Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pijar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pijar. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 kwietnia 2014

Tusk i propaganda strachu

Mamy do czynienia z próbą rozbudzenia i zagospodarowania społecznych emocji, a następnie zarządzania nimi poprzez wytworzenie atmosfery zagrożenia.

I. Narracja strachu

Ostatnie kampanijne tygodnie przed wyborami do europarlamentu pokazały jasno, że spośród różnych politycznych „narracji” Tusk wraz ze swoją ekipą postawił na element grozy. W zasadzie nic nowego - wszak straszenie „pisiorami” i „moherami” było stale obecne w reżimowej propagandzie Dyktatury Matołów i sprzęgniętych z nią mediodajni („jak PiS dojdzie do władzy...” - że przypomnę pamiętny skecz kabaretowy wyśmiewający rządowy przekaz). W momentach kluczowych wybijano ten element na plan pierwszy, jak chociażby w spocie wyborczym z 2011 roku straszącym opinię publiczną zmontowanymi w nienawistnych paroksyzmach obrońcami Krzyża z Krakowskiego Przedmieścia. O ile jednak wcześniej Platforma starała się jeszcze łagodzić przekaz pokazując swe „konstruktywne” oblicze spod znaku „nie róbmy polityki, budujmy drogi”, o tyle dziś ma do zaoferowania wyborcom jedynie strach przed różnorakimi zagrożeniami, których bezpośrednią, lub pośrednią przyczyną ma być opozycja.

Tak więc mamy do czynienia z próbą rozbudzenia i zagospodarowania społecznych emocji, a następnie zarządzanie nimi poprzez wytworzenie atmosfery zagrożenia.

II. Straszenie wojną

Te właśnie tony pobrzmiewały w przemówieniu Tuska, podczas którego padła fraza o wyborach do PE, które zdecydują, czy pierwszego września polskie dzieci będą mogły pójść do szkoły. W najoczywistszy sposób Tusk postanowił żerować na atawistycznym strachu większości Polaków przed wojną jako taką, a przed wojną z Rosją w szczególności. Rządowa propaganda kieruje opinię publiczną ku myśleniu - lepiej już niech rządzi Tusk, który liże tyłek Szkopom i Ruskim, bo może wtedy zostawią nas w spokoju, a jak Kaczyński dojdzie do władzy, to Putin zrobi z nami to samo co z Ukrainą. Bez sensu? Owszem, ale zbiorowe emocje nie muszą poddawać się logice, szczególnie w umiejętnie zbudowanym nastroju bliżej nieokreślonego niepokoju.

Trzeba przyznać, że reżimowi pijarowcy trafnie rozpoznali społeczne nastroje, o czym świadczy chociażby ostatnie sondażowe wahnięcie na korzyść Platformy. Przeciętny Polak bowiem pragnie świętego spokoju, codzienna krzątanina wokół spraw bytowych zaprząta całą jego uwagę i ostatnią rzeczą jakiej pragnie jest wpędzenie Polski w jakąś awanturę, mogącą skutkować utratą choćby najskromniejszych owoców jego harówki. Wbrew temu co pragnęlibyśmy o sobie mniemać, nie jesteśmy narodem bohaterskich powstańców, lecz w dużej mierze pozostajemy zglajszachtowaną postsowiecką masą na dorobku, u której sama myśl o zadarciu z którymkolwiek z możnych sąsiadów – choćby tylko na polu dyplomacji, czy symboliki – wywołuje marskość pośladków. Niemcy imponują nam swym ordungiem i bogactwem, Rosji zaś panicznie się boimy niczym oprycha w ciemnej ulicy, nominalnym sojusznikom nie dowierzamy ze względu na historyczne rozczarowania, zatem w powszechnej opinii powinniśmy siedzieć cicho i się nie sadzić, bo oberwiemy. Ponadto podejrzewam, że część podskórnie czuje, iż za Smoleńskiem stoi jednak Putin, a skoro mógł się posunąć do takiej zbrodni, to tym lepiej z nim nie zadzierać. Na tym jedzie obecnie Tusk, wplatając umiejętnie masowe obawy w kontekst obecnych wydarzeń na Ukrainie – i póki co, dobrze na tym wychodzi.

III. Tworzenie wroga metodą prowokacji

Jednak zagrożenie zewnętrzne to nie wszystko. Dla pełni przekazu potrzebny jest również wróg wewnętrzny pragnący wywołać wojnę domową, niczym ci wspomniani na wstępie obrońcy Krzyża ze spotu sprzed wyborów parlamentarnych w roku 2011.

I tym kolejnym etapem budowania atmosfery grozy było przytoczenie przez Tuska na konferencji prasowej pogróżek pod adresem jego córki. To już była jazda bez trzymanki. Spójrzmy na treść i formę owych gróźb, ma ona bowiem swoje znaczenie, o czym za chwilę: „Twoje bękarty zdechną, a ty zostaniesz zabita, rozszarpana na strzępy z całą rodziną. Jesteście parszywym pomiotem smoleńskiego mordercy. Przekaż ryżemu kundlowi, że zostanie zabity za mord smoleński"; „Ty bezrobotna dziwko, ty też zostaniesz zabita i cała wasza rodzina. Bo ścierwo ryżego kundla musi być wytępione do pięciu pokoleń"; „Chciałem spytać, czy już wiesz, gdzie będziesz próbowała się ukryć i uciec, bo chyba świadoma jesteś, że jak kundlowi zdejmiemy ochronę, to i z was nikt nie przeżyje".

