Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory do PE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybory do PE. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 czerwca 2019

15 lat w Unii – czas na ewakuację?

Pewnego dnia „polexit” wybuchnie naszym politycznym elitom w twarze, na co te oczywiście nie będą przygotowane – a konsekwencje takiego niekontrolowanego rozwoju wydarzeń mogą być nieobliczalne.

I. Unijna „demokracja”

W chwili ukazania się tego tekstu będzie już po eurowyborach – dowiemy się kto wygrał, czy Konfederacja przekroczyła magiczną barierę progu wyborczego, a nade wszystko – jaką siłą w Parlamencie Europejskim będą dysponowały ugrupowania suwerennościowe z różnych krajów i czy dojdzie do zawiązania szerokiej koalicji. Szczególnie ten ostatni element odegra kluczową rolę, bowiem po raz pierwszy rysuje się realna szansa na powstrzymanie samobójczego, nieprzytomnego pędu eurofederalistów opętanych utopijną wizją totalnego zglajszachtowania kontynentu. Euromandaryni zresztą, wbrew urzędowemu optymizmowi, zdają sobie sprawę z zagrożenia, toteż Donald Tusk postanowił zwołać szczyt unijnych przywódców już na 28 maja – raptem dwa dni po wyborach – by zainicjować proces wyłonienia nowych szefów europejskich instytucji. Do ostatecznego uzgodnienia obsady stanowisk miałoby natomiast dojść podczas kolejnego szczytu przewidzianego na czerwiec. A jest co dzielić, ponieważ 31 października 2019 r. upływają kadencje całej Komisji Europejskiej wraz z przewodniczącym Jean-Claude Junckerem oraz prezesa Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghiego. Do tego, 30 listopada kończy się kadencja Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej. Zważywszy, że pierwsze posiedzenie PE po wyborach przewidziane jest dopiero na 2-4 lipca, intencja jest jasna: postawić nowy europarlament przed faktem dokonanym. Ot, unijne „standardy demokracji” w praktyce. Warto dodać, że podobny scenariusz przećwiczono również pięć lat temu, po eurowyborach w 2014 r.

I tutaj pojawia się kluczowe pytanie – na ile nowe siły polityczne będą w stanie postawić się zakulisowym uzgodnieniom, marginalizującym rolę jedynego demokratycznego organu UE? Teoretycznie, Parlament Europejski ma w tej materii całkiem spore prerogatywy – zatwierdza większością głosów Komisję Europejską i jej przewodniczącego, może również większością 2/3 głosów uchwalić wobec Komisji wotum nieufności. Nic dziwnego, że zasiedziałemu, unijnemu establishmentowi tak się śpieszy – rozgrywający liczą na to, że zanim eurosceptycy w świeżo ukonstytuowanym parlamencie zdążą okrzepnąć i zorganizować się we frakcje, przedstawione kandydatury zostaną „klepnięte” głosami starych, chadecko-socjalistycznych wyjadaczy. Później będzie już „po ptokach”, bo zgromadzić 2/3 głosów do utrącenia całej Komisji będzie niezwykle ciężko. W tym pośpiechu jest jednak jeden, znamienny wyjątek – otóż dochodzące z Brukseli przecieki wskazują, że dominujące frakcje gotowe byłyby wstrzymać się z obsadą stanowisk przypadających „z rozdzielnika” Polsce do jesiennych wyborów parlamentarnych w naszym kraju, w nadziei na porażkę PiS i wysunięcie polskich kandydatur przez nowy, „niepisowski” rząd.


II. „Syndrom 80 proc.”

Opisałem pokrótce te zabiegi i korowody, by unaocznić z czym mamy do czynienia – do jakiego stopnia instytucjonalne struktury Unii Europejskiej wyrodziły się w dyktat urzędniczej kasty uzupełniającej się na zasadzie kooptacji, drogą kuluarowych „dogadywanek” i poza jakąkolwiek demokratyczną kontrolą. Ma to znaczenie o tyle, że zarysowana tu problematyka powinna być na zdrowy rozum główną osią kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego – ze szczególnym uwzględnieniem osławionych „deficytów demokracji”. Niestety, nic z tego – dominujące wątki koncentrowały się na sprawach wewnętrznych: kolejnych obietnicach socjalnych (PiS), antyklerykalnym jazgocie i pedofilii w szeregach duchowieństwa (opozycja) oraz roszczeniach żydowskich (Konfederacja). Jeżeli już w ogóle poruszano tematy stricte europejskie, to wiodące ugrupowania albo prześcigały się w euroentuzjazmie (KE, PiS), albo deklarowały ogólnikowy eurosceptycyzm (Konfederacja, w której ściera się kilka nurtów – począwszy od „reformowania” Unii, poprzez chęć jej „zniszczenia”, aż do twardego polexitu). Wyjątkowo groteskowa była tu propozycja Andrzeja Dudy ogłoszona przy okazji naszego 15-lecia w UE, by członkostwo w UE i NATO wpisać do Konstytucji.

