwierdzić: „teraz moja kariera potoczy się szybko”, poprzez wiceministra obrony narodowej, marszałka Sejmu i wreszcie – prezydenta RP, który nie dał zginąć sierotkom z rozwiązanych służb. O stopniu zaangażowania świadczą zarówno desperackie próby uzyskania Aneksu do raportu o rozwiązaniu WSI, co dało początek „aferze marszałkowej”, jak i chociażby przytaczana przez Wojciecha Sumlińskiego sytuacja, w której ówczesny marszałek zerwał wywiad, gdy tylko dziennikarz zaczął pytać go o „Pro Civili”, rzucając: czy pan wie, co pan robi?”. A służby potrafią się odwdzięczyć, wszystko wskazuje bowiem na to, ze ludzie WSI wystrugali sobie prezydenta w charakterze politycznego parasola i zabezpieczenia na przyszłość.

W kontekście owego „strugania” i związków Komorowskiego z towarzyszami z wojskowego bezpieczeństwa podzielę się pewną hipotezą. Otóż z badań niezależnych ekspertów pracujących nad wyjaśnieniem zamachu smoleńskiego wynika, że rządowy Tupolew został rozerwany od wewnątrz. Innymi słowy, musiało dojść do wybuchu bomby na pokładzie. Tak się składa, że przed lotem, prócz słynnego remontu w Samarze, dokonano przeróbek w prezydenckiej salonce – i to tam najprawdopodobniej podłożono ładunek. Kto mógł go umieścić? Moim zdaniem, możliwe jest, że dokonali tego pierwszorzędni fachowcy z rozwiązanego WSI – nie tylko w zemście za likwidację służby, ale również po to, by utorować drogę do Pałacu Prezydenckiego swojemu protegowanemu – Bronisławowi Komorowskiemu, będącemu wówczas marszałkiem Sejmu, czyli drugą osobą w państwie i potencjalnym p/o prezydenta RP. Trzeba się było tylko dogadać z ruskimi „siłowikami” na zasadzie – my ładujemy Kaczyńskiemu bombę w salonce, wy nam udostępniacie terytorium na „katastrofę” i zacieracie ślady oraz przejmujecie „śledztwo” na tak długo jak będzie trzeba. Jeśli wspomnimy do tego tajemnicze rozmowy Arabskiego w Moskwie prowadzone w styczniu i marcu 2010, grę gabinetu Tuska na rozdzielenie wizyt, samobójstwo Grzegorza Michniewicza - szefa kancelarii premiera, przez którego ręce przechodziły również tajne dokumenty, oraz prucie sejfu w BBN przez ludzi Komorowskiego w poszukiwaniu Aneksu, połączone z ekspresowym przejęciem urzędu jeszcze przed potwierdzeniem zgonu Głowy Państwa, to wszystko nagle zaczyna się kleić. Później już tylko wystarczyło sfałszować wyniki II tury wyborów, kiedy to nagle nad ranem okazało się, że wbrew wszystkim wcześniejszym danym zwyciężył Komorowski. Tak, generał Dukaczewski wiedział co mówi, ogłaszając w 2010, że chłodzi szampana w oczekiwaniu na zwycięstwo Komorowskiego... czy chłodzi go również i teraz?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/ton%C4%85cy-wsi-si%C4%99-chwyta#.VRWdY46NAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 11 (23-29.03.2015)

piątek, 1 sierpnia 2014

Zachód ma swój Smoleńsk

Dziś Zachód doczekał się, poniekąd na własne życzenie, swojego Smoleńska.

I. U nich i u nas

Zastanawiałem się, czy w krajach, których obywatele zostali zamordowani przez rosyjskich terrorystów grasujących na wschodzie Ukrainy, pojawią się głosy podobne do tych, jakich doświadczyliśmy w Polsce przy okazji Smoleńska. Czy objawi się tam chór celebrytów zapewniających jeden przez drugiego, że to nieistotne co się stało z ciałami ofiar. Czy wyskoczy jakaś stara wariatka ogłaszająca, że chciałaby aby jej prochy spuszczono w kiblu samolotu. Czy w tamtejszych mediach lansowany będzie pogląd, że pomieszanie fragmentów zwłok to nic strasznego, a trumien pod żadnym pozorem nie wolno otwierać, bo to jest sprzeczne z rosyjskimi przepisami sanitarnymi i dowodzić będzie rusofobii, co zaszkodzi relacjom z Kremlem. Czy pojawi się jakiś holenderski lub australijski odpowiednik Ewy Kopacz zapewniający, że ziemię na miejscu tragedii przekopano na metr w głąb, a wszelkie szczątki zostały starannie przesiane i zidentyfikowane. W końcu, nie bez racji wskazuje się na uległość zachodnich rządów w stosunku do reżimu Putina i generalnie Rosji – że przedkładają interesy gospodarcze nad wartości o których przy innych okazjach gardłują dniem i nocą, że nie zauważają zbrodni czekistowskiej junty, że zapatrzeni w potencjał rosyjskiego rynku i tani gaz nie chcą zająć stanowczego stanowiska wobec rosyjskiej agresji na Ukrainę...

I co? Nic z tych rzeczy. Większość ciał trafiła do Holandii, gdzie zostaną poddane sekcji oraz identyfikacji przez tamtejszych specjalistów. Przedstawiciele OBWE obecni na miejscu zbrodni alarmują, że wciąż walają się tam ludzkie szczątki, a w powietrzu unosi się fetor rozkładu. Czarne skrzynki są w Wielkiej Brytanii i tam będą badane. Wreszcie, nikt nie waży się oznajmiać, że dla wyjaśnienia okoliczności mordu nie jest potrzebny wrak samolotu. Przeciwnie – alarmuje się, że części boeinga są niszczone przez „zielone ludziki”, co może znacząco utrudnić dochodzenie. Holenderski urząd ds. bezpieczeństwa ogłosił, iż będzie koordynował międzynarodowe śledztwo w którym weźmie udział 24 ekspertów z różnych krajów.

II. Bez „pojednania”

Nikt też nie namawia do „pojednania” z Rosją – nawet gdyby politycy Holandii, Wlk. Brytanii, czy Australii ze względu na interesy różnych lobbies biznesowych chcieliby zmarginalizować znaczenie tragedii, to nie pozwalają im tamtejsze media i opinia publiczna. Więcej nawet: otwartym tekstem mówi się o winie Rosji i próbach sabotowania śledztwa przez moskiewskich „separatystów”. Telewizja Sky News podaje za brytyjskim wywiadem, że terroryści chcieli usunąć wszelkie pozostałości po ofiarach z rejonu zestrzelenia i rozrzucić na miejscu szczątki innych samolotów, by wprowadzić w błąd śledczych. Holenderski „De Telegraaf" publikuje zdjęcie apartamentowca w którym mieszka córka Putina, by każdy mógł jej powiedzieć, co sądzi o jej ojcu. „Frankfurter Allgemeine Zeitung" pisze: „Gdyby Putin tylko zechciał, przez granicę nie przedostałby się nawet jeden nabój, nie mówiąc o systemach przeciwlotniczych z przeszkoloną załogą”. Równie krytyczne jest nastawienie zachodnich mediów wobec prób szerzenia rosyjskiej dezinformacji.

Jakże to wszystko jest różne od tego, czego byliśmy świadkami po zamachu smoleńskim. Jakże dalekie od zapewnień o omnipotencji i rzetelności MAK, wszechstronnej pomocy udzielanej przez rosyjskie instytucje, wiary w bezstronność rosyjskiego śledztwa. Nie ma bezkrytycznego kolportowania rosyjskich wrzutek, jak tej o rzekomym zestrzeleniu malezyjskiego boeinga przez ukraińskie myśliwce – odpowiednika „czterech podejść do lądowania”, „nacisków” i „pijanego Błasika w kokpicie tupolewa”. Jakże, powiadam, inne są reakcje władz Holandii czy Australii od tchórzliwego chowania głów w piasek przez nasze łże-elity, które wolały rozpętać operację socjotechniczną – zimną wojnę smoleńską skutkującą trwałym podziałem społeczeństwa i jak na szyderstwo ogłosić, że „państwo polskie zdało egzamin”, bo sprawnie zorganizowało pogrzeby. Pogrzeby, dodajmy, w których na dobrą sprawę do dziś nie wiemy gdzie kogo pochowano, jak w przypadku śp. Anny Walentynowicz.

