Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krzyż na Krakowskim Przedmieściu. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 kwietnia 2018

Smoleńsk 2010 - 2018

Prócz poległych 10 kwietnia 2010 r., należy również uhonorować zwyczajnych, anonimowych ludzi, którzy trwali w modlitwie pod Krzyżem, znosząc erupcję podłości.

I. Bezsilne złorzeczenia

Ósma rocznica Tragedii Smoleńskiej upłynęła pod znakiem godnego oddania hołdu 96 ofiarom, ze śp. Prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele. Na Placu Piłsudskiego, mimo wściekłych oporów warszawskiego ratusza i Hanny Gronkiewicz-Waltz stanął pomnik, odbyły się stosowne uroczystości – słowem, wszystko było jak trzeba. Drugiej stronie zostały jedynie bezsilne złorzeczenia i próby małostkowych kpin. Najpierw usiłowano wrobić autora monumentu w plagiat – pomnik bowiem przypomina okładkę debiutanckiej płyty zespołu Beyond the Bridge „The Old Man and the Spirit” (2012 r.). Już – już rozkręcano aferę, a Roman Giertych („Romek, co pozwy pisze”) groził prawnymi konsekwencjami i „wielomilionowym odszkodowaniem”, gdy na swoim facebooku odezwał się sam zespół. Muzycy nie tylko wyrazili się z największym szacunkiem o katastrofie z 10 kwietnia 2010 r., ale wprost zażyczyli sobie, by ich do żadnych politycznych przepychanek nie mieszać, kończąc oświadczenie słowami: „Po prostu cieszcie się naszą muzyką i powstrzymajcie się od oskarżeń o plagiat i gróźb. Cóż, słabo wierzę, by autor projektu, pan Jerzy Kalina (rocznik 1944), słyszał o zespole Beyond the Bridge, bo to jednak trochę nie to pokolenie, a motyw schodów jest jednym z symboli obecnych w sztuce od dawna. Równie słabo wierzę, by sam zespół na bieżąco śledził wydarzenia w Polsce i rad bym wiedzieć, co za „Romek” go usłużnie powiadomił o rzekomym „plagiacie”. W każdym razie, grupa zachowała się z klasą, co jest drastycznym kontrastem w stosunku do rodzimej, rozhisteryzowanej celebrycko-showbusinessowej psiarni. Portalowi „Agory” zostało więc już tylko epatowanie „blokadą Warszawy” i rejestrowanie pomstowań tzw. „zbulwersowanych obywateli”, czego jakimś dziwnym trafem nigdy nie robi chociażby w przypadku cyklicznych maratonów odcinających od świata całe kwartały miasta.

Warto w tym miejscu przypomnieć wszystkim rozgorączkowanym, że nadzwyczajne środki bezpieczeństwa nie byłyby konieczne, gdyby nie wielomiesięczna, wytężona aktywność agresywnych prowokatorów – „obywateli SB” usiłujących zakłócać kolejne smoleńskie miesięcznice. Również i teraz Agnieszka Holland zaapelowała, by rocznicowym obchodom urządzić tzw. „kocią muzykę” - warszawiacy zatem mają komu podziękować za utrudnienia w ruchu.


II. „Idziemy pod krzyż, tam policja nie łapie”

I tu dochodzimy do sprawy zasadniczej. Mianowicie, ta banda wściekłych błaznów jest w prostej linii potomstwem Palikota, Dominika Tarasa, kryminalisty Zbigniewa S. ps. „Niemiec” i całej reszty swołoczy, pamiętanej przez nas za sprawą wielotygodniowych tumultów na Krakowskim Przedmieściu. Jak wtedy o nich pisano? Zachwycano się „młodymi z Facebooka” i nowoczesną nadzieją na inną, bardziej „europejską” Polskę. To oni mieli stworzyć na Krakowskim Przedmieściu „radosny Hyde Park” i wymieść ponury „kult Tanatosa” wraz z „dusznymi oparami polskiego mesjanizmu”. Przybity do krzyża miś, tudzież krucyfiks z puszek po piwie były szczytem finezyjnego humoru, podobnie jak reklama „zimny Lech” wywieszona naprzeciw wawelskiej katedry. Z Dominikiem Tarasem przeprowadziły wywiad Agata Nowakowska i Dominika Wielowieyska z „Gazety Wyborczej” - tyle dobrego, że ich bohater wyszedł na totalnego kretyna i szybko został „schowany”.