Tymczasem, po 15 latach, potrzeba nam uczciwej, wielowątkowej dyskusji na temat bilansu polskiej obecności w Unii Europejskiej. Debaty tej unika się jednak jak ognia, wymagałaby ona bowiem podniesienia nie tylko plusów, lecz i minusów – to zaś niemal nikomu nie jest na rękę i to z kilku powodów. Po pierwsze, każdy kto poruszyłby negatywne aspekty naszej przynależności do UE, z miejsca naraziłby się na zarzut sprzyjania „polexitowi” - wystarczy spojrzeć, jak gorliwie w „pucował” się PiS, pragnący zetrzeć z siebie odium eurosceptycyzmu, by uświadomić sobie polityczne obciążenia związane z takim oskarżeniem. Po drugie, polski establishment polityczny od lewa do prawa „umoczony” jest zarówno w bezwarunkowe propagowanie akcesji po najmniejszej linii oporu („bo inaczej nas nie przyjmą”), jak i poparcie dla systemowej ewolucji UE (Traktat Lizboński). Zatem, akcentowanie rozmaitych kosztów naszego funkcjonowania w Unii, oznaczałoby podważanie własnych politycznych biografii. No i wreszcie, po trzecie – wciąż pokutuje mit euroentuzjazmu Polaków, jakoby bezkrytycznie zapatrzonych w Europę. Ów mit, który pozwolę sobie nazwać „syndromem 80 proc.” od powtarzanego do znudzenia sondażowego poparcia dla naszego członkostwa, skutecznie terroryzuje zarówno scenę polityczną, jak i wiodące ośrodki opinii.

Zacznijmy więc może właśnie od rozbrojenia owego „syndromu 80 procent”. Owszem, Polacy są prounijni – ale dość powierzchownie, na zasadzie „jest dobrze, gdy jest dobrze”. Fajnie jest mieć otwarte granice, absorbować kasę z Brukseli, jeździć nowymi drogami, czy patrzeć na zrewitalizowane rynki miasteczek. Ale, gdy pojawiają się problemy, ten cukierkowy euroentuzjazm w znacznej mierze znika. Wspominałem kiedyś o sondażu, który wprawił lewicową „Politykę” w nerwowy dygot – w szczycie kryzysu migracyjnego i nacisku Berlina i Brukseli na „relokację” nachodźców, Polacy nagle stanęli okoniem i zadeklarowali, że są przeciw (70 proc.), nawet gdyby wiązało się to z utratą eurofunduszy (56 proc.), a wręcz koniecznością opuszczenia UE (51 proc.). Inny przykład: Fundacja Batorego na podstawie zbiorczej analizy różnych badań wydała w grudniu 2016 r. alarmistyczny raport pt. „Polacy wobec UE: koniec konsensusu”, z którego wynika, że 65 proc. optuje za prymatem państwa nad unijnymi strukturami („państwo w pierwszym rzędzie powinno zajmować się własnymi sprawami i pozwolić innym państwom zajmować się ich problemami najlepiej, jak potrafią”); 37 proc. uważa, że Polska mogłaby sobie lepiej poradzić z wyzwaniami przyszłości, gdyby pozostawała poza UE; 39 proc. nie chce dalszego poszerzania prerogatyw UE, zaś 38 proc. chciałoby przywrócenia części kompetencji krajom członkowskim. No i „eurosceptyczna” wisienka na torcie – całkiem niedawno podważony został dogmat korzyści płynących ze strefy Schengen i otwartych granic. W badaniach think-tanku o nazwie „Europejska Rada Stosunków Międzynarodowych” blisko połowa Polaków opowiedziała się za wprowadzeniem prawa zakazującego wyjazdu z kraju na dłuższe okresy czasu – co ewidentnie jest reakcją na falę emigracji zarobkowej z ostatnich lat. Innymi słowy – miło jest podróżować, lecz zarazem dostrzegamy negatywne skutki drenażu populacji. Dodajmy do tego jeszcze niezmienny sprzeciw większości Polaków wobec przyjęcia euro, czy lewackiej agendy obyczajowej, a wyjdzie, że jest społeczne podglebie do debaty na temat zarówno bilansu naszej obecności, jak i przyszłości – w ramach UE, bądź poza nią.

Warto, by polityczne elity przyjrzały się tym badaniom, weryfikują one bowiem utarty stereotyp o rzekomym bezkrytycznym euroentuzjazmie Polaków – okazuje się, że wystarczy nieco poskrobać, a obraz przestaje być tak jednoznaczny. Tyle, że poza zadeklarowanymi eurosceptykami z Konfederacji nikt się do tego nie pali – jak sądzę, głównie dlatego, że polityczny mainstream jak ognia boi się wywołania demona „polexitu”, co może tłumaczyć również dość miękką postawę PiS w relacjach z Brukselą. Najwyraźniej nie chcą „przeginać”, a poglądowa lekcja brexitu dodatkowo zniechęca do grania eurosceptyczną kartą. Rzecz jasna, na dłuższą metę takie chowanie głowy w piasek się zemści – tak jak zemściło się w przypadku żydowskich roszczeń majątkowych i zaordynowanego nam odgórnie „strategicznego sojuszu” z Izraelem. I jak zwykle, PiS przekona się o tym dopiero poniewczasie, gdy wątek „polexitu” weźmie na swoje sztandary kto inny.


III. Słona cena członkostwa

Tymczasem, warto wreszcie zacząć uczciwie mówić społeczeństwu, że nasze przystąpienie do UE nie jest wynikiem jakiejś niespotykanej łaski Zachodu, tylko doskonałym interesem na którym Europa Zachodnia (w tym głównie Niemcy) zyskała na wiele sposobów. Co więcej, cenę za integrację europejską zaczęliśmy płacić na długo przed 1 maja 2004 r.