III. Zachodni Smoleńsk

Dziś Zachód doczekał się, poniekąd na własne życzenie, swojego Smoleńska. Gdyby nie uporczywe zamykanie oczu na naturę rosyjskiej agresji, korytarz powietrzny nad wschodnią Ukrainą dawno byłby zamknięty. Gdyby nie miesiące bredzenia o „deeskalacji” konfliktu, gdyby zdecydowano się na realną izolację Rosji przez kraje europejskie i wsparcie Ukrainy w walce z „separatystami” z importu, do tragedii by nie doszło. Oczywiście, okoliczności obu zamachów są nieco inne. Jednak podstawową różnicą jest podejście władz poszkodowanych krajów – tamci, w przeciwieństwie do „naszych”, posłali na drzewo MAK wraz z jego uroszczeniami i wydębili od Ruskich zwrot czarnych skrzynek, ciał ofiar oraz obecność delegatów OBWE na miejscu tragedii. Nikt, ani w rządach ani w mediach państw traktujących siebie i swych obywateli serio, nie śmiał lekceważyć wagi zamachu. I nawet jeśli nie dojdzie do znaczących obostrzeń międzynarodowych wobec Rosji, bo „business is business”, można mieć pewność, że przynajmniej tej sprawy rządy zachodnich państw nie odpuszczą. Takie rzeczy możliwe są tylko u nas.

Na koniec - mamy oto niepowtarzalną szansę, by kwestię smoleńską wprowadzić na poważnie w orbitę międzynarodowego zainteresowania. W obecnej sytuacji nikt nie zbagatelizowałby możliwości zamordowania przez Putina polskiej elity z prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele. Jednak, by umiędzynarodowić sprawę Smoleńska, gang Tuska musiałby siłą rzeczy poddać niezależnej ocenie ekspertów całość matactw i zaniechań których się dopuścił – ze wszystkimi konsekwencjami. Dlatego bez zmiany władzy szansa pozostanie niewykorzystana. Ale czy za rok, po wyborach parlamentarnych, wciąż będzie jeszcze sprzyjający klimat, by świat gotów był zainteresować się tym, co naprawdę wydarzyło się na Siewiernym 10 kwietnia 2010 roku? No właśnie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (28.07-03.08.2014)

 

niedziela, 17 listopada 2013

Papierek lakmusowy

W kwestii Smoleńska patriotyczno-niepodległościowa blogosfera bywa bardziej „pisowska” niż sam PiS.

I. Smoleński probierz

W dyskusji pod tekstem „Zimna wojna dwóch płuc” Dixi zwrócił uwagę na „smoleński papierek lakmusowy”, który ma być kluczowym wyznacznikiem postawy wobec Polski. I tutaj pełna zgoda. Stosunek do Smoleńska, tragedii, która skupia jak w soczewce systemowe patologie III RP, a obecnej Dyktatury Matołów w szczególności, jest probierzem obywatelskiego zaangażowania w naprawę kraju, odwagi cywilnej - i wreszcie, zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Mamy bowiem do czynienia (przepraszam za truizmy) z największym dramatem po II Wojnie Światowej, z hekatombą elit patriotyczno-niepodległościowych z Prezydentem na czele, z bezprzykładnym tchórzostwem władz nominalnie suwerennego kraju (o ile nie z czymś więcej...) i obnażeniem słabości Rzeczypospolitej na wszelkich możliwych poziomach.

Przypomnę, że nawet za komuny ówczesne władze potrafiły zachować się bardziej podmiotowo i wymogły na Sowietach przyznanie, że w katastrofie IŁ-62 „Mikołaj Kopernik” na Okęciu zawiodła „przodująca radziecka technika”, a nie piloci – i to w 1980 roku! W przypadku Smoleńska było na odwrót – pośpiesznie podżyrowano rękoma komisji Millera raport Anodiny z drobnymi tylko modyfikacjami mającymi wskazywać na częściową winę kontrolerów z „wieży szympansów” na Siewiernym, zrezygnowano z umiędzynarodowienia śledztwa, nie sięgnięto po pomoc sojuszników z NATO, zaś o tym co wyczyniają „pijarowcy” od Laska w ogóle szkoda gadać. Efektem jest dramatyczna utrata resztek prestiżu Polski na arenie międzynarodowej i „zimna wojna domowa” pomiędzy tymi, którzy w wyjaśnieniu katastrofy widzą warunek sine qua non przywrócenia elementarnej sprawności funkcjonowania państwa, a tymi, którzy to państwo mają w głębokim poważaniu lub zwyczajnie boją się Ruskich.

II. Test zawężony

Wszystko co powyższe składa się na diagnozę, że Smoleńsk jest testem na podmiotowość, samoświadomość obywatelską i patriotyzm na najbardziej bazowym poziomie. Tak – sformułowanie o „papierku lakmusowym” jest tu jak najbardziej na miejscu. Powiedz mi jaki jest Twój stosunek do Smoleńska, a powiem Ci kim jesteś.

Niemniej, w tym miejscu należy dodać pewne „ale”, które jest zasadniczym powodem niniejszej notki. Otóż, wielu zwolenników owego „papierka” traktuje ów test w sposób skrajnie zawężony, sprowadzając go wyłącznie do kwestii zamachu. Jesteś za tym, że był zamach – zdałeś. Masz odmienne zdanie – oblałeś. Owo nastawienie króluje szczególnie w prawicowej blogosferze – i w tym sensie jest ona niejednokrotnie bardziej „pisowska”, niż sam PiS.

Tymczasem, choć sam należę do zwolenników tezy zamachowej, uważam że pozytywny wynik „testu papierka lakmusowego” powinien odnosić się do wszystkich, którzy sprawę Tragedii traktują priorytetowo, niezależnie od tego, czy uważają że był to zamach, czy też mógł zadziałać splot innych okoliczności. Sam początkowo zaliczałem się do tej drugiej kategorii i kwestionowanie moich intencji potraktowałbym jako zagranie skrajnie nie fair. Czynnikiem nadrzędnym powinna być bowiem wola dotarcia do prawdy, której na dzień dzisiejszy w pełni nie znamy, nie zaś bezkrytyczne hołdowanie konkretnemu przekonaniu na temat przyczyn Katastrofy.

III. Prawo do sceptycyzmu

Hipoteza zamachowa formułowana przez Zespół Parlamentarny pod kierownictwem Antoniego Macierewicza pozostaje bowiem, póki co, jedynie hipotezą właśnie – uprawdopodobnioną licznymi przesłankami, ale bez kluczowych dowodów w ręku i serii niezależnych eksperckich badań nie jesteśmy w stanie ostatecznie jej zweryfikować. Mnie przesłanki podawane przez naukowców współpracujących z Zespołem przekonują, lecz nie odmawiam prawa do sceptycyzmu innym – pod warunkiem (i tu właśnie wkracza „papierek lakmusowy”), że ów sceptycyzm wynika z rzetelnego pragnienia ustalenia prawdy (jaka by ona nie była), nie zaś z histerycznej nienawiści do „sekty smoleńskiej”, „kaczorów”, czy z patriotycznej abnegacji, bądź obsesyjnego strachu przed reakcją czekisty-Putina.

Nie do przecenienia jest również, o czym kilkakrotnie pisałem, społeczna rola Zespołu Parlamentarnego, któremu udało się zasiać w Polakach wątpliwości wobec oficjalnej wersji wydarzeń – ludzie ci w większości nie podzielają wprawdzie tezy o zamachu, ale nie przyjmują też burdenkowskiego wariantu Anodiny-Millera. To znaczący kapitał, co nie uszło uwadze reżimowych mediodajni, czemu dała wyraz „Polityka” troskając się jakiś czas temu w sporym tekście rosnącą rzeszą „smoleńskich agnostyków” jako grupy, której samo istnienie „gra” na korzyść PiS-u i Macierewicza.