Ale to za dnia. Nocami okolice Krzyża Pamięci zamieniają się w przedsionek piekieł. Pijana tłuszcza wylewająca się z pobliskiej mordowni Gesslera atakuje modlących się ludzi, przypala papierosami starsze kobiety, oddaje mocz na znicze, depcze kwiaty i zdjęcia poległych... Wszystko w akompaniamencie wulgarnych wrzasków. Oddajmy głos bezpośredniemu świadkowi: „Stoję już czwartą noc pod krzyżem pod pałacem prezydenckim. To czego tam doświadczamy, przechodzi granice wszelkich wyobrażeń. Oto tylko ułamki tego, co dzieje się co noc: około 21:00 przychodzi ks. Małkowski i wspólnie ze zgromadzonymi tam wiernymi odmawiamy apel jasnogórski. Z pobliskiego Gesslera (wino, wódka, piwo wszystko za 4 zł) natychmiast przybliża się grupa około 60 osób, podpitych, z nową prowokacją. Wciskają się, między stojących tam ludzi i tubalnymi wrzaskami skutecznie zakłócają każde słowo modlitwy. Okrzyki są niewybredne: „precz z krzyżem”, „zimny Lech na krzyż”, „krzyż do kościoła”, wszystko obficie pokraszone przekleństwami: k..., h..., pierd..., kut... i inne. Wrzaski nasilają się i łączą tak, że nie słychać ani jednego słowa kapłana (...)”. I tak dalej, oszczędzę Czytelnikom kolejnych, bardziej drastycznych opisów, można wciąż odnaleźć je w internecie. Dodajmy tylko dwie rzeczy – warszawscy celebryci czuli się w obowiązku, by w tamte letnie noce 2010 r. podlansować się na Krakowskim Przedmieściu, a do historii przeszło zdjęcie aktoreczki Anny Muchy w objęciach Zbigniewa S. ps. „Niemiec” - mającego na koncie gwałt zbiorowy sutenera i szefa gangu szantażystów Krzysztofa Piesiewicza. Druga rzecz – zajścia odbywały się na oczach kordonu policji nie reagującej na prośby o interwencję. Słynne stało się powiedzenie: „idziemy pod krzyż, tam policja nie łapie” - chodziło m.in. o możliwość spożywania alkoholu w miejscu publicznym – tuż pod nosem służb porządkowych.


III. Operacja „zadeptać pamięć”

Mieliśmy zatem do czynienia z przeprowadzoną na zimno prowokacją – operacją socjotechniczną mającą rozbić poczucie narodowej wspólnoty. To, co objawiło się tuż po 10 kwietnia 2010 r. - te niezliczone tłumy pod Pałacem Prezydenckim, morze zniczy, kwiaty rzucane pod koła kolumny samochodowej przewożącej trumny Lecha i Marii Kaczyńskich, wielodniowe kolejki ludzi pragnących pożegnać Parę Prezydencką – wszystko to śmiertelnie przeraziło Tuska i jego kamarylę oraz łże-elity III RP. Dlatego tuż po przedziwnych wyborach, Bronisław Komorowski przystąpił do działania, zapowiadając usunięcie postawionego przez harcerzy symbolicznego krzyża, w miejsce którego z czasem miał stanąć pomnik.

