Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa pod Smoleńskiem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą katastrofa pod Smoleńskiem. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 sierpnia 2010

Egzamin.


Mija właśnie czwarty miesiąc od chwili, kiedy to „Państwo Polskie zdało egzamin”. Odtąd zdaje egzamin nieustannie, bijąc kolejne rekordy zdawalności.



I. Egzamin młodzieży.

W nocy z dziewiątego na dziesiątego sierpnia A.D. 2010 egzamin zdali kolejni młodzi, wykształceni przedstawiciele wielkomiejskiej inteligencji, (inteligencję takową można rozpoznać bezbłędnie po pisowni haseł na transparentach: „Mochery na stos” i „Rzydokomuna pozdrawia”). Wyrafinowane metody polemiczne szlifowano zresztą już co najmniej od 3 sierpnia przy życzliwej postawie Policji Państwowej, co prześledzić można w licznych relacjach pisanych i nagrywanych. Policja zresztą również zdała egzamin, a był to egzamin ważny - z miłości: nie czepiała się drobiazgowo sympatycznych młodych ludzi, którzy po wzmocnieniu wątłych umysłów odpowiednią dawką „wody rozmownej” szli polemizować z modlącymi się kołtunami za pomocą oddawania moczu, sklejania krucyfiksu z puszek po piwie marki, która już nigdy nie skala moich ust, roztrącania zniczy, wesołych przyśpiewek, wyzwisk, argumentów ręczno – fizycznej proweniencji i reszty zestawu z niepisanego podręcznika nowoczesnego, zionącego tolerancją polemisty.

II. Egzamin służb miejskich.


1.Konserwatorzy.

Kolejne egzaminy zdają śpiewająco służby samorządowe począwszy od stołecznego konserwatora zabytków, pani Ewy Nekandy – Trepki i zastępcy, pana Artura Zbiegieniego, którzy z rewolucyjną czujnością zapobiegli dewastacji przestrzeni architektonicznej Krakowskiego Przedmieścia i ocalili „symetrię i układ funkcjonalny” dziedzińca Pałacu Prezydenckiego przed zakusami katolickich wandali, pragnących zburzyć harmonię miejsca, niczym Talibowie wysadzający posągi Buddy w Afganistanie. Wprawdzie podobnych obiekcji w/w para konserwatorów nie wykazała przy okazji rozbiórki zabytkowej parowozowni obok Dworca Wileńskiego, czy fabryki Kemlera przy ulicy Dzielnej, ale świadczy to tylko i wyłącznie o jakże pożądanym „wyczuciu etapu” - kiedy należy interweniować, a kiedy nie należy psuć zblatowanym inwestorom humoru i nie leźć w oczy ze zbędnym rygoryzmem.

2. Straż Miejska.


Nie od rzeczy byłoby wspomnieć o Straży Miejskiej, której w dniach kwietniowej żałoby próżno było szukać pod Pałacem. Strażnicy do tego stopnia taktownie nie narzucali się żałobnikom, że 11 kwietnia, gdy sprowadzano trumnę z ciałami ś.p. Lecha i Marii Kaczyńskich, kordon zapewniający jako taką drożność musiały sformować harcerki. Miasto, które nie było w stanie zmobilizować Straży do zabezpieczenia porządku na Krakowskim Przedmieściu kiedy krzyż stawiano, wykazało się niezwykłą gorliwością mobilizacyjną 3 sierpnia, kiedy przyszło do nieudanej próby jego usuwania... Ot, widać priorytety...

3. Priorytety HG-W.


Za powyższe, należy się władzom miasta z katoliczką Hanną Gronkiewicz – Waltz na czele, piątka z tłustym plusem, albowiem prawidłowa gradacja priorytetów jest podstawą skutecznego działania. A cóż może być ważniejszego od pacyfikacji wyalienowanych ze zdrowej tkanki narodu nienawistnych awanturników, którzy pragnęli zakłócić przebieg podniosłej ceremonii wysiudania ze sfery publicznej, ehm... przepraszam, chciałem powiedzieć – przeniesienia w „godniejsze miejsce" symbolu, na którym mogły by się pożywić demony polskiego patriotyzmu?

Jest oczywistą sprawą, że stan mobilizacji nie może trwać wiecznie, zatem Straż Miejska jak się pojawiła, tak też i znikła, zostawiając przestrzeń dla nieustającego egzaminu zdawanego nocną porą przez opisanych w punkcie pierwszym młodych, zdolnych (do wszystkiego) ludzi.

III. Egzamin „Niemca” i WSI.


1. Trudna przeszłość obywatela „Niemca”.

Warto też docenić zew obywatelskiego obowiązku, który przywiódł w okolice smoleńskiego krzyża nawróconego gangstera Zbigniewa S., pseudonim „Niemiec”, o czym donosi portal Niezalezna.pl . Obywatel ów zasłynął napadami na warszawskie agencje towarzyskie a podczas jednego z nich wziął udział w zbiorowym gwałcie na ciężarnej właścicielce, która wskutek tego poroniła. W 1997 roku świadomy obywatel „Niemiec” został za swe swawole skazany na 9 lat więzienia, jednak od 2008 roku współuczestniczył w znanym szantażowaniu senatora Krzysztofa Piesiewicza. Obecnie toczy się przeciw Zbigniewowi S. postępowanie.

2. Obywatelskie nawrócenie.

Ale cóż – nigdy nie wiadomo, kiedy obywatelska powinność weźmie w człeku górę, wtykając mu do ręki transparent z hasłem: „Wykorzystanie krzyża do walki politycznej TO JEST DZIEŁO SZATANA!!! Jarosławie Kaczyński, opamiętaj się!” i każe noc w noc wystawać w pobliżu krzyża do piątej nad ranem. Szczególnie, jeśli owa powinność ma oblicze oficera prowadzącego d. WSI, o których to związkach obywatela „Niemca” ćwierkają niektórzy dziennikarze. W takiej sytuacji, panu Zbigniewowi pozostaje tylko wyprężyć się służbiście, wsiąść do czarnego Mercedesa S500 i w pocie czoła animować spontaniczny sprzeciw wobec krzyża, pracując tym samym na nadzwyczajne złagodzenie, lub zgoła – uniknięcie kary w procesie o szantaż.