IV. Papierek lakmusowy

Na zakończenie pragnąłbym jeszcze zwrócić uwagę na fakt, iż testu „papierka lakmusowego” w jego zawężonej, sprowadzonej wyłącznie do zamachu formule, nie przeszłaby również część działaczy PiS-u i elektoratu tej partii. Tu kłania się stwierdzenie sprzed kilku akapitów, że patriotyczno-niepodległościowa blogosfera bywa bardziej „pisowska” niż sam PiS. Kilka miesięcy temu do niewiary w zamach przyznał się Bolesław Piecha – jak by nie patrzeć, prominentny działacz Prawa i Sprawiedliwości. Inni „antyzamachowego” coming-outu dokonują po odejściu z partii, jak „ziobryści”. Do Zespołu Parlamentarnego w obecnej kadencji należy 89 spośród 137 posłów PiS i 14 spośród 30 senatorów. Zważywszy, że nikt nie wymaga, by wszyscy brali czynny udział w pracach, przystąpienie bądź nie do Zespołu ma charakter dość istotnej deklaracji względem poparcia dla tez firmowanych przez Antoniego Macierewicza. Podobnie rzecz wygląda jeśli chodzi o elektorat – tu poparcie dla tezy zamachowej deklaruje 54% zwolenników, zatem niemal połowa (46%) nie jest do hipotezy zamachu przekonana.

Wszyscy ci „niedowiarkowie” nie przeszliby testu „papierka lakmusowego” w jego zawężonej formule: „jesteś za tym, że był zamach, czy nie?”. Czy oznacza to jednak, że Smoleńsk ich nie obchodzi? Sądzę, że dla większości z nich takie postawienie sprawy byłoby krzywdzące. Dlatego też powtarzam – testem smoleńskim jest dla nas wszystkich determinacja w dążeniu do prawdy i traktowanie tej sprawy jako absolutnego priorytetu od którego zależą przyszłe działania naprawcze, oraz wyciągnięcie konsekwencji tak indywidualnych jak i systemowych, a co za tym idzie - dalsze losy Polski. Bez tego nie ruszymy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 20 października 2013

Kretowisko

Profesor Rońda zagrał w pokera na smoleńskim błocie.

I. Poker na smoleńskim błocie

Nie ma co – mają ci nasi „wodzowie” rękę do ludzi. Jak nie Kaczmarek z Marriotta, to Dubieniecki ze swymi interesikami, jak nie Dubieniecki to mecenas Rogalski, jak nie Rogalski to prof. Rońda... W wersji zbiorowej – jak nie dornowcy to pjonki, jak nie pjonki to ziobryści... Wielu ich tam jeszcze przy sobie macie?

A teraz poważnie. Pokerowe gierki profesora Jacka Rońdy, jednego z ekspertów parlamentarnego zespołu do spraw wyjaśnienia Tragedii Smoleńskiej, byłyby nawet zabawne w swej rozbrajającej nieudolności, gdyby nie ponury kontekst, jaki im towarzyszy. Mamy oto bowiem do czynienia z największym dramatem Polski po II Wojnie Światowej, z dekapitacją polskich patriotycznych elit z Prezydentem na czele – elit, których brak co i rusz daje znać o sobie. Mamy tragedię narodową do której doszło w okolicznościach niewyjaśnionych od trzech i pół roku, tragedię której towarzyszą liczne poszlaki dotyczące zdrady stanu najwyższych władz państwowych; tragedię która wedle licznych danych była efektem zamachu... Tragedię, której zasiewem i z przeproszeniem, pokłosiem, był bezprzykładny szał nienawiści zdefiniowany jako „przemysł pogardy”, którego efektem jest ostry społeczny podział nie do zabliźnienia na przestrzeni co najmniej pokolenia. Tragedię tę należy wyjaśnić za wszelką cenę, do końca, do ostatniej litery i wyciągnąć z niej konsekwencje – zarówno indywidualne, jak i systemowe - gdyż bez tego nigdy nie będziemy mieli normalnego, niepodległego i sprawnie funkcjonującego państwa zdolnego do realizacji swych interesów. Aż wstyd te wszystkie oczywistości przypominać.

I co robi w tym momencie jeden z kluczowych ekspertów, nielicznych „sprawiedliwych” świata nauki, którzy zdecydowali się wspomóc swą wiedzą i kompetencjami zespół parlamentarny pracujący pod kierownictwem Antoniego Macierewicza? Postanawia bawić się w „blefy” z jakimś telewizyjnym prezenterzyną. Zarzeka się, że samolot nie zszedł poniżej stu metrów, powołuje się na jakiś tajemniczy, „kupiony na rynku” dokument, po czym po pół roku jak gdyby nigdy nic stwierdza, że była to tylko taka gra na użytek dyskusji... A tak naprawdę, to wybuchy nastąpiły na wysokości 50-60 metrów, zaś w „dokumencie” nic nie ma. Gra w pokera na smoleńskim błocie.

II. Poderwanie zaufania

Już mniejsza o jazgot reżimowych mediodajni, którym prof. Rońda dostarczył wymarzonego „mięcha” do eksploatowania jeszcze przez długi czas, tak jak eksploatowały kolejne rewelacje „Gazety Polskiej” o meaconingu, sztucznej mgle i helu, przenosząc te dziennikarskie spekulacje na zespół Macierewicza, choć ten nie miał z nimi nic wspólnego. Że o niesławnej pamięci „maskirowce” FYM-a nie wspomnę. Mniejsza o ten jazgot, powiadam, choć zapewne szkody będą znaczne.

Przypomnijmy, iż Zespół Parlamentarny wykonał niebywałą pracę - poza wszystkim innym, jego działalność zdołała przeorać w sprawie Smoleńska świadomość sporej części społeczeństwa, które przestało bezkrytycznie przyjmować ustalenia komisji Anodiny i Millera. I ten dorobek, zarówno merytoryczny, jak i społeczny, został przez jedno nieodpowiedzialne zachowanie wystawiony na szwank w kontekście masowej recepcji Tragedii Smoleńskiej. Społeczny kapitał bardzo łatwo roztrwonić. Potencjalne szkody mogą być tu większe niż propagandowa miotanina dziesięciu Lasków. Pół żartem, pół serio – gdyby Rońdy nie było, to Maciej Lasek powinien był go wymyślić.

Nade wszystko jednak postępowanie prof. Rońdy jest policzkiem dla tych wszystkich ludzi, którzy sami nie mając odpowiednich kwalifikacji, skazani są na wiarę w ustalenia podawane im przez ekspertów. Co teraz mają sądzić? Co mam sądzić ja? Czy mam do czynienia z poważnym i bezkompromisowym naukowcem dociekającym prawdy, czy może z tanim sensatem stęsknionym rozgłosu do tego stopnia, że gotów jest wystawić na szwank swą zawodową pozycję i konfabulować przed kamerami, by na chwilę zyskać przewagę w dyskusji z jakimś Kraśką? Przecież tu automatycznie nasuwa się pytanie o wiarygodność innych ustaleń prof. Rońdy – czy aby, nazwijmy to uprzejmie, nie popuścił wodzów fantazji również w innych kwestiach?

Trzecia sprawa, to kontekst dalszych prac Zespołu. Nieodpowiedzialne, by nie rzec: szczeniackie zachowanie prof. Rońdy podważa pośrednio również efekty zbiorowego wysiłku parlamentarzystów i pozostałych ekspertów. To skrajna nielojalność wobec kolegów-naukowców, którzy zdecydowali się na pracę dla „czarnego luda III RP” Antoniego Macierewicza ryzykując osobisty prestiż, narażając się na środowiskowy ostracyzm i inne konsekwencje – z zagrożeniem życia włącznie, bo nie wolno zapominać o Seryjnym Samobójcy. Jak przyjęli zachowanie prof. Rońdy, jak to wpłynie na dalsze prace, skoro okazuje się, że jeden z nich pozwala sobie na swobodne podchodzenie do faktów? Dodajmy jeszcze, iż miało to miejsce nie w jakimś przypadkowym wywiadzie, tylko przy okazji telewizyjnej premiery „Anatomii upadku” Anity Gargas – filmu mającego stanowić odtrutkę na „dokument” National Geographic „Śmierć prezydenta” - tuż przed trzecią rocznicą Tragedii.