Podobne treści miały też przychodzić do Donalda Tuska oraz innych członków jego rodziny i miało być ich „kilkaset”. Cóż, być może faktycznie znalazło się paru niezrównoważonych maniaków, sądzę jednak, że generalnie jest to ukartowana mistyfikacja. Już tłumaczę dlaczego. Otóż, nie wiem jak dla Państwa, ale dla mnie język jakim te groźby zostały sformułowane jako żywo przypomina język esbeckich anonimów z czasów PRL-u. To samo stężenie plugastwa, ta sama stylistyka. Przypuszczam, że zostały na użytek wyborczego „pijaru" wyprodukowane w tych samych kazamatach, w których siedzą uczniowie i następcy „pierwszorzędnych fachowców" resortu „człowieka honoru", generała Kiszczaka. Zwróćmy uwagę, że bliźniaczego języka (choć w nieco złagodzonej wersji) używał osławiony „Andrzej spod Krzyża”, co wykorzystano w przywoływanym już spocie wyborczym z 2011 roku. Andrzej Hadacz okazał się być koniec końców prowokatorem, który objawił się następnie u boku „konstruktu służb”, czyli Janusza Palikota na gej-paradzie.

To jest dokładnie ten sam poziom szamba, rodem z wpisów jakie codziennie dyżurne trolle zamieszczają w internecie pod adresem PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego, to samo stężenie nienawiści, które popchnęło do zabójstwa Ryszarda Cybę - tyle, że ukierunkowane w drugą stronę. Ewidentna, służbowa prowokacja zmontowana wyłącznie po to, by Tusk mógł jej użyć w ramach przedwyborczej rozgrywki do budowania poczucia zagrożenia i „zarządzania poprzez strach".

IV. 10 służb

Do powyższej hipotezy skłania mnie jeszcze jedna przesłanka: oto w Polsce działa 10 służb specjalnych uprawnionych do inwigilowania obywateli, które nie wahają się korzystać ze swych prerogatyw, a nawet znacznie je przekraczać, o czym świadczyć może chociażby prywatna sprawa wytoczona „Rzeczpospolitej” przez wiceszefa ABW ppłk. Jacka Mąkę. Przedstawiono w niej jako materiał dowodowy stenogramy z podsłuchów rozmów telefonicznych Cezarego Gmyza i Bogdana Rymanowskiego z Wojciechem Sumlińskim. Stenogramy te były w posiadaniu ABW i nie zniszczono ich, mimo że Agencja miała taki prawny obowiązek.

I co - mam uwierzyć, że te 10 służb gromadzących wszelkie możliwe dane nie było w stanie namierzyć autorów pogróżek? Jeśli przyszły esemesami, to operatorzy sieci komórkowych zobowiązani są na własny koszt przechowywać dane - zarówno treści SMS-ów (!!!) jak i bilingi. Jeśli przyszły mailem, to przecież cóż prostszego niż namierzyć IP, zwrócić się do dostawcy internetu o odpowiednie dane? Jeśli natomiast przyszły pocztą tradycyjną, to również są odpowiednie metody, które służby specjalne mają do dyspozycji. Przypomnijmy sobie o „koronkowej" akcji chłopaków-abewiaków wobec „Brunobombera”, kiedy to najpierw przez długi czas podpuszczano go i „wkręcano" w zamach za pomocą podstawionych prowokatorów, by w odpowiednim momencie z przytupem ogłosić „sukces" akcji i ujęcie groźnego „terrorysty”. Tymczasem, w przypadku ewidentnych gróźb karalnych pod adresem premiera rządu RP i jego rodziny - cisza... Nikt nie jest w stanie wykryć sprawców. I to w najbardziej inwigilowanym przez spec-służby kraju w całej Unii Europejskiej.

A może mamy uwierzyć, że pan premier taki dobrotliwy, że machnął na sprawę ręką? Każdy, kto pamięta historię Piotra „Starucha" Staruchowicza, który za hasło „Donald matole, twój rząd obalą kibole" stal się na szereg miesięcy „prywatnym więźniem Donalda Tuska", może tylko wybuchnąć szczerym śmiechem na myśl o nagłym przypływie łaskawości Ober-Matoła wobec autorów pogróżek.

***

Powyższe wątpliwości jednak do przeciętnego zjadacza medialnej papki nie dotrą. Przeciętny wyborca ma się bać wojny i wewnętrznej destabilizacji sprokurowanej przez nienawistnych pisowskich fanatyków dyszących żądzą mordu. I póki co, powtórzę, Tusk całkiem nieźle na tej strategii wychodzi...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

 

sobota, 8 czerwca 2013

Zrobieni w abonament

…a właściwie w iluzję jego niepłacenia: 2,5 miliona osób zostało objętych procedurą windykacyjną za zaległości w uiszczaniu abonamentu RTV.

I. Dwa i pół miliona dłużników

Jakiś czas temu za sprawą senatorów PiS Henryka Ciocha i Grzegorza Biereckiego dowiedzieliśmy się, że w Polsce ok. 2,5 miliona osób zostało objętych procedurą windykacyjną za niepłacenie abonamentu RTV. Abstrahując od zasadności tego para-podatku „od telewizora” i kwestii modelu finansowania mediów państwowych (bo nie publicznych przecież), należy zwrócić uwagę, że obciążeni zaległościami są w dużej mierze (ok. 30%) ludzie starsi, często już w wieku emerytalnym, którzy obowiązek uiszczania abonamentu odziedziczyli w spadku po poprzedniej komunie, obecnie bowiem mało kto kłopocze się zgłaszaniem posiadanych odbiorników. I właśnie m.in. w stosunku do nich podejmowane są teraz czynności egzekucyjne za zaległości.