Otworzyliśmy swój rynek na przestrzał, wpuszczając zachodnie koncerny i kapitał, wyprzedając za bezcen masę upadłościową po PRL, indukując w „szokowym” tempie masowe bezrobocie i w efekcie stając się krajem neokolonialnym – o czym mówił niejednokrotnie prof. Witold Kieżun. Weszliśmy do globalnej gry ekonomicznej totalnie nieprzygotowani, by konkurować z europejskimi i światowymi gigantami. Skutkiem było chociażby zamordowanie rodzącej się w bólach polskiej klasy średniej. Tu uwaga – przez klasę średnią rozumiem rodzimych przedsiębiorców prowadzących działalność „na swoim”, a nie np. korporacyjny management na fikcyjnym „samozatrudnieniu”. Na domiar złego, ów fetyszyzowany kapitał zagraniczny mógł u nas cieszyć się przywilejami niedostępnymi dla krajowych podmiotów, na których barki siłą rzeczy przerzucono gros obciążeń podatkowych. W ten sposób przetrącono kręgosłup np. polskiemu handlowi, który eksplodował na przełomie lat '80 i '90 dowodząc w bezprzykładny sposób naszej zaradności – te wyszydzane z niesmakiem na salonach bazarowe „szczęki” i łóżka polowe, później sklepiki, były zalążkiem polskiej przedsiębiorczości, dając utrzymanie dziesiątkom tysięcy rodzin. Zanim jednak okrzepły, zniszczono je z jednej strony fiskalizmem, z drugiej – przedwczesną konfrontacją z wielkimi sieciami i galeriami handlowymi.

Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że Polsce z góry przeznaczono rolę rezerwuaru siły roboczej i rynku zbytu, a wszystkie systemowe działania spod znaku „modernizacji” szły właśnie w tym kierunku. Wynikiem jest nasza obecna pozycja w międzynarodowym łańcuchu produkcji – podwykonawcy, uwikłanego w pułapkę średniego rozwoju i skazanego na konkurowanie niskimi kosztami pracy. Wejście do Unii Europejskiej, po takiej wstępnej „obróbce” ekonomicznej z lat '90 i początku dwutysięcznych, jedynie utrwaliło ten model. Warto to zobrazować przykładem zachodnich Niemiec po II wojnie światowej. Pozbawione połowy terytorium, ze zbombardowanym przemysłem i wykrwawioną populacją mężczyzn w wieku produkcyjnym – po 20 - 30 latach były już jedną z potęg gospodarczych. Gdzie my jesteśmy po 30 latach „transformacji”, mimo że w 1989 r. startowaliśmy z relatywnie lepszej pozycji, niż RFN w 1945? Ano właśnie.

Dlatego trzeba podkreślać na każdym kroku, że fundusze unijne, które przedstawia się nam jako wielkie dobrodziejstwo są jedynie ochłapem, śladową rekompensatą za otwarcie się na morderczą konkurencję w skrajnie nierównoprawnych warunkach – co przypłaciliśmy ogromnymi kosztami gospodarczymi i społecznymi. Wygenerowane chroniczne bezrobocie już po naszej akcesji stało się ratunkiem dla zachodnich gospodarek, zasilonych rzeszami polskich pracowników – tych samych, których w tej chwili brakuje nam do tego stopnia, że musimy ratować się masami Ukraińców i Azjatów, dokonując potencjalnie arcyniebezpiecznej podmiany populacji.

Poza tym, nawet korzyści płynące z eurofunduszy stają się po bliższej analizie dość problematyczne. Do krajów Europy Zachodniej, w tym przede wszystkim Niemiec, z każdego euro wraca od 70 do 85 eurocentów. To bowiem ich firmy realizują wiodące inwestycje i są dostarczycielami sprzętu – innymi słowy, fundusze unijne stanowią w lwiej części formę ukrytego dotowania zachodniej produkcji i eksportu. Tak więc, jeśli wg oficjalnych danych Ministerstwa Finansów do sierpnia 2018 r. otrzymaliśmy „na czysto” (po odliczeniu składki członkowskiej) 102,8 mld. euro, to należy wziąć pod uwagę, że pieniądze te były u nas w większości tylko przez chwilę, a na Zachód wróciło z tej kwoty od 71,96 do 87,38 mld. euro. Inną formą „dokarmiania” gospodarek „starej Europy” są miliardowe zyski wyprowadzane z Polski. Słynny ekonomista Thomas Piketty wyliczył, że w latach 2010 – 2016 napływ unijnych środków netto wynosił 2,7 proc. naszego PKB, podczas gdy wyprowadzane z Polski zyski wynosiły 4,7 proc. PKB.

Do powyższego doliczyć należy swoisty „generator długu”, jaki stanowią eurofundusze. Partycypując w jakimkolwiek projekcie współfinansowanym z środków unijnych dany podmiot (państwo, samorząd) bierze kredyt na wkład własny – często w filii zagranicznego banku - który następnie musi oczywiście spłacić wraz z odsetkami. Na to jeszcze nakładają się kredyty firm-podwykonawców na realizację inwestycji - wszystko zanim nastąpi finalne rozliczenie z unijnych pieniędzy. A ponieważ mamy do czynienia z nieprawdopodobną, propagandową i polityczną presją na „wykorzystywanie” europejskich środków, to proporcjonalnie do owego „wykorzystywania” rośnie zadłużenie np. samorządów budujących aquaparki, kładących kostkę i rewitalizujących miejskie ryneczki. Do tej pory zapłaciliśmy ponad 50 mld. euro unijnej składki. Pytanie, czy przy racjonalnym wydatkowaniu kwota ta przekierowana bezpośrednio na nasze potrzeby nie wystarczyłaby do zrealizowania kluczowych inwestycji – tym bardziej, że mogłaby zostać skierowana do rodzimych firm, nie napędzając przy tym długu w zagranicznych bankach?