3. WSI zawsze wierne.

A że tak się składa iż, jak na katolika przystało, prezydent Komorowski czuje słuszną odrazę do mamroczących modlitwy katoli, to semper fidelis WSI zawsze gotowe jest się odwdzięczyć swemu heroicznemu obrońcy i podesłać w okolice krzyża obywatela „Niemca” wraz z wesołą kompaniją, by realizowali swój patriotyczny obowiązek. Policyjni zwierzchnicy zaś szepną czule na ucho podwładnym, by nie interesowali się przesadnie grupką „happenerów” tego sympatycznego pana w różowej bluzie z którym tak lubią fotografować się modne aktorki. Zresztą, jak nie Zbigniew S., to zawsze można znaleźć innego zatroskanego o laickość państwa obywatela gotowego nieść ciemnym moherom kaganek oświaty.

***

Krótko – dla obywatela Zbigniewa S. i pozujących z nim do zdjęć aktorek - Anny Muchy, Katarzyny Glinki, Małgorzaty Sochy i Katarzyny Zielińskiej, a także dla funkcjonariuszy Policji - po piątce. Egzamin zdany. Dla WSI natomiast spokojnie szóstkę, za skuteczność służbowych działań mimo rozwiązania...

IV. Katole oblały.

Aby jednak nie popaść w samozachwyt, należy ze smutkiem zauważyć, że egzaminu nie zdała grupka sfanatyzowanych awanturników, którzy zamiast pokornie wymrzeć, albo przynajmniej zaszyć się w czterech ścianach, by za pomocą wiodących mediodajni chłonąć atmosferę nowoczesności i laickiej tolerancji, wzniecali burdy za pomocą ostentacyjnych modlitw, prowokacyjnych katofaszystowskich pieśni, jątrzącego trwania na klęczkach przed dzielącym ludzi krzyżem i nienawistnego rozniecania zniczy (wiadomo – dzisiaj znicze, jutro stosy...). Absolutnie nieczuli na merytoryczną polemikę ze strony Polski „jasnej”, której przedstawiciele wraz z zatroskanym obywatelem Zbigniewem S. tak tłumnie przyszli do nich z dobrym słowem i propozycją wspólnej zabawy, tkwią obskurancko, adorując samowolę budowlaną, oddając się średniowiecznym zabobonom i przynosząc nam wstyd przed całym światem. Wprawdzie, choćby pobieżny przegląd zagranicznych stron internetowych pokazuje, że świat ma aktualnie na głowie zupełnie inne sprawy, ale prawdziwie światłego Europejczyka rodzimego chowu nie powinno to w najmniejszym stopniu powstrzymywać przed przemożnym poczuciem wstydu, niższości i cywilizacyjnego zapóźnienia z powodu klerykalizacji przestrzeni publicznej i fundamentalistycznej rewolty jaką szykuje nam wszystkim garść moherowych katoli.

***

Siły jasności jednak nie poddają się w zbożnym, tfu, chciałem rzec - laickim dziele krzewienia tolerancji. A wszak, żeby skutecznie krzewić, wiadomo - wpierw należy wykrzewić to, co krzewieniu przeszkadza. Przygotować grunt pod zasiew, że się tak wyrażę. Wykorzeni się wpierw Krzyż wraz ze związaną z nim zbiorową pamięcią i garstką fanatyków, zaś grupy postępowej młodzieży brylującej co noc pod wodzą obywatela „Niemca” w okołokrzyżowych „dyskusjach”, stanowić będą forpocztę na drodze wiodącej z moherowego Krakowskiego Przedmieścia do Nowego (Wspaniałego) Świata.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

poniedziałek, 26 lipca 2010

Egzorcyzmy nad Kaczyńskim.


O tym, jak „zespół medialnej troski” pochyla się nad liderem opozycji.

I. Od medialnych „ochów” do rozdzierania szat.

Po wyborach prezydenckich, w których Jarosław Kaczyński otrzymał przyzwoity wynik, przez rodzime mediodajnie przetoczyła się fala zachwytów nad „spokojną i wyważoną” kampanią. Ochy i achy mogły sprawić wrażenie, jakby Kaczyński te wybory wygrał, a nie przegrał z sześcioprocentową stratą do Komorowskiego. Prawdę mówiąc, ja sam byłem zafascynowany nową formułą lidera PiSu i dopiero przed II turą zaczęło mi czegoś brakować - sztab JK przedobrzył, zaczęło się robić cokolwiek mdło i bezbarwnie, i to w momencie, gdy przeciwnik na ostatniej prostej zaczął bezpardonowo atakować.

Dlaczego wspominam tę, zdawałoby się prześwietloną na wszelkie sposoby kampanię? Ano dlatego, że gdy po wyborach Kaczyński odszedł od pojednawczej retoryki na rzecz twardego akcentowania kwestii związanych ze smoleńską katastrofą i skandalicznego prowadzenia śledztwa przez Rosjan połączonego z biernością strony polskiej, ci sami publicyści zaczęli rozdzierać szaty nad nieuchronną klęską do której prezes jakoby prowadzi swe ugrupowanie.

II. Kaczyński jako marionetka?

Warto zwrócić uwagę, iż spekulacje na temat przyczyn kolejnej „zmiany” JK nader często sprowadzają się do roztrząsania frakcyjnych tarć w PiSie. Wedle tej optyki, dopóki w trakcie kampanii dominowali „liberałowie” od Poncyliusza i Kluzik – Rostkowskiej, Jarosław Kaczyński był łagodnym barankiem, natomiast teraz do ucha prezesa dostęp zyskał „taliban” bliższy ks. Rydzykowi i w efekcie Kaczyński się „zbiesił”. Należy zatem wyegzorcyzmować z prezesowskiej duszy truciznę sączoną przez Szczygłę i Macierewicza, a znów powróci racjonalny i wyważony Jarosław Kaczyński, którego tak pokochali podczas kampanii żurnaliści z rozlicznych przekaziorów.

Bardzo to zabawne, sugeruje bowiem, że Jarosław Kaczyński jest marionetką, którą kręci każdy, kto akurat dorwie się do wpływów w Prawie i Sprawiedliwości. Wedle takiego podejścia, prezes partii jest kimś w rodzaju rzecznika aktualnie dominującej frakcji, pozbawionym własnego zdania bezwolnym figurantem, którym byle polityczny cwaniak jest w stanie bez trudu manipulować. Ciekawe jak to się ma do krążących jeszcze nie tak dawno dowcipów o tym, że muzyka słucha Chucka Norrisa na polecenie Jarosława Kaczyńskiego... Panowie dziennikarze, jak rany, czy wyście poszaleli?!