Resztę znamy. Pamiętamy usuwanie zniczy, kwiatów, zadeptywanie pamięci na rozkaz Hanny Gronkiewicz-Waltz. Pamiętamy również brutalne interwencje straży miejskiej i napaści na namiot „Solidarnych 2010”. Pamiętamy haniebne oddanie śledztwa Putinowi, brudne kaskady kłamstw i medialnych „wrzutek”: o „pijanym generale”, „ostatniej rozmowie” braci Kaczyńskich, „jak nie wyląduję, to mnie zabije” i całą resztę – wszystko w idealnej zgodzie z rosyjską narracją. Pamiętamy gehennę rodzin zmarłych, zakaz otwierania trumien, sugestie Tuska, że „smoleńskim wdowom” chodzi o odszkodowania. Pamiętamy wreszcie reaktywację „przemysłu pogardy” - tym razem skierowanego przeciw tym, którzy upominali się o pamięć i prawdę. Ale to zarazem pokazywało, jak stojący za tą orkiestrą dyrygenci oraz ich totumfaccy boją się własnego narodu. Jak bardzo czują się z niego wyobcowani. Do jakiego stopnia ojkofobiczny lęk popycha ich do coraz bardziej rozpaczliwych, a niekiedy wręcz zbrodniczych działań. Że bezpiecznie mogą się czuć jedynie wówczas, gdy uda im się zmienić polski naród w wykorzeniony, zatomizowany i rozdarty wewnętrznymi konfliktami, niezborny tłum.

Czy im się udało? Doraźnie, tak. Na dłuższą metę – na szczęście, nie do końca. Dziś po potędze ówczesnych władców masowej świadomości nie został ślad – jest tylko grupka zaplutych, nienawistnych staruchów. Młodzież także znalazła się w zupełnie innym miejscu, wywołując u tamtych paroksyzmy histerii na widok koszulek z Żołnierzami Wyklętymi. Nie zapominajmy jednak o żelaznym elektoracie „totalnej opozycji”, ukształtowanym w znacznej mierze przez wspomniane wydarzenia. Napisałem kiedyś, że Smoleńsk stał się doświadczeniem formacyjnym – i to dla obu stron dzisiejszego politycznego podziału. Ta diagnoza w znacznej mierze jest wciąż aktualna.


IV. Cześć i chwała bohaterom

Dlaczego piszę o tym przy okazji rocznicowych obchodów i ostatniej, 96. miesięcznicy smoleńskiej? Ano dlatego, że prócz poległych 10 kwietnia 2010 r., należy również w jakiś sposób uhonorować tamtych, zwyczajnych, anonimowych ludzi. Tych, którzy nie pozwolili się stłamsić, którzy trwali w modlitwie pod Krzyżem, znosząc opisywaną tu erupcję podłości. Trzeba również pamiętać o wielkim, zbiorowym wysiłku internautów, blogerów – kto pamięta tamte czasy, ten wie, że bez tego oddolnego przekazu oficjalne media zmonopolizowane przez jedną opcję zwyczajnie by nas zjadły. Pamiętać należy wreszcie o ofiarach „seryjnego samobójcy” - o zagadkowych zgonach i „wypadkach” Grzegorza Michniewicza (dyrektora Kancelarii Premiera Donalda Tuska), prof. Marka Dulinicza (szefa grupy archeologów, którzy mieli wyjechać do Smoleńska), Eugeniusza Wróbla (b. ministra w rządzie PiS i eksperta lotniczego), Dariusza Szpinety (eksperta podważającego oficjalną wersję Smoleńska), gen. Sławomira Petelickiego (ujawnił słynny esemes Radosława Sikorskiego o „winie pilotów” z ranka 10.04.2010), chorążego Remigiusza Musia (członka załogi Jaka-40, konsekwentnie negującego oficjalne zapisy z czarnych skrzynek) i wielu innych. Pamiętajmy o nich wszystkich - nie tylko dzisiaj.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ofiary po-smoleńskie