III. Kret czy sensat?

Zatrzymam się jeszcze na chwilę nad kwestią bezpieczeństwa ekspertów. Tenże prof. Rońda w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” mówił o permanentnym podsłuchu, o zniekształconych głosach rozmówców w głośnikach telefonu, o konieczności częstego wymieniania komórek, o tym, że dzwoniący do niego kolega słyszał całą jego rozmowę z innym rozmówcą... No i pytanie – sensat, czy nie? Można zapewne przyjąć, że wszyscy zajmujący się wyjaśnianiem Tragedii Smoleńskiej są pod czułą „opieką” służb specjalnych, ale znów pojawia się wątpliwość – na ile można tu wierzyć akurat prof. Rońdzie? A może to jakaś jego kolejna „gra” obliczona na zwrócenie na siebie uwagi, lub zgoła dezinformacja mająca na celu karykaturalne, histeryczne przedstawienie realnego problemu i przez to pozbawienie całej sprawy elementu wiarygodności?

A może - postawmy tę hipotezę wprost, bo skoro prof. Rońda zabawił się naszym kosztem, to w końcu czemu nie - mamy do czynienia z podstawionym kretem? Tu, wybaczcie Państwo, muszę odwołać się do „cynglowni” z Czerskiej. Oto Roman Imielski wygrzebał list do Urbanowego „NIE” z 1998 r., który napisać miał „Jacek Rońda z Cape Town”. Tak się składa, że data pokrywa się z okresem, gdy prof. Rońda faktycznie przebywał w RPA. W liście tym Rońda wychwala „NIE” i jedzie po „prawicy” (treść listu załączam pod notką). Więc co – najpierw mamy do czynienia z wielbicielem Urbana, pałającym żywiołową nienawiścią do prawej strony sceny politycznej, w międzyczasie doradcą w rządzie SLD, a teraz nagle ze „smoleńskim niezłomnym”? Ja wiem, że „Wyborcza” kłamie, ale zdarza się jej również napisać prawdę, jeśli ta prawda akurat pozwala uderzyć we wroga.

No i na koniec zacytuję wypowiedź samego Rońdy dla portalu wPolityce.pl. Stwierdza on tam m.in. „Ożywiłem w ten sposób pewne kręgi. One będą teraz pluć, szczekać itd. I bardzo dobrze, niech im piana z pyska leci.”

Przepraszam, że co? „Pluć”? „Szczekać”? „Piana z pyska”? To język rzetelnego naukowca, czy wiecowego prowokatora? Jakoś dziwnie mi ta estetyka pasuje do stylu w jakim utrzymany jest wspomniany list do „NIE” podpisany przez „Jacka Rońdę z Cape Town” - tylko ostrze skierowane jest w drugą stronę.

No i co z tym zrobić? Sensat czy kret-prowokator? Póki co, prof. Rońda zrezygnował z funkcji Przewodniczącego Komitetu Naukowego Konferencji Smoleńskiej 2013. To dobrze, przyznam się jednak, że ja już chyba zawsze będę miał z wiarygodnością tego człowieka poważny problem. A członkom i ekspertom Zespołu Parlamentarnego, z Antonim Macierewiczem na czele, sugerowałbym dalece posuniętą ostrożność.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Tekst listu Jacka Rońdy do „NIE” z 1998 roku:

„Tradycje głupoty polskiej

Po kolejnej porcji lektury Pańskiego wspaniałego tygodnika "NIE" z przerażeniem stwierdziłem, że głupota leaderów polskiej prawicy jest wieczna i nie podlega modyfikacji od 75 lat. Nawet tytuły gazecin, jakie są wydawane dla zwolenników tej opcji widzenia Świata, są podobne jak te przedwojenne, np. "Nasz Dziennik" teraz i "Mały Dziennik" przed wojną.

Zmieniły się wszak programy nauczania w szkołach, lektury szkolne, zależności od "Starszych Braci", stosunki sąsiedzkie w Europie, a frazeologia i język prawicy pozostały te same. Ekonomia również zatoczyła krąg i nic a nic nie wpłynęła na procesy myślowe w ciasnych łebkach polskich prawiczków.

Czy jedyną przyczyną jest wieczne przymierze prawicy z nacjonal-katolicyzmem? Czy też może ślepe naśladownictwo przodków-prawicowców, tych co to bili konia na widok kobyły Pana Marszałka Piłsudskiego i uczyli wnuki głupawych piosenek ku czci tego wielkiego demokraty-zamachowca majowego. Może tak działa na słabszych umysłowo literatura pisana ku pokrzepieniu serc i pognębieniu sąsiadów? A może jest to wynik tradycji polsko-mocarstwowych z szesnastego i siedemnastego wieku? Co ma większy wpływ na głupotę polską: edukacja, tradycja, religia, czy też brak znajomości historii Europy?

W związku z powyższymi wątpliwościami uprzejmie pragnę zachęcić "NIE" do podjęcia inicjatywy zorganizowania "Wszech-Polskiej" konferencji naukowej na temat "Przyczyny Nieśmiertelności Głupoty Polskiej Prawicy". Sądzę, że rządy AWS, prasa prawicowa i radyjo M dostarczą nam wielu wspaniałych przykładów kontynuacji dzieła przodków-prawicowców w kształtowaniu kolejnego odcinka Wolnej Polski.

Jacek Ronda,

Cape Town, South Africa”

wtorek, 11 grudnia 2012

Smoleńsk jako doświadczenie formacyjne

Lud smoleński zgłasza gotowość do podjęcia „obowiązków polskich” - sekta pancernej brzozy nie chce nawet przyjąć do wiadomości ich istnienia.

I. „Lud smoleński”

W niegdysiejszej notce „Lemingi i mohery – małe studium podziału” postawiłem tezę, że Tragedia Smoleńska stała się doświadczeniem formacyjnym – i to dla obu stron społecznej barykady. Postaram się dziś – między kolejną miesięcznicą, a rocznicą stanu wojennego - tę myśl rozwinąć.

Dlaczego akurat Smoleńsk? Ano dlatego, że jest to wydarzenie przełomowe – przed Smoleńskiem różne kulturowo-polityczne podziały były jeszcze możliwe do zasypania, po Smoleńsku – już nie, a przynajmniej nie w dającej się przewidzieć perspektywie. Stosunek do tej tragedii, nawet odkładając chwilowo na bok spór o to, czy był to zamach, czy też splot nadzwyczajnych okoliczności, wyostrzył bowiem dwie fundamentalnie różne postawy. Z jednej strony mamy do czynienia z przebudzeniem sporej społecznej grupy, którą Rymkiewicz ochrzcił mianem „Wolnych Polaków”, reżimowa propaganda zaś pogardliwie nazwała „ludem smoleńskim”, z drugiej natomiast – z rzeszą ludzi kultywujących postawę „moja chata z kraja”, będących targetem „przemysłu pogardy”.

Ów „lud smoleński”, które to pojęcie warto by odczarować z pogardliwej otoczki, tak jak udało się odwojować epitety w rodzaju „moherów” i „oszołomów”, charakteryzuje się, najkrócej rzecz ujmując tym, że zarówno sam zamach, jak i tzw. „katastrofa po-smoleńska”, czyli wszystko to, co nastąpiło już po Tragedii, stały się dlań soczewką skupiającą całą niewydolność i wszechobecną degrengoladę obecnego państwa polskiego. Innymi słowy, kwestia wyjaśnienia tego co stało się na Siewiernym i pociągnięcie do odpowiedzialności winnych jest niezbędnym warunkiem i wstępem do wszechstronnej sanacji przegniłych struktur III RP. Państwo polskie bowiem nie zdało egzaminu, okazało się niezdolne do zabezpieczenia swych najbardziej fundamentalnych interesów. W wymiarze międzynarodowym okazało się bezwolne i podatne na rozgrywki ościennych mocarstw, w wymiarze wewnętrznym zaś – nie było w stanie przeprowadzić niezbędnych działań oczyszczających i naprawczych. Więcej nawet – kasta rządząca, aparat polityczno-urzędniczy, zaczął jawić się wręcz jako struktura wroga narodowi, skupiona na zabezpieczaniu własnych partykularnych korzyści kosztem dobra wspólnego.