A może jest tak, że Kaczyński wstrzymywał się podczas kampanii, by nie narazić się na zarzuty, że „gra tragedią” i śmiercią brata (mimo, że konkurent bez skrępowania okładał go trumną Barbary Blidy), teraz zaś uznał, że przy kompletnej bierności Polski w kwestii smoleńskiego śledztwa należy po prostu wszelkimi możliwymi sposobami, nie bacząc na polityczne koszty, zrobić wszystko, by kwestię katastrofy wyjaśnić, bo jako mąż stanu jest to zwyczajnie winien Polakom i Polsce? Pomyśleliście o takiej możliwości, jaśnie oświeceni żurnaliści? A czy nie przyszło wam do głów, że Jarosław Kaczyński uzyskał dobry wynik nie dzięki wyrugowaniu „kwestii smoleńskiej” z kampanii, lecz mimo swojego milczenia w tej sprawie? I gdyby w trakcie kampanii poszerzył swój przekaz o smoleńskie śledztwo, to być może znalazłoby się te brakujące 6 procent, które zadecydowało o jego porażce?

III. Wolta „Rzeczpospolitej”.

Pies jechał, gdyby była to „Wyborcza” czy inna „Polityka”, dla których Kaczyński jest złem wcielonym niezależnie od wszystkiego a faktów w szczególności. Gorzej, że do grona zafrasowanych „pisologów”, dołączyli dość tłumnie publicyści „Rzeczpospolitej” - do niedawna jedynego dziennika, który się dawało czytać. Teksty redaktorów Magierowskiego („Od przyjaciół Rosjan do ruskiej trumny”), Jankego („Moralne nadużycie Jarosława Kaczyńskiego”), Szułdrzyńskiego („Komu zaszkodzi Antoni Macierewicz”) a nawet samego naczelnego, Pawła Lisickiego („Mesjanizm spod Smoleńska”) sprawiają wrażenie jakby zostały spłodzone dla którejś z reżimowych mediodajni a nie dla niezależnej gazety.

Wygląda na to, że najwyraźniej „Rzepa” po zwycięstwie Komorowskiego, a co za tym idzie – przejęciu przez Platformę niepodzielnej władzy, zaczęła „przestrajać” linię programową, jakby za wszelką cenę starała się zrzucić z siebie odium „pisowskiej gazety”. Poniekąd jest to zrozumiałe. W Polsce, by prowadzić biznes, trzeba dobrze żyć z politycznym establishmentem, a przecież 49% spółki Presspublica należy do Skarbu Państwa (Państwowe Wydawnictwo Rzeczpospolita S.A.). Prócz tego możliwe jest, że w warunkach monopolu władzy, zagraniczny udziałowiec większościowy (brytyjski fundusz inwestycyjny Mecom Group Polska – 51% Presspubliki) dał szefostwu gazety do zrozumienia, że nie będzie umierał za jakieś opozycyjne fanaberie redakcji.

Jeżeli tak było i władze gazety postanowiły się ugiąć, to moim skromnym zdaniem, jest to błędna strategia. Dla czytelników i konkurencji z drugiej strony polityczno - ideowej barykady, ten umiarkowanie konserwatywny dziennik pozostanie „pisowskim medium” bez względu na redakcyjne wygibasy, zaś dająca się obecnie zauważyć wolta dość skutecznie zrazi dotychczasowych czytelników, rekrutujących się w znacznej mierze z pośród tych, którym z Platformą i Komorowskim jest, delikatnie mówiąc, nie po drodze. Oczywiście, istnieje też inna możliwość, taka mianowicie, że „Rzeczpospolita” sympatyzuje z „liberalną” frakcją PiSu i zwalcza odzyskujących od niedawna wpływy „talibów” i stąd wrażenie, jakby ostatnio warstwa publicystyczna gazety była echem nauk sekty z Czerskiej. Jakby nie było – jest to wg mnie gruby błąd, ale cóż – nie do mnie należy podpowiadanie medialnych strategii.

Mnie jedynie żal, że niedługo do czytania, prócz blogosfery, znów zostanie mi tylko „Gazeta Polska”.

Gadający Grzyb


P.S. Podobną tematykę porusza też Jerzy Zerbe:
niepoprawni.pl/blog/991/czy-rzeczpospolita-staje-sie-gazeta-antypisowska

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

czwartek, 3 czerwca 2010

Patent na rżnięcie głupa...

...czyli polsko - rosyjskie pojednanie według Tuska.

No to wszystko wiemy. Winnymi katastrofy są niedoszkoleni polscy piloci o wyraźnie samobójczych inklinacjach, którzy nie wiedzieć czemu postanowili się spektakularnie rozwalić, ignorując ostrzeżenia TAWS i smoleńskiej wieży kontrolnej. Taka jest niezmienna oficjalna wykładnia, którą, chcąc nie chcąc, musi podżyrowywać strona polska, by broń Boże, nie zakłócić atmosfery pojednania.

I. Rżnięcie głupa.


Jak mogliśmy znaleźć się w tak absurdalnej sytuacji?

Ano, stało się tak dlatego, że Donald Tusk, pozostawiając w gestii Rosjan śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej, pozbawił się jakiejkolwiek możliwości manewru. Osobiście, rekonstruuję to następująco: w momencie, gdy Tusk uświadomił sobie, do czego doprowadziła prowadzona do spółki z Putinem gra na deprecjację katyńskiej wizyty Prezydenta, najprawdopodobniej stracił głowę, tym bardziej, że nie było czasu na przeprowadzenie odpowiednich sondaży. Będąc cały czas w stanie szoku z wdzięcznością zatem przyjął ofertę, by to strona rosyjska wzięła na siebie ciężar śledztwa i to w nijak mającej się do wypadku formule konwencji chicagowskiej. O polsko – rosyjskiej umowie z 1993 roku najprawdopodobniej nawet nie wiedział, zaś Putin taktownie nie przypomniał, by nie pogłębiać paniki polskiego premiera... Zanim Donek doszedł do siebie, (a pozbieranie się do kupy musiało potrwać co najmniej do zorganizowania najbliższego badania opinii publicznej), było już pozamiatane.