Wyobraźmy sobie tych emerytów i rencistów, do których nagle przychodzi urzędowa powiastka z groźnymi pieczęciami, która informuje ich, że wiszą ukochanej telewizorni jakieś 1400 – 1800 złotych. I mają to zwrócić wraz z karnymi odsetkami oraz kosztami postępowania. Przypominam, są to ludzie dysponujący np. tysiącem złotych miesięcznie, czyli balansujący na granicy biologicznego przetrwania. To samo tyczy się chociażby bezrobotnych. Zawału można dostać – może zresztą właśnie o to chodzi i mamy do czynienia z kolejnym elementem Programu Pełzającej Eutanazji uskutecznianej wobec bezproduktywnych „darmozjadów”? Big Cyc śpiewał kiedyś: „Państwo żywi i ubiera, nie obciążaj go – umieraj”. Tak, to by się nawet zgadzało.

II. Oślizgłe obiecanki

Skąd się wzięły owe zaległości? Ludzie sami z siebie powzięli nagle na masową skalę decyzję o bojkocie zobowiązań wobec reżimowych szczekaczek? No przecież, że nie. A już na pewno nie emeryci, którzy – wnioskując z obserwacji – na ogół starają się być z opłatami w porządku, nawet jeśli oznacza to przetrwanie do kolejnej emerytury o cienkiej herbatce i suchym chlebie. Swój początek obecna fala zadłużenia bierze w jednej, jedynej ale wszechstronnie nagłośnionej przez reżimowe mediodajnie wypowiedzi premiera Donalda Tuska sprzed pięciu lat (2008 r.). Premier rządu RP wypowiedział wówczas następujące słowa:

„Abonament jest archaicznym sposobem finansowania mediów publicznych, haraczem ściąganym z ludzi. Dlatego rząd będzie zabiegał o poparcie do jego zniesienia.”

Zwróćmy uwagę na perfidię cytowanych zdań. Czy premier tam powiedział, że abonamentu nie trzeba płacić? Ależ skąd. Formalnie rzecz biorąc, Tusk podzielił się jedynie swą opinią, że abonament jest „archaiczny”, oraz że jest „haraczem”. A do tego zapowiedział, że „rząd będzie zabiegał o poparcie do jego zniesienia”. Czyli, mieliśmy do czynienia z typową dla Ober-Matoła oślizgłą formułką, skonstruowaną tak, by nabić sobie sondażowe słupki popularności do niczego się nie zobowiązując. Cóż to bowiem oznacza, że „rząd będzie zabiegał o poparcie”? Literalnie nic.

Ludzie jednak zrozumieli to zupełnie inaczej, o czym świadczy nagłe załamanie się wpływów z abonamentu. Tak się bowiem składa, że większość obywateli nie jest szkolona w socjotechnice i pijarowskich sztuczkach, co sprawia, że wobec takich zagrywek, jak ta opisana powyżej, są rozpaczliwie bezbronni. Nie mają również pojęcia o trybie podejmowania decyzji i procedurze legislacyjnej. Do nich dotarł komunikat, że oto dobry premier zniósł abonament, by ulżyć ich doli - a nie, że jeden z najwyższych dostojników państwowych ot tak sobie tylko zażartował, by zrobić sobie popularkę.

III. Do żywego mięsa

Jakiś czas temu miałem okazję naocznie przekonać się o konsekwencjach niby-obiecanki premiera i konkretnym ludzkim wymiarze tego windykacyjnego nieszczęścia, które dotknęło dwa i pół miliona Polaków. Oto podczas wizyty na poczcie byłem świadkiem, jak do sąsiedniego okienka podeszła roztrzęsiona młoda kobieta z jakimiś świstkami w garści i dosłownie ze łzami w oczach, łamiącym się głosem zaczęła klarować urzędniczce, co następuje:

Do jej ojca przyszło zawiadomienie z rodzaju tych o których mówili senatorowie Cioch i Bierecki. (Nie pamiętam dokładnej kwoty, ale było to grubo ponad tysiąc złotych.) Ojciec od dawna nie wstaje z łóżka, jest po trzech wylewach, ma orzeczoną stuprocentową niezdolność do pracy i utrzymuje się z jakiejś skromnej renciny. Przecież wszyscy słyszeli, że abonamentu nie trzeba już płacić. Sam pan premier mówił tak kilka lat temu w telewizji! Dlaczego więc teraz przyszło do niego wezwanie do zapłaty? Skąd mamy wziąć nagle takie pieniądze?

Teraz, drodzy państwo, pomnóżmy sobie tę sytuację razy 750 tysięcy, tyle bowiem wynosi ów 30-procentowy odsetek emerytów i rencistów z ogólnej liczby dwóch i pół miliona osób z zaległościami w płaceniu abonamentu RTV. Przyznam się ze wstydem, że w pierwszej chwili poczułem coś w rodzaju złośliwej satysfakcji – „uwierzyliście ryżemu miglancowi, to teraz macie, głupole”. Po jakimś czasie jednak naszła mnie refleksja, której przed momentem dałem wyraz – o tej dziecięcej wręcz bezbronności ludzi wobec pijarowskiej ściemy uprawianej na zmasowaną skalę, z użyciem wszelkich środków rażenia pozostających na wyposażeniu zaprzedanych Dyktaturze Matołów mediodajni.

Tak sobie myślę, że gdyby jakimś trafem Tuskowi i jego kamaryli udało się uniknąć odpowiedzialności za wszystkie przekręty, zdrady, zaprzaństwa i zbrodnie jakich się dopuścili, ze Smoleńskiem na czele; gdyby, powiadam, jakimś cudem się z tego wywinęli, to już za samo cyniczne robienie sobie jaj z ludzkiej naiwności dla chwilowego poklasku i sondażowych notowań, za wpędzenie siedmiuset pięćdziesięciu tysięcy starszych i schorowanych ludzi w niezawinione długi – tłukłbym tę zgraję bykowcem do siódmej krwi, do żywego mięsa, aż zdechliby po kolei z czerwoną pianą na ustach.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 19 maja 2012

Klątwa Kaczyńskiego II

Wszystko przez Kaczyńskiego, bo gdyby w dwa lata wybudował to, czego nie udało się przez pięć lat wybudować Platformie, to dziś nie byłoby problemu.

I. Robimy putinadę!

Tym razem Donald Tusk nie przywdział kryzysowej kurteczki, bo by się zgrzał, biedaczek, a może zresztą pijarowcy od Ostachowicza podpowiedzieli mu, że z tej kurteczki pół Polski już się śmieje i żeby się nie wygłupiał, nie robił wiochy i w ogóle. Zamiast tego ubrano go w kryzysową koszulę po robociarsku rozpiętą pod szyją, bez marynarki i krawata. Po robociarsku, bo też umiłowany Ober-Matoł ruszył do jedynej roboty w której się spełnia jak nikt - żenienia kitu na masową skalę w sojuszu z „zaprzyjaźnioną telewizją”, która bez wytchnienia transmitowała na żywo i w powtórkach jak premier wsiada do helikoptera, wysiada z helikoptera, wsiada do pociągu, wysiada z pociągu, kupuje bilet do wagonu drugiej klasy (taki równiacha), rozmawia z prostym ludem, łaje, chwali, „śmieszy, tumani, przestrasza”.

No, słowem - trzeba było przykryć jakoś tę gigantyczną kompromitację z autostradami co to miały być wybudowane, potem już tylko „przejezdne”, a ostatecznie pozostały rozkopane jak były. Jakoś trzeba odwrócić uwagę pospólstwa od sztukowanych naprędce objazdów wąskimi, dziurawymi drogami, też w znacznej mierze w niekończących się remontach, od przypudrowanych dworców i linii kolejowych grożących katastrofą bo nigdy nie wiadomo, czy zapali się odpowiedni semafor, a poza tym jeździć nimi można przeważnie z minimalną prędkością, bo stopień wyeksploatowania niedoinwestowanej infrastruktury nie pozwala na normalne użytkowanie.

Co tam jeszcze trzeba było zamieść pod dywan przed weekendem? „Reformę” polegającą na kradzieży emerytur, bo mniej osób dożyje do „złotej jesieni”, protesty społeczne przeciw tejże, sprawę TV Trwam, głodówki przeciw rugowaniu lekcji historii, blokadę komunikacyjną centrum Warszawy, „infoaferę”, chamstwo Niesioła, wyrok w sprawie łapówkary Sawickiej, zapowiedzi demonstracji w trakcie Euro, dramat bankructw podwykonawców którzy uwierzyli w „Polskę w budowie”... podaję w kolejności przypadkowej, z pewnością nie wymieniłem wszystkiego co składa się na wszechstronną degrengoladę państwa pod rządami Dyktatury Matołów.

Rada na to może być tylko jedna: robimy putinadę! Media sprężone, reżimowi publicyści pobudzeni, służby prasowe w gotowości by wrzucać kolejne fotki do internetu... a premier obiecuje zdesperowanym podwykonawcom pieniądze (pod warunkiem, że nikt nie zapyta się „jak żyć”, bo na takich warchołów są inne sposoby), mobilizuje do działania, uprzedza, że będzie rozmawiał z niezadowolonymi, by nie robili mu koło pióra w trakcie Euro, dodając zarazem ostrzegawczo, że jakby co, to „w razie potrzeby policja będzie interweniowała”. Zaraz jednak dobrotliwie uzupełnia: „Nie użyłbym słowa 'pałowała', bo dziś mamy lepsze, spokojniejsze i nowocześniejsze metody rozładowywania napięć, a pałka to ostateczność" (cyt. za „Rzeczpospolitą”) Ciekawią mnie te „nowocześniejsze metody” - czyżby Ober-Matoł miał na myśli osławione LRAD-y do obezwładniania dźwiękiem, które zakupiono, a następnie nowelizowano w pośpiechu prawo, by policja mogła ich używać?

II. KOKO-SPOKO!

Ale, generalnie – byczo jest, albo raczej Euro-spoko! Albowiem:

„Premier podkreślił, że czuje potrzebę położenia kresu nieustannemu narzekaniu w związku z Euro. - Jeśli wszyscy zamienimy się narzekających i takich smutasów, którzy będą udowadniali sobie i światu, że tutaj w Polsce nic się nie udało, że nie można nigdzie przejechać, stadiony się zawalają, (...) to rzeczywiście osiągniemy ten efekt, o jaki niektórym chodzi – mówił.

- Ale ja wiem, że w Polsce stadiony są najnowocześniejsze w Europie, że terminale mamy najnowocześniejsze w Europie, że te lotniska przypominają Polskę z naszych marzeń - przekonywał Tusk.” (cyt. za „Rzeczpospolitą”)

Przypomina mi to stary rysunek na którym widać jakiegoś partyjnego buca na mównicy, który na mankiecie ma napisaną treść przemówienia: JEZD DOBRZE. A jeśli do kogoś nie dotrze ogrom sukcesu, to pozostaje metoda zobrazowana przez Andrzeja Krauzego w „Uważam Rze”: inny buc dusi orła w koronie i wrzeszczy mu prosto w dziób: KOKO-SPOKO! Dotarło do jednego z drugim? Jest KOKO-SPOKO, bo jak nie, to w ryj! Albo LRAD-em po bębenkach usznych.

Swoją drogą, z tą naszą „gotowością do Euro” musi być naprawdę przeraźliwie, skoro nie dość, że sięgnięto w desperacji po tak toporną propagandę rodem z głębokiego PRL-u, to jeszcze akcję zainicjowano w Święty Czwartek. Niezorientowanym wyjaśniam, iż czwartek jest dniem w którym Donald Tusk zwykł kończyć swój wielce umowny tydzień pracy i pakuje się do samolotu, czy innego helikoptera, by zamiast na rozgrzebaną A2 lecieć do Sopotu i nie pokazywać się w Warszawie aż do poniedziałku. A tu jeszcze na dodatek putinada przeciągnęła się również na piątek. Piątek! Toż to już weekend pełną gębą. I sobota!! Jezusie słodki... Ciekawe, kto kazał mu duszyć rupę, poprawić makijaż i jechać w interior, jakby to była jakaś kampania wyborcza, bo że on tak sam z siebie, to nigdy nie uwierzę.

III. Klątwa Kaczyńskiego

Ale, notka ma tytuł „Klątwa Kaczyńskiego”, a ja ciągle o Tusku. Otóż, wszystko to dzieje się przez Kaczyńskiego, bo gdyby w dwa lata wybudował to, czego nie udało się przez pięć lat wybudować Platformie, to dziś nie byłoby problemu. Proste? Tak powiedział kwarcówkowy minister Nowak. To, że Jarosław Kaczyński odpowiada za wszystko, gdyż rząd Tuska z definicji za nic odpowiadać nie może, więc musi odpowiadać ktoś inny, jest powszechnie wiadome. I nawet znam mechanizm tej odpowiedzialności, który objawiłem już w czerwcu zeszłego roku, ale do czynników rządowych najwyraźniej nie doszło.

Powtarzam zatem teraz, zaś drogie czynniki rządowe uprasza się o wyjęcie ołówków, kajecików i notowanie: jak wiadomo, podczas pamiętnej zadymy o Dolinę Rospudy Jarosław Kaczyński rzucił na Polskę klątwę, mówiąc, że jeżeli nie da się wybudować obwodnicy Augustowa, będzie to znaczyło, iż w Polsce niczego nie da się wybudować. Działa? Działa, i to nie tylko w przypadku dróg, ale również drugiej linii metra, kolei, Muzeum Sztuki Współczesnej i tak dalej.

Zatem, drogie czynniki rządowe, macie jedyne wyjście – zróbcie wreszcie tę cholerną obwodnicę Augustowa. Pod Rospudą, przez Rospudę nad Rospudą – obojętnie. To jedyny ratunek, by zdjąć klątwę, bo pijarowska magia waszego Ober-Matoła zaczyna się niebezpiecznie wyczerpywać. Skoro nie udało się dokończyć tych inwestycji nawet przy takiej mobilizacji, pod presją jednej z najbardziej prestiżowych imprez sportowych na świecie, to znaczy, że po Euro nie uda się dokończyć tym bardziej i zostaniemy z tą „Polską w budowie” do us...j śmierci. Mieszkam przy totalnie rozkopanym fragmencie „gierkówki” i widzę jak oszałamiające jest tempo prac, więc wiem co mówię.

Jedyne, co poprawia mi humor, to świadomość, że podczas tego całego „Euro-spoko” na bank ucierpi trochę Szkopów, którzy pod wpływem szoku po nagłym przestawieniu się z ichniejszych, gładziutkich i szerokich „autobahnów” na nasze „przejezdne” wyroby drogopodobne, będą rozbijali się na potęgę – na dziurach, na drzewach, na słupach, zderzając się ze sobą... Szykuje się największy pogrom Teutonów od czasów Grunwaldu. No chyba, że potem w ramach retorsji cofną nam euro-fundusze, a Erika Steinbach stanie na czele Związku Pokiereszowanych i zażąda reparacji.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/klatwa-kaczynskiego

poniedziałek, 4 października 2010

Tusku na dopalaczach.


Czy horyzont czasowy antydopalaczowej ofensywy wykracza poza najbliższe wybory samorządowe?

I. Potęga blogosfery :)

No proszę. Raptem kilka dni temu opublikowałem notkę „Niewidzialna ręka i dopalacze”, w której piętnowałem bezradność państwa w walce z „dopalaczami” (tj. chciałem powiedzieć, „artykułami kolekcjonerskimi”, „nawozami” i „kadzidełkami”), a tu czytam, że premieru Donaldu Tusku wielce się ową bezradnością zesrożyło, do tego stopnia, że rzuciło ni z tego ni z owego do walki na „kolekcjonerskim” odcinku wszelkie możliwe służby: jawne, tajne i dwupłciowe.

We wspomnianej notce napomknąłem wprawdzie, że państwo polskie dysponuje najróżniejszymi inspekcjami i kontrolami, które to organy już wielu przedsiębiorcom wybiły z głowy prowadzenie interesów i że ten mechanizm wykańczania w majestacie prawa jakoś dziwnie nie ima się biznesu z dopalaczami, ale że Tusku weźmie sobie moje słowa tak do serca – tego, muszę przyznać, absolutnie się nie spodziewałem. Pomyśleć, że wystarczyła jedna notka, nawet bez konieczności zbierania podpisów pod jakąś petycją, czy organizowania akcji mailowej. Ot – potęga blogosfery!

Proszę spojrzeć jak się cieszę: he, he.

II. „Na granicy prawa”.

No to już się wziąłem i nacieszyłem. Teraz jakoś mi nieswojo. Czemu? Ano temu, że odtrąbiona antydopalaczowa krucjata potwierdza dobitnie znany co najmniej od czasów sprawy Romana Kluski (a tym, którzy mają oczy do patrzenia – od zarania III RP) fakt, że państwo, jeśli tylko chce, potrafi zgnoić każdego – z prawem, obok prawa, albo nawet wbrew prawu. Żaden przedsiębiorca nie jest między Bugiem a „odrom-nysom” pewny dnia ani godziny, co najwyżej może liczyć na urzędniczą łaskę i mieć nadzieję, że panowie i władcy jego losu nie pozostają na usługach jeszcze możniejszej siły, zwanej przez mnie „Niewidzialną Ręką” (mogą być też zybertowiczowskie „układ” i „szara sieć”). Premieru Tusku dało to zresztą wyraźnie do zrozumienia, mówiąc o „walce na granicy prawa”.

Rozumiem, że „panu premieru” nie wypadało wyrąbać do kamer otwartym tekstem tego co wyartykułowałem powyżej, ale przesłanie zarówno do podległych służb, jak i do słynących z niezawisłości sądów jest jasne. Kto nie ma „uszu do słuchania” nie ma czego szukać w najeżonej niebezpieczeństwami dżungli biurokracji.

III. Entuzjazm na dopalaczach.

Ciekaw jestem, kiedy w panu premieru wypali się antydopalaczowy entuzjazm – czy będzie trwał dłużej niż słynne kastracyjne zapędy wobec pedofilów i nade wszystko, czy horyzont czasowy rzeczonego entuzjazmu wykracza poza najbliższe wybory samorządowe (no, niechby i parlamentarne).

Ciekaw jestem również, jakież to cudowności legislacyjne, mające ukrócić „nawozowo – kolekcjonerski” proceder są przygotowywane w zaciszu rządowych gabinetów, gdyż na dzień dzisiejszy sytuacja prawna jest taka, że zamknięto wprawdzie nieetyczne, lecz w pełni legalnie działające przedsiębiorstwa i jeśli nie w polskich, to w międzynarodowych instancjach nasze państwo naraża się na wysokie odszkodowania. Jakiegokolwiek bowiem prawa by nie uchwalono, nie będzie ono miało mocy wstecznej. To znaczy, poprawka – u nas wszystko jest możliwe ale w Strassburgu już niekoniecznie.

W przytoczonej na wstępie notce postulowałem obowiązek skażania wprowadzanych na polski rynek „nie przeznaczonych do spożycia” substancji (np pochodnych piperazyny) na podobnych zasadach jak skaża się alkohol techniczny. Mimo niedoskonałości byłoby to rozwiązanie mogące przysporzyć „dopalaczowcom” niezłego bólu głowy...

IV. Leslie „premieru” Tusku.

No nie. Bądźmy poważni. Zbyt wiele szumnych zapowiedzi wygłaszanych przez Donaldu Tusku z marsową miną godną Leslie Nielsena okazywało się „pijarowską” ściemą. Kończyło się błazenadami, zakamuflowanie których wymagało każdorazowo morza dziennikarskiego potu wylewanego przez wyrobników reżimowych mediodajni.

Nie mam złudzeń, że rezydujący w dawnej bibliotece Kancelarii Premiera pijarowcy zdali sobie sprawę z tego, że coraz bardziej groteskowe roztrząsanie problemów PiS-u i stanu ducha „kaczora” powoli przestaje wystarczać do „przykrywania” realnych problemów kraju. A że dopalacze to nośny społecznie „kampanijny” temat, przystąpiono do ataku wyprzedzającego zanim wpadnie na to polityczna konkurencja.

Cóż, „pijar” to PO a PO to „pijar”. PiS nie wejdzie już w buty antydopalaczowego szeryfa. Zabrakło refleksu. Co do samej ofensywy przeciw dopalaczom, przewiduję, że po wyborach tak jakoś sama z siebie wygaśnie, natomiast zapowiadane zmiany legislacyjne utkną na którymś z etapów – czy to w niekończących się „uzgodnieniach międzyresortowych”, czy to w którejś z sejmowych komisji.

Popis tego typu skuteczności mogliśmy zaobserwować w przypadku spelunek z bandytami. Jednorękimi i innymi. Różne „Las Vegasy” błyskają neonami po dziś dzień. Minie trochę czasu i sklepiki z „produktami nie przeznaczonymi do spożycia przez ludzi” po cichu znów zaczną otwierać swe podwoje, zaś reżimowe mediodajnie o całej sprawie usłużnie „zapomną”, tak jak „zapomniały” o wielu innych. Znajdą kolejny temat do zaprzątania uwagi gawiedzi. W końcu – od czego są wajdowscy „przyjaciele z TVN-u i drugiej stacji komercyjnej”...

Mogę się oczywiście mylić, niemniej, jeżeli za biznesem z dopalaczami stoi to co sądzę, a Państwo się domyślają, niechybnie tak się stanie.

A premieru Nielsenu - Tusku po staremu z marsową miną będzie uprawiało swe błazenady.

Gadający Grzyb

niepoprawni.pl/blog/287/niewidzialna-reka-i-dopalacze

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

środa, 19 maja 2010

Zamach „nieumyślny”?


Dla partyjno - pijarowskich gierek gabinet Tuska poświęcił powagę Państwa Polskiego i bezpieczeństwo Prezydenta.

I. „Siódmy wariant”.

Jak wiadomo, po katastrofie smoleńskiej nastąpił wysyp hipotez od całkiem sensownych (np. celowe wprowadzenie w błąd pilotów przez obsługę wieży kontrolnej lotniska Siewiernoje) po zupełnie „odjechane” (dwa Tupolewy) wskazujących, że jej przyczyną mógł być zamach. Należy zwrócić przy tym uwagę, iż owe „odjechane” teorie sprawiają wrażenie celowych wrzutek dezinformacyjnych, mających na celu skompromitowanie wersji „zamachowej” jako takiej i dyskredytację jej zwolenników jako spiskomaniaków od UFO i „wiecznie żywego” Elvisa.

Nie odrzucając a priori wersji o celowym zamachu, chciałbym jednak przypomnieć artykuł „Siódmy wariant” Rafała Ziemkiewicza w „Rzeczpospolitej” sprzed nieco ponad dwóch tygodni. W skrócie: katastrofa była efektem zbrodniczo małostkowego zachowania gabinetu Tuska, który doprowadził do obniżenia rangi wizyty z oficjalnej na prywatną (tak ją traktowali Rosjanie), co poskutkowało usunięciem ze smoleńskiego lotniska dodatkowych zabezpieczeń, które były zainstalowane na okoliczność przybycia Tuska i Putina trzy dni wcześniej. W efekcie, coś co miało być kolejnym afrontem wobec Lecha Kaczyńskiego, okazało się tragiczne w skutkach. Jeżeli istnieje coś takiego jak „zamach nieumyślny" to w przypadku „siódmego wariantu" właśnie z czymś takim mamy do czynienia. Na to nałożył się jeszcze tradycyjny ruski bardak na lotnisku , być może błędne koordynaty z wieży kontroli (warto przeczytać co mówi na ten temat W. Bukowski) – i przepis na katastrofę gotowy.

II. Wina umyślna i nieumyślna.

Jaka różnica, zapyta ktoś – czy to był świadomy zamach, czy wynikająca z zarysowanych powyżej przyczyn tragiczna koincydencja? Ano, różnica jest taka jak między przestępstwami z winy umyślnej i nieumyślnej.

Posłużę się tu konstrukcją znaną z prawa karnego. Owszem, mam świadomość, że w prawie karnym nie stosuje się analogii, ale ponieważ nie jest to rozprawa prawnicza, tylko notka – rodzaj blogerskiego felietonu, zatem pozwolę sobie posłużyć się karnistyczną analogią dla czytelności wywodu.

Prawo karne definiuje winę umyślną jako zamiar bezpośredni (sprawca chce popełnić czyn zabroniony) lub zamiar ewentualny (sprawca przewiduje możliwość popełnienia przestępstwa i godzi się na to).

Wina nieumyślna natomiast może mieć postać lekkomyślności (sprawca przewiduje możliwość popełnienia przestępstwa, lecz bezpodstawnie przypuszcza, że zdoła go uniknąć) lub niedbalstwa (sprawca nie przewiduje możliwości popełnienia czynu zabronionego, choć powinien i mógł taką możliwość przewidzieć).

Nie wikłając się w rozważania, czy w przypadku smoleńskiej tragedii mamy do czynienia z lekkomyślnością, czy niedbalstwem, biorąc pod uwagę okoliczności sprowadzające się do zamiaru wizerunkowej deprecjacji Głowy Państwa, jaką było obniżenie rangi wizyty w Katyniu, wychodzi na to, że najbardziej prawdopodobne jest przestępstwo popełnione z winy nieumyślnej.

III. Bardak i zła wola.

Powtarzam - opcji celowego zamachu absolutnie nie wykluczam, co więcej, trafia mnie cholera, gdy słyszę próby zakrzyczenia i zdezawuowania „nazbyt dociekliwych" połączone z nachalnym kierowaniem publicznej uwagi w stronę wersji o winie Lecha Kaczyńskiego, czy błędzie pilotów. Po prostu wersja „siódmego wariantu" jakoś bardziej układa mi się w zwojach, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę determinację w „umilaniu" prezydenckich podróży przejawianą przez rząd ku uciesze gawiedzi. Strona rosyjska zaś postanowiła „prywatną wizytę" Lecha Kaczyńskiego demonstracyjnie olać, dając na wszelkie możliwe sposoby do zrozumienia, że jest on osobą na terenie Rosji, delikatnie mówiąc, niemile widzianą. Stan lotniska Siewiernoje kompletnie nieprzygotowanego do odbioru wizyty tej rangi, jest wymownym przykładem tego nastawienia. W efekcie, wyszło, co wyszło.

IV. Dlaczego nie wina umyślna?

Hipotezy możemy wysnuwać jedynie z dowodów pośrednich, poszlak – zachowania strony rosyjskiej, histerycznego jazgotu proreżimowych mediów i równie proreżimowych „autorytetów”, bierności Polski w śledztwie, ekspresowego tempa zawłaszczania kolejnych niezależnych od PO instytucji, wreszcie – rozpychania się Rosji w regionie. Wszystko to miałoby świadczyć o zamachu z premedytacją. Według mnie – niekoniecznie.

Kwestie rosyjskich matactw i polskiej bierności omawiam osobno, zaś co do pozostałych punktów, to ujadanie i dezinformacja medialnej psiarni wpisuje się w dotychczasowy ton popierania Tuska i Platformy bez względu na wszystko, bo inaczej wróci Kaczyński i IV RP. A że katastrofa i zaniedbania były wielkie, to i jazgot stał się odpowiednio głośniejszy.

Z kolei przejmowanie państwa przez PO odbywało się konsekwentnie od początku kadencji, zaś prezydent ze słabymi w sumie uprawnieniami nie mógłby się im skutecznie przeciwstawić, co najwyżej nieco opóźnić. Zresztą, wszystko wskazywało na przegraną Lecha Kaczyńskiego w wyborach. Pamiętajmy, że trzeba było jego śmierci, by ludzie zaczęli go postrzegać takim, jakim był, a nie jakim malowały go mediodajnie. Śmierć Prezydenta zwolniła po prostu ostatnie hamulce.

Co do wzmożenia neomocarstwowej polityki Rosji w regionie, ta również trwała od jakiegoś czasu i była efektem demonstracyjnego wręcz desinteressement okazywanego naszemu regionowi przez USA pod rządami Obamy i wycofaniem się z integracyjnych zapędów struktur euro – atlantyckich. Na to nałożyła się ogłoszona przez Radosława Sikorskiego rezygnacja z „polityki Jagiellońskiej”. Można powiedzieć, że wspólnie z Zachodem sami oddaliśmy postsowiecką strefę wpływów w rosyjskie łapy. Przypomnę, że „pomarańczowi” przegrali na Ukrainie przed 10.04. Nie trzeba było do tego śmierci prezydenta Polski. Budowa Nord Streamu ruszyła pełną parą również przed katastrofą.

Poza tym – po co rosyjskim władzom był kłopot ze śmiercią głowy obcego państwa na ich własnym terytorium? Zamachu mogli dokonać chociażby podczas wizyty Lecha Kaczyńskiego na Litwie. Towarzysze czekiści nie takich sztuk dokonywali. Nie mam wątpliwości, że Putin to drapieżna ryba – zimnokrwisty zabójca, ale nie podejrzewam go o brak inteligencji. Obecnej Rosji z różnych względów zależy na poprawnych stosunkach ze światem. Trup Kaczyńskiego, zwłaszcza, jak powszechnie sądzono, u kresu prezydentury, nie był mu do niczego potrzebny. Mówi się o motywie zemsty za Gruzję. Cóż, Putin jest na tyle wyrachowany, że potrafi schować urazy do kieszeni. Taki Kwaśniewski swojego czasu też narobił mu smrodu podczas „pomarańczowej rewolucji”, a Putin poprzestał jedynie na upokorzeniu go podczas obchodów 9 maja.

Jeżeli już rozpatrywać winę umyślną, to moim zdaniem raczej jej wersję spod znaku zamiaru ewentualnego (dążąc do celu – czyli kolejnej pijarowskiej dyskredytacji Prezydenta, rządząca Polską politykierska klika do spółki z Rosjanami godziła się z tym, że może dojść do katastrofy). Mimo to, jak wspomniałem wyżej, koncepcja winy nieumyślnej układa mi się w zwojach w bardziej spójną logicznie całość.

V. Matactwa.

Wiele wątpliwości budzi postępowanie władz polskich i rosyjskich sprawiające wrażenie celowego mataczenia, dezinformacji i zacierania śladów, słowem – sabotowania śledztwa. Moja robocza hipoteza jest następująca: Tuskowi i jego kamaryli ścierpły cztery litery. Boją się, że do wszystkich dotrze co narobili (obniżenie rangi wizyty i śmiertelne konsekwencje tegoż obniżenia). Dlatego czym prędzej zgodzili się na wszystkie warunki Rosjan co do śledztwa. Rosjanie mają za uszami co najmniej skandaliczny stan techniczny lotniska, i zapewne niekompetencję obsługi naziemnej. Obu stronom zależy na pokierowaniu śledztwem w kierunku złych warunków atmosferycznych i błędu pilota. Ręka rękę myje. Ot, takie zafajdane bandyckie układziki.

Dlatego śledztwo koncentruje się na zacieraniu śladów, z tym zastrzeżeniem, że jest to wg mnie zacieranie śladów złej woli i „programowego” burdelu, które towarzyszyły tej wizycie zarówno ze strony polskiego jak i rosyjskiego rządu.

Kolejnym aspektem jest, że naszym władzuchnom byłoby baaardzo nie na rękę, gdyby okazało się, że Ruscy mają cokolwiek (choćby w formie zaniedbań) wspólnego z katastrofą - bo wtedy należałoby podjąć jakieś działania - np. zerwać stosunki dyplomatyczne. A na samą myśl o takim posunięciu premier Donek leje rzadkim łajnem po nogawkach.

VI. Podsumowanie.

Jedno w całej sprawie wydaje się nie ulegać wątpliwości. Mamy wiele nader niepokojących faktów, poszlak, które można dwojako interpretować - ale przy każdej interpretacji wychodzi wina (umyślna bądź nieumyślna) zacietrzewionej ekipy Tuska grającej na kompromitację Prezydenta i współdziałającej w tej grze z zagranicznym reżimem Putina.

Można ponadto podejrzewać, że Tuskiem i jego gromadką prócz chęci upokorzenia „byłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego" (Sikorski) kierowała dodatkowo chęć podlizania się rosyjskim władzom (w ramach „ocieplania stosunków"). W takiej sytuacji do listy zbrodniczych w konsekwencji posunięć, należałoby dopisać zdradę stanu.

Podsumowując, dla partyjno - pijarowskich gierek gabinet Tuska poświęcił powagę Państwa Polskiego i bezpieczeństwo Prezydenta. Efektem była smoleńska hekatomba. Nawet jeśli nie był to zamach sensu stricto, z całą pewnością była to zbrodnia, za którą Tusk et consortes powinni stanąć przed Trybunałem Stanu.

Na zakończenie jeszcze jedna kwestia – przyjęcie winy nieumyślnej skutkuje łagodniejszym wymiarem kary. Powiedzmy zatem, że rządząca nami klika zamiast wisieć, powinna gremialnie zainkasować dożywocie, bez możliwości zwolnienia warunkowego. W więzieniach głosowano masowo na Platformę, więc zapewne będą czuć się jak między swojakami. Do końca swych zasranych dni.

Gadający Grzyb

P.S. Tekst jest pokłosiem dyskusji pod notką Nurniflowenoli „Reject! Reject!”.

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl