Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbigniew S.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbigniew S.. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 kwietnia 2018

Smoleńsk 2010 - 2018

Prócz poległych 10 kwietnia 2010 r., należy również uhonorować zwyczajnych, anonimowych ludzi, którzy trwali w modlitwie pod Krzyżem, znosząc erupcję podłości.

I. Bezsilne złorzeczenia

Ósma rocznica Tragedii Smoleńskiej upłynęła pod znakiem godnego oddania hołdu 96 ofiarom, ze śp. Prezydentem Lechem Kaczyńskim na czele. Na Placu Piłsudskiego, mimo wściekłych oporów warszawskiego ratusza i Hanny Gronkiewicz-Waltz stanął pomnik, odbyły się stosowne uroczystości – słowem, wszystko było jak trzeba. Drugiej stronie zostały jedynie bezsilne złorzeczenia i próby małostkowych kpin. Najpierw usiłowano wrobić autora monumentu w plagiat – pomnik bowiem przypomina okładkę debiutanckiej płyty zespołu Beyond the Bridge „The Old Man and the Spirit” (2012 r.). Już – już rozkręcano aferę, a Roman Giertych („Romek, co pozwy pisze”) groził prawnymi konsekwencjami i „wielomilionowym odszkodowaniem”, gdy na swoim facebooku odezwał się sam zespół. Muzycy nie tylko wyrazili się z największym szacunkiem o katastrofie z 10 kwietnia 2010 r., ale wprost zażyczyli sobie, by ich do żadnych politycznych przepychanek nie mieszać, kończąc oświadczenie słowami: „Po prostu cieszcie się naszą muzyką i powstrzymajcie się od oskarżeń o plagiat i gróźb. Cóż, słabo wierzę, by autor projektu, pan Jerzy Kalina (rocznik 1944), słyszał o zespole Beyond the Bridge, bo to jednak trochę nie to pokolenie, a motyw schodów jest jednym z symboli obecnych w sztuce od dawna. Równie słabo wierzę, by sam zespół na bieżąco śledził wydarzenia w Polsce i rad bym wiedzieć, co za „Romek” go usłużnie powiadomił o rzekomym „plagiacie”. W każdym razie, grupa zachowała się z klasą, co jest drastycznym kontrastem w stosunku do rodzimej, rozhisteryzowanej celebrycko-showbusinessowej psiarni. Portalowi „Agory” zostało więc już tylko epatowanie „blokadą Warszawy” i rejestrowanie pomstowań tzw. „zbulwersowanych obywateli”, czego jakimś dziwnym trafem nigdy nie robi chociażby w przypadku cyklicznych maratonów odcinających od świata całe kwartały miasta.

Warto w tym miejscu przypomnieć wszystkim rozgorączkowanym, że nadzwyczajne środki bezpieczeństwa nie byłyby konieczne, gdyby nie wielomiesięczna, wytężona aktywność agresywnych prowokatorów – „obywateli SB” usiłujących zakłócać kolejne smoleńskie miesięcznice. Również i teraz Agnieszka Holland zaapelowała, by rocznicowym obchodom urządzić tzw. „kocią muzykę” - warszawiacy zatem mają komu podziękować za utrudnienia w ruchu.


II. „Idziemy pod krzyż, tam policja nie łapie”

I tu dochodzimy do sprawy zasadniczej. Mianowicie, ta banda wściekłych błaznów jest w prostej linii potomstwem Palikota, Dominika Tarasa, kryminalisty Zbigniewa S. ps. „Niemiec” i całej reszty swołoczy, pamiętanej przez nas za sprawą wielotygodniowych tumultów na Krakowskim Przedmieściu. Jak wtedy o nich pisano? Zachwycano się „młodymi z Facebooka” i nowoczesną nadzieją na inną, bardziej „europejską” Polskę. To oni mieli stworzyć na Krakowskim Przedmieściu „radosny Hyde Park” i wymieść ponury „kult Tanatosa” wraz z „dusznymi oparami polskiego mesjanizmu”. Przybity do krzyża miś, tudzież krucyfiks z puszek po piwie były szczytem finezyjnego humoru, podobnie jak reklama „zimny Lech” wywieszona naprzeciw wawelskiej katedry. Z Dominikiem Tarasem przeprowadziły wywiad Agata Nowakowska i Dominika Wielowieyska z „Gazety Wyborczej” - tyle dobrego, że ich bohater wyszedł na totalnego kretyna i szybko został „schowany”.