Judaizacja „ludu smoleńskiego”

Smoleńsk jako narzędzie zmiany

Strategia rozpaczy

Krach anty-smoleńskiej narracji

Histeria anty-smoleńska

Smoleńsk jako doświadczenie formacyjne

Smoleńskie status quo

Strach rocznicowy

Antysmoleńskie opętanie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 08 (18.04-08.05.2018)

niedziela, 16 sierpnia 2015

Podwójna schizma Komorowskiego

Za sprawą Komorowskiego dokonały się w Polsce dwie schizmy – wewnątrznarodowa i wewnątrzkościelna.

I. Dwie schizmy

Gdybym miał podsumować kadencję byłego już prezydenta Bronisława Komorowskiego, to prócz rozlicznych przykładów politycznego szkodnictwa, czy żenujących występów wskazujących na postępujący niedowład intelektualny, wskazałbym, iż jest to człowiek za sprawą którego dokonały się w Polsce dwie schizmy – wewnątrznarodowa i wewnątrzkościelna.

Zacznijmy od tej pierwszej. Oto na skutek amerykańskiego „resetu”, Rosja wraz z dyszącymi żądzą zemsty ludźmi WSI uznała, że może sobie pozwolić na likwidację znienawidzonych braci Kaczyńskich i zainstalowanie swojego człowieka pod żyrandolem pałacu prezydenckiego. Planu nie udało się w pełni zrealizować, bowiem w ostatniej chwili Jarosław Kaczyński zrezygnował z lotu do Smoleńska by zostać przy chorej matce, niemniej wynik zamachu i tak był więcej niż zadowalający. Polska elita z Lechem Kaczyńskim na czele skonała w smoleńskim błocie, a w kraju stojący w blokach startowych Komorowski natychmiast rozpoczął bezprawne przejmowanie prezydentury – jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem zgonu głowy państwa. Szczególnie zależało mu na położeniu łapy na Aneksie do raportu o rozwiązaniu WSI (ciekawe zresztą, czy dokument ten nadal znajduje się w zasobach BBN).

Operacja, wykorzystująca atmosferę szoku po tragedii przebiegła gładko, jednak nastąpiło coś, czego najwyraźniej nie przewidziano. Oto naród, zdawałoby się trwale podzielony przez „przemysł pogardy” na dwa wrogie plemiona, nagle w obliczu śmierci 96 ofiar Smoleńska zaczął się jednoczyć. Pamiętamy tłumy przed Pałacem Prezydenckim, morze zniczy, szpaler wzdłuż przejazdu kolumny samochodów z trumnami Pary Prezydenckiej i naręcza kwiatów zasypujące karawan. Z punktu widzenia tej władzy, wysługujących się jej salonów oraz całego obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, takie narodowe pojednanie było sennym koszmarem, oznaczało bowiem kres metody sprawowania rządów polegającej na napuszczaniu na siebie różnych grup społecznych. Na widok tłumów na Krakowskim Przedmieściu i tej gigantycznej kolejki ludzi chcących oddać ostatni hołd wystawionym w Pałacu trumnom, zwyczajnie ścierpły im tyłki. Wspomnijmy choćby pełne przerażenia komentarze o „demonach polskiego patriotyzmu”, czy „kulcie Tanatosa”. Z kolei wygwizdanie przez tłum Moniki Olejnik, która postanowiła podlansować się przy okazji Żałoby Narodowej oraz wymuszenie przez zgromadzonych wyłączenia telebimu z TVN-em podczas pogrzebu Pary Prezydenckiej było sygnałem, że medialne jaczejki systemu zaczynają tracić rząd dusz. Trzeba było coś z tym zrobić. Wstępem było ponowne rozpętanie przemysłu pogardy wokół wawelskiego pochówku i reaktywacja Palikota. Należało też przypieczętować przejęcie pełni władzy, co było tym łatwiejsze, iż Jarosław Kaczyński podczas kampanii przygnieciony był żałobą, a jego sztab stanowili wówczas Joanna Kluzik-Rostkowska, Elżbieta Jakubiak, Paweł Poncyliusz, czy Marek Migalski, którzy woleli promować siebie samych, wygłupiając się w hippisowskich szmatkach.

