Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autorzy niepokorni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autorzy niepokorni. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 lutego 2013

Prawicowi celebryci i zakon „świętych Jerzyków”

Do prawicowych celebrytów: nie próbujcie więcej odgrywać Bóg wie kogo, bo kończy się to żenadą i potem tylko ludzie się z was śmieją.

I. „Święci Jerzykowie”

Znana i ceniona blogerka elig opublikowała ciekawy wpis „Pokorni czytelnicy i niepokorni autorzy” w którym odniosła się do głosów krytyki pod adresem publicystów, którzy wrócili do publikowania w hajdarowiczowskiej „Rzeczpospolitej”. Elig uświadamia nam, że dziennikarze to nie są jacyś herosi w typie św. Jerzego – pogromcy smoka – tylko ich rola jest zgoła odmienna: rzetelne informowanie czytelników, docieranie do nich z faktami tudzież opiniami i z tego punktu widzenia, powrót kilku prawicowych celebrytów na łamy „Plus Minus” (które z kolei stanowi autonomiczny quasi-tygodnik w ramach „Rzepy”) jest dla czytelników korzystne.

I wszystko zgoda, wszystko racja, gdyby nie ten drobny szczegół, że sami ci publicyści od dłuższego czasu kreowali się ni mniej ni więcej, tylko właśnie na takich „świętych Jerzych” i rycerzy w lśniących zbrojach. To oni ometkowali się „brandem” „autorów niepokornych” i wyszli poza tradycyjną, dziennikarską rolę, pretendując do roli bojowników o wolność słowa, działaczy społecznych walczących o równouprawnienie w przestrzeni publicznej pozamainstreamowego przekazu, liderów „drugiego obiegu” i tak dalej. Szczytem tego „opozycyjnego wzmożenia” było odejście z „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” po pacyfikacji obu tytułów przez Grzegorza Hajdarowicza, spuentowane gromkim zapewnieniem Rafała Ziemkiewicza, że „nigdy z Hajdarowiczem nie będzie w aliansach”.

No cóż, już wtedy, w tekście „Słupy układu”, generalnie chwaląc pryncypialną postawę załogi „Uważaka”, wyraziłem nieśmiałą obawę: Miejmy tylko nadzieję, że nie zaczną się łamać pod wpływem brutalnej rzeczywistości i nie zaczną się ciche powroty, bo wtedy heroizm zamieniłby się w farsę - ku uciesze reszty zblatowanych z władzą mediodajni.” I niestety, farsa się odegrała – wprawdzie powrót nastąpił nie do „URz”, tylko do „Rzepy”, ale różnica to de facto żadna – Hajdarowicz jest ten sam.

Zwróćmy uwagę – gdyby ci panowie nie sadzili się tak ostro, nie wchodzili w buty jakiejś niby-politycznej opozycji, tylko po prostu wykonywali swą dziennikarsko-publicystyczną robotę, to nikt by się ich nie czepiał, że publikują tu czy tam, nikt by im nie zaglądał do kieszeni w poszukiwaniu hajdarowiczowskich srebrników. Tak jak nikt nie czepia się prof. Andrzeja Nowaka, że udzielił wywiadu dla „Plusa Minusa”. Nie dlatego, że nikt nie śmie, tylko dlatego, że prof. Nowak nie odstawiał cyrku z trzaskaniem drzwiami.

Tymczasem, „nasi” prawicowi celebryci taki cyrk odstawili i to z przytupem, a teraz dziwią się, że ktoś ICH - „autorów niepokornych” - trzyma za słowo. No, niewyobrażalne. Rycerze zakonu „Świętych Jerzyków” są zaskoczeni, zniesmaczeni i w ogóle nie rozumieją o co chodzi...

II. Brand „niepokornych”

Wróćmy jeszcze na chwilę do „brandu” „niepokornych”. Handlowego terminu „brand” używam nie bez przyczyny. Otóż, z perspektywy czasu uważam, że ową „niepokorność” potraktowali oni jako jako markę, znak handlowy, pozwalający na sprzedaż ometkowanych tymże znakiem towarów. O rynkowej sile tej marki świadczy fakt, że Jacek Karnowski zapowiedział proces przeciw obecnemu „URz” o podtytuł „tygodnik autorów niepokornych”. Prawicowa gawiedź miała zapełniać salę w „Klubie Ronina”, cieszyć się z dowcipasów Warzechy, kupować ich tytuły prasowe, książki, klikać w „niepokorne” portale... a oni mieli odgrywać rolę intelektualnych „liderów opinii”, łaskawie pozwalających się okadzać. I chyba autentycznie sądzili, że uda się im zaczarować odbiorców na tyle, że ci przełkną każde ich dziwne manewry. A tu zaskoczenie: jednak nie przełknęli.

Doprawdy, trudno nie przyznać tu racji Toyahowi, czy Coryllusowi, którzy ten szwindel rozgryźli już dawno temu, za co zbierają notoryczne cięgi od rozindyczonych komentatorów, za „rozbijanie prawicy” i „atakowanie naszych”. Do mnie, przyznam się, świadomość ta docierała dość opornie, może instynktownie broniłem się przed rzeczywistością. Niemniej, od ponad roku pogłębiała się we mnie nieufność wobec gwiazd prawicowej sceny publicystycznej. Po raz pierwszy dałem temu wyraz w notce ze stycznia 2012 roku „Spór o drugi obieg z blogerskiego punktu widzenia”, w której zaprotestowałem gwałtownie przeciw różnym uroszczeniom prawicowych „liderów opinii”, kreujących się na drugoobiegowych guru. Przyleźli, cholera, na gotowe i z miejsca ustawiają się na czele.

Przepraszam za poniższe autocytaty, ale obawiam się, że części Czytelników nie będzie się chciało klikać w archiwalne teksty, więc pozwolę sobie przytoczyć niektóre fragmenty:

„Co, myśleliście, że sami przyszli, bo się w nas nagle zakochali? A skoro zostali już wyrzuceni na margines, to zaczęli się rozglądać i kombinować (nawyk zawodowy), jakby tu sobie urządzić odskocznię do powrotu gdy karta się odwróci i zagospodarować publikę. Łatwo im idzie, bo w sumie przyszli na gotowe, grunt przygotował kto inny.” (...)

„Teraz zmuszeni są od czasu do czasu poocierać się o nas, a nawet wydusić okazjonalnie kilka zdawkowych słów pochwały i pokokietować, bo przecież ktoś musi oglądać te filmy, kupić „Uważam Rze”, zapełnić salę na spotkaniu, nagłośnić w sieci jakąś inicjatywę, czy kliknąć na portal braci Karnowszczaków, ale nie łudźmy się. Dla spadochroniarzy z głównego nurtu stanowimy mierzwę, niczym – uczciwszy proporcje - „Solidarność” dla KOR-owskich „doradców”.

(…) „zawodowi publicyści sprawiają wrażenie, że w ich świadomości drugi obieg się narodził dopiero wówczas, gdy parę osób z ich grona zostało do tego drugiego obiegu wyrzuconych. Tak to zgrabnie filtrują rzeczywistość przez pryzmat swej branży. No ludzie...”

Kolejnym etapem, skoro już pod wpływem elig wszedłem w osobistą retrospektywę, było rozczarowanie zamilczaniem przez „zawodowców” blogosfery – i to mimo Kongresu Mediów Niezależnych - czemu dałem wyraz w tekście „Dwa światy” z czerwca 2012.

"Minimum wzajemności w relacjach – tego należy bezwzględnie wymagać od światka „naszych” żurnalistów, jeśli faktycznie ciągniemy w tym samym kierunku.

Na razie jednak sytuacja przedstawia się tak, jakby trwała jakaś podskórna batalia o monopolizację „niezależnego” przekazu – i to bynajmniej nie ze strony blogosfery. Przeciwnie, to raczej w odniesieniu do profesjonalnych dziennikarzy i tworzonych przez nich mediów można mieć wrażenie, iż programowo ignorując blogosferę dążą, by za wszelką cenę wypchnąć ją z szerszej świadomości, zanim jeszcze się na dobre w niej zagnieździła. Robią miejsce dla siebie: jedynych uprawnionych przedstawicieli - ust, piór, kamer i mikrofonów - „wolnego słowa”, tudzież „opcji niepodległościowej”. Trafili do „drugiego obiegu” wyrzuceni z głównonurtowych mediodajni, przychodząc niejako „na gotowe”, gdyż podglebie stworzyła przed nimi właśnie blogosfera – i zawłaszczają przekaz, bezwzględnie grając na siebie.”

Ostatecznie wyzbyłem się złudzeń przy okazji sprawy Grzegorza Brauna i parszywego zachowania „prawicowych celebrytów”, którzy nagle uznali za koniczne odcinać się na wyprzódki od „ekstremizmów” - pod wpływem absurdalnej nagonki rozpętanej przez „Wyborczą” dwa i pół miesiąca po słynnym dziś spotkaniu w „Klubie Ronina”. Najwyraźniej doszli do wniosku, że tacy nieobliczalni wariaci jak Grzegorz Braun, który zawsze mówi to co myśli, szkodzi ich pieczołowicie cyzelowanemu „brandowi” „autorów niepokornych”.

Potem jeszcze dowiedziałem się, że żaden z tych gwiazdorów nie zainteresował się losem trzech młodych ludzi bezpodstawnie przetrzymywanych w areszcie na Białołęce od czasu Marszu Niepodległości – mimo że ich znajomi alarmowali o tym wszelkie możliwe „nasze” media. Pewnie nie mieli czasu, by się przejechać na tę Białołękę, bo byli zajęci pielęgnowaniem własnej niepokorności.

III. Wyjście z sytuacji

I już krótko na sam koniec. Czy widzę dla „naszych” celebrytów wyjście z arcygłupiej sytuacji w którą sami się wpędzili? Owszem. Niech powiedzą jasno i wyraźnie: jesteśmy dziennikarzami, zarabiamy pisaniem na życie i będziemy publikować wszędzie tam, gdzie nam zapłacą i zanadto nie ocenzurują, starając się dotrzeć do maksymalnej liczby odbiorców. To będzie jasne i uczciwe postawienie sprawy, tym bardziej, że często faktycznie mają coś ciekawego do powiedzenia. Sądzę, że wielu odbiorców produkowanych przez nich treści naprawdę potrafi oddzielić to co oni piszą od całej reszty.

Tylko niech nie próbują więcej odgrywać Bóg wie kogo, bo kończy się to żenadą i potem tylko ludzie się z nich śmieją.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Jeśli chodzi o tę część tekstu elig w której porusza kwestię blogosfery - nie odniosłem się, bo o swoim spojrzeniu na tę tematykę niedawno pisałem w tekście: http://niepoprawni.pl/blog/287/blogosfera-swiatlo-odbite

sobota, 15 grudnia 2012

Prawicowi celebryci a sprawa Grzegorza Brauna

Za Braunem nie ujęli się ci, którzy powinni to zrobić w pierwszym rzędzie – musi więc uczynić to blogosfera.

I. Katofaszysta Grzegorz B.

Niezależna od rozumu, za to nadrabiająca dyspozycyjnością warszawska prokuratura postanowiła symbolicznie, w samą rocznicę stanu wojennego, wszcząć śledztwo w sprawie Grzegorza Brauna. Podstawą postępowania jest artykuł 255 paragraf 2 Kodeksu Karnego, który stanowi: „Kto publicznie nawołuje do popełnienia zbrodni, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3". Do tego dochodzą zarzuty z czasu wrześniowej ekshumacji na Powązkach - „uderzenia ręką w przedramię policjanta w celu zmuszenia go do zaniechania czynności służbowej oraz wdarcia się na obszar cmentarza i nieopuszczenia "ogrodzonego terenu" na żądanie osób uprawnionych. Grozi za to do trzech lat więzienia.” (cyt. za rp.pl)

Dodajmy, że do prokuratury są z całą zwierzęcą powagą majestatu prawa wzywani świadkowie, czyli uczestnicy spotkania w Klubie Ronina – w tym blogerzy: Coryllus, Toyah, Kamiuszek. Cała ta heca jest oczywiście typowym uderzeniem punktowym i ma na celu wywołanie efektu zastraszenia w ramach pełzającej represjonizacji życia publicznego. Podpompowana jest medialną histerią rozpętaną przez Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, skorelowaną z wyraźnymi sygnałami politycznymi płynącymi ze strony Dyktatury Matołów, która postanowiła nagle walczyć z „mową nienawiści”. Chyba nikt nie ma złudzeń, że bez tej medialno-politycznej podkładki „niezależna prokuratura” siedziałaby cicho, tak jak siedziała przez niemal trzy miesiące, jakie minęły od czasu tyrady Grzegorza Brauna na temat przesądów inteligencji.

Tak się to robi. Jest zapotrzebowanie na dokręcenie śruby, więc wynajduje się pretekst mający owo „dokręcenie” uzasadnić – mimo że zapis ze spotkania wisiał sobie w necie przez czas dłuższy i nikt jakoś dziennikarzy z Czerskiej i Wiertniczej nie pozabijał.

II. Podłość „naszych”

Jednak nie opisywana tu hucpa jest wbrew pozorom kwestią najbardziej bulwersującą w całej tej sprawie. Najbardziej ponurą groteską jest tu bowiem zachowanie tzw. „naszych” dziennikarzy i „naszych” polityków, którzy się gremialnie na Grzegorza Brauna wypięli. Ba, postanowili się wręcz od niego demonstracyjnie odciąć, płodząc na wyprzódki jakieś kuriozalne oświadczenia, których wymowa sprowadza się do tzw. „świergolenia”, jak to z całą mocą od ekstremistycznych poglądów Brauna się dystansują i generalnie, wicie-rozumiecie, proszę nas do tego nie mieszać.

Zwróćmy uwagę: nikt im nie kazał tego robić. Nikt ich nie straszył, że jeśli nie złożą publicznie odpowiednich wyrazów, to zostaną oskarżeni z tego samego artykułu i paragrafu z sankcją do trzech lat pozbawienia wolności. Oni sami z siebie uznali za stosowne i konieczne zachować się w taki właśnie sposób. Podłość i głupota walczą tu o lepsze.

Pisałem już o tym pod koniec tekstu „Katofaszysta Grzegorz B”, ale muszę tu rozwinąć. Otóż Grzegorz Braun był ich kolegą. Zapraszali go na spotkania, dyskutowali z nim, przeprowadzali wywiady, fetowali jego filmy. Ba – kibicowali jego szarpaninom z policją, czy słowom o arcybiskupie Życińskim. Podczas publicznych spotkań wypowiedzi Grzegorza Brauna i spektrum prezentowanych przezeń poglądów na różne tematy nie odbiegały od tego, co mówił we wrześniu w „Klubie Ronina”. Zarówno przedtem, jak i po spotkaniu w „Hybrydach” nikt z prawicowych gwiazdorów nie uważał za konieczne się odcinać, przyjmując co bardziej radykalne „teksty” Brauna w najgorszym razie za rodzaj ekscentryzmu, bądź publicystycznego przejaskrawiania. Nie widzieli również powodów, by publicznie deklarować swój negatywny stosunek do kwestii rozstrzeliwania za zdradę – w tym sprzedajnych pracowników mediodajni. Aż do momentu, gdy „sprawę” postanowiły z tego zrobić TVN i „Wyborcza”.

Czy biorąc pod uwagę powyższe, Braun mógł liczyć co najmniej na przyjazną neutralność gwiazd prawicowej publicystyki, co to są gotowi nawet się procesować o prawo do miana „autorów niepokornych”? Tymczasem, spośród tego tłumu „niezależnych” i „antysystemowych” celebrytów, w obronę wzięła go bodaj jedna, jedyna Ewa Stankiewicz. Żaden z braci Karnowskich, żaden Ziemkiewicz, Warzecha, Terlikowski, Sakiewicz... I chyba nawet nie jest im z tego powodu głupio. Dla mnie jest to świństwo i podłość stawiające pod potężnym znakiem zapytania wiarygodność ich publicznej działalności.

III. Głupota i koniunkturalizm

Poza wszystkim innym, takie zachowanie jest porażającą wprost głupotą. Reżimowe mediodajnie przeprowadziły bowiem klasyczne „rozpoznanie bojem”, mające na celu sprawdzenie podatności tzw. „naszych” na prymitywny szantaż sklecony na zasadzie: wygrzebujemy czyjąś wypowiedź i co wy na to - odcinacie się? Tak, jak bloga Nicponia użyto do sterroryzowania PiS-u i korygowania mu polityki kadrowej, tak też wypowiedź Brauna wykorzystano do przetestowania gwiazd prawicowej publicystyki. I wyszło na to, że „nasi” podali się „Wyborczej” i drugiej Gwieździe Śmierci z ulicy Wiertniczej na srebrnej tacy. Że wystarczy trochę ich przycisnąć i chowają dudy w miech.

Od tej pory będzie można z nimi zrobić wszystko. „Wyborcza” ilekroć uzna to za pożądane, wywlecze czyjąś wypowiedź – niechby i sprzed roku – i każe się odcinać, składać samokrytykę, udowadniać że nie jest się wielbłądem i przynależy do tzw. „cywilizowanej prawicy”. W ten sposób będzie sobie parcelowała środowisko „autorów niepokornych” po kawałku, metodą salami, bo jak się poszuka, to na każdego można coś znaleźć. A „nasi” będą „świergolić” i robić w gacie, żeby tym razem nie trafiło na nich.

Przy okazji wylazły z „naszych” gierojów koniunkturalizm i gra „na siebie”. Oni naprawdę boją się, by medialny mainstream nie skojarzył ich z jakąś „ekstremą” i ponad wszystko szczerze pragną, by widziano w nich „cywilizowaną prawicę”, jak określił to łaskawie w „Loży prasowej” redaktor Andrzej Stankiewicz ubolewając nad sytuacją w „Uważam Rze”. „Cywilizowaną”, czyli taką, którą oprócz rutynowych połajanek można od czasu do czasu zaprosić do telewizji (nie za często), gdzie przez kwadrans będą w stanie rozrzucić kilka pereł swych wielce nonkonformistycznych mądrości.

Poza tym, jak się domyślam, niekontrolowany „ekstremizm” w typie Brauna nie sprzyja różnym patriotyczno-opozycyjnym biznesom i zagospodarowywaniu rynku „niepodległościowego”, gdzie każdy z nich widzi siebie w roli guru wiodącego ku świetlanej przyszłości wpatrzony weń czytelniczy „target” – bo przecież ktoś te książki i gazety musi kupować. Trudno tu nie zgodzić się z Coryllusem, gdy szydzi z pajacowania Karnowskich na tle więziennej dekoracji. Niedługo w ten sposób sfotografują Brauna – i to nie w celach reklamowych, ale po to, by go naprawdę posadzić w więzieniu. Jak w tym kontekście będą wyglądały te kabotyńskie fotki ekipy „wSieci”? Czy Ziemkiewicz znowu poleci do Wielowieyskiej z „Gazowni”, by nadawać na blogerów?

IV. Blogosfero - ujmij się za Braunem!

Ja naprawdę chciałbym poczuć się zwolniony z wypowiadania się w sprawie Grzegorza Brauna, którego nawet nie znam osobiście i nie ze wszystkimi jego poglądami jest mi po drodze – choćby z mistycyzującym monarchizmem. Ale skoro nie ujmują się za nim ci, którzy w pierwszym rzędzie powinni to zrobić – nasi prawicowi rycerze ze Strefy Wolnego Słowa, tudzież z grona „autorów niepokornych”, którym naprawdę, ale to „naprawdę nie jest wszystko jedno” - więc musi uczynić to traktowana przez nich z protekcjonalną wyższością blogosfera. No bo któż inny? Przecież nie ta zgraja nadętych dupków żołędnych zajętych pielęgnowaniem swego nonkonformizmu od ósmej do szesnastej i starannie skalkulowanej pod określoną publikę „antysystemowości”.

Generalnie, od dłuższego czasu nie mam większych złudzeń co do motywacji powodującej działalnością prawicowych żurnalistów wyrzuconych z mainstreamu - wbrew sobie - do „drugiego obiegu”. Kto ciekaw, niech sprawdzi, co pisałem w notce „Spór o drugi obieg z blogerskiego punktu widzenia”. Jeśli jakoś przez zaciśnięte zęby kibicuję ich różnym medialnym przedsięwzięciom, to głównie z braku laku – bo póki co nie mamy nic lepszego. Ale czasami, w chwilach prawdy – a sprawa Brauna jest taką chwilą prawdy, papierkiem lakmusowym – wyłazi z nich takie k...stwo, że dech zapiera.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/katofaszysta-grzegorz-b

http://niepoprawni.pl/blog/287/spor-o-drugi-obieg-z-blogerskiego-punktu-widzenia