Powyższa diagnoza legła u podstaw postawy z gruntu propaństwowej, jaką jest niezgoda na bylejakość szeroko rozumianego życia publicznego oraz na rezygnację z narodowych interesów i aspiracji. Nawiązując do Dmowskiego, „lud smoleński” zdaje sobie sprawę z istnienia „obowiazków polskich”, zgłasza gotowośc do ich podjęcia i wymaga tego samego od swoich elit. Jest to postawa z gruntu racjonalna i jedynie możliwa, jeśli chcemy zabezpieczyć jakąkolwiek wspólnotową przyszłość i byt państwowy. Dlatego też np. Ewa Stankiewicz i Solidarni 2010, odpierając zarzuty o rzekomy irracjonalizm i tworzenie „religii smoleńskiej” wskazują, że bez realizacji postulatów w sprawie wyjaśnienia i rozliczenia Tragedii nie sposób myśleć o jakiejkolwiek trwałej zmianie na lepsze.

II. Anty-smoleńszczyzna

Ale, ta konstytuująca się od 10 kwietna 2010 roku grupa „obudzonych” ze swą propaństwową postawą ma oczywiście swój rewers w postaci „antysmoleńszczyzny”, zwanej również „sektą pancernej brzozy”. Dla nich Smoleńsk również stał się wydarzeniem formacyjnym, tyle że w drugą stronę. Zostali bowiem poddani masowej psychomanipulacji polegającej na bombardowaniu kolejnymi, bez wyjątku fałszywymi „wrzutkami” (naciski, gen. Błasik w kokpicie itd.), skorelowanymi z nawrotem „przemysłu pogardy”.

Operację tę przeprowadzono na kilku poziomach. Po pierwsze, należało rozbić odradzajace się w pierwszych dniach Żałoby Narodowej poczucie jedności i wspólnoty, które przeraziło zarówno rządzących, jak i całą formację Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. Po drugie, miała na celu przerzucenie w powszechnym odbiorze winy za Tragedię na polityczne ambicje braci Kaczyńskich połączone z niekompetencją i brakiem asertywności pilotów, co odwracało uwagę od odpowiedzialności rządu Tuska i strony rosyjskiej. Po trzecie, wychodziła naprzeciw tchórzostwu ogromnej części Polaków i ich pragnieniu „małej stabilizacji” - nawet za cenę zabetonowania sumień. Bo gdyby się jednak okazało, że to nie „błąd pilota” i „naciski”, to należałoby się wybudzić z ogłupiającego błogostanu i podjąć – znów mówiąc Dmowskim - „obowiązki polskie”. A istnienia tychże „obowiązków” zdecydowana większość Polaków zwyczajnie nie chce przyjąć do wiadomości. Po czwarte wreszcie, erupcja przemysłu pogardy z jej kulminacyjnym punktem jakim była batalia o Krzyż na Krakowskim Przedmieściu, miała na celu uświnienie jak największej części społeczeństwa i emocjonalną mobilizację, zwłaszcza młodych, przeciw „pisuarom”, „moherom” i „oszołomom”.

Operacja ta powiodła się znakomicie, głównie dlatego, że spełniała zapotrzebowanie wszystkich tych, którzy jeszcze przed Tragedią dawali się prowadzić jak na sznurku suflowanemu rechotowi z „Kaczorów” i po Smoleńsku zaczynało robić im się łyso – a nikt nie lubi się tak czuć. To dlatego właśnie „antysmoleńska” część społeczeństwa skupiona wokół „sekty pancernej brzozy” reaguje emocjonalnym wyparciem na niezależne ustalenia, zadające kłam oficjalnej wersji wydarzeń zadekretowanej w raportach MAK i komisji Millera. Ustalenia te bowiem powodują u nich psychiczny dyskomfort. Gdyby je przyjęli, musieliby zarazem stwierdzić, że w sprawie Smoleńska zachowali się podle, jak ostatnie świnie - wybierające tchórzliwie własne korytko, niezdolne do skonfrontowania się z rzeczywistością i prawdą o stanie państwa. Swoje znaczenie ma również głęboko zakorzeniony, atawistyczny niemal lęk przez Rosją – bo gdyby się okazało, że to był zamach, to czeka nas „wojna”. To jest dokładnie ten sam sort ludzi, którzy po dziś dzień popierają Jaruzelskiego i stan wojenny.

III. Socjotechnika stanu wojennego

Proszę zwrócić uwagę, z jakim mamy tu do czynienia zapętleniem, z jakim pomieszaniem pojęć. Ci, którzy w Tragedii Smoleńskiej widzą odbicie stanu państwa, z jego wszechobecną bylejakością, tumiwisizmem i „jakoś to będzie”, których żądania w sprawie śledztwa i podważanie oficjalnych ustaleń wynikają z fundamentalnej troski o dobro wspólne, traktowani są jak zgraja irracjonalnych fanatyków. Z kolei tzw. „sekta pancernej brzozy”, która z tchórzostwa i krótkowzrocznego wygodnictwa woli łykać oficjalny przekaz, zaś na każdą negację swej postawy reaguje agresją i wrzaskiem „rzygam już tym Smoleńskiem”, przedstawiana jest w reżimowej propagandzie jako „zdrowy trzon” społeczeństwa, racjonalny i nie poddający się „histerii”. Pewną nadzieję na przyszłość daje co prawda rosnący stopniowo, w miarę sypania się kolejnych elementów „antysmoleńskiej narracji”, odsetek wątpiących w rządową wersję wydarzeń, ale na dzień dzisiejszy do jakiegoś przełomu jeszcze daleko, choć tendencja ta pokazuje, że walenie głową w mur w dalszej perspektywie może przynieść efekty.

Kiedyś już mieliśmy do czynienia z podziałem Polaków wedle podobnego klucza: „warchoły” i „ekstremiści” godzący w ustrojowe fundamenty i podważający sojusze, kontra spokojna większość chcąca pod kierownictwem Partii i Rządu budować ludową ojczyznę. Warto o tej odgrzewanej na naszych oczach socjotechnice pamiętać – i to nie tylko przy okazji kolejnej rocznicy stanu wojennego.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/lemingi-i-mohery-%E2%80%93-male-studium-podzialu

http://niepoprawni.pl/blog/287/smolenskie-status-quo

niedziela, 9 grudnia 2012

Na drodze zaprzaństwa

Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że Gmyz napisał prawdę – i wiedzą też, że muszą iść w zaparte.

I. Kłamstwo obnażone

Gdybym był naiwny, to po posiedzeniu sejmowej komisji sprawiedliwości z 5 grudnia, kiedy posypało się ordynarne kłamstwo prokuratury w sprawie trotylu na wraku tupolewa, zapytałbym: kiedy wreszcie dotrze do różnych zakutych łbów, że w kwestii Smoleńska, podobnie jak w większości diagnoz dotyczących stanu i rozlicznych patologii III RP, to „prawicowe oszołomy” mają rację? Że gdy z „moherowych” kręgów dobiega alarm zwracający uwagę na jakieś nie spotykane w cywilizowanych krajach systemowe wynaturzenia post-peerelowskiej rzeczywistości, to koniec końców okazuje się, że jest właśnie tak jak twierdzą „pisowcy”, a nie organa Dyktatury Matołów, tudzież sprzęgnięta z nią propagandowa psiarnia z reżimowych mediodajni?

Ale ponieważ naiwny nie jestem, to bez większej ekscytacji odnotowałem tylko to, co było wiadome od samego początku, czyli od tekstu Cezarego Gmyza „Trotyl na wraku tupolewa”. Wysokiej klasy urządzenia przeznaczone do wykrywania materiałów wybuchowych nie mogą wariować po zetknięciu się z perfumami, namiotem z PCV, czy pastą do butów. Nie mogą i już, bo czyniłoby to takie urządzenia bezużytecznymi – tak samo, jak alkomat nie ma prawa zareagować na coca-colę. Chyba nikt przytomny nie sądzi, że analogiczne detektory na lotniskach alarmują przy każdym podróżnym, który akurat spryskał się „wysokoenergetycznym” dezodorantem, czy świeżo wypastował buty. Służby specjalne 60 krajów też raczej nie wywalają pieniędzy na niestabilne buble.

Innymi słowy, jest dokładnie tak, jak powiedział pan Jan Bokszczanin, producent detektora MO2M, który był używany do badań w Smoleńsku : „nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że jeśli to urządzenie pokazuje, że mamy do czynienia z trotylem, to mogą to być także jony różnych innych substancji (…) Jeśli to urządzenie i jeszcze inne urządzenie pokazują trotyl, to prawdopodobieństwo, że nie był to trotyl jest dla mnie równe zero.” No chyba, że asy z prokuratury wojskowej faktycznie zanurzały sprzęt w jakimś wiaderku z acetonem, by mieć podkładkę do twierdzeń typu: „po pierwsze, trotylu nie było, po drugie pochodził z II wojny światowej, a po trzecie to nie wiadomo ze względu na 'wysokoenergetyczne jony' namiotu z PCV”.

II. Na drodze zaprzaństwa

Wszystko to było, powtarzam, oczywiste od samego początku, a informacje pana Bokszczanina jedynie potwierdziły zdroworozsądkowe wnioskowanie. Spróbujmy zrekapitulować: Cezary Gmyz jest zbyt doświadczonym dziennikarzem śledczym, by dać się wpuścić w maliny jakimś sensatom lub prowokatorom – to raz. Wyraźna panika w obozie władzy i kuriozalna konferencja prokuratury z pokrętnymi tłumaczeniami – to dwa. Zachowanie Hajdarowicza, wyraźnie poinstruowanego przez zaprzyjaźnionego Grasia i ekspresowa czystka w redakcji „Rzepy”, bez czekania na rozwój sprawy – a taka sprawa zawsze jest „rozwojowa” - to trzy. Słowem, wszystko wskazywało na to, że co najmniej jest coś na rzeczy. I faktycznie – na posiedzeniu komisji prokuratorzy wijąc się niczym Piekarski na mękach musieli w końcu przyznać, że na wraku ten nieszczęsny trotyl jednak wykryto – wbrew wcześniejszym kłamstwom, również o tym, jakoby wrak był badany i okazał się być czyściutki jak łza – zresztą pewnie po to ruscy mołojcy tak troskliwie go wypucowali.

Niemniej, zgodnie z medialną tradycją III RP, ta oczywistość została w przekazie skrajnie zmanipulowana. Oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że Gmyz napisał prawdę – i wiedzą też, że muszą iść w zaparte. Muszą kłamać rano, w południe, wieczorem i przez sen. Muszą kłamać wybiórczym przemilczaniem niewygodnych ustaleń, powtarzaniem manipulanckich wrzutek i antysmoleńską histerią – zbyt daleko zaszli na drodze zaprzaństwa, by teraz się wycofać.

III. Wojna z sumieniem

Paradowska, weteranka proreżimowej publicystyki, będzie bezczelnie nawoływać, by nie transmitować „bzdur” w rodzaju przywoływanego tu posiedzenia sejmowej komisji, a TVP Info z rewolucyjną czujnością będzie wycinać numery takie jak ten ostatni, kiedy to urwała transmisję tuż przed kluczowym wystąpieniem Jana Bokszczanina. Paweł Deresz, były esbecki kapuś, będzie pluł na pamięć swej tragicznie zmarłej małżonki kolportując najbardziej prostackie insynuacje. Kim trzeba być, by występować w tak urągającej człowieczeństwu roli? Jeśli mu nie po drodze z „pisowcami” mógł po prostu wybrać milczenie, usunąć się w cień, jak wiele innych rodzin. Ale nie – pędzi przed kamery i mikrofony, by upowszechniać elukubracje rodem z „twórczości” płatnych trolli internetowych zaludniających różne Onety, czy fora „Wyborczej”. Dlatego też nie ma nawet sensu zadawanie im pytań w rodzaju tych postawionych na wstępie notki.

Jednak, mimo wszystko, co jakiś czas wymknie się temu i owemu jakieś freudowskie przejęzyczenie. A to „Newsweek” na swoich stronach, a to Sikorski, a to Schetyna, ba – nawet sam Ober-Matoł w chwili utraty samokontroli - wypowiedzą wyklęte słowo „zamach”. I wtedy uświadamiamy sobie z całą wyrazistością, że oni wiedzą. Wiedzą tak samo dobrze jak my i to ich jakoś wewnętrznie zżera, bo to nie jest tak, że sumienie da się całkiem wygłuszyć, schować i wyprzeć bez żadnych konsekwencji. Nie - im dłużej toczy się z własnym sumieniem walkę, tym bardziej destrukcyjnie wpływa to na psychikę, degraduje, rozstraja wewnętrznie. Kiedyś ich to zniszczy i to w wielowymiarowym aspekcie – w ten czy inny sposób poniosą karę, nawet jeśli nie dosięgnie ich ramię sprawiedliwości.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na:http://niepoprawneradio.pl/

Inne notki na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/czy-detektor-nie-jest-w-stanie-odroznic-trotylu-od-dezodorantu

http://niepoprawni.pl/blog/287/wybuchowa-prowokacja

http://niepoprawni.pl/blog/287/ostatnia-linia-obrony

sobota, 10 listopada 2012

Wybory bez ekscytacji

Wybory w USA: z punktu widzenia Polski nie stanowiłoby większej różnicy, czy olewał będzie nas Romney, czy Obama.

I. Zero ofert

Jakoś nie potrafiłem wykrzesać z siebie ekscytacji tegorocznymi wyborami prezydenckimi w USA. Głównie z tej przyczyny, że z punktu widzenia Polski nie stanowiłoby większej różnicy, czy olewał będzie nas Romney, czy Obama. Wizyta nadzianego mormona w Polsce rozwiewała co do tego wszelkie wątpliwości. Wydeklamowanie paru zdań o Papieżu i obowiązkowe ściśnięcie grabuli z Bolesławem W., plus foto do wyborczego portfolio w zestawie, pokazywało, że w optyce republikańskich sztabowców Polska wciąż tkwi gdzieś na przełomie lat 80 i 90 zeszłego stulecia, pod świeżym wrażeniem dopiero co zakończonej prezydentury Reagana, które przekładało się – nie do końca słusznie – na sympatię do Busha seniora.

Tymczasem, realia się zmieniają. Polacy, zakosztowawszy unijnej „michy”, wyraźnie w swej sympatii do USA – dotąd często bezkrytycznej – „wychłódli”, do czego walnie przyczyniły się również wojny w Iraku i Afganistanie, odbierane u nas jako niepotrzebne awantury, w które zaangażowaliśmy się za bezdurno, nie mając w tamtym regionie świata żadnych interesów i nie otrzymując niczego w zamian. Obecnie, zamiast poklepywania po pleckach i zapewnieniach o „sojuszu”, tudzież „strategicznym partnerstwie” (też coraz rzadszych zresztą) wolelibyśmy jakieś konkretne oferty. Taką ofertą była tarcza antyrakietowa George'a W. Busha – Romney zaś nie potrafił się nawet zdobyć na jasną deklarację w sprawie podzielenia się know-how i modelu współpracy przy eksploatacji złóż gazu łupkowego.

Pozostaje mieć nadzieję, że nasi rodacy z czasem nabiorą podobnej wyrachowanej rezerwy również wobec unijnych struktur, którym jak na razie gremialnie czapkują, niczym pańszczyźniany przed dziedzicem, tyleż zauroczeni blichtrem brukselskich Białych Bwana, co powodowani nadzieją na rzucony grosz.