Ale to za dnia. Nocami okolice Krzyża Pamięci zamieniają się w przedsionek piekieł. Pijana tłuszcza wylewająca się z pobliskiej mordowni Gesslera atakuje modlących się ludzi, przypala papierosami starsze kobiety, oddaje mocz na znicze, depcze kwiaty i zdjęcia poległych... Wszystko w akompaniamencie wulgarnych wrzasków. Oddajmy głos bezpośredniemu świadkowi: „Stoję już czwartą noc pod krzyżem pod pałacem prezydenckim. To czego tam doświadczamy, przechodzi granice wszelkich wyobrażeń. Oto tylko ułamki tego, co dzieje się co noc: około 21:00 przychodzi ks. Małkowski i wspólnie ze zgromadzonymi tam wiernymi odmawiamy apel jasnogórski. Z pobliskiego Gesslera (wino, wódka, piwo wszystko za 4 zł) natychmiast przybliża się grupa około 60 osób, podpitych, z nową prowokacją. Wciskają się, między stojących tam ludzi i tubalnymi wrzaskami skutecznie zakłócają każde słowo modlitwy. Okrzyki są niewybredne: „precz z krzyżem”, „zimny Lech na krzyż”, „krzyż do kościoła”, wszystko obficie pokraszone przekleństwami: k..., h..., pierd..., kut... i inne. Wrzaski nasilają się i łączą tak, że nie słychać ani jednego słowa kapłana (...)”. I tak dalej, oszczędzę Czytelnikom kolejnych, bardziej drastycznych opisów, można wciąż odnaleźć je w internecie. Dodajmy tylko dwie rzeczy – warszawscy celebryci czuli się w obowiązku, by w tamte letnie noce 2010 r. podlansować się na Krakowskim Przedmieściu, a do historii przeszło zdjęcie aktoreczki Anny Muchy w objęciach Zbigniewa S. ps. „Niemiec” - mającego na koncie gwałt zbiorowy sutenera i szefa gangu szantażystów Krzysztofa Piesiewicza. Druga rzecz – zajścia odbywały się na oczach kordonu policji nie reagującej na prośby o interwencję. Słynne stało się powiedzenie: „idziemy pod krzyż, tam policja nie łapie” - chodziło m.in. o możliwość spożywania alkoholu w miejscu publicznym – tuż pod nosem służb porządkowych.


III. Operacja „zadeptać pamięć”

Mieliśmy zatem do czynienia z przeprowadzoną na zimno prowokacją – operacją socjotechniczną mającą rozbić poczucie narodowej wspólnoty. To, co objawiło się tuż po 10 kwietnia 2010 r. - te niezliczone tłumy pod Pałacem Prezydenckim, morze zniczy, kwiaty rzucane pod koła kolumny samochodowej przewożącej trumny Lecha i Marii Kaczyńskich, wielodniowe kolejki ludzi pragnących pożegnać Parę Prezydencką – wszystko to śmiertelnie przeraziło Tuska i jego kamarylę oraz łże-elity III RP. Dlatego tuż po przedziwnych wyborach, Bronisław Komorowski przystąpił do działania, zapowiadając usunięcie postawionego przez harcerzy symbolicznego krzyża, w miejsce którego z czasem miał stanąć pomnik.