Komorowski zatem wygrał i niemal natychmiast po zaprzysiężeniu udzielił „Gazecie Wyborczej” wywiadu, zapowiadając usunięcie Krzyża sprzed Pałacu Prezydenckiego, co zapoczątkowało pamiętne pandemonium letnich nocy na Krakowskim Przedmieściu, w które na skutek siły rażenia propagandy zaangażowała się emocjonalnie - po jednej, bądź po drugie stronie - reszta Polski. To była wielka operacja socjotechniczna powtórnego podzielenia narodu i ustanowienia dla „moherów” swoistego apartheidu, co nawiasem mówiąc, zupełnie otwarcie postulował prof. Radosław Markowski mówiąc, iż trzeba znaleźć sposób, by skutecznie, instytucjonalnie się podzielić. Rzucono do tego wszelkie siły – włącznie z warszawskimi alfonsami pokroju Zbigniewa S. ps. „Niemiec” - i udało się. Narodowa schizma na powrót stała się faktem, a paliwo nienawiści zapewniło temu układowi kolejną kadencję rządów. I za to Bronisław Komorowski jest osobiście odpowiedzialny.

II. Kościelni Lucyferianie

O ile doprowadzenie z pełną świadomością do głębokiego, społecznego podziału jest symbolicznym początkiem tej najgorszej w dziejach Polski prezydentury, o tyle jej zwieńczeniem jest doprowadzenie do faktycznej schizmy kościelnej. Schizma ta wprawdzie tliła się od lat wskutek pracowitego organizowania przez „Wyborczą” z medialnymi przyległościami własnego quasi-kościoła z postępowymi księżmi, czy próbami podziału na „kościół toruński” i „łagiewnicki”, jednak dopiero msza dziękczynna w kościele wizytek z 6 sierpnia pokazała głębię rozłamu. Komorowskiemu przez lata udawało się uchodzić za tradycyjnego katolika i maskę tę porzucił ostatecznie dopiero po przegranych wyborach – gdy było mu już wszystko jedno. Mógł zatem bez ceregieli podżyrować politykę rządu PO skrojoną ostatnio jakby pod zapotrzebowanie patologicznych, antyklerykalnych hejterów z forum „GW” i sierot po Palikocie, czego dobitnym świadectwem był podpis pod ustawą o in vitro złożony wbrew jednoznacznemu stanowisku Episkopatu oraz nauczaniu Kościoła. I wtedy właśnie okazało się, iż jest grupa księży (Seniuk, Luter, Sowa itd.), stosunkowo nieliczna, lecz silna poparciem medialno-politycznego mainstreamu, którzy gotowi są wprost zanegować stanowisko swych ordynariuszy, wprowadzając otwartym tekstem podział na „episkopoi” i „prezbiteroi”. Demonstracyjny wymiar miało przy tym świętokradcze udzielenie Komorowskiemu Komunii, tudzież przeprosiny wygłoszone za „ludzi Kościoła” podczas tej liturgicznej fety.