II. „Change” nie przejdzie

Jedyne, co mogłoby nieco rozgrzać atmosferę również z naszej perspektywy, to kwestie światopoglądowe. Obama, to wiadomo - lewak, wywodzący się z antytradycji kontrkultury lat -60 i -70 montowanej przez campusowych „użytecznych idiotów” (Lenin) i „gawnojedów” (Suworow). Najchętniej uczyniłby Stany Zjednoczone poligonem doświadczalnym wszelkich szaleństw cywilizacji śmierci, będącej integralnym elementem Antycywilizacji Postępu. To wciąż pozostaje największym niebezpieczeństwem prezydentury „czarnego mesjasza lewicy” ze względu na promieniowanie amerykańskich wzorców w świecie.

Ale, i tu trudno mi było popadać w gorączkę – przede wszystkim, ze względu na miałkość kontrkandydata, któremu mormoński konserwatyzm nie przeszkadzał wielokrotnie zmieniać zdania w tak kluczowej kwestii, jak aborcja. Owszem, można przyjąć, że Ameryka Romneya byłaby pewnie nieco bardziej zachowawcza obyczajowo i trochę bardziej wolnorynkowa niż ta z wizji „change” Obamy, za którą to „zmianą” kryje się po prostu socjalizm i „europeizacja” wedle najgorszych biurokratycznych wzorców rodem z Brukseli, ale cóż... pierwsza kadencja Obamy pokazuje, że Ameryka wciąż dysponuje ciałami odpornościowymi na postępackie szaleństwa i kolejną kadencję „mesjasza” zwyczajnie przeczeka, stosując bierny opór. No, chyba, że Obama po prostu tę Amerykę zbankrutuje, powiększając dług publiczny o kolejne nieprzytomne biliony dolarów.

III. I tylko McCaina żal...

Nie ukrywam, że patrząc na zakończone niedawno starcie, żałowałem przegranej cztery lata temu kandydatury Johna McCaina. Był to człowiek, który na własnej skórze zakosztował uroków sowietyzmu – w północnowietnamskiej mutacji – i na resztę życia pozbył się wszelkich złudzeń co do tego systemu i jego dzisiejszych spadkobierców. Tortury w wietnamskim gułagu dla jeńców nie złamały go, przeciwnie – utwierdziły w antykomunistycznych przekonaniach. Koresponduje to poniekąd z wypowiedzią Andrzeja Gwiazdy, który stwierdził niegdyś, że z Syberii wracały dwa rodzaje ludzi – jedni złamani i przekonani o sowieckiej wszechpotędze, jak Jaruzelski; inni natomiast zahartowani i z niezłomną wolą oporu. McCain zdecydowanie należał do tych drugich – powrócił z wietnamskiego „sybiru” jako człowiek ulepiony z żelaznej gliny.

Jego nieprzejednany stosunek do sowieckiego imperializmu – dorównujący niemal postawie Reagana – znajdował przełożenie również na czasy obecne, kiedy to czekistowski reżim z pułkownikiem Putinem na czele usiłuje wskrzesić dawne mocarstwo. Słynne zdanie – „spojrzałem w oczy Putina i zobaczyłem w nich trzy litery K-G-B” mówi samo za siebie.

Tak sobie myślę, że z McCainem w Białym Domu, Polska miałaby dziś zupełnie inny status na arenie międzynarodowej, szczególnie w naszym regionie. Putinowskiej Rosji o wiele trudniej byłoby wyciągać łapy po nas i inne kraje dawnego bloku. Przede wszystkim zaś, nie do pomyślenia byłoby to, co zdarzyło się 10 kwietnia 2010 na Siewiernym. Czekiści zwyczajnie by się na to nie odważyli.

IV. Bez Jacka Kwiecińskiego

A poza tym, obserwując te wybory - tych wszystkich zauroczonych Obamą telewizyjnych prezenterów, te panienki z błyskiem w kroku wysmętniające się nad sprawnością czytania z telepromptera z jednej, i profesora Lewickiego obskakującego w czerwonym szaliku jako dyżurny republikanin redakcje wszelkich możliwych mediodajni z drugiej strony – widząc tę całą żenadę i pompowaną na siłę atmosferę politycznego show, uświadomiłem sobie, jak bardzo brakuje w naszym dziennikarstwie ś.p. Jacka Kwiecińskiego.

Nikt tak nie potrafił – czy to w dwuzdaniowych, cudownie lapidarnych „Odcinkach”, czy w pogłębionych analitycznych tekstach na łamach „Gazety Polskiej” wyjaśnić o co w tym wszystkim chodzi, sprowadzić medialne stereotypy do właściwych proporcji, wygrzebać naprawdę istotne, a u nas skrzętnie pomijane aspekty amerykańskiej polityki. Wszystko przystępnie, nierzadko z gryzącym sarkazmem, a jednocześnie z niebywałą erudycją i znajomością rzeczy jaką dają tylko dziesięciolecia obserwowania amerykańskich spraw z perspektywy o wiele szerszej, niż medialno-polityczne bajorko Wschodniego Wybrzeża. Dziś nikt już nie jest w stanie „dotknąć” Ameryki tak jak ON.

I tym spóźnionym hołdem dla Mistrza pozwolę sobie zakończyć dzisiejszą notkę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

piątek, 2 listopada 2012

Ostatnia linia obrony

Wróblewski zachował się jak ciota. A wystarczyło napisać kolejny artykuł, punkt po punkcie obalający dyrdymały płk Szeląga.

I. Wróblewski jak ciota

Nie da się ukryć, że naczelny „Rzepy”, Tomasz Wróblewski, zachował się po wtorkowej konferencji Prokuratury Wojskowej jak ciota. W artykule Cezarego Gmyza „Trotyl na wraku tupolewa” nie było literalnie nic, z czego należałoby się wycofywać rakiem, jak zrobił to Wróblewski, publikując w internecie kolejne wersje kuriozalnych sprostowań, wyjaśnień itd.

O czym bowiem napisał Gmyz? Ano o tym, że z Rosji przysłano dokumenty urągające procedurom, w wyniku czego polscy biegli odmówili podpisania się pod protokołami o przyczynach zgonu bez przebadania wraku pod kątem pirotechnicznym. Napisał ponadto, że na miejscu tragedii odkryto nowe „wielkogabarytowe” części Tupolewa (to by było tyle, jeśli chodzi o „metr wgłąb”) - i że zarówno te nowo odkryte, jak i „stare”, spoczywające pod dachem i umyte przez Rosjan części samolotu dały wynik pozytywny przy badaniu na obecność materiałów wybuchowych. Jedno z urządzeń miało nawet wyczerpać skalę – zaś owe „materiały wybuchowe” zostały zidentyfikowane jako trotyl i nitrogliceryna.

Gmyz napisał również, że polska ekipa wyposażona była w nowoczesny sprzęt, co ma swoje implikacje (o tym za chwilę) i nawet zastrzegł, że brana jest pod uwagę hipoteza o pochodzeniu śladów trotylu z niewybuchów z okresu II wojny światowej, kiedy to w rejonie Smoleńska toczyły się intensywne walki. Kolejną istotną informacją było, że o odkryciu prokurator Seremet osobiście poinformował Ober-Matoła i od dwóch tygodni „trwały intensywne konsultacje” co z tym fantem zrobić.

Z czego tu się wycofywać? Redaktor Gmyz dochował należytej staranności, potwierdzając informacje w czterech niezależnych źródłach. Wróblewski osobiście rozmawiał o sprawie z Seremetem. Artykuł – niezależnie od bulwersującej treści – napisany został w sposób wyważony. Tymczasem, po konferencji prasowej Prokuratury Wojskowej z płk Szelągiem w roli głównej, naczelny „Rzeczpospolitej” sprawiał wrażenie, jakby nagle uświadomił sobie, że ktoś ich podpuścił „na Smoleńsk” - i rzucił się do zacierania złego wrażenia. Oczywiście, „przeciek” mógł być prowokacją, osobiście sądzę wręcz, że tak właśnie było, czemu dałem wyraz w tekście „Wybuchowa prowokacja”, ale nie zmienia to faktu, że Tomasz Wróblewski zachował się w sposób najgorszy z możliwych.