Resztę znamy. Pamiętamy usuwanie zniczy, kwiatów, zadeptywanie pamięci na rozkaz Hanny Gronkiewicz-Waltz. Pamiętamy również brutalne interwencje straży miejskiej i napaści na namiot „Solidarnych 2010”. Pamiętamy haniebne oddanie śledztwa Putinowi, brudne kaskady kłamstw i medialnych „wrzutek”: o „pijanym generale”, „ostatniej rozmowie” braci Kaczyńskich, „jak nie wyląduję, to mnie zabije” i całą resztę – wszystko w idealnej zgodzie z rosyjską narracją. Pamiętamy gehennę rodzin zmarłych, zakaz otwierania trumien, sugestie Tuska, że „smoleńskim wdowom” chodzi o odszkodowania. Pamiętamy wreszcie reaktywację „przemysłu pogardy” - tym razem skierowanego przeciw tym, którzy upominali się o pamięć i prawdę. Ale to zarazem pokazywało, jak stojący za tą orkiestrą dyrygenci oraz ich totumfaccy boją się własnego narodu. Jak bardzo czują się z niego wyobcowani. Do jakiego stopnia ojkofobiczny lęk popycha ich do coraz bardziej rozpaczliwych, a niekiedy wręcz zbrodniczych działań. Że bezpiecznie mogą się czuć jedynie wówczas, gdy uda im się zmienić polski naród w wykorzeniony, zatomizowany i rozdarty wewnętrznymi konfliktami, niezborny tłum.

Czy im się udało? Doraźnie, tak. Na dłuższą metę – na szczęście, nie do końca. Dziś po potędze ówczesnych władców masowej świadomości nie został ślad – jest tylko grupka zaplutych, nienawistnych staruchów. Młodzież także znalazła się w zupełnie innym miejscu, wywołując u tamtych paroksyzmy histerii na widok koszulek z Żołnierzami Wyklętymi. Nie zapominajmy jednak o żelaznym elektoracie „totalnej opozycji”, ukształtowanym w znacznej mierze przez wspomniane wydarzenia. Napisałem kiedyś, że Smoleńsk stał się doświadczeniem formacyjnym – i to dla obu stron dzisiejszego politycznego podziału. Ta diagnoza w znacznej mierze jest wciąż aktualna.


IV. Cześć i chwała bohaterom

Dlaczego piszę o tym przy okazji rocznicowych obchodów i ostatniej, 96. miesięcznicy smoleńskiej? Ano dlatego, że prócz poległych 10 kwietnia 2010 r., należy również w jakiś sposób uhonorować tamtych, zwyczajnych, anonimowych ludzi. Tych, którzy nie pozwolili się stłamsić, którzy trwali w modlitwie pod Krzyżem, znosząc opisywaną tu erupcję podłości. Trzeba również pamiętać o wielkim, zbiorowym wysiłku internautów, blogerów – kto pamięta tamte czasy, ten wie, że bez tego oddolnego przekazu oficjalne media zmonopolizowane przez jedną opcję zwyczajnie by nas zjadły. Pamiętać należy wreszcie o ofiarach „seryjnego samobójcy” - o zagadkowych zgonach i „wypadkach” Grzegorza Michniewicza (dyrektora Kancelarii Premiera Donalda Tuska), prof. Marka Dulinicza (szefa grupy archeologów, którzy mieli wyjechać do Smoleńska), Eugeniusza Wróbla (b. ministra w rządzie PiS i eksperta lotniczego), Dariusza Szpinety (eksperta podważającego oficjalną wersję Smoleńska), gen. Sławomira Petelickiego (ujawnił słynny esemes Radosława Sikorskiego o „winie pilotów” z ranka 10.04.2010), chorążego Remigiusza Musia (członka załogi Jaka-40, konsekwentnie negującego oficjalne zapisy z czarnych skrzynek) i wielu innych. Pamiętajmy o nich wszystkich - nie tylko dzisiaj.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ofiary po-smoleńskie

Judaizacja „ludu smoleńskiego”

Smoleńsk jako narzędzie zmiany

Strategia rozpaczy

Krach anty-smoleńskiej narracji

Histeria anty-smoleńska

Smoleńsk jako doświadczenie formacyjne

Smoleńskie status quo

Strach rocznicowy

Antysmoleńskie opętanie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 08 (18.04-08.05.2018)

czwartek, 6 stycznia 2011

Domknięty system (cz. I – Rok pogardy)


Przed nami długa noc orwellowszczyzny.