W ten oto sposób premier Tusk przyznał Rosji bezterminowy patent na rżnięcie głupa, przy czym owym rżniętym "głupem" jest strona polska, której nie pozostało nic, poza robieniem dobrej miny do złej gry i udawaniem, że wszystko jest w porządku, nikt nas nie posuwa, współpraca przebiega wzorowo, poczekajmy cierpliwie... i tak dalej. Wszak po tylu gestach "dobrej woli" ze strony rosyjskiej, zgłaszanie jakichkolwiek "ale" byłoby z naszej strony przejawem czarnej niewdzięczności.

II. Dobra wola.

A dowody dobrej woli są przytłaczające:

- na miejscu katastrofy pozostawiono liczne suweniry dla kolekcjonerów pamiątek;

- w nieustającym (i niezmiennie przychylnym) "załatwianiu" jest sprawa praktyk archeologicznych na miejscu zdarzenia;

- już po niemal dwóch miesiącach przekazano nam stenogramy zapisu rozmów w kabinie pilotów;

- należy podkreślić stopniowe dawkowanie informacji, w trosce o integralność psychiczną (szok poznawczy) polskich władz i społeczeństwa;

- troskliwie zaopiekowano się takimi przedmiotami jak czarne skrzynki, laptopy, telefony komórkowe i satelitarne, które niechybnie zostaną nam zwrócone, gdy tylko prokurator Jurij Czajka uzna, że jesteśmy gotowi;

- i wiele innych.

Pomyślmy sami, czy w tak konstruktywnej atmosferze godzi się zadawać jakiekolwiek pytania, lub, co gorsza, zgłaszać jątrzące wątpliwości? Czy wypada domagać się wyjaśnień choćby co do losów nagle emerytowanego kontrolera lotów z lotniska Siewiernoje? Albo, dlaczego, mimo komendy "odchodzimy" (10:40:51,2), samolot wciąż tracił wysokość?

III. Zachować twarz.

No, przecież to jasne, że nie wypada. Szczególnie, gdy trzeba jakoś zachować twarz po tym, jak wspólnie z obcym rządem prowadziło się operację obliczoną na zniszczenie wizerunku głowy własnego państwa. Po tym, jak obniżając w ramach tejże operacji rangę prezydenckiej wizyty, milczkiem przyzwoliło się na demonstracyjne zlekceważenie przez rosyjskie władze procedur bezpieczeństwa. Po tym wreszcie, jak efekty skumulowały się w postaci tragedii narodowej.

Taak - po czymś takim można już tylko wypiąć w stronę Rosji tyłek do dalszej "obróbki" i modlić się, by była możliwie mało bolesna. Taki już jest, panie Tusk, przerąbany los głupa.

Gadający Grzyb


P.S. Podtrzymuję zasadnicze tezy notki: niepoprawni.pl/blog/287/zamach-nieumyslny

środa, 19 maja 2010

Zamach „nieumyślny”?


Dla partyjno - pijarowskich gierek gabinet Tuska poświęcił powagę Państwa Polskiego i bezpieczeństwo Prezydenta.

I. „Siódmy wariant”.

Jak wiadomo, po katastrofie smoleńskiej nastąpił wysyp hipotez od całkiem sensownych (np. celowe wprowadzenie w błąd pilotów przez obsługę wieży kontrolnej lotniska Siewiernoje) po zupełnie „odjechane” (dwa Tupolewy) wskazujących, że jej przyczyną mógł być zamach. Należy zwrócić przy tym uwagę, iż owe „odjechane” teorie sprawiają wrażenie celowych wrzutek dezinformacyjnych, mających na celu skompromitowanie wersji „zamachowej” jako takiej i dyskredytację jej zwolenników jako spiskomaniaków od UFO i „wiecznie żywego” Elvisa.

Nie odrzucając a priori wersji o celowym zamachu, chciałbym jednak przypomnieć artykuł „Siódmy wariant” Rafała Ziemkiewicza w „Rzeczpospolitej” sprzed nieco ponad dwóch tygodni. W skrócie: katastrofa była efektem zbrodniczo małostkowego zachowania gabinetu Tuska, który doprowadził do obniżenia rangi wizyty z oficjalnej na prywatną (tak ją traktowali Rosjanie), co poskutkowało usunięciem ze smoleńskiego lotniska dodatkowych zabezpieczeń, które były zainstalowane na okoliczność przybycia Tuska i Putina trzy dni wcześniej. W efekcie, coś co miało być kolejnym afrontem wobec Lecha Kaczyńskiego, okazało się tragiczne w skutkach. Jeżeli istnieje coś takiego jak „zamach nieumyślny" to w przypadku „siódmego wariantu" właśnie z czymś takim mamy do czynienia. Na to nałożył się jeszcze tradycyjny ruski bardak na lotnisku , być może błędne koordynaty z wieży kontroli (warto przeczytać co mówi na ten temat W. Bukowski) – i przepis na katastrofę gotowy.

II. Wina umyślna i nieumyślna.

Jaka różnica, zapyta ktoś – czy to był świadomy zamach, czy wynikająca z zarysowanych powyżej przyczyn tragiczna koincydencja? Ano, różnica jest taka jak między przestępstwami z winy umyślnej i nieumyślnej.

Posłużę się tu konstrukcją znaną z prawa karnego. Owszem, mam świadomość, że w prawie karnym nie stosuje się analogii, ale ponieważ nie jest to rozprawa prawnicza, tylko notka – rodzaj blogerskiego felietonu, zatem pozwolę sobie posłużyć się karnistyczną analogią dla czytelności wywodu.

Prawo karne definiuje winę umyślną jako zamiar bezpośredni (sprawca chce popełnić czyn zabroniony) lub zamiar ewentualny (sprawca przewiduje możliwość popełnienia przestępstwa i godzi się na to).

Wina nieumyślna natomiast może mieć postać lekkomyślności (sprawca przewiduje możliwość popełnienia przestępstwa, lecz bezpodstawnie przypuszcza, że zdoła go uniknąć) lub niedbalstwa (sprawca nie przewiduje możliwości popełnienia czynu zabronionego, choć powinien i mógł taką możliwość przewidzieć).

Nie wikłając się w rozważania, czy w przypadku smoleńskiej tragedii mamy do czynienia z lekkomyślnością, czy niedbalstwem, biorąc pod uwagę okoliczności sprowadzające się do zamiaru wizerunkowej deprecjacji Głowy Państwa, jaką było obniżenie rangi wizyty w Katyniu, wychodzi na to, że najbardziej prawdopodobne jest przestępstwo popełnione z winy nieumyślnej.