Spójrzmy: naczelny, który osobiście dopuścił artykuł do publikacji, nagle zwyczajnie zostawił swego dziennikarza na lodzie. Wali jako „redakcja” tekst ze słowami „pomyliliśmy się” (następnie, po interwencji Gmyza, zmieniony), potem bredzi coś, że chodziło tylko o zwrócenie uwagi na przewlekłość śledztwa – słowem, panikuje. Dno. W ten sposób nie tylko zdezawuował własną gazetę i swego podwładnego, ale dostarczył również amunicji Sekcie Pancernej Brzozy, reżimowym mediodajniom i propagandzie Dyktatury Matołów.

II. Obnażyć kłamstwa prokuratora Szeląga

A wystarczyło tylko nalać sobie lampkę koniaku, czy co tam Wróblewski lubi, wziąć głęboki oddech, i... pójść za ciosem! Przecież to, co wygadywał płk Szeląg na słynnej konferencji, to były jakieś kompletne brednie, banialuki obliczone na zrobienie ludziom wody z mózgów i na danie pożywki „antysmoleńskiej narracji”. Wciskanie kitu – i tu wracamy do wątku o „nowoczesnym sprzęcie” - że spektrometr ruchliwości jonów nie odróżnia trotylu od namiotu z PCV, to obraza dla rozumu, o czym można się łatwo przekonać wrzucając w wyszukiwarkę hasło „detektor materiałów wybuchowych”. Ja wrzuciłem i przykładowe efekty można zobaczyć w notce „Czy detektor nie jest w stanie odróżnić trotylu od dezodorantu?”.

Jest tam m.in. opis urządzenia o nazwie „Przenośny detektor materiałów wybuchowych PED-8800 Pro”. Najważniejsze dane: - funkcjonowanie w oparciu o technologię IMS (Ion Mobility Technology) plus transformacja Hardamarda; - wskaźnik fałszywych alarmów – 1%; - czas analizy – 4-10 s; - wykrywa całą paletę środków wybuchowych (w tym TNT) z możliwością poszerzenia bazy danych; - nazwę zidentyfikowanej substancji wyświetla na monitorze LCD; - i tak dalej...

Jeśli nasza ekipa na Siewiernym dysponowała sprzętem podobnego rodzaju, to zwyczajnie nie mógł się on zachowywać tak, jak opisywał to ze swadą płk Szeląg. Nie mógł alarmować skierowany na namiot z PCV, czy na kosmetyki. Zwyczajnie nie mógł i już, tak jak nie „wyją” non-stop analogiczne wykrywacze na lotniskach i przejściach granicznych, ilekroć którykolwiek z nich natrafi na tworzywo sztuczne, lub szminkę w czyjejś torebce.

A jak najprawdopodobniej było? Ano, specjaliści „omiatali” detektorem, bądź pobierali tzw. „długopisem” próbki z powierzchni szczątków samolotu i po kilku sekundach wyświetlało się: TNT, TNT, TNT, NG, TNT, NG, TNT....

III. Na ratunek karierze

Wystarczyło usiąść na chwilę, odtworzyć sobie nieprzytomne filipiki płk Szeląga z nagrania konferencji i napisać kolejny artykuł, punkt po punkcie obalający jego dyrdymały. Z takim zadaniem poradziłby sobie zwykły bloger, a co dopiero rutynowani dziennikarze. Trzeba było zapędzić kolegów i koleżanki z działu popularnonaukowego do pisania tekstów wyjaśniających w przystępny sposób czym dysponowali nasi śledczy w Smoleńsku i jak to działa. I nie odpuszczać. Dzień po dniu powtarzać na różne sposoby – prokurator Szeląg kłamie! Kłamie, najprawdopodobniej na polecenie swych przełożonych, działających z politycznej inspiracji.

Tak właśnie należało zrobić.

Wróblewski jednak tak nie postąpił. Zamiast tego, w modnym ostatnio stylu „oddał się do dyspozycji” zarządu Presspubliki (czytaj – Hajdarowicza – biznesowi kumple z WSI i te sprawy). Czyli, zachował się jak kapitan uciekający z tonącego okrętu, przed pasażerami i załogą – ale nie do końca, bo dymisji jednak nie złożył. Stoi jedną nogą w szalupie, drugą na pokładzie, licząc, że go zawołają, bo może okaże się jednak, że łajba wcale nie tonie, a wtedy on, owszem, bardzo chętnie zgodzi się znów nią dowodzić. Jak to nazwać?

Moim skromnym zdaniem, Tomasz Wróblewski zorientował się, że jeszcze chwilka, a zaliczony zostanie do „smoleńskich wariatów”, co skutkuje automatyczną banicją z „towarzystwa” i „ludzi na poziomie”, a w wymiarze materialnym – utratą roboty bez żadnej nadziei na kolejną, a już zwłaszcza w charakterze redaktora naczelnego. Rzucił się więc do tyleż chaotycznego, co desperackiego ratowania własnej kariery. Pewnie nawet nikt nie musiał go straszyć. Sam zrozumiał. Taka jest siła Niewidzialnej Ręki sprawującej właścicielski nadzór nad III RP.

Dziwi tylko, dlaczego Gmyz jednak nie zwołał konferencji. Być może dostał zakaz publicznego wypowiadania się, może zagrożono mu zwolnieniem, gdyby upierał się przy swoim...

IV. Ostatnia linia obrony

Dlaczego jednak, skoro truję o Wróblewskim, ten tekst zatytułowałem „Ostatnia linia obrony”? Z prostej przyczyny: niezależnie od doraźnych korzyści, jakie Dyktatura Matołów odniosła z całej zawieruchy i dupkowatego zachowania redaktora Wróblewskiego, długofalowo Dyktatura i jej Ober-Matoł na tym stracą. Podobne „operacje trotyl” ich dobiją. Zadławią się własnymi kłamstwami.

Zwróćmy uwagę: definitywnie skończył się czas „wrzutek” ofensywnych – o „naciskach” Lecha Kaczyńskiego, kłótni z kpt Protasiukiem na Okęciu, pijanym generale Błasiku w kokpicie itd. Chwilowe otrzepanie z kurzu na potrzeby telewizorni Hypkiego, „ekspertów” od Milera, Białoszewskiego i innych ruskich agentów wpływu (o Osieckim nawet szkoda gadać), nic nie zmienia. Zaraz zniknęli.

Obecnie mamy do czynienia z sytuacją, gdy na potrzeby „anty-smoleńskiej narracji” musiano zmanipulować autentyczne odkrycie świadczące o zamachu. Oni już nie atakują – pod naporem kolejnych danych świadczących o kompromitacji „śledztwa” cofają się krok po kroku, nieudolnie się odgryzając. Aż dotarli na ostatnią rubież – dzisiaj muszą się już wprost bronić przed zarzutami o zamach, o zamordowanie Prezydenta i pozostałych niewinnych ofiar. Do walki posyłają ostatnie rezerwy – dzieci i starców z panzerfaustami. A tymczasem, badanie dla TVN 24 wykazuje wprawdzie kilkuprocentową przewagę PO nad PiS, ale zarazem mówi o 34% Polaków, którzy uważają, że miał miejsce zamach i o 63% domagających się międzynarodowej komisji. Biorąc poprawkę na stację, odsetki mogą być jeszcze wyższe.

Już niedługo... Czekaliśmy ponad dwa i pół roku, poczekamy jeszcze trochę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/czy-detektor-nie-jest-w-stanie-odroznic-trotylu-od-dezodorantu

http://niepoprawni.pl/blog/287/wybuchowa-prowokacja

http://niepoprawni.pl/blog/287/krach-anty-smolenskiej-narracji

Ciekawy tekst (i jeszcze ciekawsze linki wewnątrz):

http://niezalezna.pl/34370-trotyl-i-spektrometry-czyli-jak-krecil-szelag

Ilustracja: Adam Dee