I. Polskie pory roku.


Polacy to taki naród, który lata letargu przedziela okresami zrywów. Letarg przypada z reguły na kolejne „małe stabilizacje”, tudzież „noce” - tym czarniejsze, im silniejszy zryw je poprzedzał. Ta przypadłość może być irytująca – czy to za „króla Sasa”, czy to za Gomułki, czy za Gierka – trąb, bij na alarm, wołaj aż do zdarcia płuc – i nic. Polacy zdają się mieć wszystko w głębokim zwisie, państwo może sobie gnić, dogorywać, a tych „polaczków” - choćby tłuc po łbach – nie wyrwiesz z odrętwienia. Pij i popuszczaj pasa, odwalaj zmianę i na wódkę, załatwiaj talon na pralkę a jak się uda to i na małego fiata...


Aż wreszcie, niespodziewanie, przychodzi taki moment, w którym ten sam oczadziały naród nagle czuje, że coś zaczyna dusić, uwierać, wiercić niczym kolec – i wtedy trach! – robi awanturę: jakieś powstanie, strajk, wychodzi na ulice... I wszystko to pozornie bez głębszej przyczyny: ot - jeden cios w mordę z ręki namiestnika więcej, ot - droższe pęto kiełbasy. Nagle to, z czym żyło się przez lata, staje się nie do zniesienia i – często ku zaskoczeniu samych buntowników – okazuje się, ni z tego ni z owego, że tu chodzi o coś więcej niż brak zagrychy, że nagle Polska, że orzeł, że biało-czerwona...


Zaczyna się patriotyczny karnawał – często krwawy, wśród świstu kul lub głuchego łomotu zomowskich pałek – i tak to trwa czas jakiś, aż wreszcie czyjaś pięść łapie nas za gardło i odbiera dech, czyjś but wdeptuje w ziemię i następuje noc – czy to paskiewiczowska, czy to trwające niemal dekadę mroki jaruzelszczyzny... Cykl się zamyka, ludzie chowają się po domach, uciekają w życie prywatne, popadają w marazm, zniechęcenie. Ponarzekają, owszem, w gronie znajomych przy wódce, zeklną władzę i czasy... ale żeby ruszyć dupę, zrobić coś – o nie, nie ma frajerów – znów można potrząsać, chwytać za klapy, apelować, pokazywać czarno na białym, że wokół syf i stęchlizna... Wzruszenie ramionami, czego pan się czepiasz, oszołom, aktywista się znalazł. I tak do następnego zrywu, niespodziewanego zarówno dla władzy jak i dla samych jego uczestników.


II. Rok pogardy.


W którym miejscu cyklu znajdujemy się obecnie? W letargu. Miniony rok był okresem „domykania systemu”, który to system nazywam „oświeconym (neo)totalitaryzmem”, przed nami zaś czas w którym tenże system będzie trwał – wbrew wszystkiemu.


1) Smoleńska mgła upodlenia.


Ktoś już chyba nazwał rok 2010 „rokiem pogardy” - trudno o trafniejsze określenie. „Podrywanie godnościowych podstaw” prezydentury Lecha Kaczyńskiego trwało przed Smoleńskiem w najlepsze. Przed tymże Smoleńskiem premier polskiego rządu wszedł w zaproponowaną przez Kreml rozgrywkę mającą na celu zdeprecjonowanie Głowy Państwa. Dla doraźnej wizerunkowej korzyści, spotkania z Putinem, Donald Tusk przyjął moskiewską ofertę podziału obchodów katyńskich na dwie osobne uroczystości, zaś podległe mu służby (Kancelaria Premiera z Tomaszem Arabskim i MSZ Radosława Sikorskiego) do ostatniej chwili piętrzyły przed Lechem Kaczyńskim trudności, czego efektem było fatalne przygotowanie prezydenckiej wizyty 10 Kwietnia i w konsekwencji - ułatwienie zamachu.


Dopełnieniem tego kursu stało się przekazanie śledztwa Rosjanom i błyskawiczne przechwycenie BBN-u oraz wejście w „pełnienie obowiązków” prezydenta przez Bronisława Komorowskiego na podstawie „paska” na telewizyjnym ekranie. Motywowana polityczną bieżączką pogarda dla powagi państwa, międzynarodowego prestiżu, instytucji... Skryte za smoleńską mgłą upodlenie Polski.


