Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roman Dmowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roman Dmowski. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 listopada 2014

Narodowy Dzień Prowokatora

Święto Niepodległości nie powinno być zawężane do jednej opcji. Ani w Warszawie nie świętują wyłącznie narodowcy, ani w Krakowie – piłsudczycy.

I. Reżimowe modus operandi

Nie uczestniczyłem w tegorocznym Marszu Niepodległości, ale z przekazów medialnych i blogerskich wynika, że wszystko przebiegało według znanego od lat, przewidywalnego do znudzenia schematu. Idzie więc generalnie spokojny, kilkudziesięciotysięczny tłum, a na jego obrzeżach przemykają grupki zamaskowanych osobników. To na chwilę wmieszają się w kolumnę marszową, to znów z niej wyskoczą, by w końcu niczym na umówiony sygnał rozpętać burdę ze służbami porządkowymi. Cholera wie, kim tak naprawdę są – kibolami wykorzystującymi Marsz do wyrównania swoich rachunków z policją? Zadaniowanymi prowokatorami? Wiadomo natomiast, że ich obecność jest policji najwyraźniej bardzo na rękę, bo mimo iż widać że nie są uczestnikami Marszu, to aż do momentu zadymy nie są w żaden sposób niepokojeni. Miałem możność obserwowania tego modus operandi dwa lata temu, gdy doszło do starć na Marszałkowskiej. Zamaskowane grupki, ewidentnie niezainteresowane demonstracją, kręciły się swobodnie, przebiegając przez policyjne szpalery ustawione na chodnikach wzdłuż trasy przemarszu, choć można było przynajmniej znaczną ich część prewencyjnie wyłapać. Wygląda na to, że z podobną planową biernością mieliśmy do czynienia i tym razem. Innymi słowy – zamieszki wybuchły wtedy, kiedy miały wybuchnąć.

Ta sekwencja – grupki chuligańskie, atak na policję, zatrzymanie czoła Marszu, budowanie atmosfery zagrożenia komunikatami z megafonów i wreszcie odpalenie gazu, sikawek i salwy z broni gładkolufowej w tłum – jest doprawdy aż nadto czytelna. W dalszej kolejności pojawiają się komunikaty o poszkodowanych funkcjonariuszach, liczbie zatrzymanych wandali, stratach materialnych, w międzyczasie media obiegają filmy i zdjęcia z zadymy pokazujące w kółko kilka tych samych scen z różnych ujęć, by powstało wrażenie regularnej, długotrwałej bitwy ulicznej, słowem – cała ta propagandowa pożywka mająca wywołać społeczny strach przed „faszystowskim zagrożeniem”. Dla kontrastu skonfrontuje się to jeszcze z radosnym prezydencko-urzędniczym spacerem skrzętnie skrywając liczbę uczestników tegoż i gotowe. Przekaz poszedł w świat. Ważne tylko, by nikt z medialnych propagandystów nie zapomniał się i nie podał ilu spośród zatrzymanych zostało potem faktycznie skazanych, bo tu już liczby nie wyglądają tak imponująco i burzyłyby narrację. Jak tak dalej pójdzie, to w miejsce Święta Niepodległości trzeba będzie ogłosić Narodowy Dzień Prowokatora, bo to dla tych ludzi najwyraźniej najważniejszy sprawdzian sprawności operacyjnej w ciągu roku.

Przy okazji – o tym, że policja interweniuje bądź nie, zgodnie z politycznymi wytycznymi, można było się przekonać choćby podczas zajść pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, kiedy to biernie przyglądała się pijanej tłuszczy atakującej modlących się ludzi, a prowokatorzy w rodzaju Zbigniewa S. ps „Niemiec”, czy Andrzeja H. dokazywali w najlepsze. Tak, co jak co, ale hodowanie zamieszek i eskalowanie napięcia służby mają opanowane.

II. Rzeczywistość medialna

Jednak w tym roku mimo wszystko poszło coś nie tak. Straż Marszu w miarę skutecznie odgradzała zadymiarzy od pochodu, za co zresztą oberwała podwójnie – zarówno od zamaskowanych bojówek, jak i od policyjnych pacyfikatorów. Nawet reżimowe media musiały tym razem półgębkiem przyznać, że burdy wywołały osoby z zewnątrz. Zapewne ochrona byłaby jeszcze skuteczniejsza, gdyby część strażników nie została przetrzymana przez policję w drodze do Warszawy. Komuś zależało, by porządkowych było na demonstracji jak najmniej? Te policyjne „trzepanki” autokarów – kolejny stały element rytuału 11 listopada, wraz z nękaniem narodowców w dniach poprzedzających manifestację – przybierają niekiedy wymiar wręcz groteskowy. Prof. Jan Żaryn w środowej rozmowie na antenie Niepoprawnego Radia PL opowiadał o proboszczu, który wybrał się na Marsz wraz ze swoimi parafianami – ich autokar również został z całą surowością skontrolowany pod kątem „niebezpiecznych narzędzi” i „zagrożenia dla porządku publicznego”.

Ale, ta dezorientacja była tylko chwilowa i medialna propaganda szybko wróciła w utarte w ubiegłych latach koleiny spod znaku „narodowi ekstremiści niszczą Warszawę”. Dla pozorów wiarygodności zaroszono do jednego czy drugiego programu liderów Ruchu Narodowego, by tłumaczyli się przed kamerami za nie swoje winy... tak jak przy okazji poprzednich Marszy. Ten ton został skwapliwie podchwycony przez media niemieckie - jak wiadomo szczególnie predestynowane do tego by uczyć Polaków kultury politycznej, umiaru i tolerancji - natomiast „Spiegel” na tę okoliczność przepytał Rafała Pankowskiego z „Nigdy Więcej”, który wzorem słynnej reporterki z TVN-u załamywał ręce nad ksenofobicznym hasłem „Bóg – Honor – Ojczyzna”. Przypomnijmy, że „Nigdy Więcej” to organizacja zajmująca się m.in. szkoleniem-indoktrynacją prokuratorów w tematyce tropienia „mowy nienawiści” oraz współpracująca z PZPN w tępieniu rasizmu na stadionach, w efekcie czego wśród niedopuszczalnych na trybunach symboli znalazł się tzw „mieczyk Chrobrego”, czy znak Rodła, przy jednoczesnym przyzwoleniu na symbolikę komunistyczną.

III. Skłócone „dwa płuca”

Omawiając medialne echa, warto nadmienić o nowej jakości jaką jest radykalna zmiana stosunku do Marszu Niepodległości przez część mediów prawicowych. Czytając „portal poświęcony” bądź Niezależną.pl można odnieść chwilami wrażenie, że jesteśmy na stronach „Wyborczej”. Narodowcy, panie, nie dość, że urządzili burdę na Rondzie Waszyngtona, to jeszcze są agenturą na pasku wiadomych, antypolskich sił. Prymitywizm tych propagitek jest momentami wręcz porażający. Rekord pobiła pierwsza strona „Gazety Polskiej Codziennie” z krzyczącym tytułem „Warszawa płonie, Kraków świętuje”. No, przy takim poziomie nic dziwnego, że sprzedaż im leci na łeb. Krótko mówiąc – kto nie podziela bezkrytycznego entuzjazmu nad post-majdanową Ukrainą i nie pojechał do Krakowa by kibicować wręczeniu Sakiewiczowi odznaczenia przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy, ten „ruski agent”, bądź w najlepszym razie „pożyteczny idiota”. Kilkadziesiąt tysięcy ruskich agentów, bądź pożytecznych idiotów Putna na Marszu? No, ładnie... Przy czym, dla wygody wrzuci się do jednego worka Ruch Narodowy z Falangą, Korwinem i NOP... odbiorca musi mieć jednolity przekaz, bez zbędnych niuansów. Tak topornej zbitki nie można tłumaczyć ignorancją – to ewidentna zła wola. W przywoływanej już rozmowie w Niepoprawnym Radiu PL zwrócił na to uwagę prof. Żaryn, ubolewając nad sposobem potraktowania przez środowisko „Gazety Polskiej” księdza Isakowicza-Zaleskiego.

Na zakończenie jeszcze jeden aspekt, na który zwrócił uwagę prof. Żaryn, będący zresztą członkiem Komitetu Honorowego poprzednich Marszy. Otóż Marsz Niepodległości zatraca swą „ekumeniczną” formułę, w której jest miejsce dla różnych opcji niepodległościowych (endeckiej, piłsudczykowskiej, ludowej itd.) na rzecz docenienia jednego tylko nurtu, tj. narodowego. Wprawdzie w tym roku ze względu na 150 rocznicę urodzin Romana Dmowskiego okazja by właśnie jego dorobek podkreślić w sposób szczególny jest wyjątkowa, jednak Święto Niepodległości nie powinno być zawężane do jednej opcji. Nie wiem doprawdy, czy logika walki politycznej jest aż tak bezwzględna, by PiS z Klubami „GP” fetował w Krakowie Piłsudskiego, a Ruch Narodowy w Warszawie – Dmowskiego, tym bardziej, że spektrum poglądów uczestników poszczególnych demonstracji jest naprawdę o wiele szersze niż organizatorów. Ani w Warszawie nie świętują wyłącznie narodowcy, ani w Krakowie – piłsudczycy. Będąc niepoprawnym zwolennikiem poglądu, że tradycja endecka i piłsudczykowska to dwa płuca polskiego patriotyzmu, które powinny ze sobą kooperować odkładając do lamusa zarówno historyczne jak i bieżące konflikty tudzież ambicje i urazy, stoję na stanowisku, że racja stanu rozumiana jako wybicie się Polski na podmiotowość takiej współpracy bezwzględnie wymaga.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://www.podgrzybem.blogspot.com/2012/11/co-dalej-z-marszem.html

http://niepoprawni.pl/blog/346/dwa-pluca-polskiego-patriotyzmu

http://blog-n-roll.pl/pl/dwa-p%C5%82uca-polskiego-patriotyzmu#.VHOpUmfYiGc

Artykuł ukazał się w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 46 (17-23.11.2014)

środa, 12 czerwca 2013

Dwa płuca polskiego patriotyzmu

Obóz patriotyczno-niepodległościowy powinien oddychać dwoma płucami: zarówno tradycją piłsudczykowską, jak i endecką.

I. Bez „endokomuny”

W dotychczasowych notkach dotyczących Ruchu Narodowego (TU i TU) sformułowałem pogląd, że na polskiej scenie politycznej powinno być miejsce dla znaczącego ugrupowania o profilu narodowym – i to nie gdzieś na marginesie, ale w parlamencie, gdzie funkcjonowałby jako licząca się reprezentacja Polaków podzielających narodowe przekonania.

Do pewnego momentu było to niezwykle trudne, z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze, spuścizna Narodowej Demokracji została propagandowo zohydzona w społecznym odbiorze jak mało który element naszej historycznej tradycji. Po drugie, nad inicjatywami narodowymi przez długie lata unosił się zaduch tzw. „endokomuny” - kolaboracji części postendeckich środowisk z komunistami (PAX, ZP Grunwald), w ramach jakiejś parszywej symbiozy mającej „oswoić” PZPR za pomocą patriotycznej retoryki i uzasadnić „sojusz” z ZSRS demagogicznymi popłuczynami po panslawizmie, za którą to usługę czerwoni okupanci rewanżowali się możliwością funkcjonowania lojalistycznych wobec PRL, „koncesjonowanych narodowców”.

Trzeba było dopiero dojścia do głosu młodych, nieuwikłanych działaczy, by środowiska narodowe zyskały nowe oblicze i mogły liczyć na odniesienie sukcesu, czego pierwszym wyraźnym przejawem było powodzenie ostatnich Marszów Niepodległości gromadzących po kilkadziesiąt tysięcy uczestników. Naturalną koleją rzeczy, następnym etapem stała się integracja rozproszonych inicjatyw w ruch społeczny, z czym mieliśmy niedawno do czynienia na Kongresie Ruchu Narodowego, który odbył się 8 czerwca w Warszawie.

W związku z Kongresem miałem tylko jedną obawę – by nie wypełzły skądś zombies wspomnianej wyżej endokomuny: pogrobowcy PAX-u i Grunwaldu epatujący swą nieprzytomną rusofilią i uwielbieniem dla cara-Putina. Na szczęście, obawa ta okazała się płonna, zaś zmarginalizowanie Bohdana Poręby, który „zaprosił się” na Kongres by tam uwiarygadniać się projektem filmu o Jedwabnem jest dobrą wróżbą na przyszłość. Zresztą, obecność wśród gości takich publicystów jak Ziemkiewicz i Michalkiewicz jest wyraźnym sygnałem, że recydywa panslawizmu i peerelowskich sentymentów Ruchowi Narodowemu raczej nie grozi, zaś akcja „Zablokuj komucha” stanowi kolejne potwierdzenie, że upatrywanie w Ruchu Narodowym promoskiewskiej agentury wpływu nie znajduje potwierdzenia w faktach. Ta amputacja zgangrenowanej Peerelem tkanki dobrze świadczy o Ruchu i jego liderach. Warto tu również odnotować in plus wcześniejsze zerwanie ze środowiskiem „trepów” z Nowego Ekranu.

II. Dwa płuca

Przyznam się, że kibicuję przedsięwzięciu narodowców, i - co niektórym może wydać się dziwne – czynię to jako wyborca PiS, który od lat głosuje w kolejnych wyborach na to właśnie ugrupowanie. Uważam bowiem – i jest to kolejna teza, którą chciałbym tu mocno podkreślić – że „obóz patriotyczno-niepodległościowy” powinien oddychać dwoma płucami: zarówno tradycją piłsudczykowską, jak i endecką. Amputowanie któregokolwiek z tych płuc sprawia, że oddech staje się niepełny, zaś tak nam dziś potrzebna „infrastruktura patriotyzmu” (określenie Ziemkiewicza) – ułomna.

Przy okazji Marszu Niepodległości zetknąłem się z opinią, że obecna sytuacja w Polsce jest taka, że Dmowski i Piłsudski znaleźliby się po tej samej stronie barykady. Z jednej strony mamy bowiem do czynienia z zaawansowanymi usiłowaniami uczynienia z Polski jakiejś strefy neokolonialnej, nieformalnego kondominium, zaś z Polaków – zbiorowiska wykorzenionych klonów bez właściwości; z drugiej zaś – dążenie do szeroko rozumianego upodmiotowienia Polski i Polaków w oparciu o narodową tożsamość, gospodarkę, historię, religię, tradycję i kulturę. W pełni podpisuję się pod tą tezą.

Dlatego też budzi mój sprzeciw pozycjonowanie się Ruchu Narodowego i PiS-u w twardej kontrze wobec siebie nawzajem. Ani bowiem PiS nie siedzi w jednym worku z Obozem Beneficjentów i Utrwalaczy III RP (wypomina się Kaczyńskiemu Magdalenkę, zapominając, że po wyborach '89 roku był on zwolennikiem zdecydowanego odsunięcia komunistów od wpływu na państwo, a Okrągły Stół traktował nie jako „umowę, której należy dotrzymać” lecz jako taktyczny etap na drodze do odzyskania Polski), ani Ruch Narodowy nie jest zagrożeniem dla mitycznej „jedności prawicy”, tylko naturalną emanacją części polskiego społeczeństwa. Nerwowe reakcje działaczy PiS-u (np. wywiad z Krystyną Pawłowicz) i sprzyjających partii mediów (przemilczanie Kongresu okraszone bandyckim numerem Niezależnej.pl z manipulanckim tekstem o obecności Poręby – odpowiedź Roberta Winnickiego TUTAJ), upatrujących w Ruchu Narodowym konkurencji kierowanej jakimiś szemranymi intencjami, są co najmniej nie na miejscu.

Nie tędy droga, tym bardziej, że jeśli RN dostanie się do Sejmu w następnych wyborach, to koalicja PiS – narodowcy będzie jedynym sensownym rozwiązaniem, póki co bowiem nie zanosi się na samodzielne rządy Prawa i Sprawiedliwości, zaś narodowcy – i tu kolejny plus dla nich – oczyścili się z giertychowskich „złogów” równie skutecznie, co z „endokomuny”. Dodam, że jeśli nie chcą być ugrupowaniem wiecznej kontestacji bez wpływu na cokolwiek, kanalizującym jedynie społeczne niezadowolenie, to sojusz z PiS-em jest na chwilę obecną najbardziej racjonalnym wyborem, pozwalającym zafunkcjonować obu „płucom polskiego patriotyzmu” w wymiarze politycznym.

III. Nowocześni endecy

Czy Ruchowi Narodowemu uda się stworzyć nowoczesną endecję? Mam taką nadzieję, albowiem Polska potrzebuje „nowoczesnych endeków” potrafiących znaleźć adekwatny język i metody działania – stosowne do wyzwań współczesności. Nadzieję budzi tu konsekwentna praca u podstaw, jaką środowiska narodowe realizują w lokalnych społecznościach. Mamy bowiem do czynienia z rozpaczliwym deficytem świadomości polskiej racji stanu, interesów narodowych oraz „obowiązków polskich” o których pisał Roman Dmowski w „Myślach nowoczesnego Polaka”.

Ten zanik poczucia istnienia wspólnego dobra charakteryzujący – mówiąc Ziemkiewiczem - „polactwo”, jest bodaj największym narodowym problemem do rozwiązania. Innymi słowy – jest zglajszachtowany peerelem „żywioł” na który obecnie nakłada się dodatkowo pokolenie „fajnopolaków” i „lemingów”, którym 24 lata propagandy mainstreamu III RP wdrukowało w mózgi przekonanie, że Polska to obciach, wiocha i że generalnie im mniej będą Polakami, tym lepiej, bo przez to staja się bardziej „europejscy”. I tenże „żywioł” pogrążony w narodowej abnegacji należy odwojować, tak jak pod koniec XIX wieku odwojowywali go endecy.

Póki co jednak najbardziej powszechną postawą społeczną jest zjawisko, które określam jako „zmęczenie suwerennością” - czyli niechęć do podejmowania jakichkolwiek wyzwań czy zadań, które są związane z szeroko rozumianym niezawisłym bytem narodowym. Zacytuję tu pierwsze słowa „Myśli nowoczesnego Polaka”: „Nierzadko spotykamy się ze zdaniem że nowoczesny Polak powinien jak najmniej być Polakiem. Jedni powiadają że w dzisiejszym wieku praktycznym trzeba myśleć o sobie nie o Polsce, u innych Polska zaś ustępuje miejsca – ludzkości. Tej książki nie piszę ani dla jednych, ani dla drugich.” Jest to diagnoza jak najbardziej aktualna (szerzej pisałem o tym w tekście „Ani dla jednych, ani dla drugich”) - i by ten fatalny stan rzeczy przełamać potrzebujemy właśnie tytułowych „dwóch płuc polskiego patriotyzmu”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/ruch-narodowy-nowoczesni-endecy

http://niepoprawni.pl/blog/287/perspektywy-ruchu-narodowego

http://niepoprawni.pl/blog/287/ani-dla-jednych-ani-dla-drugich

http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-1

sobota, 14 lipca 2012

Lemingi i mohery – małe studium podziału

Lemingi od moherów różnią się przede wszystkim zdolnością do zdefiniowania „obowiązków polskich” i gotowością do ich podjęcia.

I. Lemingi według Dmowskiego

Pod notką Budynia78 „Lemingi będą lemingami” wywiązała się ciekawa dyskusja. Generalnie, Budyń twierdzi, że to, iż lemingi same z przekory zaczęły siebie tak określać (zapewne pod wpływem okładkowych tekstów „Uważam Rze” - nr 28(75)/2012) nie sprawia, że przestały być lemingami, podobnie jak „obrazowaniec” nie przestanie być „wykształciuchem”, choćby z kpiarskim dystansikiem mówił tak o sobie przy każdej okazji, a nawet bez okazji, co jak pamiętamy było szalenie modne w pewnych kręgach za czasów rządów PiS. Pojawiły się jednak również głosy, iż podział na linii lemingi-mohery został sztucznie wykreowany. Najdobitniej wyraziła to chyba Anna, pisząc: „Marzę o tym, by podział na lemingi i mohery po prostu zanikł. Jak i inne podziały - wykreowane sztucznie”. W innym zaś miejscu: „Podzielono nas. Poprzez napuszczenie jednych na drugich.” . Polecam zresztą całość – tekst i dyskusję.

Miałem odpowiedzieć pod tekstem Budynia, ale poczułem, że zbiera mi się na grubsze posiedzenie, i w krótkim komentarzu wszystkiego nie dopowiem, zatem odczekałem aż się to wszystko mi urodzi i stąd ten tekst.

Otóż, podział na lemingi i nie-lemingi istniał od zawsze, tyle że było to inaczej nazywane. Zawsze była mniejszość, której o coś chodziło, nie zadowalająca się „małą stabilizacją” i większość, która spełniała warunki bycia dzisiejszymi lemingami. Opisywał to już Roman Dmowski, który w pierwszych słowach „Myśli nowoczesnego Polaka” podał aktualną po dziś dzień definicję leminga:

„Nierzadko spotykamy się ze zdaniem że nowoczesny Polak powinien jak najmniej być Polakiem. Jedni powiadają że w dzisiejszym wieku praktycznym trzeba myśleć o sobie nie o Polsce, u innych Polska zaś ustępuje miejsca – ludzkości. Tej książki nie piszę ani dla jednych, ani dla drugich.”

Czyż powyższy cytat nie oddaje postawy życiowo-światopoglądowej tych, których określamy dziś mianem MWzWM, „młodymi z fejsbuka”, tudzież „lemingami”? No właśnie.

II. Zabetonowane sumienia

Ten naturalny podział został w ostatnich latach - zwłaszcza po Smoleńsku - wyostrzony. Owszem – często za pomocą dość parszywych socjotechnicznych sztuczek, ale w sumie nie ma tego złego... Zamiast złudnej jedności, przynajmniej wiadomo kto jest kim. Dmowski nie miał złudzeń, twardo i realistycznie opisując współczesnych sobie Polaków, nie miejmy ich również i my, bo takie złudzenia kończą się bardzo boleśnie w godzinie próby.

To prawda, Dyktatura Matołów oraz sprzęgnięty z nią „przemysł pogardy” zintensyfikowały ową socjotechnikę dla własnych politycznych celów, jednak nie byłaby ona tak skuteczna, gdyby nie utrafiała w coś realnego. Zagrania, które można było obserwować choćby podczas medialnego pompowania Dominika Tarasa i jego neo-barbarzyńców, trafiły na tak podatny grunt m.in. dlatego, że większość Polaków, po okresie Żałoby Narodowej zwyczajnie stchórzyła, gdy przyszło do konkretów i okazało się, że np. możemy narazić się Rosji. Co innego palenie światełek, a co innego groźba utraty poczucia bezpieczeństwa (choćby złudnego), czy wystawienie się na gniew Kremla. Zwróćmy uwagę – tu nawet nie chodzi o narażenie się na jakieś realne zagrożenie, jak np. wojna z Rosją, tylko o samo czysto hipotetyczne poczucie, że coś mogłoby zburzyć obecny względny błogostan.

Nieco szerzej pisałem o tym mechanizmie w rocznicowej notce z kwietnia „Smoleńskie status quo”, więc pozwolę sobie na poniższe autocytaty: „Generalnie, Polacy poza garścią „niezłomnych” i „obudzonych”, w sprawie Smoleńska zachowali się podle i tchórzliwie. Woleli dawać wiarę kolejnym wrzutkom, woleli poddać się prostackiemu rechotowi z „moherów” i „pisuarów” i niczym trzy małpki nie widzieć, nie słyszeć, nie mówić. Wszystko z lęku przed wybudzeniem z ogłupiającego błogostanu, przed utratą komforciku „małej stabilizacji”.”

I dalej: „Opisana postawa zbyt głęboko wżarła się w dusze, ludzie zbyt emocjonalnie zaangażowali się we własne tchórzostwo, by odrzucić je bez poczucia głębokiego dyskomfortu, jaki pojawia się zawsze, gdy trzeba stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie „jestem świnią”.”

No i wreszcie: „Herbertowska fraza o „zdradzonych o świcie” nie raz była przywoływana w kontekście smoleńskiej tragedii (...). Trzeba mieć wszakże świadomość, iż owa zdrada odbywa się również każdego dnia w głowach i w sercach ogromnej większości Polaków, którzy nie chcą słyszeć o Smoleńsku, skrupulatnie betonując własne sumienia.”

III. Rozgrzeszenie instant

Sądzę, że to dość przekonujące wyjaśnienie temperatury obecnego społecznego podziału i psychicznej gotowości do poddawania się manipulacjom. Skoro zachowałem się jak świnia, to zawsze chętniej posłucham tych, którzy w dzisiejszej Polsce trudnią się udzielaniem łatwego rozgrzeszenia na masową skalę – takiego „rozgrzeszenia instant” - mówiąc, że właśnie moja postawa jest słuszna, racjonalna i generalnie „fajnopolacka”, zaś tamci to ciemne mohery, oszołomy i niebezpieczni awanturnicy, których należy izolować, bo zagrażają naszemu szeroko rozumianemu dobrostanowi. Na podobnej zasadzie latem 1920 roku, gdy bolszewicy podchodzili pod Warszawę, spokojni na co dzień warszawscy mieszczanie potrafili pluć na mundury idących na front ochotników – bo to przez nich cała ta „awantura”. Nic nowego.

Z drugiej zaś strony – wśród „moherów” - w naturalny sposób narosła agresja, lub co najmniej skrajna niechęć wobec wyzutych z patriotyzmu, poddających się ogłupiającej propagandowej sieczce lemingów.

Na to wzajemne wykluczenie nałożyły się dodatkowo różnice kulturowe – zakorzeniony w religii tradycjonalizm i patriotyzm kontra podszyte nihilizmem wygodnictwo.

Odwołam się jeszcze do czasów bliższych. Jest taki kawałek Dezertera z lat '80, zatytułowany „Polska złota młodzież”: „ (…) Polska złota młodzież kłótliwa i słaba / Polska złota młodzież krzykliwa i głupawa / Bez sensu i celu, podziały i nienawiść / Komercja, moda, pieniądze i zawiść / Wódka, kurewki, dyskoteka, szkoła / Oto polska młodzież spokojna i wesoła (…) Myśląca bezpiecznie, bo tak wytresowana / Polska złota młodzież wykończy się sama”. To z kolei obraz młodocianych lemingów z lat '80, z czasów junty Jaruzelskiego. Wygląda znajomo? No przecież...

Dobrze napisany punkowy kawałek potrafi powiedzieć o rzeczywistości więcej niż sążnisty, socjologiczny artykuł. Ta „złota młodzież” opisana (ośpiewana?) przez Dezertera dochowała się już swoich dzieci, które nasiąknęły podobnym podejściem do rzeczywistości – przecież te tabuny neo-barbarzyńców nie wzięły się znikąd. A że tego typu postawa łatwo daje się opakować w celofanową pozłotkę z nadrukiem „nowoczesność”, to tym większy opór przed próbami odpakowania i zajrzenia do środka i wściekłość, gdy ktoś kwestionuje jakość kryjącej się pod tą pozłotką zawartości.

IV. Tertium non datur

Podsumowując, gdybym miał zdefiniować czym z punktu widzenia spraw publicznych różni się leming od mohera, to powiedziałbym, że różnią się przede wszystkim zdolnością do zdefiniowania „obowiązków polskich” i gotowością do ich podjęcia.

Szczególnie mocno różnica ta objawiła się po przywoływanej tu Katastrofie Smoleńskiej – ale abstrahować od niej nie sposób. Już teraz bowiem widać, że Smoleńsk stał się doświadczeniem formacyjnym na miarę pokolenia – i to dla obu stron społecznego konfliktu. Niezależnie od tego, co uczynią z nim politycy, ten wypuszczony dżin żyje już własnym życiem. Podgrzewany propagandowo, choć w swym społecznym podglebiu naturalny, podział na „lemingi” i „mohery” miałby szansę osłabnąć i powrócilibyśmy do względnie pokojowej koegzystencji, gdyby nie Smoleńsk właśnie. Każdy, kto chce mieć cokolwiek do powiedzenia o Polsce (lub nadać pozór racjonalności temu, że o Polsce nie ma i nie chce mieć niczego do powiedzenia) musi się wobec Smoleńska określić. Musi być albo lemingiem, albo moherem. Tertium non datur.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

PS. Niektóre notki o zbliżonej tematyce:

http://niepoprawni.pl/blog/287/smolenskie-status-quo

http://niepoprawni.pl/blog/287/ani-dla-jednych-ani-dla-drugich

http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-1

http://niepoprawni.pl/blog/287/iv-rp-o-muerte-czesc-2-ostatnia

niedziela, 8 stycznia 2012

IV RP o muerte! (część 1)


Państwo polskie będzie takie, jakim je sobie urządzimy. To od nas ma zależeć, czy stanie się dźwignią dla naszych aspiracji. Dlatego warto o nie walczyć.


I. Suwerenność a podmiotowość

W niedawnych tekstach „Nowa podmiotowość Lewiatana”, „Obrotowa bliska zagranica” oraz „Ani dla jednych, ani dla drugich” podejmowałem m.in. problem suwerenności i podmiotowości państwa, które to przymioty coraz silniej i, co gorsza, czynnie, poddawane są obecnie w wątpliwość. Ta postawa zmęczenia suwerennością - rozpowszechniona zarówno wśród elit obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, jak i wśród społeczeństwa - skutkuje niejednokrotnie zakwestionowaniem potrzeby istnienia państwa polskiego w ogóle. Jest to efekt niezgody na podjęcie obowiązków, które niesie ze sobą suwerenne, podmiotowe państwo. Obowiązki te zarówno obywatelom, jak i klasie rządzącej jawią się jako nieznośny ciężar, który z ulgą można odrzucić, czy scedować na międzynarodowe gremia – nawet jeśli oznacza to de facto lekko tylko zawoalowany protektorat ościennych potencji.

Na początek uściślijmy kwestię relacji między podmiotowością a suwerennością. Otóż, państwo może być nominalnie suwerenne – cieszyć się wszelkimi formalnymi prerogatywami, pozostawać uznanym przez innych graczy podmiotem prawa międzynarodowego itp. - i przy tym wszystkim nie być podmiotowe. Dzieje się tak wtedy, gdy suweren, czyli naród lub monarcha (w zależności od ustroju) rezygnuje z prowadzenia samodzielnej polityki, której osią jest racja stanu. Ta abdykacja z racji stanu, opisana sloganem „nierządem Polska stoi”, była charakterystyczna dla epoki saskiej i wiele jej cech obserwujemy obecnie.

Naród jednak może być podmiotowy bez suwerennego państwa – z takim przypadkiem mieliśmy do czynienia w czasach rozbiorów. Wyrazem tej podmiotowości były dążenia niepodległościowe realizowane na różnych polach – czy to militarnym (powstania), czy społecznym (praca organiczna). Była to służba polskiej racji stanu realizowana w warunkach utraty suwerenności.

Oczywiście, stanem najbardziej pożądanym jest sytuacja, gdy niepodległe, suwerenne państwo jest zarazem najwyższym wyrazicielem podmiotowości narodu, działającym w jego interesie i do takiego ideału powinniśmy dążyć. Zauważmy jeszcze, że utrata suwerenności często poprzedzona jest abdykacją z podmiotowości. Tak było przed rozbiorami i tak jest dzisiaj.

II. Narodowo-państwowa abnegacja

Chciałbym tu polecić wątek na Facebooku będący niezłym materiałem poglądowym dotyczącym postawy, którą zdefiniowałbym jako narodowo-państwową abnegację. Mój interlokutor nie był w stanie zrozumieć po co nam niepodległe państwo i stanowczo odmawiał przyjęcia do wiadomości istnienia „obowiązków polskich” o których w „Myślach nowoczesnego Polaka” pisał Roman Dmowski, nie mówiąc już o ich podjęciu. Skrótowo rzecz ujmując, prezentował on wobec państwa polskiego stosunek utylitarno-hedonistyczny:

„państwo i inne formy organizacji społecznej (…) są po to, żeby było nam miło i przyjemnie, żeby mieszkało się lepiej niż gdzie indziej, żeby pracować jak najmniej i mieć z tego jak najwięcej profitów. Jeździć lepszymi samochodami niż sąsiedzi, mieć lepszą opiekę medyczną itp. Jeśli państwo nam to daje - świetnie, wtedy spełnia swoje funkcje i jego istnienie jest uzasadnione. Jeśli nie - w cholerę z nim. (skrót i wytłuszczenie moje - GG)

W innym miejscu nadmienił, że przecież rozbiory umocniły patriotyzm, a rusyfikacja i germanizacja przyniosły skutek odwrotny do zamierzonego.

Na czym polegał błąd w rozumowaniu mojego rozmówcy? Generalnie, na traktowaniu państwa niczym sprzętu AGD, mającego ułatwić życie i który można wyrzucić na śmietnik, gdy się zepsuje. Następnie zaś kupić sobie nowy gadżet – czyli gdzieś się wyprowadzić i tam urządzić, ewentualnie pozwolić, by tu na miejscu zrobili porządek za nas inni. Coś takiego, jak podjęcie wysiłku w celu naprawy, sanacji dysfunkcjonalnego państwa, by zaczęło działać w naszym interesie, przekraczało jego horyzonty. Państwo rozumiane jako wspólnotowe zobowiązanie wywoływało u niego odruch gniewu (cytuję: „Misiu - jak TY poczuwasz się do 'obowiązków polskich', to je podejmuj. Ale ode MNIE to się uprzejmie odpierdol, OK?”).

Wróćmy jeszcze na chwilę do rozbiorów, które „umocniły patriotyzm”. Dlaczego tak się stało? Dlaczego germanizacja i rusyfikacja zakończyły się fiaskiem? Ano dlatego właśnie, że próby wynaradawiania przekonały ówczesnych Polaków, iż państwo jest im potrzebne - po to, by nikt ich nie wynaradawiał, nie konfiskował majątków, by byli u siebie. Własne państwo stało się koniecznością.

III. Po co nam Polska?

I tu dochodzimy do odpowiedzi na pytanie: po co nam Polska?

Niepodległość jest zarówno celem, jak i środkiem do celu - silna i praworządna Polska jest nam potrzebna dokładnie do tego samego, co Niemcom - silne Niemcy. Ma stworzyć środowisko do gospodarowania w interesie własnym i przyszłych pokoleń, zakładania rodziny, rozwoju wspólnoty - słowem, do życia. Owszem, można się łudzić, że będziemy się rozwijać gdzieś za granicą, można też uprawiać naiwny kosmopolityzm i olać własną tożsamość - ale tu już kończy się pole do sensownej dyskusji. Można jedynie wspomnieć, że inne państwa i inne narody, na czele z tamtejszymi elitami, jednak dbają, by to u nich było jak najlepiej i nie śpieszno im do wyrzekania się suwerenności.

Jak rzekłem, państwo ma stworzyć warunki do życia i rozwoju. Błąd współczesnych Polaków – i to od od góry do dołu - polega na tym, że wysyłają państwo „w cholerę" gdy przestaje te funkcje spełniać, zakładając naiwnie, że podobne warunki można znaleźć pod cudzym panowaniem - czy to na terytorium obecnej Polski, czy gdzieś w świecie. Owszem, można, pod warunkiem, że gospodarze na to zezwolą obcym przybyszom, lub podbitym autochtonom. Podchodząc tak do sprawy, zdajemy się na cudzą łaskę. Pod rozbiorami w pewnym momencie zaborcy przestali pozwalać i własne państwo stało się dla nas niezbędne - przy wszystkich swych wadach. Dlatego też państwo nie jest tylko maszynką do dojenia, którą można porzucić gdy się popsuje.

Państwo to również obowiązek - gdy jest z nim coś nie tak, należy je naprawić, uzdrawiać - inaczej nikt nigdy nie przeprowadzałby żadnych reform, a ludzkość byłaby konglomeratem nomadów - i ci nomadzi nie żyliby ze sobą w zgodzie jak to można sobie idealistycznie roić, lecz wyżynaliby się, jak to już w historii nie raz bywało.

Mój „fejsbukowy” polemista podawał jako dobre miejsca do życia „któryś tam stan USA albo niemiecki land", gdzie można „prosperować”. Nie wziął jednakże pod uwagę, że te „stany” i „landy” nie wzięły się znikąd. Są efektem ciężkiej pracy pokoleń Amerykanów i Niemców, które - mówiąc Dmowskim - „znały obowiązki amerykańskie" i „obowiązki niemieckie". Dlaczego teraz mieliby się dzielić? Jasne, mogą, lecz nie muszą. I coraz bardziej nie chcą. Dlatego, długofalowo, bardziej opłaca się zmieniać Polskę, niż lekkomyślnie skazywać ją na zagładę, jak zużyty sprzęt.

Podobne jak dziś nastawienie do państwa dominowało w Polsce przed rozbiorami, dlatego tak istotne jest by wykazywać dobrze znane i zweryfikowane przez historię mielizny w tego typu wygodnickim rozumowaniu. Takie Niemcy uprawiają ekspansję gospodarczą, budując w ten sposób własny dobrobyt - i do tego potrzebne im silne państwo. Jeśli będą tu rządzić, to będziemy montowali ople w Gliwicach, ale choćbyśmy się skichali, to żaden z Polaków nie zostanie prezesem Opla, bo te stanowiska zarezerwowane są dla Niemców.

Weźmy jeszcze PRL - po coś Polacy buntowali się przeciw komunie i uzależnieniu od Sowietów. Nie po to przecież, by Polski nie było, tylko po to, aby była lepsza. Niestety, obecna Polska po '89 roku została zaprojektowana jako twór słaby, stanowiący dogodne żerowisko dla różnych sitw i grup interesów. Właśnie to należy zmienić i to są współczesne „obowiązki polskie" - odzyskać państwo dla obywateli, by nie musieli z niego uciekać za chlebem.

Państwo polskie będzie takie, jakim je sobie urządzimy. To od nas ma zależeć, czy stanie się dźwignią dla naszych aspiracji. Dlatego warto o nie walczyć.

Zakończę tę część przypomnieniem innego „obowiązku polskiego” z tekstu „Ani dla jednych, ani dla drugich”:

„Naród pojmowany jako wspólnota polityczna, świadoma swych zasadniczych celów, rozumiejąca konieczność posiadania własnej ojczyzny będącej zarówno wspólnym dobrem, jak i niezbędnym narzędziem realizacji tak wspólnotowych jak i indywidualnych aspiracji – ten naród należy dopiero wytworzyć.”

C.D.N.

Gadający Grzyb

wtorek, 3 stycznia 2012

„Ani dla jednych, ani dla drugich”


„Jestem Polakiem więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka.”


I. Narodowa abnegacja

„Nierzadko spotykamy się ze zdaniem że nowoczesny Polak powinien jak najmniej być Polakiem. Jedni powiadają że w dzisiejszym wieku praktycznym trzeba myśleć o sobie nie o Polsce, u innych Polska zaś ustępuje miejsca – ludzkości. Tej książki nie piszę ani dla jednych, ani dla drugich.” Zacytowane tu pierwsze słowa „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego dźwięczą mi natrętnie pod czaszką, gdy przychodzi mi analizować stan dzisiejszego społeczeństwa polskiego. Celowo nie piszę „narodu”, a „społeczeństwa” właśnie, bo do narodu, rozumianego jako coś więcej niż wspólnota czysto etniczna, jeszcze nam dużo brakuje. Naród pojmowany jako wspólnota polityczna, świadoma swych zasadniczych celów, rozumiejąca konieczność posiadania własnej ojczyzny będącej zarówno wspólnym dobrem, jak i niezbędnym narzędziem realizacji tak wspólnotowych jak i indywidualnych aspiracji – ten naród należy dopiero wytworzyć.

Póki co bowiem, cofnęliśmy się cywilizacyjnie i mentalnie do stanu z przełomu XIX i XX stulecia, kiedy to znękane rozbiorami i traumami przegranych powstań społeczeństwo polskie w swej znacznej części przyjęło postawę „wsobną”: urządzić się możliwie najlepiej jak się da w danych warunkach – a czy w Polsce, czy poza Polską, to już kwestia czysto opcjonalna. Jest jednak pewna podstawowa różnica: obecnie społeczne zniechęcenie jest efektem zmęczenia suwerennością oraz zadaniami i obowiązkami, które z tą suwerennością są związane.

II. Jestem Polakiem, ale jakby co...

Wracając do cytatu z Dmowskiego. Ci, dla których „Polska ustępuje miejsca ludzkości” są od dawna zdiagnozowani i mieszczą się w tzw. „Salonie” i jego różnych politycznych emanacjach, które - w pewnym uproszczeniu - gładko przeszły od internacjonalizmu sowieckiego do internacjonalizmu europejskiego. Ten obóz beneficjentów i utrwalaczy III RP dążący, prócz osobistych, kompradorskich korzyści, do przekształcenia Polaków w jakichś mitycznych, utopijnych „Europejczyków” gładko absorbujących kolejne dogmaty lewicowo-liberalnej ideologii został, jak wspomniałem, dobrze rozpoznany i opisany w wielu miejscach i przy wielu okazjach, więc w tym tekście nie będę się nim zajmował. Warto natomiast przyjrzeć się tym, którzy „powiadają, że w dzisiejszym wieku praktycznym trzeba myśleć o sobie nie o Polsce”, bowiem to oni właśnie stanowią dziś przygniatającą większość społeczeństwa i oni poprzez swe wybory decydują o kształcie i przyszłości obecnej Polski.

Niedawno, przy sylwestrowym kieliszku, kiedy impreza weszła w fazę „nocnych Polaków rozmów” miałem okazję pospierać się z młodym biznesmenem. Człowiek sukcesu, ojciec rodziny, właściciel dobrze prosperującej firmy. I przy tym wszystkim kompletnie odseparowany mentalnie od - ujmę to górnolotnie - „sprawy polskiej”. Definiując swoje podejście do kwestii narodowych stwierdził, że oczywiście czuje się Polakiem i tak dalej, ale gdyby „coś się zaczęło dziać” to on zabiera rodzinę i się wynosi. Stanowisko to potwierdziła małżonka, wyrażając przy okazji zadowolenie, że trafiła na takiego właśnie faceta, który sam z siebie prezentuje takie właśnie podejście i nie musi go „urabiać”. Cóż, jest to postawa sformułowana już przez Marię Peszek w słynnej wypowiedzi, że gdybyśmy mieli tu jakieś powstanie, to panna Maria-Awaria nie będzie żadną sanitariuszką, tylko „spierdala stąd jak najdalej”. Rzecz w tym, że mój rozmówca o wypowiedzi Marii Peszek dowiedział się dopiero ode mnie, stanowisko swe zaś sformułował wcześniej, zupełnie samodzielnie.

III. Ucieczka w prywatność

Takich to obywateli ukształtowało ponad 20 lat III RP. To nie są nawet postępowi „europejczycy”, których pragnął wyhodować „Salon”, bo generalnie ludzie ci są obyczajowo dość zachowawczy, czy może raczej – konformistyczni. Cenią sobie materialną stabilizację, życie rodzinne i – ponad wszystko - święty spokój. Dzieje się tak m.in. dlatego, iż czują, że zafundowane im przy okrągłym stole państwo jest strukturą wrogą, zaprojektowaną po to, by zapewnić żerowiska i chronić interesy różnych grup, na co dzień widocznych najlepiej pod postacią pasożytniczej „klasy politycznej”. Widzą, że państwo to nie jest wyrazicielem ich potrzeb, że – najogólniej rzecz biorąc – nie funkcjonuje w ich interesie, tylko w interesie tych, którzy w taki czy inny sposób są w stanie dorwać się do żłobu. Jeśli odniosą osobisty czy zawodowy sukces, nie mają poczucia, że państwo polskie w jakikolwiek sposób do tego sukcesu się przyczyniło, stwarzając chociażby warunki do społecznego awansu, czy ułatwiając działalność w rozmaitych dziedzinach. Ich powodzenie osiągnięte jest mimo państwa, a często wręcz wbrew urzędniczej machinie rzucającej pod nogi najrozmaitsze, absurdalne kłody, utrudniające działalność gospodarczą, czy blokujące dostęp do rozmaitych zawodów. Jeżeli zaś poniosą życiową porażkę, również winią za to „ten porąbany kraj” (na ogół zresztą słusznie) i np. uciekają za chlebem za granicę – najczęściej po to, by już nie powrócić, bo nie ma do czego.

Polska olewa mnie, więc ja olewam Polskę – tak w jednym zdaniu można dziś podsumować relację państwo – obywatel i mechanizm „ucieczki w prywatność”. To i tak istny cud, że w takich warunkach zdołała uchować się 20-30 procentowa grupa tych, których Rymkiewicz określił mianem „wolnych Polaków” - często świeżej daty, obudzonych na skutek smoleńskiego wstrząsu. Ci „wolni Polacy” są zresztą obiektem żywiołowej niechęci, a czasem wręcz nienawiści ze strony biernej większości – nie tylko na skutek medialnej tresury. Również dlatego, że wyłażąc bezczelnie w przestrzeń publiczną ze swymi postulatami i odmienną oceną rzeczywistości, stanowią dla tejże większości nie do końca uświadamiany, ale jątrzący wyrzut sumienia.

Dzieje się tak wskutek tego, że przeciętny Polak dość trafnie diagnozując kondycję polskiego państwa, nie decyduje się by kiwnąć choć palcem w kierunku zmiany obecnego stanu rzeczy. On po prostu, konstatując, że Polska dzieli się na dymających i dymanych, dokłada starań, by dymać samemu i nie pozwolić wydymać się innym. Uczenie nazywa się to „atomizacją” i „rozkładem więzi społecznych”, tudzież „poczucia wspólnoty” i „tożsamości narodowej”.

IV. Zmęczeni suwerennością

Powyższy opis stanowi zarazem odpowiedź na pytanie, dlaczego Polacy reagują obojętnością na postępujące zbywanie naszych prerogatyw państwowych na rzecz ponadnarodowych, unijnych instytucji w ramach „pogłębiania integracji”, czy wręcz na lekko tylko zawoalowany protektorat Niemiec. Dlaczego tak potulnie przyjęli do wiadomości oficjalną wersję katastrofy smoleńskiej i to co Ruscy wyprawiali ze śledztwem. Dlaczego wreszcie reagują alergicznie na „pisowskich awanturników”, co to „potrząsają szabelką”. Wiadomo - gdybyśmy postawili się Ruskim, to wynikłyby z tego kłopoty, Niemcy zaś fundują nam unijną „michę”, więc nie ma co się sadzić. Krótko mówiąc, zarówno wśród naszych „elit” jak i szerokich mas społeczeństwa po dwóch dekadach ciągłej szarpaniny nastąpiło coś, co określam mianem „zmęczenia suwerennością”.

Ujmę to tak: przywoływany na wstępie Dmowski stwierdził „Jestem Polakiem więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka”. Dzisiejsi Polacy – od góry do dołu – gremialnie odmawiają przyjęcia na siebie tych „obowiązków polskich”. Ba, mają nawet problemy z ich zdefiniowaniem. Poczuwanie się do obowiązków skutkuje bowiem szeregiem niedogodności. Można się narazić. Na poziomie państwowym – wejść w paradę ościennym potęgom; na poziomie zwykłego człowieka – zadrzeć z gminnym kacykiem, zblatowanym urzędnikiem, czy wpływowym biznesmenem. Elity społeczno-polityczne jawnie dążą do scedowania „jak najwięcej kompetencji, zwłaszcza strategicznych, na ponadnarodowe gremia i niech one się martwią, nawet jeśli za tymi gremiami stać będą Niemcy dogadujący kluczowe sprawy z Rosjanami. Zostawmy sobie kompetencje nadzorców autonomicznej prowincji i stosownie do tego zmniejszoną odpowiedzialność przed wyborcami.” (więcej w notce - „Obrotowa bliska zagranica”) Cóż więc wymagać od szarych obywateli, dodatkowo przyuczanych do bierności przez dziesięciolecia komunizmu i dostających konsekwentnie po tyłkach za wszelkie „wychylanie się”.

V. Obowiązki polskie

Jeszcze jeden cytat z Dmowskiego, ostatni: „Jestem nim (Polakiem – GG) nie dlatego tylko, że mówię po polsku, że inni mówiący tym samym językiem są mi duchowo bliżsi i bardziej dla mnie zrozumiali, że pewne moje osobiste sprawy łączą mnie bliżej z nimi, niż z obcymi, ale także dlatego, że obok sfery życia osobistego, indywidualnego znam zbiorowe życie narodu, którego jestem cząstką, że obok swoich spraw i interesów osobistych znam sprawy narodowe, interesy Polski, jako całość, interesy najwyższe, dla których należy poświęcić to, czego dla osobistych spraw poświęcić nie wolno.” (wytłuszczenia moje - GG)

Skonfrontujmy te słowa z obecnym stanem ducha Polaków. Otóż w większości nasi rodacy pozostali na poziomie wspólnoty „etnicznej”, niczym ów przywoływany wyżej biznesmen, który „czuje się Polakiem”, ale „jakby co”, to on się stąd wynosi, bo gdzie indziej też można się urządzić. Mamy rozpaczliwy deficyt świadomości istnienia dobra wspólnego: Polacy nie znają „spraw narodowych”, tych „interesów Polski”, „dla których należy poświęcić to, czego dla osobistych spraw poświęcić nie wolno”. Więcej nawet: kategorycznie odmawiają przyjęcia do wiadomości samego ich istnienia.

I tu tkwi źródło pęknięcia, które według Rymkiewicza się „już nie sklei”. Podziału na tych przyjmujących i próbujących realizować (może czasem w niedoskonały sposób) „obowiązki polskie” i tych, którzy owych obowiązków nie chcą widzieć, znać, ani tym bardziej zrezygnować dla nich z czegokolwiek. Co te dwie grupy mogą sobie powiedzieć, co mają sobie nawzajem do zaoferowania? Odwojowanie społecznej większości, tkwiącej na własne życzenie w narodowej abnegacji to zadanie na pokolenie. Udało się to Narodowej Demokracji pod rozbiorami, więc może uda się i tym razem.

Dlatego tak ważne jest budowanie oddolnych, alternatywnych wobec mainstreamu struktur, tego „drugiego obiegu 2.0”, który tak ostatnio rozdrażnił pana Warzechę a propos „Przebudzenia” Joanny Lichockiej. Ów „drugi obieg 2.0” potrzebny jest nam m.in. po to, by z tych quasi-podziemnych pozycji wychodzić w przestrzeń publiczną i „polityzować masy”. Bez flirtów i koncesji na rzecz głównego nurtu, bo on jest w niepodzielnym władaniu obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, który to obóz najżywotniej jest zainteresowany utrzymaniem obecnego stanu rzeczy i dlatego każdego naiwniaka pragnącego wchodzić z nim w konszachty przeżuje i wypluje. To są dzisiejsze obowiązki polskie - „dla których należy poświęcić to, czego dla osobistych spraw poświęcić nie wolno”.

Inaczej Polska niedługo zwyczajnie zniknie. A gdy już zniknie, to nie będzie jej nie tylko dla lemingów. Nie będzie jej również dla nas. Nie będzie jej ani dla jednych, ani dla drugich. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku.

Gadający Grzyb

P.S. 2 stycznia minęła 73 rocznica śmierci Romana Dmowskiego.


PPS. Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/obrotowa-bliska-zagranica

http://niepoprawni.pl/blog/287/domkniety-system-cz-i-%E2%80%93-rok-pogardy

http://niepoprawni.pl/blog/287/domkniety-system-cz-ii-%E2%80%93-czas-rozkladu

piątek, 20 sierpnia 2010

Na czerwonym rowerku.


Lewackie korzenie pseudoprawicowego żydożerstwa.

Od jakiegoś czasu nurtowało mnie pytanie: jak to jest, że ludzie uważający się za prawicowców powtarzają tezy, które taką popularnością cieszą się na mieżdunarodnych lewicowych salonach? Skąd obsesja na punkcie Izraela, żydowskiej międzynarodowej finansjery i ogólnie rzecz biorąc – żydowskiej wszechwładzy nad światem?

I. Sowieckie korzenie.

Otóż, jest to nic innego, jak pokłosie „antysyjonistycznej” propagandy Związku Radzieckiego i reszty demoludów, podchwyconej przez zachodnie lewactwo z „pokolenia 68” (w nieformalnej nomenklaturze GRU - „gównojadów”) i kultywowanej przez lewicę do tej pory. Oczywiście, można by pogrzebać nieco głębiej i przypomnieć syna rabina – niejakiego Karola Marksa, dla którego Żyd był synonimem wyzyskiwacza, (co bardzo spodobało się socjaliście – Hitlerowi, prawem kaduka przypisanego przez komunistów „prawicy” i to „skrajnej”). Można też nadmienić o zawsze silnej w Rosji carsko – cerkiewnej tradycji pogromów, której „ochraniarskim” wykwitem są popularne po dziś dzień w niektórych kręgach „Protokoły mędrców Syjonu”.

Niemniej, by nie przeciągać wywodu, wystarczy cofnąć się do czasów Zimnej Wojny, gdzie antyżydowska (czy też, jak kto woli - „antysyjonistyczna”) retoryka zajmowała w sowieckiej propagandzie poczesne miejsce jako imperialistyczny straszak.

Jednym z kluczowych regionów na geopolitycznej szachownicy był i jest Bliski Wschód. Zarówno ZSRR jak i USA poszukiwały tam sojuszników. W rozgrywce tej Izrael stał się forpocztą Zachodu i praktycznie jedynym gwarantem, że region nie wpadnie w łapy komunistów. Otaczało go morze arabskiego żywiołu wspieranego przez ZSRR, który dostarczał broń, specjalistów (jak w Korei, Wietnamie i Afryce) i szkolił w swych obozach „bojowników” od „towarzysza Arafata”.

Kiedyś rozumiała to polska ulica, która cieszyła się, gdy „nasi Żydzi” prali „ich Arabów”.

Broniący swej niepodległości Izrael stał się zatem jednym z głównych obiektów ataków sowieckiej propagandy, jako „sługus amerykańskiego imperializmu”, a że zachodnia lewica była w znacznej mierze finansowana przez KGB i GRU, odpowiedni stosunek do Izraela stał się również jej tożsamościowym wyznacznikiem, jako pochodna lewicowego antyamerykanizmu.

Trwa to po dziś dzień, albowiem ówcześni „kontestatorzy” stanowią dziś establishment – polityczny, ideowy, uniwersytecki, medialny - wychowawszy sobie po drodze kolejne pokolenie naśladowców zaludniających antyglobalistyczne zadymy. Nie bez kozery tak popularne w środowiskach lewackich stały się „arafatki”, podobnie jak koszulki z „Che” Guevarą, wcześniej zaś znaczki z Mao. Proste jak w pysk dał: jesteś przeciw amerykańskim imperialistom i kapitalistycznym wyzyskiwaczom? To musisz być również przeciw „zbrodniczej” polityce Izraela, który śmie bronić się przed zamachami i ostrzałem rakietowym ze strony „niepodległościowych bojowników”.

Zimnowojenne powiązania i antagonizmy przetrwały i zostały zaadaptowane do obecnych realiów. Dla Rosji wciąż wrogiem nr 1 są Stany Zjednoczone i NATO, a co się z tym wiąże – również Izrael, dlatego też tradycyjnie prorosyjska (prosowiecka) i antyamerykańska lewica Zachodu jednoznacznie opowiada się po stronie popieranych przez Rosję, a śmiertelnie wrogich Izraelowi państw arabskich, bezkrytycznie wspierając świat islamu w jego jihadzie przeciw „małemu (Izrael) i wielkiemu (USA) szatanowi”. Teorii o zamachu na WTC, jako spisku CIA i Mossadu, kiedy to żydowscy pracownicy mieli rzekomo nie przyjść feralnego dnia do swych biur nie wymyślił, bynajmniej, prawicowy oszołom.

II. Lewacka prawica.

Mimo to, w niektórych środowiskach polskiej „prawicy” tego typu teorie, podobnie jak cała reszta „żydożerczego” nastawienia cieszą się sporym wzięciem. Saakaszwili, to produkt amerykańsko – żydowskiego chowu. Palestyńscy terroryści to uciśnieni „bojownicy” walczący z „okupantem”. Polska zamiast w stronę Zachodu powinna pójść w stronę Rosji w nadziei na „wielkie korzyści gospodarcze”. Ameryką rządzą Żydzi. Światowej gospodarki nie niszczą nieodpowiedzialne rządy zadłużające swoje kraje dla podtrzymania „socjalu”, niszczące walutę i obracające coraz większą ilością wirtualnego pieniądza, tylko żydowscy spekulanci. To, że owi spekulanci nie mieli by się czym pożywić, gdyby rządy raczyły przestawić gospodarki swych krajów z głowy na nogi i nie wykazywały się na każdym kroku oportunizmem, tchórzostwem, brakiem kompetencji i nie dotowały np. padających instytucji finansowych – to, do tropicieli Żydów nie trafia. Winien jest spisek międzynarodowych finansistów o mięsistych nosach, którzy do spółki z Izraelem kręcą światem.

Mamy zatem do czynienia z nader osobliwym tworem – lewacką prawicą, która powtarza zasadniczo znane od czasów ZSRR tezy propagandowe z zapałem, którego nie powstydziłyby się „La Repubblica”, „El Pais”, czy inny „Le Monde”, nie mówiąc już o komunistycznych przekaziorach doby moczarowszczyzny. Oczywiście, wszystko to zanurzone jest w patriotycznej, bogoojczyźnianej frazeologii, ale gdy głębiej poskrobać...

III. Dlaczego?

No dobrze, objawy znamy, ale jakie są przyczyny tej aberracji, która powoduje, że - jak sądzę - szczerzy patrioci, zamiast rozpatrywać racjonalnie interesy Izraela i żydowskiej nacji, analizować gdzie są zgodne, a gdzie sprzeczne z naszymi i co w związku z tym powinniśmy zrobić, dostają „małpy” na hasło „Żyd” a nie dostają podobnej na hasło „Francuz”, czy „Rosjanin”?

Cóż, jestem zdania, że jest to związane z zagładą, jaka na skutek rozlicznych dziejowych okoliczności dotknęła szeroko rozumiany obóz Narodowej Demokracji. Otóż, z przedwojennego, wielonurtowego ruchu do dnia dzisiejszego przetrwała grupa, która idee narodowe doprowadziła do ponurego absurdu. Zamiast trzeźwej kalkulacji politycznej, mamy mętny, mesjanistyczny panslawizm, który sprowadza się w praktyce do prorosyjskiego „pożytecznego zidiocenia”. Racjonalny krytycyzm wobec roszczeń części żydowskiej diaspory (tzw. „przedsiębiorstwo holocaust”), czy zadekretowanego przy Okrągłym Stole modelu przemian zastąpiony został tezą o żydowskiej wszechwładzy i badaniem napletków przedstawicieli szeroko rozumianych „elit” (bo wiadomo – Polak, nie oszukałby Polaka) i.t.d.

Nie ma to wiele wspólnego z sensem politycznej spuścizny Romana Dmowskiego, który zwykł bazować na chłodnej politycznej kalkulacji, ma za to wspólnego bardzo wiele ze zwasalizowanymi przez komunę twardogłowymi nurtami od Bolesława Piaseckiego, tudzież popierających Jaruzela i stan wojenny Jędrzeja i Macieja Giertychów. Najwięcej zaś z moczaryzmem, wspartym przez żydożercze resentymenty jeszcze carsko - cerkiewnego chowu zaadaptowanymi sprawnie przez „czerwonych carów” komunizmu. Nic dziwnego, że przy różnych okazjach, nasi pożal się Boże „narodowcy” mówią i zachowują się niczym kolejni przedstawiciele moskiewskiej „agentury opinii”.

Jakoś tak się stało, że w pełni uzasadniona nienawiść do wykorzenionych ubeckich oprawców, tudzież aparatczyków żydowskiego pochodzenia, którzy zaprzedali się czerwonej barbarii, splotła się w ich umysłach w jedno z nienawiścią do Izraela – sojusznika antykomunistycznej Ameryki i poparciem dla sojuszniczych wobec Kremla Arabów... Wychodzi ogólne popierdzielenie.

Osobiście przypuszczam, że to efekt przeżarcia środowisk post – endeckich (również emigracyjnych) przez peerelowską i rosyjską agenturę, ale rzecz jasna, nie mam dowodów. Mogę jedynie spekulować na podstawie widocznych zachowań. Jeżeli np. w towarzystwie Kazimierza Świtonia broniącego papieskiego krzyża na Żwirowisku pojawia się natychmiast jakiś „były” esbek, to mogę jedynie współczuć Świtoniowi i skonstatować, że Ruskim i ich sługom w Polsce zależy: po pierwsze - na kompromitacji szeroko rozumianych sił patriotycznych, po drugie – na zbudowaniu własnej, prorosyjskiej „prawicy” zdolnej do stumanienia jak największej liczby wyborców i odebrania ich tym niepodległościowym siłom, które mogłyby realnie coś dla Polski zrobić, bez licytowania się radykalizmem i wykrzykiwania o zdradzie.

Krótko mówiąc – ród olbrzymów, jakim niegdyś był obóz Narodowej Demokracji, zdegenerował się na przestrzeni dziesięcioleci do rodzinki groteskowych gnomów, której przekaz został zredukowany do obsesyjnego poszukiwania Żydów, tępego popierania polityki rosyjskiej (proszę sprawdzić, co mówiono i pisano w „narodowych” mediach podczas wojny gruzińskiej w 2008 roku) i bełkotliwego słowiańskiego mesjanizmu.

Obozu narodowego, który w przytomny, racjonalny politycznie sposób gotów byłby chwycić się za bary z wyzwaniami współczesności, próżno szukać.

Podsumowanie.

Osoby epatujące teoriami o syjonizmie kręcącym światem i doszukujące się wszędzie zakamuflowanych bądź jawnych Żydów uważają się za prawicowców i antykomunistów. Takie jest ich autentyczne, subiektywne przeświadczenie. Niestety, obiektywnie rzecz biorąc, są nieświadomymi sojusznikami międzynarodowego lewactwa nafaszerowanego sowiecką propagandą. Tak, tak, państwo „narodowcy”. Pedałujecie z lewicą na tym samym, czerwonym rowerku.

Gadający Grzyb

P.S. Temat „siedział” we mnie od dawna, ale wolałem zaczekać aż ucichną emocje wokół działalności Chłopa Ze Wsi. Dlatego napisałem notkę dopiero teraz.

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

niedziela, 11 stycznia 2009

Jednak bliżej Dmowskiego…

Roman Dmowski

…czyli egzegeza stanu duszy współczesnego „nowoczesnego Polaka”.

Przeczytałem inspirujący post FYM’a. Potem przeczytałem merytoryczne komentarze i nieco mniej inspirującą wymianę uprzejmości między szanownymi współbloggerami. W związku z powyższym, podnoszę dwa paluszki w górę i zgłaszam kilka uwag.

1) Ziemkiewicz w swoim artykule nie napisał nic nowego. Była to kompilacja wątków rozrzuconych po jego dotychczasowych felietonowo – książkowych publikacjach. Szczerze mówiąc, byłem nieco rozczarowany – myślałem, że artykuł inspirowany 70 – tą rocznicą pogrzebu Romana Dmowskiego przyniesie jakieś nowe przemyślenia. Jedno jest pewne: Ziemkiewicz od lat ma wyrobioną opinię zarówno na temat Radia Maryja, jak i sposobu w jaki współczesne „post-endeckie” ugrupowania kultywują, nader wybiórczo, spuściznę przedwojennej Narodowej Demokracji. Wystarczy przeczytać jego „Polactwo” i felietonistykę. Krótko – imputowanie Ziemkiewiczowi jakiegoś doraźnego koniunkturalizmu w jego krytycyzmie wobec Rydzyka, czy formacji politycznych odwołujących się do endeckiej tradycji, to trafienie kulą w płot. Można się z jego oceną nie zgadzać, ale dorabianie mu gęby salonowego sprzedawczyka, to jednak lekka przesada.

2) Na ile mogę wniknąć w duszę RAZ-a, wyraża on po prostu rozczarowanie stanem umysłów ludzi, którzy umieszczając ochoczo Dmowskiego na sztandarach, wyciągają z jego wielowątkowego dorobku polityczno – intelektualnego anachroniczne wnioski. Ziemkiewicz nie raz wspominał o endeckich tradycjach swojej rodziny. Nie raz wyrażał się krytycznie o rządach Sanacji (np jego „Plamy na pomniku” w „Rzepie”, link - http://www.rp.pl/artykul/222966.html). Natomiast myśl przewodnią inkryminowanego artykułu „Pusta trumna…” można by streścić w krótkiej trawestacji: „dziś prawdziwych endeków już nie ma…” Dla Ziemkiewicza, Radio Maryja i dzisiejsze postendeckie formacje, to chore klony zaczadzone towiańszczyzną i panslawistycznymi miazmatami. Czyli, uczniowie dali się uwieść fantasmagoriom, zdradzając tym samym Dmowskiego – Mistrza, który na polskim gruncie był ojcem – założycielem nowoczesnego politycznego realizmu. Innymi słowy, RAZ uważa, że głównym błędem neoendecji (rozumianej zarówno w wymiarze politycznym, jak i intelektualnym) jest niewolnicze trzymanie się doraźnych rozwiązań proponowanych przez Dmowskiego w ówczesnej sytuacji geopolitycznej i bezkrytyczna ekstrapolacja ich w czasy współczesne, przy zaniechaniu podstawowej nauki Mistrza: sztuki twardej, politycznej kalkulacji. To dlatego, wg Ziemkiewicza „trumna Dmowskiego (…) jest w istocie od dawna już pusta”.

3) Ziemkiewicz, który, sądząc po jego publikacjach, dogłębnie przyswoił sobie dorobek Dmowskiego i wyciągnął z niego własne wnioski, rozgląda się po Polsce, świecie i pyta: gdzie jest endecja na miarę naszych czasów? Endecja, która mogłaby sprostać współczesnym wyzwaniom – zdolna zdefiniować nasz narodowy interes i skutecznie, politycznie, o tenże interes walczyć, tak, jak walczą o swoje narodowe interesy inne państwa – Niemcy, Wlk. Brytania, USA, czy Francja (tak, tak, nawet spostponowany przeze mnie, „błazen Sarkozy”, gdy zdał sobie sprawę, że wyżej d…y nie podskoczy, skoncentrował się ostatecznie na geszefcikach mogących przynieść korzyść państwu, któremu prezydentuje – wszak mamy zakupić od nich atomową elektrownię).

4) Podsumowując, (sorry, ze wciąż o RAZ–ie, ale od jego artykułu wszystko się zaczęło): on najprawdopodobniej czuje się kontynuatorem naczelnej zasady Dmowskiego (w uproszczeniu): wywalczyć, ile się da dla Polski w danych warunkach geopolitycznych – i dotyczy to zarówno polityki zagranicznej, jak i niezbędnych reform wewnętrznych. Patrzy, analizuje, po czym… rozczarowuje się co do kolejnych formacji i, personalnie, co do polityków (stąd zapewne jego kąśliwości pod adresem Jarosława Kaczyńskiego, a wcześniej – Korwin-Mikkego). Używając języka „Gazety Wyborczej”, można by nazwać go frustratem.

Tyle tylko, że podobnym frustratem jestem ja sam – widzę Polskę, jako krainę wielkich szans i możliwości. Głosuję na partie, które, gdyby kierowały się politycznym racjonalizmem sprzęgniętym z duchem patriotyzmu i miały niezbędne minimum kompetencji w sferze zarządzania tak skomplikowanym organizmem jak Państwo, powinny były już dawno odblokować mechanizmy rzeczywistego awansu społeczno – materialnego dla tubylczej ludności, ustanawiając zarazem konserwatywne prawa cywilizacyjno - kulturowe, które stanowiłyby tamę dla światowego wszech-lewactwa. Aha, przydałoby się jeszcze, żeby umiały na forach międzynarodowych skutecznie praw tych bronić.

Inaczej Narodu się nie zrobi.

Zakończę fragmentem refrenu popularnej szanty:

„…w każdej chwili płynę w taki rejs

tylko, gdzie to jest

gdzie to jest?”

Gadający Grzyb

http://niepoprawni.pl/blog/74/blizej-michnika-niz-rydzyka

pierwotna publikacja 10.01.2009 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/jednak-blizej-dmowskiego%E2%80%A6