Tu wtręt na marginesie – dyżurna katechetka „Gazety Wyborczej”, pani Katarzyna Wiśniewska oburzyła się na przyrównanie kapłanów zblatowanych z polityczno-medialną salonowszczyzną do księży-patriotów. Pisze: „porównywanie otwartych na dialog kapłanów z księżmi kolaborującymi z władzami komunistycznymi - na to trzeba było prawdziwie niezależnego pomyślunku historycznego”. Błąd, pani redaktor, więcej nawet – brak czujności rewolucyjnej oraz zrozumienia mądrości etapu. Jak można nazywać współpracowników komuny „kolaborantami”? Czy Pani czasem aby się nie zagalopowała? Zapomniała Pani w jakim środowisku funkcjonuje, do jakiej gazety pisze i jakie są biograficzno-rodzinne zaszłości autorytetów z redaktorem naczelnym włącznie? Wszak, pozostając w logice Pani gazety, to właśnie „księża-patrioci” byli „otwarci na dialog”, rozumieli ducha czasu i wyzwania postępu społeczno-politycznego uosabianych wówczas przez partyjną awangardę rewolucji komunistycznej. Wypisz-wymaluj, zupełnie jak dzisiejsi postępowi księża, tak otwarci, że gotowi są paktować choćby z samym diabłem. Tak tolerancyjni, że na wyprzódki wpychający Komunię Świętą do gardła, niczym karmnej gęsi, jawnogrzesznikowi ostentacyjnie i uporczywie tkwiącemu w grzechu ciężkim. Efekty dialogu w ich wykonaniu idealnie obrazują wspomniane wyżej przeprosiny skierowane pod adresem tegoż zatwardziałego grzesznika i demonstracyjne odcięcie się od biskupów, oznaczające de facto deklarację schizmy.

Kontynuując w duchu „Wyborczej” - to właśnie Kościół prymasa Wyszyńskiego był „zamknięty”, tkwiący w obskuranckim „non possumus”, antypostępowy, promujący „płytki ludowy katolicyzm” i „prymitywny kult maryjny”. Czyli, całkiem jak znakomita większość obecnego Episkopatu „nie pojmująca” wymogów współczesności oraz dziejowej konieczności przyjęcia z całym dobrodziejstwem inwentarza genderyzmu, in vitro, homomałżeństw, rozwodów i reszty światłej agendy Lucyfera. Wszak „Lucyfer” to inaczej „niosący światło” - z łacińskiego lux: światło; ferre: nieść – stąd wniosek, że w oczach obozu Postępu Kościół zasłuży na uznanie dopiero wówczas, gdy zostanie „oświecony”, czyli przejdzie na pozycje lucyferiańskie, od czego zresztą niektórzy kapłani pokroju tych koncelebrujących mszę ku czci Bronisława Umęczonego nie są już zbyt odlegli. Inni zaś, jeśli przypomnimy sobie umizgi ks. Bonieckiego do Adama Darskiego vel „Nergala” vel „Holocausto”, dotknęli nawet tej granicy fizycznie. Komorowski dał zresztą wyraźny sygnał jakie nauki są miłe, a jakie niemiłe władzy doprowadzając w 2010 roku do odwołania kapelana ks. płk. Sławomira Zarskiego za nieprawomyślne kazanie wygłoszone w Święto Niepodległości.

III. Wyzwanie

I już krótko, na zakończenie: nie zazdroszczę prezydentowi Dudzie, choć głosy z jego otoczenia wskazują, iż zdaje on sobie sprawę ze szkodliwości obecnych podziałów. Czy będzie w stanie choćby częściowo je zasypać, czy też prawdziwa okaże się fraza Rymkiewicza - „To co nas podzieliłoto się już nie sklei”? O ile schizmę kościelną i dyscyplinowanie rozbrykanych kapłanów można zostawić biskupom, to nie należy zapominać, iż oba podziały w jakiś sposób się na siebie nakładają, a zakonserwowanie kulturowo-społecznego apartheidu jest w dalszej perspektywie czasowej przepisem na narodową anihilację. Przezwyciężenie toksycznej spuścizny Komorowskiego zatruwającej społeczną tkankę może się okazać zadaniem trudniejszym niż odwrócenie wszystkich pozostałych szkód ośmiu lat rządów Platformy razem wziętych.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/komu-%C5%9Bwieczk%C4%99-komu-ogarek#.VcZRsbVvAmw

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2236-pod-grzybki-16

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 31 (12-18.08.2015)