2) Żałobna wojna domowa.


Podczas pierwszych dni Żałoby Narodowej mieliśmy chwilę względnej ciszy przerywanej tylko z rzadka łajdackimi wypowiedziami Andrzeja Wajdy, Waldemara Kuczyńskiego, czy dopieszczonej medialnie grupki platformerskich krzykaczy, zorganizowanych przez Mateusza Sławińskiego, asystenta w biurze poselskim Róży Marii Gräfin von Thun und Hohenstein, protestujących przeciw wawelskiemu pochówkowi pary prezydenckiej. Cisza ta motywowana była z jednej strony koniecznością zachowania pozorów, z drugiej zaś – przerażeniem na widok tłumów na Krakowskim Przedmieściu udokumentowanych przez „nieodpolitycznioną” wtedy jeszcze państwową telewizję. Śmiem twierdzić, że to m.in. film „Solidarni 2010” spowodował przyśpieszenie rządowego skoku na media „publiczne”. Te tłumy trzeba było jakoś spacyfikować mentalnie, przyszpilić „pedagogiką wstydu” - że mohery, że krzyż, że Europa się śmieje... że „kult Tanatosa”, że „demony polskiego patriotyzmu”... Słowem - wszystkie ręce na pokład! - aby zadeptać w zarodku odżarzające się węgiełki narodowej podmiotowości.


Dlatego też, po pogrzebach ofiar, postkolonialny przemysł pogardy ruszył ze zdwojoną siłą do walki o rząd dusz - wszystko z pozycji poczucia bezgranicznej wyższości nad tubylczym motłochem.


Definitywny kres żałoby oznajmiła Hanna Gronkiewicz-Waltz za pomocą warszawskich służb miejskich, które z niespotykaną pod jej rządami sprawnością natychmiast usunęły z trotuarów Krakowskiego Przedmieścia znicze, pamiątki i zmyły stearynę. W międzyczasie (16.V.2010, Łazienki) było proklamowanie ustami Andrzeja Wajdy „wojny domowej”. Owa „wojna domowa” toczona przez sojusz rządowego „tronu” z medialnym „ołtarzem” (słynni „przyjaciele z TVN-u i drugiej stacji komercyjnej”) przybrała, prócz walki politycznej, postać szeregu większych i mniejszych podłości.


3) Skrócony katalog nieprawości.


Rzućmy okiem: nagonka na Ewę Stankiewicz po emisji „Solidarnych 2010” (co poskutkowało wycofaniem się Romana Gutka z promocji jej fabularnego debiutu „Nie opuszczaj mnie”), połączona z odmową zamieszczania reklam wydania „Rzeczpospolitej” z dołączonym „trefnym” filmem o nocach na Krakowskim Przedmieściu. Rozpętana świeżo po elekcji przez Bronisława Komorowskiego i „Wyborczą” wojna o Krzyż Smoleński przed Pałacem Prezydenckim z antycywilizacyjną demonstracją Dominika Tarasa i conocnymi orgiami barbarzyństwa (z walnym udziałem warszawskich alfonsów ze Zbigniewem S. ps. „Niemiec” na czele) wymierzonymi w modlących się ludzi przy celowej bierności policji i straży miejskiej. „Wyborcza” reklamowała to-to jako „radosny Hyde Park”.


Jedziemy dalej z tym opętańczym szajsem. Pomnik wystawiony bolszewickim najeźdźcom w Ossowie. Groteskowy teatr „pojednania” polsko-rosyjskiego nad demolowanym wrakiem Tupolewa. Wystosowanie do przyjaciół Moskali prośby o zgodę na przeniesienie praskiego pomnika Polsko - Radzieckiego Braterstwa Broni („Czterech Śpiących Trzech Walczących”) by mogła ruszyć budowa drugiej linii metra. Rugowanie z publicznych mediów nie dość entuzjastycznych wobec władzy dziennikarzy i skorelowana z tym analogiczna działalność „niezależnych”, prywatnych mediodajni. Przyrównywanie uczestników comiesięcznych Marszy Pamięci na Krakowskim Przedmieściu do faszystów. Dzielenie Polaków przez premiera rządu Rzeczypospolitej na tych z RFN i NRD. Dzielenie rodzin smoleńskich na słuszne i niesłuszne. Publiczna rehabilitacja Jaruzelskiego przez zaproszenie na polityczny salon Rady Bezpieczeństwa Narodowego...


I te de, i te pe. Do tego cała medialna agentura opinii zjednoczonych sił III RP, uprawiająca „dziennikarstwo kontr-faktyczne”, skoncentrowana na jednym, jedynym celu: nie dopuścić do nawrotu „wzmożenia moralnego” i zdusić godnościowe podstawy patriotyzmu. Ta antygodnościowa socjotechnika uprawiana przez dziennikarskich „morderców zza biurek” znalazła swą kulminację w mordzie politycznym na działaczu łódzkiego biura Prawa i Sprawiedliwości i, nieco później, w próbie zablokowania patriotycznego marszu w dzień Święta Niepodległości. O ideologiczną oprawę zadbał pawianogrzywy profesor Radosław Markowski wychodząc z postulatem wewnątrzpolskiego apartheidu: „trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie, instytucjonalnie podzielić”. Mamy zatem społeczną eugenikę - wykluczenie poza nawias całych grup nieprzydatnych z punktu widzenia establishmentu, określanych wspólnym mianem „moherów”, tudzież „pisowców”. Ot, czas wielkiego podzielenia – warto by pokusić się o opisanie socjologii obojga narodów.


Pogarda, pogarda, pogarda... Nad którą unosi się cyniczny slogan: „Państwo Polskie zdało egzamin”.


4) Czas orwellowszczyzny.


Rok pogardy został symbolicznie zwieńczony decyzją o likwidacji audycji „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego (zemsta za „Solidarnych 2010”), wyautowaniem „Antysalonu Ziemkiewicza” (zemsta za całokształt) i zapowiedzią przekształcenia apartamentów Lecha i Marii Kaczyńskich na biura dla urzędników Kancelarii Prezydenta. W Pałacu Prezydenckim nie powstanie nawet Izba Pamięci. Nikogo nie było, nic się nie stało. Oto orwellowszczyzna w działaniu. System został domknięty. Nastał czas Oświeconego (Neo)totalitaryzmu.


Ta noc, niestety, jeszcze trochę potrwa. Dlaczego? O tym niebawem.


CDN


Gadający Grzyb

środa, 11 sierpnia 2010

Egzamin.


Mija właśnie czwarty miesiąc od chwili, kiedy to „Państwo Polskie zdało egzamin”. Odtąd zdaje egzamin nieustannie, bijąc kolejne rekordy zdawalności.



I. Egzamin młodzieży.

W nocy z dziewiątego na dziesiątego sierpnia A.D. 2010 egzamin zdali kolejni młodzi, wykształceni przedstawiciele wielkomiejskiej inteligencji, (inteligencję takową można rozpoznać bezbłędnie po pisowni haseł na transparentach: „Mochery na stos” i „Rzydokomuna pozdrawia”). Wyrafinowane metody polemiczne szlifowano zresztą już co najmniej od 3 sierpnia przy życzliwej postawie Policji Państwowej, co prześledzić można w licznych relacjach pisanych i nagrywanych. Policja zresztą również zdała egzamin, a był to egzamin ważny - z miłości: nie czepiała się drobiazgowo sympatycznych młodych ludzi, którzy po wzmocnieniu wątłych umysłów odpowiednią dawką „wody rozmownej” szli polemizować z modlącymi się kołtunami za pomocą oddawania moczu, sklejania krucyfiksu z puszek po piwie marki, która już nigdy nie skala moich ust, roztrącania zniczy, wesołych przyśpiewek, wyzwisk, argumentów ręczno – fizycznej proweniencji i reszty zestawu z niepisanego podręcznika nowoczesnego, zionącego tolerancją polemisty.

II. Egzamin służb miejskich.


1.Konserwatorzy.

Kolejne egzaminy zdają śpiewająco służby samorządowe począwszy od stołecznego konserwatora zabytków, pani Ewy Nekandy – Trepki i zastępcy, pana Artura Zbiegieniego, którzy z rewolucyjną czujnością zapobiegli dewastacji przestrzeni architektonicznej Krakowskiego Przedmieścia i ocalili „symetrię i układ funkcjonalny” dziedzińca Pałacu Prezydenckiego przed zakusami katolickich wandali, pragnących zburzyć harmonię miejsca, niczym Talibowie wysadzający posągi Buddy w Afganistanie. Wprawdzie podobnych obiekcji w/w para konserwatorów nie wykazała przy okazji rozbiórki zabytkowej parowozowni obok Dworca Wileńskiego, czy fabryki Kemlera przy ulicy Dzielnej, ale świadczy to tylko i wyłącznie o jakże pożądanym „wyczuciu etapu” - kiedy należy interweniować, a kiedy nie należy psuć zblatowanym inwestorom humoru i nie leźć w oczy ze zbędnym rygoryzmem.

2. Straż Miejska.


Nie od rzeczy byłoby wspomnieć o Straży Miejskiej, której w dniach kwietniowej żałoby próżno było szukać pod Pałacem. Strażnicy do tego stopnia taktownie nie narzucali się żałobnikom, że 11 kwietnia, gdy sprowadzano trumnę z ciałami ś.p. Lecha i Marii Kaczyńskich, kordon zapewniający jako taką drożność musiały sformować harcerki. Miasto, które nie było w stanie zmobilizować Straży do zabezpieczenia porządku na Krakowskim Przedmieściu kiedy krzyż stawiano, wykazało się niezwykłą gorliwością mobilizacyjną 3 sierpnia, kiedy przyszło do nieudanej próby jego usuwania... Ot, widać priorytety...

3. Priorytety HG-W.


Za powyższe, należy się władzom miasta z katoliczką Hanną Gronkiewicz – Waltz na czele, piątka z tłustym plusem, albowiem prawidłowa gradacja priorytetów jest podstawą skutecznego działania. A cóż może być ważniejszego od pacyfikacji wyalienowanych ze zdrowej tkanki narodu nienawistnych awanturników, którzy pragnęli zakłócić przebieg podniosłej ceremonii wysiudania ze sfery publicznej, ehm... przepraszam, chciałem powiedzieć – przeniesienia w „godniejsze miejsce" symbolu, na którym mogły by się pożywić demony polskiego patriotyzmu?

Jest oczywistą sprawą, że stan mobilizacji nie może trwać wiecznie, zatem Straż Miejska jak się pojawiła, tak też i znikła, zostawiając przestrzeń dla nieustającego egzaminu zdawanego nocną porą przez opisanych w punkcie pierwszym młodych, zdolnych (do wszystkiego) ludzi.

III. Egzamin „Niemca” i WSI.


1. Trudna przeszłość obywatela „Niemca”.

Warto też docenić zew obywatelskiego obowiązku, który przywiódł w okolice smoleńskiego krzyża nawróconego gangstera Zbigniewa S., pseudonim „Niemiec”, o czym donosi portal Niezalezna.pl . Obywatel ów zasłynął napadami na warszawskie agencje towarzyskie a podczas jednego z nich wziął udział w zbiorowym gwałcie na ciężarnej właścicielce, która wskutek tego poroniła. W 1997 roku świadomy obywatel „Niemiec” został za swe swawole skazany na 9 lat więzienia, jednak od 2008 roku współuczestniczył w znanym szantażowaniu senatora Krzysztofa Piesiewicza. Obecnie toczy się przeciw Zbigniewowi S. postępowanie.