III. Bardak i zła wola.

Powtarzam - opcji celowego zamachu absolutnie nie wykluczam, co więcej, trafia mnie cholera, gdy słyszę próby zakrzyczenia i zdezawuowania „nazbyt dociekliwych" połączone z nachalnym kierowaniem publicznej uwagi w stronę wersji o winie Lecha Kaczyńskiego, czy błędzie pilotów. Po prostu wersja „siódmego wariantu" jakoś bardziej układa mi się w zwojach, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę determinację w „umilaniu" prezydenckich podróży przejawianą przez rząd ku uciesze gawiedzi. Strona rosyjska zaś postanowiła „prywatną wizytę" Lecha Kaczyńskiego demonstracyjnie olać, dając na wszelkie możliwe sposoby do zrozumienia, że jest on osobą na terenie Rosji, delikatnie mówiąc, niemile widzianą. Stan lotniska Siewiernoje kompletnie nieprzygotowanego do odbioru wizyty tej rangi, jest wymownym przykładem tego nastawienia. W efekcie, wyszło, co wyszło.

IV. Dlaczego nie wina umyślna?

Hipotezy możemy wysnuwać jedynie z dowodów pośrednich, poszlak – zachowania strony rosyjskiej, histerycznego jazgotu proreżimowych mediów i równie proreżimowych „autorytetów”, bierności Polski w śledztwie, ekspresowego tempa zawłaszczania kolejnych niezależnych od PO instytucji, wreszcie – rozpychania się Rosji w regionie. Wszystko to miałoby świadczyć o zamachu z premedytacją. Według mnie – niekoniecznie.

Kwestie rosyjskich matactw i polskiej bierności omawiam osobno, zaś co do pozostałych punktów, to ujadanie i dezinformacja medialnej psiarni wpisuje się w dotychczasowy ton popierania Tuska i Platformy bez względu na wszystko, bo inaczej wróci Kaczyński i IV RP. A że katastrofa i zaniedbania były wielkie, to i jazgot stał się odpowiednio głośniejszy.

Z kolei przejmowanie państwa przez PO odbywało się konsekwentnie od początku kadencji, zaś prezydent ze słabymi w sumie uprawnieniami nie mógłby się im skutecznie przeciwstawić, co najwyżej nieco opóźnić. Zresztą, wszystko wskazywało na przegraną Lecha Kaczyńskiego w wyborach. Pamiętajmy, że trzeba było jego śmierci, by ludzie zaczęli go postrzegać takim, jakim był, a nie jakim malowały go mediodajnie. Śmierć Prezydenta zwolniła po prostu ostatnie hamulce.

Co do wzmożenia neomocarstwowej polityki Rosji w regionie, ta również trwała od jakiegoś czasu i była efektem demonstracyjnego wręcz desinteressement okazywanego naszemu regionowi przez USA pod rządami Obamy i wycofaniem się z integracyjnych zapędów struktur euro – atlantyckich. Na to nałożyła się ogłoszona przez Radosława Sikorskiego rezygnacja z „polityki Jagiellońskiej”. Można powiedzieć, że wspólnie z Zachodem sami oddaliśmy postsowiecką strefę wpływów w rosyjskie łapy. Przypomnę, że „pomarańczowi” przegrali na Ukrainie przed 10.04. Nie trzeba było do tego śmierci prezydenta Polski. Budowa Nord Streamu ruszyła pełną parą również przed katastrofą.

Poza tym – po co rosyjskim władzom był kłopot ze śmiercią głowy obcego państwa na ich własnym terytorium? Zamachu mogli dokonać chociażby podczas wizyty Lecha Kaczyńskiego na Litwie. Towarzysze czekiści nie takich sztuk dokonywali. Nie mam wątpliwości, że Putin to drapieżna ryba – zimnokrwisty zabójca, ale nie podejrzewam go o brak inteligencji. Obecnej Rosji z różnych względów zależy na poprawnych stosunkach ze światem. Trup Kaczyńskiego, zwłaszcza, jak powszechnie sądzono, u kresu prezydentury, nie był mu do niczego potrzebny. Mówi się o motywie zemsty za Gruzję. Cóż, Putin jest na tyle wyrachowany, że potrafi schować urazy do kieszeni. Taki Kwaśniewski swojego czasu też narobił mu smrodu podczas „pomarańczowej rewolucji”, a Putin poprzestał jedynie na upokorzeniu go podczas obchodów 9 maja.

Jeżeli już rozpatrywać winę umyślną, to moim zdaniem raczej jej wersję spod znaku zamiaru ewentualnego (dążąc do celu – czyli kolejnej pijarowskiej dyskredytacji Prezydenta, rządząca Polską politykierska klika do spółki z Rosjanami godziła się z tym, że może dojść do katastrofy). Mimo to, jak wspomniałem wyżej, koncepcja winy nieumyślnej układa mi się w zwojach w bardziej spójną logicznie całość.

V. Matactwa.

Wiele wątpliwości budzi postępowanie władz polskich i rosyjskich sprawiające wrażenie celowego mataczenia, dezinformacji i zacierania śladów, słowem – sabotowania śledztwa. Moja robocza hipoteza jest następująca: Tuskowi i jego kamaryli ścierpły cztery litery. Boją się, że do wszystkich dotrze co narobili (obniżenie rangi wizyty i śmiertelne konsekwencje tegoż obniżenia). Dlatego czym prędzej zgodzili się na wszystkie warunki Rosjan co do śledztwa. Rosjanie mają za uszami co najmniej skandaliczny stan techniczny lotniska, i zapewne niekompetencję obsługi naziemnej. Obu stronom zależy na pokierowaniu śledztwem w kierunku złych warunków atmosferycznych i błędu pilota. Ręka rękę myje. Ot, takie zafajdane bandyckie układziki.

Dlatego śledztwo koncentruje się na zacieraniu śladów, z tym zastrzeżeniem, że jest to wg mnie zacieranie śladów złej woli i „programowego” burdelu, które towarzyszyły tej wizycie zarówno ze strony polskiego jak i rosyjskiego rządu.

Kolejnym aspektem jest, że naszym władzuchnom byłoby baaardzo nie na rękę, gdyby okazało się, że Ruscy mają cokolwiek (choćby w formie zaniedbań) wspólnego z katastrofą - bo wtedy należałoby podjąć jakieś działania - np. zerwać stosunki dyplomatyczne. A na samą myśl o takim posunięciu premier Donek leje rzadkim łajnem po nogawkach.

VI. Podsumowanie.

Jedno w całej sprawie wydaje się nie ulegać wątpliwości. Mamy wiele nader niepokojących faktów, poszlak, które można dwojako interpretować - ale przy każdej interpretacji wychodzi wina (umyślna bądź nieumyślna) zacietrzewionej ekipy Tuska grającej na kompromitację Prezydenta i współdziałającej w tej grze z zagranicznym reżimem Putina.

Można ponadto podejrzewać, że Tuskiem i jego gromadką prócz chęci upokorzenia „byłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego" (Sikorski) kierowała dodatkowo chęć podlizania się rosyjskim władzom (w ramach „ocieplania stosunków"). W takiej sytuacji do listy zbrodniczych w konsekwencji posunięć, należałoby dopisać zdradę stanu.

Podsumowując, dla partyjno - pijarowskich gierek gabinet Tuska poświęcił powagę Państwa Polskiego i bezpieczeństwo Prezydenta. Efektem była smoleńska hekatomba. Nawet jeśli nie był to zamach sensu stricto, z całą pewnością była to zbrodnia, za którą Tusk et consortes powinni stanąć przed Trybunałem Stanu.

Na zakończenie jeszcze jedna kwestia – przyjęcie winy nieumyślnej skutkuje łagodniejszym wymiarem kary. Powiedzmy zatem, że rządząca nami klika zamiast wisieć, powinna gremialnie zainkasować dożywocie, bez możliwości zwolnienia warunkowego. W więzieniach głosowano masowo na Platformę, więc zapewne będą czuć się jak między swojakami. Do końca swych zasranych dni.

Gadający Grzyb

P.S. Tekst jest pokłosiem dyskusji pod notką Nurniflowenoli „Reject! Reject!”.

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

piątek, 14 maja 2010

Szantaż emocjonalny.


Rosja stosuje wobec nas klasyczny szantaż emocjonalny.

I. Czekistowska socjotechnika.

Rozgrywanie przez Rosję antagonizmów na linii Platforma – PiS, którego natężenie tak spektakularnie dało znać o sobie przed uroczystościami katyńskimi, po 10 kwietnia weszło w nową fazę. Przeniosło się mianowicie z poziomu sceny politycznej na poziom społeczny. To już nie jest gra ambicjami i urazami poszczególnych polityków – to socjotechnika na masową skalę, dzielenie społeczeństwa wedle pro- i anty- rosyjskiego klucza.

Temu służyć mają rosyjskie „gesty dobrej woli”, odgórna interpretacja spontanicznych wyrazów współczucia i sympatii ze strony zwykłych Rosjan jako „psychologicznego przełomu”, niedawna „akcja znicz” – słowem, wszystko co składa się na, jak trafnie ujął Budyń78, „operację pojednanie”.

Martwi mnie społeczny odbiór owych przyjaznych grymasów strojonych przez „przyjaciół Moskali”. Polacy, jak się zdaje, notorycznie mylą skalkulowane na zimno wystąpienia władców Kremla z biało – czerwonymi goździkami składanymi przez mieszkańców Smoleńska i okolic. A umiejętność rozróżnienia rosyjskiego narodu od jego władz, to absolutnie podstawowa kwestia. Na skutek tego pomylenia porządków, każdy polityk, który będzie wysuwał w stosunku do rosyjskich władz jakiekolwiek zastrzeżenia narazi się znacznej części opinii publicznej, jako niewdzięcznik plujący Rosjanom w twarze.

Ta społeczna recepcja jest starannie podgrzewana przez rodzimą „agenturę opinii” i odnoszę wrażenie, że Jarosław Kaczyński doskonale zdaje sobie z tego sprawę – stąd jego niedawne wystąpienie skierowane do Rosjan.

II. Gra na emocjach.


Chyba mało komu przychodzi do głowy, że Rosja stosuje wobec nas klasyczny szantaż emocjonalny. A nawet, jeśli kogoś nachodzi podobna myśl, to metodą „trzech małpek” („nie mówię, nie widzę, nie słyszę”) woli się od niej odseparować.

Kreml wie, że Polacy „lubią być lubiani”. Nie chcą wyjść na niewdzięczników i są do przesady wyczuleni na płynące z zagranicy słowa pochwały bądź przygany. Moskwa zdaje sobie sprawę, jak rozpaczliwie niska jest społeczna samoocena podsycana przez 20 lat „pedagogiki wstydu”. Gdyby tak nie było, nie wmówiono by nam tak łatwo, że Kaczory to „obciach” i przynoszą Polsce wstyd przed resztą świata, co walnie przyczyniło się do wyniku wyborów w 2007 roku.

Teraz jesteśmy przez kremlowładców „brani pod włos”. Padają miłe słowa. A nasze władze pod rękę z „agenturą opinii” reagują zastraszająco wręcz „prawidłowo”. Łapią w lot nawet niewypowiedziane życzenia rosyjskich władz. Tacy już są lotni z natury. I nie przeszkadza im świadomość, że w praktyce ich rola sprowadza się do funkcji „pasa transmisyjnego” w kampanii emocjonalnego obezwładniania Polaków.

Wiedzą, że w czekistowskim języku takie pojęcia, jak „pragmatyzm”, „konstruktywne podejście”, czy „dobrosąsiedzkie stosunki” oznaczają – postępujcie zgodnie z naszymi oczekiwaniami, albo będzie kęsim. A oczekiwanie jest takie, by jakoś ocieplić wizerunek Rosji w oczach polskiego społeczeństwa, co ma przełożyć się na wybór odpowiedniego prezydenta i odwrócić uwagę od neomocarstwowych poczynań w regionie.

Stąd wasalna mowa Pawła „ciecia” Grasia, że jakakolwiek próba polskiej ingerencji w śledztwo smoleńskie zostanie „źle odebrana”, wzmocniona następnie przez samego Tuska słowami o „zimnowojennych stosunkach”, które miałyby nam grozić po jakimkolwiek energiczniejszym działaniu naszych władz.

III. Operacja „przełom”.

Wasalizacja, strach i niemoc. Czemu tak się dzieje? Wróćmy do chwil tuż po smoleńskiej tragedii. Putin swym spektakularnym uściskiem na miejscu katastrofy, metaforycznie rzecz ujmując, chwycił Donka za jaja i teraz w każdej chwili może, za przeproszeniem, „skręcić mu wora”, czyli się „pogniewać” – np. za nie dość wylewne dowody wdzięczności. Ot, taki niedźwiedzi trick psychologiczny. Prosty, lecz morderczo skuteczny. W efekcie, polskie władze wikłają się w coraz bardziej absurdalnych usprawiedliwieniach rosyjskich zaniedbań (czy wręcz sabotowania śledztwa). Zwróćmy uwagę – rosyjskie władze się nie tłumaczą. Robi to za nie polski rząd, gdyż wie że dobry wizerunek kremlowskich „opryczników” jest niezbędnym elementem pijarowskiej operacji pod kryptonimem „przełom”, dzięki której „słoneczne” rządy PO mają korzystnie zaprezentować się na tle „konfliktującego nas ze światem” PiS-u. Do fiaska tak misternej operacji dopuścić nie można. Za wszelką cenę. Cenę honoru na początek. Potem przyjdzie czas na bardziej wymierne haracze.

A my dajemy się rozgrywać jak pierwsze naiwne. Kończąc, zawieszam w powietrzu pytanie: czy operacja „przełom” się powiedzie?

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

niedziela, 9 maja 2010

Komorowski poleciał po „jarłyk”?


Tylko od nas będzie zależało, czy przyklepiemy kremlowski „jarłyk” dla Komorowskiego.

Gwoli przypomnienia: jarłyk, był to na podbitej przez Mongołów Rusi akt oddania we władanie ziem nad którymi z woli chana miał panować dany książę. Otrzymanie jarłyku wiązało się z wyprawą do siedziby chana, z której to peregrynacji nie każdy pretendent do władztwa miał szczęście powrócić żywym.

Późniejsza Rosja, której zasadniczy rys cywilizacyjny pozwalam sobie określać mianemzmongolizowanego bizantynizmu” przejęła wiele z mongolskiej kultury politycznej, zaś tradycja „jarłyku” przetrwała do czasów sowieckich, gdzie stała się nieodłącznym elementem sprawowania władzy nad podporządkowanymi krajami. Przybrało to formę wycieczek kolejnych pierwszych sekretarzy na Kreml (obowiązkowa pierwsza wizyta zagraniczna) po czerwone „błogosławieństwo”.

I. Jarłyk dla namiestnika.

I właśnie w tych kategoriach odczytuję obecność pełniącego obowiązki prezydenta (w skrócie - p.o.p.) Bronisława Komorowskiego w Moskwie pod pretekstem obchodów kolejnej rocznicy „zwycięstwa nad faszyzmem”, tym bardziej, że poleciał tam w towarzystwie generała Jaruzelskiego. Tak, wiem, że wizytę wspólnie z generałem miał złożyć również ś.p. Prezydent Lech Kaczyński, tyle że w przypadku Lecha Kaczyńskiego żywiłem nadzieję, że udaje się do Rosji po to, by zostawić Jaruzela tam, gdzie jego miejsce - na Placu Czerwonym, czemu dałem wyraz w notce „Spawacz leci do Moskwy”.

Co do p.o.p. Komorowskiego takiej nadziei nie mam. Pozostaje otwarta kwestia, czy zabrał Jaruzelskiego w charakterze przewodnika, czy też może raczej patrona, który go przed czekistowskimi towarzyszami odpowiednio zaproteguje i wyjedna tym samym upragniony „jarłyk”.

Powie ktoś, że to zbyt grube szyderstwo, niemniej zważywszy na młodość niejakiego „Wolskiego” spędzoną w zaszczytnej służbie Informacji Wojskowej w połączeniu umiłowania WSI, któremu wyraz dawał niejednokrotnie p.o.p. Komorowski, zbójeckim prawem blogera będę utrzymywał, że jest coś na rzeczy.

Jako swoistą promesę otrzymania „jarłyku” traktuję „przyjazne gesty” ze strony obecnych Kremlowładców, jak chociażby przekazanie stronie polskiej kilkudziesięciu tomów akt katyńskiego śledztwa, umorzonego szczęśliwie w 2004 roku. Podobne „gesty” mają na celu po prostu uwiarygodnić w oczach polskiego społeczeństwa ekipę Donalda Tuska i p.o.p. Komorowskiego osobiście, a także zalegitymizować ich spolegliwą wobec Rosji politykę.

Przekaz dla tych, którzy „mają uszy do słuchania” jest jasny: jesteście wobec Rosji „konstruktywni” (czytaj – ulegli), to możecie liczyć na „ocieplenie” – ot, choćby w postaci odtajnienia tego i owego. Moskiewskie archiwa są przepastne. Wystarczą na wynagradzanie spolegliwości kolejnymi „gestami” przez wiele dziesięcioleci.

A durne Polaczki niech ćpają nasz gaz i cieszą się z „dobrosąsiedzkich stosunków”. My w tym czasie zrobimy przewrót w Gruzji, zwasalizujemy Ukrainę, w międzyczasie zaś do reszty przykujemy Priwislański Kraj do naszego surowcowego neo - RWPG…

II. Przekaz dla Polaczków, czyli pozdrowienia z Kremla.

Przekaz, powtórzę, jest dla mnie jasny: „jesteście z nami grzeczni, to my okażemy wam „dobrą wolę”. Nie odtajnimy wprawdzie wszystkiego, żeby Polaczkom od nadmiaru carskiej łaski przypadkiem w dupach się nie poprzewracało, ale ot tak, po trochu… Puścimy w telewizji film waszego Andrieja Wajdy. Do kin, oczywiście, nie wejdzie, bo by wam się… patrz wyżej, ale doceńcie to co dajemy.

W zamian oczekujemy niewiele. Ot, zagłosujcie w wolnych i demokratycznych wyborach na tych, co trzeba. Na tych, mianowicie, którym nie postała by w głowach kretyńska myśl, by pchać się niepotrzebnie do Gruzji, czy „wciągać” do wrażych struktur Ukrainę. Na tych, którzy są „pragmatycznie” nastawieni do naszego gazu i nie roją o jakiejś tam „aktywnej polityce wschodniej”. My mamy o wiele aktywniejszą politykę zachodnią i to wystarczy. Po co więcej?

A jeżeli wybierzecie jakichś nieodpowiedzialnych awanturników od wymachiwania szabelką i wtykania nosa do naszego śledztwa, to figę z makiem zobaczycie, a nie katyńskie papiery, zaś nasze śledztwo w sprawie „spadniętego” Tupolewa potrwa tyle, ile uznamy za stosowne. Bo niesłuszny i nieracjonalny wybór priwislańskiej ludności sprawi, ze poczujemy się dotknięci. I rozdrażnieni. Uznamy, że wasza demokracja zmierza w niewłaściwym kierunku.

Zatem po dobroci prosimy – wybierzcie tego, któremu nadajemy nasz jarłyk, dobrze? Jednocześnie kierujemy do priwislańskich tubylców braterskie, kremlowsko – czekistowskie pozdrowienia, a także zapewnienia o nieustającej woli owocnej współpracy i dalszego zacieśniania dobrosąsiedzkich stosunków. Aż do skutku.”

***

Osobiście, jestem ciekaw, gdzie p.o.p. Bronisław Komorowski zostanie ustawiony na kremlowskiej trybunie. Jeżeli będzie stał w miarę blisko Putina i Miedwiediewa, będzie znaczyło to, że misja została wykonana – otrzymał „jarłyk”.

I tylko od nas będzie zależało, czy przyklepiemy ów „jarłyk” naszymi głosami w czerwcowo – lipcowych wyborach.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

czwartek, 22 kwietnia 2010

Pamiętajmy.


Najbardziej szarpnął mną widok położonej przez kogoś wśród zniczy, nadpalonej, Biało-Czerwonej, z napisem: „KATYŃ – PAMIĘTAMY”.

Nie mieszkam w Warszawie. Powiem więcej – nie lubię tego miasta i staram się w nim bywać jak najrzadziej. Jego współczesne oblicze jest dla mnie symbolem wszystkiego co najgorsze w III RP, nijak mając się do chlubnych tradycji, które odeszły wraz z hekatombą Powstania Warszawskiego.

Ale, w niedzielę 11.04.2010 musiałem, zwyczajnie musiałem być pod Pałacem Prezydenckim. Po otrząśnięciu się z pierwszego szoku po sobotniej tragedii, decyzja była tylko jedna: jedziemy! Podążyliśmy wraz z Anią do stolicy, zdzwaniając się w międzyczasie z naszą przyjaciółką Moniką i jej córką – Olą.

Poniżej prezentuję garść fotografii. Może niezbornych, może źle skadrowanych, ale wierzcie mi – szczerych. Tak szczerych, jak żal po stracie mojego Prezydenta - Lecha Kaczyńskiego.

I. Jeziora płonących zniczy.

Tłum stopniowo gęstniał. Przed 15:00, w okolicy UW było naprawdę tłoczno.



By zapalić znicz i złożyć kwiaty bezpośrednio przy Pałacu, nie ma szans. Nie przeciśniemy się dalej Ale, vis a vis, po drugiej stronie Krakowskiego Przedmieścia, również są wielkie, płonące jeziora zniczy. Dokładamy się do jednego z nich.










II. Oczekiwanie.

Tłumy ludzi. Wielki ścisk. Oczekiwanie.





***

Przed nami pusty Pałac…



… i flagi w żałobie:



Proporce:



III. Przyjazd.

Kondukt przyjeżdża. Jak większość zgromadzonych, nie widzimy go, ale nie o to chodzi…



Warta honorowa…



IV. Powrót.

Jeszcze spojrzenie na płonące jezioro pamięci:



…i, podczas powrotu, kolejne zapalenie zniczy - tym razem już wspólnie z Moniką i Olą, na Placu Piłsudskiego:



***

A poza wszystkim – najbardziej szarpnął mną widok położonej przez kogoś wśród zniczy, nadpalonej, Biało-Czerwonej, z napisem: „KATYŃ – PAMIĘTAMY”:



Pamiętajmy zatem.

Gadający Grzyb

P.S. Przed wyjazdem Ania wstąpiła do kwiaciarni. Ja czekałem w samochodzie. Ania długo nie wracała. Oto, co się okazało:

Pani kwiaciarka, gdy dowiedziała się dokąd i po co się udajemy, płacząc szykowała bukiet. Nie była w stanie ułożyć wiązanki. W końcu, za sześć róż z pełnym przybraniem policzyła... marne 10 złotych! Na koniec, dodała od siebie wielki znicz, prosząc, byśmy zapalili w jej imieniu. Prośbę spełniliśmy.

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

sobota, 10 kwietnia 2010

Non omnis moriar…


Szok. Dekapitacja wyśnionej IV RP. Różne myśli przychodzą do głowy, zważywszy na miejsce tragedii. Dlaczego właśnie oni? Państwo Kaczyńscy, prezes NBP Sławomir Skrzypek, Janusz Kochanowski – bodaj najlepszy Rzecznik Praw Obywatelskich, jakiego mieliśmy. Janusz Kurtyka – bezkompromisowy szef IPN-u. Anna Walentynowicz, uosobienie „Solidarności” - i tej historycznej, pisanej przez wielkie „S” i tej zwyczajnej, codziennej, ludzkiej. Ryszard Kaczorowski – ostatni prezydent na uchodźctwie – jego śmierć akurat w tym miejscu jest znakiem szczególnie przejmującym. Generalicja… i tylu innych.

Wszystkie słowa są zbyt małe, zbyt banalne. Zginął człowiek, o którym mogę powiedzieć, że był pierwszym prezydentem Polski, z którym się identyfikowałem. Człowiek, który znosił z godnością razy wymierzane przez tych, którzy wylewają dziś w mediach hektolitry krokodylich łez. Człowiek, który miał odwagę stanąć w obronie zaatakowanej Gruzji. Każdą funkcję – prezesa NIK-u, ministra sprawiedliwości, prezydenta Warszawy i w końcu prezydenta Rzeczpospolitej, pełnił z godnością, uczciwością i prawością, jakiej w czasach III RP w życiu publicznym tak często brakowało.

Ale, jak pisał Horacy, non omnis moriar („nie wszystek umrę”). Widzę tłumy Polaków oddających hołd Głowie Państwa. Jest Muzeum Powstania Warszawskiego – wielki pomnik męstwa i ofiarności, na który tylu ludzi czekało przez długie dziesięciolecia..

Ja, osobiście, złożę hołd Lechowi Kaczyńskiemu, odwiedzając właśnie to Muzeum.


Gadający Grzyb