IV. Zanim wybuchnie polexit

Reasumując, od strony gospodarczej nasze członkostwo w UE jawi się jako co najmniej problematyczne, tym bardziej że doliczyć należy jeszcze koszta implementacji kolejnych unijnych dyrektyw, zatrudnienia armii dodatkowych urzędników, a od pewnego momentu również eko-szaleństwo na punkcie „dekarbonizacji” i kwot CO2, powodujące skokowy wzrost cen energii. Co mamy w zamian? Zakotwiczenie w zachodnich strukturach politycznych, w jakiejś mierze chroniące nas przed agresywną polityką Rosji, co było zresztą jednym z głównych powodów naszego przystąpienia do UE i NATO. Tyle, że w dobie coraz ściślejszej współpracy niemiecko-rosyjskiej pieczętowanej gazociągami Nord Stream, również i to staje pod znakiem zapytania. Natomiast jawne już dążenie do federalizacji Unii Europejskiej pod hegemonią Berlina i spychanie nas oraz całej Europy Środkowej do roli „wewnętrznych kolonii” i współczesnej Mitteleuropy, staje się wprost egzystencjalnym zagrożeniem dla naszej suwerenności – na co dodatkowo nakładają się uroszczenia brukselskiej kasty biurokratycznej, uzurpującej sobie kolejne, pozatraktatowe prerogatywy i ostentacyjnie mieszającej się w nasze wewnętrzne sprawy.

Będę to powtarzał jak mantrę: o tym należy społeczeństwu mówić, przygotowując je na ewentualność polexitu, gdyby okazało się, że dłuższe pozostawanie w unijnych strukturach grozi nam utratą państwowości. Nade wszystko jednak należy opracować „mapę drogową”, na wypadek konieczności „wygaszenia” naszego członkostwa – choćby po to, by nie powtórzyć błędów Wlk. Brytanii. Tyle, że PiS boi się jak ognia choćby dotknięcia tego tematu, spętane ciasnym doktrynerstwem spod znaku „dla Unii Europejskiej nie ma alternatywy”. To zaś z kolei oznacza, że podskórne, oddolne ciśnienie będzie narastało w miarę nawarstwiania się kolejnych negatywnych efektów członkostwa – zwłaszcza po 2020 r., wraz z chudszą perspektywą budżetową w połączeniu ze stopniowym okrawaniem podmiotowości państw narodowych przez Brukselę. Skutek będzie taki, że pewnego dnia „polexit” wybuchnie naszym politycznym elitom w twarze, na co te oczywiście nie będą przygotowane – a konsekwencje takiego niekontrolowanego rozwoju wydarzeń mogą być nieobliczalne.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polska w UE – kiedy bilans?

Między brexitem a polexitem

Polexit – czas na debatę

Niemiecka strefa euro

EFTA – alternatywa dla Polski?

Kiedy nastąpi „polski exit”?

Opuścić Eurokołchoz!

Exodus z domu niewoli

Żegnaj Brukselo!

Exit Wyszehradu?

Porozmawiajmy o Polexicie

Chcecie sankcji? Dobrze!

Polexit coraz bliżej?

Niemiecka Europa

Śmierć eurokomunie!

Brexit – lekcja na 2019 rok

Coudenhove-Kalergi – europejski federalista

Euro-jurgielt

Drenaż kolonialny


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 07 (Czerwiec 2019)

czwartek, 7 marca 2019

Pod-Grzybki 149

Szwedzki sąd oddalił wydany przez Polskę europejski nakaz aresztowania Stefana Michnika, powołując się m.in. na jego szwedzkie obywatelstwo. Wniosek z tego, że wraz ze szwedzkim obywatelstwem Stefan Michnik nabył prawa „honorowego Nordyka”. A to z kolei oznacza, że jako przedstawiciel wyższej rasy nie może być sądzony przez jakichś słowiańskich podludzi – byłoby to wbrew prawom natury.


*

PiS ogłosił „jedynki” i „dwójki” na listach wyborczych do europarlamentu – wylądowała na nich w charakterze lokomotyw wyborczych sama partyjna śmietanka. Cały efekt jednak zepsuła rzeczniczka PiS Beata Mazurek (nr 2 z okręgu lubelskiego), mówiąc: „Jak zdobędziemy mandat, to będziemy decydować, czy będziemy go obejmować”. No, z takim rzecznikiem, pisowi nie potrzeba wrogów. To może od razu zagłosować na kandydatów z dalszych miejsc? Oszczędzimy w ten sposób pani Mazurek et consortes rozterek i dylematów.


*

Nowy szczyt hipokryzji. Na marginesie ostatniej zadymy na linii Polska-Izrael, amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo „wyraził zrozumienie” dla polskiego stanowiska. Ten sam Pompeo podczas antyirańskiego sabatu w Warszawie dyscyplinował nas w sprawie żydowskich roszczeń i stręczył nam jako nowego bohatera narodowego ubeckiego oprawcę Franka Blajchmana. Niestety, opinii Mike'a Pompeo na temat wypowiedzi Mike'a Pompeo nie poznamy. Może dlatego, że strona polska nie odważyła się tu zająć żadnego „stanowiska”.


*

I Prezes Sądu Najwyższego Małgorzata Werwolf... to jest, Gersdorf, otrzymała niemiecką nagrodę im. Theodora Heussa za to, że „sprzeciwiła się rozwojowi sytuacji w Polsce”. Przewodniczącą fundacji wręczającej nagrodę jest Gesine Schwein... to jest, Schwan – prominentna polityk SPD i była pełnomocnik ds. stosunków z Polską. To tyle, jeśli chodzi o „apolityczność” nadzwyczajnej kasty. Okazuje się, że jeśli sędzia w Polsce jest zarazem aktywnym członkiem V kolumny, to wtedy może liczyć na uznanie i protekcję w Berlinie. A swoją drogą, Niemcy mogłyby przestać się krygować, tylko wprost ufundować odznakę „honorowego volksdeutscha” do nagradzania swych kolaborantów. Chętnych nie zabraknie.


*

Krzysztof Bosak ujawnił raport eksperckiego zaplecza Roberta Gwiazdowskiego i Cezarego Kaźmierczaka ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, wg którego do Polski należy sprowadzić 10 mln. migrantów. Mam w związku z tym pewną refleksję. Przez długie lata byłem przeciwnikiem rojeń o włączeniu Lwowa wraz z przyległościami do Polski - bo mielibyśmy wówczas w granicach miliony nienawidzących nas Ukraińców. Tyle, że sytuacja uległa zmianie, odkąd zaczęliśmy masowo importować ukraińskich pracowników. Dziś i tak mamy te miliony Ukraińców - tyle, że bez Lwowa. A skoro tak, to równie dobrze można pójść na całość i dokonać tej aneksji - tym bardziej, że Ukraina jest w stanie rozkładu. Może nawet wielki biznes, tak złakniony ukraińskiej taniej siły roboczej, byłby skłonny zasponsorować tę „małą, zwycięską wojenkę”?

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Pod-Grzybki opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 09 (01-07.03.2019)

piątek, 4 stycznia 2019

Szczupak w stawie karpi

Partia rządząca potrzebuje radykalnego dyscyplinatora i recenzenta z prawej strony, by nie gnuśniała w samozadowoleniu i poczuciu zatęchłego komforciku.

I. Ożywczy ferment

Wygląda na to, że w ostatnich tygodniach na prawicy rozpoczął się nareszcie jakiś ożywczy ferment. Najpierw 27 listopada w warszawskim Sądzie Okręgowym eurodeputowany Mirosław Piotrowski złożył wniosek o rejestrację partii Ruch Prawdziwa Europa – Europa Christi. Nieco później, 6 grudnia, Ruch Narodowy i partia Wolność (Janusz Korwin-Mikke) ogłosiły powołanie koalicji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Widać zatem wyraźnie, że mówiąc klasykiem „coś się dzieje”. Po raz pierwszy od bardzo dawna na prawo od PiS zaczęła się tworzyć polityczna przestrzeń – niewielka, ale jednak. Jest to przede wszystkim „zasługą” partii rządzącej, która po okresie rewolucyjnego wzmożenia z czasów gabinetu Beaty Szydło, zaczęła pod rządami premiera Mateusza Morawieckiego konsekwentnie przechodzić na pozycje technokratyczno-wizerunkowe, czego dobitnym potwierdzeniem było zarówno wyjazdowe posiedzenia klubu PiS w Jachrance, jak i konwencja z soboty 15 grudnia. Otwartym tekstem ogłoszono tam zamykanie frontów i wygaszenie rewolucji, w zamian kładąc nacisk na wzrost gospodarczy, podniesienie zamożności Polaków, europeizację i modernizację. Do tego podkreślano moralną wyższość nad poprzednikami z PO (niby racja, ale przypominanie tego po 3 latach własnych rządów w stylu „oni byli gorsi” sprawia dość rozpaczliwe wrażenie) i zwrócono uwagę na kwestię komunikacji społecznej – czyli, mówiąc wprost, politycy PiS dostali zakaz wypisywania głupot w internecie. Wiele wskazuje na to, że pierwszą ofiarą tej nowej strategii wizerunkowej padła poseł Krystyna Pawłowicz, znana powszechnie z bezkompromisowości i ciętego języka. Właśnie po sobotniej konwencji ogłosiła bowiem rozbrat z polityką – musiała poczuć (lub ktoś dał jej to odczuć), że dla jej stylu aktywności publicznej nie ma już w PiS-ie miejsca, a że nie chciała być „przechrztą” lub rozłamowcem, więc postanowiła zawiesić rękawice na kołku. Szacunek, mało którego polityka byłoby na to stać.

Słowem, PiS ogłosił początek epoki „ciepłej wody w kranie”. Mamy stać się „zieloną wyspą” i „drugą Irlandią”, a Morawiecki – lepszą, patriotyczną wersją Donalda Tuska, tak jak do tej pory był „wrażliwą społecznie” wersją Balcerowicza. Poszukiwanie mitycznego „centrum” mającego zapewnić drugą kadencję samodzielnych rządów rozpoczęło się więc na całego. Owa iluzja „centrowego wyborcy” pod kątem którego należy łagodzić przekaz i szlifować różne kanty to temat na osobny tekst - tu tylko przypomnę, że w 2015 r. PiS nie wygrało dzięki centrystom (ci mieli do dyspozycji Petru i Platformę), a gdyby umiarkowany elektorat faktycznie był taką potęgą, to rządziłby dziś Gowin z PiS-em jako przystawką. Jak wiemy, jest odwrotnie.


II. Życie poza PiS-em

Niemniej, owo przesunięcie akcentów sprawiło, że zwyczajnie nie sposób dłużej skutecznie pilnować prawej flanki. Do tej pory jednym z pisowskich aksjomatów było sprawianie wrażenia, że poza PiS-em nie ma życia na prawicy i po tej stronie nie może wyrosnąć nic istotnego. Teraz pojawiły się wszelkie dane po temu, by ów stan rzeczy uległ zmianie – wszystko pozostaje w rękach prawicowego „planktonu”. Dość nerwowe reakcje przedstawicieli obozu „dobrej zmiany” na inicjatywę europosła Piotrowskiego, mocno związanego z ośrodkiem toruńskim (jego ugrupowanie jeszcze nie zdążyło zaistnieć, a już dorobiło się miana „partii ojca Tadeusza Rydzyka”), pokazują, że również w PiS-ie istnieje świadomość potencjału drzemiącego pod prawą ścianą sceny politycznej. Przy okazji, PiS zachowuje się tutaj jak pies ogrodnika – z jednej strony z absolutną premedytacją porzuca najbardziej radykalny elektorat, z drugiej zaś usiłuje nie dopuścić do tego, by ktoś inny go zagospodarował. Usłyszeliśmy więc starą śpiewkę, że nowe ugrupowania to dzielenie prawicy i torowanie drogi powrotowi do władzy „totalnej opozycji”. W podobnym duchu wypowiedział się w opiniotwórczym Klubie Ronina Józef Orzeł – że drobne partyjki niczego same nie osiągną, a uszczkną PiS-owi kluczowe kilka procent (w domyśle – właśnie po to się aktywizują przed wyborami). Wniosek z tego, że polityczna konkurencja powinna się samorozwiązać, by nie psuć Zjednoczonej Prawicy monopolu i komfortu rządzenia. Pora rozbroić ten fałszywy mit.

Otóż jako były zwolennik Korwina (potem mi przeszło) z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że wyznawca „Krula” prędzej odrąbie sobie rękę, niż zagłosuje na „socjalistów” z PiS. Zresztą, dla libertariańskich wyborców każdy oprócz Korwin-Mikkego to lewak i socjalista. Krótko mówiąc – to zupełnie odrębny elektorat, momentami rządzący się wręcz logiką sekty, z nieomylnym guru wolnego rynku na czele. Podobnie rzecz się ma z narodowcami – oni z kolei obsługują najbardziej zdeterminowanych przeciwników Unii Europejskiej, zwolenników Polexitu, dla których „PiS-PO to jedno zło”. Jak po tych wyborców miałby sięgnąć PiS, deklarujący na wyprzódki swą prounijność – doprawdy nie wiem. Prócz tego mamy również twardych prolajferów, dla których PiS byłby wiarygodny tylko wówczas, gdyby zaostrzył prawo aborcyjne – ten segment PiS właśnie definitywnie „olał”, najwyraźniej godząc się ze stratą i uznając, że zrekompensuje ją sobie z naddatkiem umiarkowanymi wyborcami. Zakaz molestowania Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji eugenicznej jest postawieniem kropki nad „i”. To są z kolei potencjalni wyborcy m.in. Marka Jurka i jego Prawicy RP, a niedługo także partii Mirosława Piotrowskiego. Do tego mamy jeszcze różne większe i mniejsze grupki prawicowych antysystemowców w rodzaju „Pobudki” Grzegorza Brauna – i to również nie są fani partii Jarosława Kaczyńskiego.

Cała ta mozaika może w moim odczuciu liczyć (przy dobrych wiatrach) na okolice pięciu procent i przekroczenie progu wyborczego – ale, podkreślmy jeszcze raz, to nie będzie 5 proc. „odebrane” PiS-owi, tylko pozbierane z rozproszonego planktonu politycznego na prawo od PiS. Warunek jest jeden – muszą się ze sobą dogadać i pójść do wyborów jedną listą, inaczej nic z tego nie będzie. Porozumienie narodowców i korwinistów jest tu pozytywnym sygnałem, choć łączy ich w zasadzie jedynie wspólny front antyunijny – mamy więc polityczne małżeństwo z rozsądku, w dobrym rozumieniu tego pojęcia. Podobnie należy ocenić przyjazne wypowiedzi kierowane pod adresem Mirosława Piotrowskiego – zarówno Ruch Narodowy, jak i Korwin-Mikke nie ukrywają, że widzą w nim przyszłego sojusznika. Swoją drogą, „odpuszczenie” sobie Radia Maryja (pewnie tu też PiS dostrzegł dla siebie jakieś wizerunkowe obciążenie) to klasyczny strzał w stopę – ale cóż, sami tego chcieli.


III. Szczupak i karpie

Na koniec winien jestem wyjaśnienie – dlaczego jako wyborca Prawa i Sprawiedliwości patrzę przychylnym okiem na nowe inicjatywy? Po pierwsze – jak wyjaśniłem powyżej, one PiS-owi nie szkodzą, zbierają jedynie głosy, których PiS nie jest w stanie (lub nie chce) zagospodarować. Po drugie, politycznie i światopoglądowo jestem gdzieś pomiędzy PiS-em a narodowcami i uważam, że Polska potrzebuje dwóch płuc polskiego patriotyzmu – zarówno tego wywodzącego się z tradycji piłsudczykowskiej, jak i endeckiej, do czego zresztą bezskutecznie nawoływałem na długo przed 2015r. Po trzecie wreszcie, partia rządząca potrzebuje radykalnego dyscyplinatora i recenzenta z prawej strony (a może i koalicjanta) – by nie rozleniwiła się i nie gnuśniała w samozadowoleniu oraz poczuciu zatęchłego komforciku. Potrzebny jest szczupak w stawie z coraz bardziej nieruchawymi, tłustymi karpiami. Do pewnego momentu wiązałem takie nadzieje z ruchem Kukiza – ale niestety, niestabilny emocjonalnie lider nie wyzbył się narowów estradowej primadonny i wydaje mu się, że można rządzić ugrupowaniem politycznym jak rockową kapelą. Dlatego, jeżeli na tych łamach zdarza mi się krytykować PiS, to właśnie z tej pozycji – wyborcy, który dostrzega u „swojej” partii niepokojące symptomy i bije na alarm. Bezkrytycznych popleczników i interesownych lizusów PiS ma na pęczki w innych redakcjach.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 51 (21-27.12.2018)

środa, 16 kwietnia 2014

Tusk i propaganda strachu

Mamy do czynienia z próbą rozbudzenia i zagospodarowania społecznych emocji, a następnie zarządzania nimi poprzez wytworzenie atmosfery zagrożenia.

I. Narracja strachu

Ostatnie kampanijne tygodnie przed wyborami do europarlamentu pokazały jasno, że spośród różnych politycznych „narracji” Tusk wraz ze swoją ekipą postawił na element grozy. W zasadzie nic nowego - wszak straszenie „pisiorami” i „moherami” było stale obecne w reżimowej propagandzie Dyktatury Matołów i sprzęgniętych z nią mediodajni („jak PiS dojdzie do władzy...” - że przypomnę pamiętny skecz kabaretowy wyśmiewający rządowy przekaz). W momentach kluczowych wybijano ten element na plan pierwszy, jak chociażby w spocie wyborczym z 2011 roku straszącym opinię publiczną zmontowanymi w nienawistnych paroksyzmach obrońcami Krzyża z Krakowskiego Przedmieścia. O ile jednak wcześniej Platforma starała się jeszcze łagodzić przekaz pokazując swe „konstruktywne” oblicze spod znaku „nie róbmy polityki, budujmy drogi”, o tyle dziś ma do zaoferowania wyborcom jedynie strach przed różnorakimi zagrożeniami, których bezpośrednią, lub pośrednią przyczyną ma być opozycja.

Tak więc mamy do czynienia z próbą rozbudzenia i zagospodarowania społecznych emocji, a następnie zarządzanie nimi poprzez wytworzenie atmosfery zagrożenia.

II. Straszenie wojną

Te właśnie tony pobrzmiewały w przemówieniu Tuska, podczas którego padła fraza o wyborach do PE, które zdecydują, czy pierwszego września polskie dzieci będą mogły pójść do szkoły. W najoczywistszy sposób Tusk postanowił żerować na atawistycznym strachu większości Polaków przed wojną jako taką, a przed wojną z Rosją w szczególności. Rządowa propaganda kieruje opinię publiczną ku myśleniu - lepiej już niech rządzi Tusk, który liże tyłek Szkopom i Ruskim, bo może wtedy zostawią nas w spokoju, a jak Kaczyński dojdzie do władzy, to Putin zrobi z nami to samo co z Ukrainą. Bez sensu? Owszem, ale zbiorowe emocje nie muszą poddawać się logice, szczególnie w umiejętnie zbudowanym nastroju bliżej nieokreślonego niepokoju.

Trzeba przyznać, że reżimowi pijarowcy trafnie rozpoznali społeczne nastroje, o czym świadczy chociażby ostatnie sondażowe wahnięcie na korzyść Platformy. Przeciętny Polak bowiem pragnie świętego spokoju, codzienna krzątanina wokół spraw bytowych zaprząta całą jego uwagę i ostatnią rzeczą jakiej pragnie jest wpędzenie Polski w jakąś awanturę, mogącą skutkować utratą choćby najskromniejszych owoców jego harówki. Wbrew temu co pragnęlibyśmy o sobie mniemać, nie jesteśmy narodem bohaterskich powstańców, lecz w dużej mierze pozostajemy zglajszachtowaną postsowiecką masą na dorobku, u której sama myśl o zadarciu z którymkolwiek z możnych sąsiadów – choćby tylko na polu dyplomacji, czy symboliki – wywołuje marskość pośladków. Niemcy imponują nam swym ordungiem i bogactwem, Rosji zaś panicznie się boimy niczym oprycha w ciemnej ulicy, nominalnym sojusznikom nie dowierzamy ze względu na historyczne rozczarowania, zatem w powszechnej opinii powinniśmy siedzieć cicho i się nie sadzić, bo oberwiemy. Ponadto podejrzewam, że część podskórnie czuje, iż za Smoleńskiem stoi jednak Putin, a skoro mógł się posunąć do takiej zbrodni, to tym lepiej z nim nie zadzierać. Na tym jedzie obecnie Tusk, wplatając umiejętnie masowe obawy w kontekst obecnych wydarzeń na Ukrainie – i póki co, dobrze na tym wychodzi.

III. Tworzenie wroga metodą prowokacji

Jednak zagrożenie zewnętrzne to nie wszystko. Dla pełni przekazu potrzebny jest również wróg wewnętrzny pragnący wywołać wojnę domową, niczym ci wspomniani na wstępie obrońcy Krzyża ze spotu sprzed wyborów parlamentarnych w roku 2011.

I tym kolejnym etapem budowania atmosfery grozy było przytoczenie przez Tuska na konferencji prasowej pogróżek pod adresem jego córki. To już była jazda bez trzymanki. Spójrzmy na treść i formę owych gróźb, ma ona bowiem swoje znaczenie, o czym za chwilę: „Twoje bękarty zdechną, a ty zostaniesz zabita, rozszarpana na strzępy z całą rodziną. Jesteście parszywym pomiotem smoleńskiego mordercy. Przekaż ryżemu kundlowi, że zostanie zabity za mord smoleński"; „Ty bezrobotna dziwko, ty też zostaniesz zabita i cała wasza rodzina. Bo ścierwo ryżego kundla musi być wytępione do pięciu pokoleń"; „Chciałem spytać, czy już wiesz, gdzie będziesz próbowała się ukryć i uciec, bo chyba świadoma jesteś, że jak kundlowi zdejmiemy ochronę, to i z was nikt nie przeżyje".

Podobne treści miały też przychodzić do Donalda Tuska oraz innych członków jego rodziny i miało być ich „kilkaset”. Cóż, być może faktycznie znalazło się paru niezrównoważonych maniaków, sądzę jednak, że generalnie jest to ukartowana mistyfikacja. Już tłumaczę dlaczego. Otóż, nie wiem jak dla Państwa, ale dla mnie język jakim te groźby zostały sformułowane jako żywo przypomina język esbeckich anonimów z czasów PRL-u. To samo stężenie plugastwa, ta sama stylistyka. Przypuszczam, że zostały na użytek wyborczego „pijaru" wyprodukowane w tych samych kazamatach, w których siedzą uczniowie i następcy „pierwszorzędnych fachowców" resortu „człowieka honoru", generała Kiszczaka. Zwróćmy uwagę, że bliźniaczego języka (choć w nieco złagodzonej wersji) używał osławiony „Andrzej spod Krzyża”, co wykorzystano w przywoływanym już spocie wyborczym z 2011 roku. Andrzej Hadacz okazał się być koniec końców prowokatorem, który objawił się następnie u boku „konstruktu służb”, czyli Janusza Palikota na gej-paradzie.

To jest dokładnie ten sam poziom szamba, rodem z wpisów jakie codziennie dyżurne trolle zamieszczają w internecie pod adresem PiS-u i Jarosława Kaczyńskiego, to samo stężenie nienawiści, które popchnęło do zabójstwa Ryszarda Cybę - tyle, że ukierunkowane w drugą stronę. Ewidentna, służbowa prowokacja zmontowana wyłącznie po to, by Tusk mógł jej użyć w ramach przedwyborczej rozgrywki do budowania poczucia zagrożenia i „zarządzania poprzez strach".

IV. 10 służb

Do powyższej hipotezy skłania mnie jeszcze jedna przesłanka: oto w Polsce działa 10 służb specjalnych uprawnionych do inwigilowania obywateli, które nie wahają się korzystać ze swych prerogatyw, a nawet znacznie je przekraczać, o czym świadczyć może chociażby prywatna sprawa wytoczona „Rzeczpospolitej” przez wiceszefa ABW ppłk. Jacka Mąkę. Przedstawiono w niej jako materiał dowodowy stenogramy z podsłuchów rozmów telefonicznych Cezarego Gmyza i Bogdana Rymanowskiego z Wojciechem Sumlińskim. Stenogramy te były w posiadaniu ABW i nie zniszczono ich, mimo że Agencja miała taki prawny obowiązek.

I co - mam uwierzyć, że te 10 służb gromadzących wszelkie możliwe dane nie było w stanie namierzyć autorów pogróżek? Jeśli przyszły esemesami, to operatorzy sieci komórkowych zobowiązani są na własny koszt przechowywać dane - zarówno treści SMS-ów (!!!) jak i bilingi. Jeśli przyszły mailem, to przecież cóż prostszego niż namierzyć IP, zwrócić się do dostawcy internetu o odpowiednie dane? Jeśli natomiast przyszły pocztą tradycyjną, to również są odpowiednie metody, które służby specjalne mają do dyspozycji. Przypomnijmy sobie o „koronkowej" akcji chłopaków-abewiaków wobec „Brunobombera”, kiedy to najpierw przez długi czas podpuszczano go i „wkręcano" w zamach za pomocą podstawionych prowokatorów, by w odpowiednim momencie z przytupem ogłosić „sukces" akcji i ujęcie groźnego „terrorysty”. Tymczasem, w przypadku ewidentnych gróźb karalnych pod adresem premiera rządu RP i jego rodziny - cisza... Nikt nie jest w stanie wykryć sprawców. I to w najbardziej inwigilowanym przez spec-służby kraju w całej Unii Europejskiej.

A może mamy uwierzyć, że pan premier taki dobrotliwy, że machnął na sprawę ręką? Każdy, kto pamięta historię Piotra „Starucha" Staruchowicza, który za hasło „Donald matole, twój rząd obalą kibole" stal się na szereg miesięcy „prywatnym więźniem Donalda Tuska", może tylko wybuchnąć szczerym śmiechem na myśl o nagłym przypływie łaskawości Ober-Matoła wobec autorów pogróżek.

***

Powyższe wątpliwości jednak do przeciętnego zjadacza medialnej papki nie dotrą. Przeciętny wyborca ma się bać wojny i wewnętrznej destabilizacji sprokurowanej przez nienawistnych pisowskich fanatyków dyszących żądzą mordu. I póki co, powtórzę, Tusk całkiem nieźle na tej strategii wychodzi...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/