2. Obywatelskie nawrócenie.

Ale cóż – nigdy nie wiadomo, kiedy obywatelska powinność weźmie w człeku górę, wtykając mu do ręki transparent z hasłem: „Wykorzystanie krzyża do walki politycznej TO JEST DZIEŁO SZATANA!!! Jarosławie Kaczyński, opamiętaj się!” i każe noc w noc wystawać w pobliżu krzyża do piątej nad ranem. Szczególnie, jeśli owa powinność ma oblicze oficera prowadzącego d. WSI, o których to związkach obywatela „Niemca” ćwierkają niektórzy dziennikarze. W takiej sytuacji, panu Zbigniewowi pozostaje tylko wyprężyć się służbiście, wsiąść do czarnego Mercedesa S500 i w pocie czoła animować spontaniczny sprzeciw wobec krzyża, pracując tym samym na nadzwyczajne złagodzenie, lub zgoła – uniknięcie kary w procesie o szantaż.

3. WSI zawsze wierne.

A że tak się składa iż, jak na katolika przystało, prezydent Komorowski czuje słuszną odrazę do mamroczących modlitwy katoli, to semper fidelis WSI zawsze gotowe jest się odwdzięczyć swemu heroicznemu obrońcy i podesłać w okolice krzyża obywatela „Niemca” wraz z wesołą kompaniją, by realizowali swój patriotyczny obowiązek. Policyjni zwierzchnicy zaś szepną czule na ucho podwładnym, by nie interesowali się przesadnie grupką „happenerów” tego sympatycznego pana w różowej bluzie z którym tak lubią fotografować się modne aktorki. Zresztą, jak nie Zbigniew S., to zawsze można znaleźć innego zatroskanego o laickość państwa obywatela gotowego nieść ciemnym moherom kaganek oświaty.

***

Krótko – dla obywatela Zbigniewa S. i pozujących z nim do zdjęć aktorek - Anny Muchy, Katarzyny Glinki, Małgorzaty Sochy i Katarzyny Zielińskiej, a także dla funkcjonariuszy Policji - po piątce. Egzamin zdany. Dla WSI natomiast spokojnie szóstkę, za skuteczność służbowych działań mimo rozwiązania...

IV. Katole oblały.

Aby jednak nie popaść w samozachwyt, należy ze smutkiem zauważyć, że egzaminu nie zdała grupka sfanatyzowanych awanturników, którzy zamiast pokornie wymrzeć, albo przynajmniej zaszyć się w czterech ścianach, by za pomocą wiodących mediodajni chłonąć atmosferę nowoczesności i laickiej tolerancji, wzniecali burdy za pomocą ostentacyjnych modlitw, prowokacyjnych katofaszystowskich pieśni, jątrzącego trwania na klęczkach przed dzielącym ludzi krzyżem i nienawistnego rozniecania zniczy (wiadomo – dzisiaj znicze, jutro stosy...). Absolutnie nieczuli na merytoryczną polemikę ze strony Polski „jasnej”, której przedstawiciele wraz z zatroskanym obywatelem Zbigniewem S. tak tłumnie przyszli do nich z dobrym słowem i propozycją wspólnej zabawy, tkwią obskurancko, adorując samowolę budowlaną, oddając się średniowiecznym zabobonom i przynosząc nam wstyd przed całym światem. Wprawdzie, choćby pobieżny przegląd zagranicznych stron internetowych pokazuje, że świat ma aktualnie na głowie zupełnie inne sprawy, ale prawdziwie światłego Europejczyka rodzimego chowu nie powinno to w najmniejszym stopniu powstrzymywać przed przemożnym poczuciem wstydu, niższości i cywilizacyjnego zapóźnienia z powodu klerykalizacji przestrzeni publicznej i fundamentalistycznej rewolty jaką szykuje nam wszystkim garść moherowych katoli.

***

Siły jasności jednak nie poddają się w zbożnym, tfu, chciałem rzec - laickim dziele krzewienia tolerancji. A wszak, żeby skutecznie krzewić, wiadomo - wpierw należy wykrzewić to, co krzewieniu przeszkadza. Przygotować grunt pod zasiew, że się tak wyrażę. Wykorzeni się wpierw Krzyż wraz ze związaną z nim zbiorową pamięcią i garstką fanatyków, zaś grupy postępowej młodzieży brylującej co noc pod wodzą obywatela „Niemca” w okołokrzyżowych „dyskusjach”, stanowić będą forpocztę na drodze wiodącej z moherowego Krakowskiego Przedmieścia do Nowego (Wspaniałego) Świata.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl