Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leszek Balcerowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Leszek Balcerowicz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 kwietnia 2017

Darwinizm po polsku

Czy nasi orędownicy darwinizmu w jego miejscowej, kolonialnej mutacji oraz ich polityczne ekspozytury wiedzą co promują?

I. Balcerowicz – Breżniew polskiej ekonomii

Wiadomość, że głównym specjalistą PO od gospodarki został prof. Andrzej Rzońca – bliski współpracownik Balcerowicza, członek władz balcerowiczowskiego Forum Obywatelskiego Rozwoju oraz przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich – przyjąłem bez większego zdziwienia. Wybór ten potwierdza bowiem, że „totalna opozycja” niczego się nie nauczyła i nadal obraca się w zaklętym kręgu recept rodem z lat 90-tych minionego stulecia. Jeżeli dodamy do tego Ryszarda Petru – innego wychowanka naszego „ojca transformacji gospodarczej” - to otrzymamy swoisty neoliberalny skansen ze specjalistami wciąż powtarzającymi od niemal trzydziestu lat te same, utarte slogany – zupełnie, jakby nic się w międzyczasie nie zmieniło. Po drodze mieliśmy największy krach finansowy od czasów Wielkiego Kryzysu, swoje podejście do gospodarki zmienia nawet tak wolnorynkowa instytucja jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, wskazująca na niebezpieczeństwa związane z narastającym rozwarstwieniem społecznym, świat od lewa do prawa zaczytuje się w pracach Thomasa Piketty'ego, rośnie fala sprzeciwu wobec bezrefleksyjnej globalizacji – a ci dalej swoje.

Może to świadczyć o kilku sprawach. Możliwe, że Balcerowicz do tego stopnia zdominował polską myśl ekonomiczną, że zwyczajnie nie sposób znaleźć odpowiednio prominentnych fachowców, którzy nie wywodziliby się z jego „stajni” - i to na przestrzeni międzypokoleniowej, bowiem prof. Rzońca to zaledwie 40-latek, który w czasach „przełomu” uczęszczał do podstawówki. Ich podejście z fetyszyzowaniem PKB (Grecja aż do samego krachu miała „wzrost”), prywatyzacji, wielkich inwestorów (najlepiej zagranicznych) i liberalizacją rynku pracy sprawia wręcz wrażenie tępego, odpornego na rzeczywistość doktrynerstwa. W tym sensie, Balcerowicz jako „guru” wychowujący kolejnych następców (jego FOR z którego przyszedł Rzońca to właśnie taka „kuźnia kadr”) jest niereformowalnym Breżniewem polskiej ekonomii.

Ale możliwe też, że PO sięgając po Rzońcę wykonała ukłon w stronę swojego żelaznego elektoratu. Niezły wgląd w jego sposób myślenia daje chociażby lektura gospodarczych publicystów „Gazety Wyborczej”, a przede wszystkim – spojrzenie „pod kreskę”, na komentarze internautów. Tu już mamy wysyp prawdziwego „lumpenliberalizmu” - z apriorycznym potępieniem aktywności państwa w gospodarce, „rozdawnictwa”, odrazą wobec jakichkolwiek form solidaryzmu społecznego okraszoną pogardą dla beneficjentów tegoż. Powyższe jest zarazem istotną częścią odpowiedzi na pytanie, dlaczego w polskim społeczeństwie istnieje osławiony „plemienny” podział. Otóż zagadnienie nie sprowadza się wyłącznie do kwestii historycznych, kulturowych i politycznych – ogromną rolę odgrywa tu również podział na bazie, powiedzmy, „doktryny ekonomicznej”. Jako zbiorowość padliśmy bowiem ofiarą perfidnego społeczno-gospdarczego eksperymentu. Już wyjaśniam w czym rzecz.


II. Ofiary darwinizmu

Proponuję pewien zabieg myślowy. Odłóżmy na chwilę bieżący spór polityczny i spójrzmy na ludzi wydających z siebie wspomniane wyżej głosy nie jak na wycie opętanych nienawiścią lemingów, lecz jak na... ofiary polskiego darwinizmu społecznego, który wtłaczano im do głów na niemal całej przestrzeni historycznej III RP (a to już w zasadzie całe pokolenie). Darwinizmu albo w wydaniu balcerowiczowskim, albo w doprowadzonej do ściany mutacji korwinowskiej. Sądzę zresztą, że w powszechnym odbiorze nie docenia się roli Korwin-Mikkego i jego projektu polityczno-ideowego w przeoraniu zbiorowej świadomości. Brak znaczących sukcesów wyborczych przesłonił gigantyczną (i skuteczną) pracę „wychowawczą” wykonaną przez tego polityka i jego środowisko. Ta formacyjna robota okazała się zadziwiająco trwała. Sam jako dwudziesto-, dwudziestoparolatek zaczytywałem się w „Najwyższym Czasie!” i naprawdę długo trwało, nim zdołałem się uwolnić od tego wpływu. To niemal sekciarska psychomanipulacja z charyzmatycznym liderem na czele, zaś kpiny bądź oburzenie mainstreamu tym bardziej dodawały mu wiarygodności w oczach jego wyznawców. To jego nauki są jedną z przyczyn zaniku poczucia wspólnotowości, niskiej aktywności społecznej Polaków i piętnowania redystrybucji jako destrukcyjnego rozdawnictwa - wszystko zaś podszyte jawnym, bądź nieco tylko zakamuflowanym egoizmem: dbaj o siebie, inni też niech radzą sobie sami. A jeśli im się nie udaje - trudno, sami są sobie winni - bo leniwi, niezaradni itp.

Przywołam tu pewną obserwację poczynioną przez przyrodników badających społeczności piesków preriowych. Mianowicie zauważono, iż w stadzie są „pieski-altruiści” i „egoiści”. Te pierwsze ostrzegają resztę gdy zauważą drapieżnika, lecz tym samym zwracają na siebie uwagę i częściej padają ofiarą ataku. Te drugie, po zauważeniu zagrożenia chyłkiem chowają się w norkach. W efekcie same przeżywają, lecz wystawiają na niebezpieczeństwo resztę społeczności, która przez to jest szybciej dziesiątkowana przez drapieżniki – na koniec nieuchronnie ofiarami padają sami „egoiści”, bo zostają pozbawieni ochronnej „otuliny” stada. Otóż we współczesnym świecie dąży się do zbudowania zatomizowanych ludzkich zbiorowisk, składających się wyłącznie z „piesków-egoistów”. I taka też jest istota zaordynowanego nam „darwinistycznego” eksperymentu. W czyim leży to interesie? Nie tylko mrocznych „władców marionetek” budujących NWO, lecz zupełnie jawnych globalnych korporacji dla których skrajne zindywidualizowanie ludzkich postaw jest najlepszą gwarancją, że nie przeciwstawi im się żadna świadoma swych interesów wspólnota.

Wróćmy do naszych „darwinistów”. Dlaczego ci ludzie, często funkcjonujący w realiach prekariatu, z trudem utrzymujący pozycję klasy średniej, bądź wręcz osuwający się w nieokreślony status społeczny „ludzi bezprzydziałowych” z takim samobójczym uporem głoszą nie mające nic wspólnego z rzeczywistością „wolnorynkowe” tezy? Bo mają nadzieję, że kiedyś się odkują i to oni będą na górze? Oczywiście nie będą, no, może nieliczne jednostki - całej reszcie uniemożliwi to ów balcerowiczowsko-korwinowski „liberalny” system quasi-niewolniczego rynku zdominowanego przez korporacje. Mit „od pucybuta do milionera” właśnie dlatego jest tak często przedstawiany jako wzór, bo utrwala w świadomości fikcję nieograniczonych możliwości samorealizacji. Tyle, że podobna droga udała się jedynie nielicznym, wybitnym jednostkom, które posiadały predestynujące je do sukcesu indywidualne cechy. Przytłaczająca większość ludzi nie posiada tego typu przymiotów i dlatego ludzkość nie składa się z ponad siedmiu miliardów milionerów. Ale zarazem ten mit ma wartość i siłę dyscyplinującą, motywującą ludzi by wypruwali sobie żyły w rynkowej konkurencji, która ich przeżuje i wypluje - ale oni o tym dowiadują się poniewczasie, do tego momentu zaś dziarsko tyrają w kieracie, karmiąc się złudzeniami. Tak więc z punktu widzenia interesów Systemu, omawiana tu bajka wraz z towarzyszącym jej pakietem (anty)społecznych postaw jest niezwykle użyteczna.


III. Współczesne niewolnictwo

Pisząc o niewolnictwie bynajmniej nie przesadzam. To nie tylko przymus ekonomiczny i funkcjonowanie w realiach w których niemożliwe jest życie bez długów - co sprawia, że nasze przyszłe dochody należą de facto do międzynarodówki lichwiarzy. Zwróćmy uwagę, że np. korporacje mają nad swymi pracownikami władzę dyktatorską, porównywalną z właścicielami niewolników - ale bez zobowiązań, które obciążały tychże. Dyktują sposób ubioru („dress code”), nadzorują wolny czas, sposób zachowania nie tylko w pracy lecz i poza nią (by niesubordynowany pracownik nie obciążył wizerunkowo firmy), kontrolują zachowania na portalach społecznościowych itp. Jest to przy tym „niewolnictwo rozproszone” - pracodawca i banki (czasem zresztą na jedno wychodzi w przypadku korporacji finansowych) „dzielą się” prawami do niewolników - jedni biorą jego pracę i lwią część życia prywatnego, drudzy - znaczną cześć zarobków poprzez uzależnienie kredytowe (na mieszkanie, samochód, dobra konsumpcyjne, wczasy itd.).

Liberał powie na to, że przecież nie ma przymusu - można się zwolnić, przejść do innej firmy, albo zrezygnować z różnych dóbr i się nie zadłużać. Problem w tym, że taki wyidealizowany konstrukt kompletnie rozmija się z realiami. Równorzędność relacji pracownik-pracodawca wedle której dwa podmioty zawierają dobrowolną umowę jest fikcją. Decydującą rolę w wymuszaniu pożądanych z punktu widzenia Systemu zachowań odgrywa bowiem wspomniana już presja ekonomiczna. Dlatego taką wściekłość wywołują projekty zmierzające do urealnienia skutecznego ściągania podatków od wielkich firm, czy programy redystrybucyjne w rodzaju „500+” - oni czują, że w ten sposób wymyka się im z rąk część władzy nad niewolnikami.

Na koniec pozostaje już tylko pytanie – czy nasi orędownicy darwinizmu w jego miejscowej, kolonialnej mutacji oraz ich polityczne ekspozytury wiedzą co promują, czy są po prostu tak zaślepieni, że nic do nich nie dociera? Jak Państwu się wydaje?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/4757-pod-grzybki


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 17-18 (26.04-09.05.2017)


poniedziałek, 30 maja 2016

Pod-Grzybki 50

Szanowni Państwo, oto jubileuszowe, 50-te „Pod-Grzybki”. Chwała nam i naszym kolegom... a nie, ten tekst jest już zarezerwowany. Zatem: brawo ja!

*

Widzieć miny posłów Platformy podczas sejmowego audytu ich rządów – bezcenne. Tak właśnie muszą wyglądać świnie, kiedy sobie uzmysłowią, że w niedalekiej przyszłości zamiast kawioru będą chłeptać ze swych koryt więzienne pomyje.

*

Z unijnych środków dofinansowano m.in. horoskopy dla psów. Natomiast bezbłędny horoskop postawili różnym ujadającym kundelkom kibice Legii: „KOD, Nowoczesna, GW, Lis, Olejnik i inne ladacznice, dla was nie będzie gwizdów, będą szubienice”.

*

Jak wiadomo, wyeksportowaliśmy na Ukrainę Leszka Balcerowicza, który będzie tam zażywał sławy wielkiego reformatora, dzięki czemu zniknie wszelkie zagrożenie ze strony banderowców, jako że wkrótce wszyscy powymierają z głodu. Ale to nie koniec: mianowicie do Chin udał się Grzegorz Kołodko, by tam na specjalnej konferencji zachęcać Chińczyków do brania przykładu z polskiej transformacji. I to jest nasza wunderwaffe za pomocą której złamiemy gospodarczą hegemonię Państwa Środka. Jeszcze tylko wyślemy Rostowskiego do Niemiec i pozamiatane.

*

Feministki nie ustają w przekraczaniu kolejnych granic żenady. Uczestniczki Kongresu Kobiet założyły sobie na łby papierowe torby, protestując w ten sposób przeciw „wprowadzaniu w Polsce prawa szariatu”. I to jest wprost niepojęte, jak im się to wszystko nie kłóci: te same panie bowiem są za przyjmowaniem w Polsce „uchodźców”, którzy m.in. słyną właśnie z tego, że gdzie się pojawiają, tam z dużą skutecznością wprowadzają szariat w swym najbliższym otoczeniu. Te same, bądź zbliżone lewackie środowiska, nie widzą też nic niestosownego we wrzaskach o „PiSlamie”, z czego wynika, że islam – przypomnijmy, wedle ich własnej narracji „religia pokoju” - jest dla nich równie stygmatyzujący, jak przyrównanie do Żyda dla antysemity. A żeby było jeszcze ciekawiej, papierowa torba na głowie jest popularnym elementem „koszarowych” żartów, dotyczących, nazwijmy to, przedmiotowego traktowania niezbyt urodziwych niewiast. Poglądowo polecam tu jedną z końcowych scen trzeciej części „Strasznego filmu”. Kto widział, ten wie o czym mówię, a kto nie widział... cóż, może niech lepiej nie ogląda.

*

Inicjatorką powyższego poronionego happeningu była pisarka Manuela Gretkowska, co jedynie utwierdza mnie w postanowieniu, by nigdy nie sięgnąć po żadną z jej książek. Jeżeli przenosi na papier to, co faktycznie dzieje się w jej biednej głowie, to istnieje poważne ryzyko, że przy lekturze mózg zacząłby wylewać mi się uszami.

*

Ach, no i wisienka na torcie – feministki, obrończynie praw kobiet i bojowniczki o równouprawnienie fetowały na swym sabacie alimenciarza Mateusza Kijowskiego. Pokazuje to, iż szowinistyczna teoria głosząca, że im bardziej poniewiera się kobietę, tym mocniej ona kocha, znajduje w reprezentatywnej grupie „siostrzyc” stuprocentowe potwierdzenie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 20 (18-24.05.2016)

środa, 17 czerwca 2015

Platforma banksterów

Banki przestraszyły się wizji objęcia władzy przez PiS do tego stopnia, że postanowiły powołać własną partię – taką „Platformę Banksterów”.

„Prognozy, że frank będzie niedługo kosztował 4 zł są oderwane od rzeczywistości. Szwajcarzy bowiem już parę lat temu zablokowali kurs franka na poziomie: 1,22 franka =1 euro, i bronią tego kursu. Ponieważ mocny frank oznacza problemy dla szwajcarskiej gospodarki” - tak na początku listopada 2014 mówił na antenie programu pierwszego Polskiego Radia Ryszard Petru. W tym czasie przewodniczący Towarzystwa Ekonomistów Polskich miał własny kredyt we frankach już od wielu lat przewalutowany na złotówki. Zrobił to w październiku 2008, po wybuchu kryzysu finansowego. Jak widać, cwana z niego gapa – jako bankowy „insider” doskonale zdawał sobie sprawę w którą stronę wieje wiatr, a mimo to do samego końca w publicznych wystąpieniach utrzymywał wersję „dla maluczkich”, wedle której kredyty frankowe są bezpiecznym rozwiązaniem dla milionów Polaków. Kurs franka bił kolejne pułapy, zaś Petru, który przewalutował dwie części kredytu, gdy frank odpowiednio był po 2,79 i 2,81 zł, konsekwentnie zapewniał, że cena szwajcarskiej waluty teraz to już z pewnością nie wzrośnie. „Jeżeli nie będzie jakiejś megakatastrofy, typu upadek Ukrainy, to jest duża szansa, że poziomu 3,20 zł za franka już nie zobaczymy” - wypowiedź dla PAP w 2008, po wybuchu kryzysu. „Zbytnie umocnienie franka zabije szwajcarską gospodarkę. Nie może się więc utrzymać w dłuższej perspektywie czasu” - to z kolei rozmowa z „Super Expressem” z 2011, gdy frank jest już po 3,9 zł. Dwa miesiące po cytowanej na wstępie wypowiedzi, Szwajcarzy uwolnili walutę i frank poszybował w okolice 5 zł.

Petru twierdzi, iż na przewalutowaniu „stracił”. Owszem, doraźnie tak – tyle, że zarazem uchronił się przed większymi stratami w przyszłości, zatem adekwatnym określeniem byłoby „zminimalizował straty” - i to w samą porę, zanim kurs franka zaczął naprawdę szaleć. Jednocześnie wciąż namawiał Polaków do pozostania przy szwajcarskiej walucie, czyli do brnięcia w powiększające się lawinowo zadłużenie, z którego sam w ostatniej chwili się wywikłał. Innymi słowy, mamy do czynienia z bankowym lobbystą, funkcjonującym w przestrzeni publicznej i wykorzystującym dostęp do mediów (a jego aktywność medialna była bardzo intensywna), by w interesie sektora bankowego uspokajać nastroje kredytobiorców pozostających w pułapce zastawionej za pomocą toksycznego produktu finansowego. Jednocześnie opowiadał się przeciw jakiejkolwiek ingerencji państwa w sprawę kredytów walutowych: „oczekiwanie, że w tej sytuacji może coś zrobić polski rząd – jest nierealistyczne. Zgodnie z naszym prawem nie ma bowiem żadnych możliwości” - to dalsza część wypowiedzi dla radiowej „Jedynki” z listopada 2014. I dalej: „problem z frankiem szwajcarskim polega na tym, że zmienił się kurs. Ale to nie oznacza wcale, że państwo ma pomagać. (…) Chyba, że będziemy pomagać tak jak na Węgrzech, poprzez interwencję i zapłacą za to banki, a potem banki przerzucą te koszty ma klientów”.

Dziś tenże Petru zakłada ugrupowanie polityczne, będące w zasadzie jawną ekspozyturą interesów finansowej oligarchii i generalnie - wielkiego biznesu. Ich celem jest utrzymanie obecnego status quo – czyli systemowego drenowania Polski z kapitału i zakonserwowanie pozycji milionów Polaków jako taniej siły roboczej. Wszystko to zaś pod atrakcyjnie brzmiącymi hasłami rozwoju, wolności gospodarczej, wzmocnionymi straszeniem, że jakakolwiek interwencja państwa przyniesie opłakane skutki. Obecność na konwencji założycielskiej Rafał Brzóski – właściciela firmy „InPost”, zwanego „królem śmieciówek” nie jest przypadkiem. Przedsięwzięciu, jak całej karierze Ryszarda Petru, patronuje w tle Leszek Balcerowicz – czyli podwykonawca planu Jeffreya Sachsa zwanego na użytek miejscowych „planem Balcerowicza” i stróż patologicznego modelu naszej transformacji. Na marginesie warto zauważyć, że inicjatywa Ryszarda Petru - „Nowoczesna.pl” - zaczęła swe funkcjonowanie od plagiatu. Pretensje w sprawie myląco podobnej nazwy zgłasza lewicowa fundacja „Nowoczesna Polska” Jarosława Lipszyca, związanego z „Krytyką Polityczną”.

Podsumowując, najwyraźniej banki przestraszyły się wizji objęcia władzy przez PiS do tego stopnia, że postanowiły powołać własną partię – taką „Platformę Banksterów”, grupującą strażników i beneficjentów kompradorskiego systemu III RP. Warto tu przypomnieć, że rok 2006 – za rządów PiS – był jedynym, w którym nie odnotowano znaczącego wypływu kapitału z Polski i perspektywa powtórki musi zleceniodawców pana Petru bardzo niepokoić. Już teraz wg „Rzeczpospolitej” sektor bankowy boi się scenariusza węgierskiego – korzystnego dla państwa i obywateli, lecz godzącego w miliardowe zyski branży (ponad 16 mld zł netto w 2014). Frazesy o wolności gospodarczej i przyjaznym państwie są warte tyle samo co analogiczna retoryka KL-D, czy Platformy Obywatelskiej. Tu są konkretne geszefty do przypilnowania i właśnie do tego zadania został oddelegowany pan Petru ze swoją ekipą.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1815-pod-grzybki-7

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 24 (12-18.06.2015)

czwartek, 4 czerwca 2015

Pod-Grzybki - 5

Czy można wiedzieć, w którym szpitalu leży ta ciężarna zakonnica, co to przejechał ją na pasach Komorowski? No i najważniejsze - czy dziecku nic się nie stało? Zatroskany Obywatel.

*

Wyczytałem, że wśród lemingów zapanowała nowa moda - otóż spotykają się oni na nabożeństwach majowych. Poważnie, mieszkańcy „miasteczka Wilanów” pieją pod kapliczkami kościółkowe, to jest, chciałem rzec, churchingowe pieśni, niczym jakieś mohery. I ponoć wcale nie czynią tego ironicznie. Cóż, kto śpiewa modli się podwójnie, więc może faktycznie kurs franka spadnie w końcu do jakiegoś akceptowalnego poziomu.

*

Ponieważ maj już za nami, to mam dla wielkomiejskich neofitów propozycję na niedzielny churching w sezonie letnim. Warto „Boże coś Polskę” kończyć słowami: „przed Twe ołtarze zanosim błaganie / niski kurs franka racz nam wrócić Panie”. Wtedy nawet pani redaktor Pochanke zapamięta – a może i zaśpiewa?

*

Panowie Balcerowicz i Petru wrócili niedawno z urlopu w Tajlandii, gdzie poddali się popularnej w tamtych stronach wśród prostytutek operacji przywrócenia cnoty i otworzyli nowy polityczny zamtuz pod nazwą „Nowoczesna.pl”. Jestem wstępnie zainteresowany, mam tylko pytanie – pokazy na sex-kamerkach też będą? Wszak, jak pokazały wybory prezydenckie, internet to potęga.

*

Wstukałem w wyszukiwarkę frazę „Nowoczesna.pl”, by zerknąć sobie na tę nową inicjatywę politycznych dziewic z odzysku. Jako jeden z pierwszych wyników pojawił mi się odnośnik do serialu „Rodzinka.pl” i odcinka „Nowocześni dziadkowie”. Ale jaja, chciałby się zakrzyknąć za Bieńkowską – dokooptujcie sobie jeszcze Karolaka i będzie komplet.

*

Cofnę się na chwilę do kampanii prezydenckiej. Małe zamieszanie wywołały ogniste pocałunki Wuja Narodu z Andrzejem Hadaczem – zapewne efekt genderowego szkolenia na Paradzie Równości. Mnie jednak zabrakło innego bohatera pamiętnych nocy na Krakowskim Przedmieściu – gdzie się podział Zbigniew S. pseudonim „Niemiec”, król warszawskich alfonsów, który pod swe skrzydła wziął nawet panią Annę Muchę? Wszak pod krzyżem po obu stronach najaktywniej ekscytowało emocje dwóch prowokatorów - Hadacz wśród obrońców i „Niemiec” wśród napastników. Całość zaś, jak wiemy, zainicjował Komorowski. Wstyd, panie prezydencie – tak się odcinać od własnego zaplecza.

*

W sondażowniach ktoś przestawił wajchę i PO spadła na 3 miejsce – za PiS i wirtualną partią kukizowców. W związku z tym wybuchła panika niczym w płonącym lupanarze, której efektem jest m.in. nagłe objawienie się „konserwatywnego skrzydła” partii. Ów konserwatyzm polega na wydzwanianiu do polityków PiS z błagalnym sondowaniem, czy nie przygarnęliby nawróconych platformersów na swe listy wyborcze. Nie dziwię się – tyle biznesów ponakręcanych i nagle trzeba się zwijać? To niehumanitarne – tu nie ma co czekać, tu trzeba skorzystać z przewidzianej na takie okazje ustawy o bratniej pomocy i to szybko – póki Bronek jest jeszcze (p)rezydentem.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w „Polsce Niepodległej” nr 21 (03-09.06.2015)

wtorek, 1 października 2013

Korkociąg długu

Dwadzieścia lat wystarczyło, by Polska wpadła w zadłużeniowy korkociąg, niczym spadający samolot.

I. Dług „jawny” i „ukryty”

Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza zaprezentowało zmodyfikowany licznik długu publicznego – uzupełniony o tzw. „dług ukryty” na który składają się zobowiązania państwa nie mające pokrycia w papierach wartościowych. O ile bowiem dług „jawny” (włączono tu wydatki Krajowego Funduszu Drogowego, które „odpisuje” sobie Rostowski) wynosi obecnie 936 mld zł i stanowi 57,3 proc. PKB, co daje jakieś 25,2 tys zł na obywatela Polski, o tyle dług „ukryty” wynosi ponad 3 biliony zł, a więc 190,6 proc. PKB – czyli jakieś 82,6 tys zł na mieszkańca. Ten „ukryty”, albo może lepiej powiedzieć – odłożony w czasie „debet” - to zobowiązania ZUS wobec obecnych i przyszłych emerytów. Faktycznie suma ta jest jeszcze wyższa, gdyż w liczniku nie uwzględniono zobowiązań z tytułu rent, KRUS i emerytur mundurowych, co wedle szacunków FOR wywindowałoby zadłużenie na poziom 300-350 proc. PKB.

Czyli, krótko mówiąc, jesteśmy ugotowani. Tego zwyczajnie nie da się spłacić. Dwadzieścia lat wystarczyło, by Polska wpadła w zadłużeniowy korkociąg, niczym spadający samolot. Krach finansów publicznych jest jedynie kwestią czasu i pytanie tylko jak długo da się go odwlekać. Jak wiadomo, „jawny” dług publiczny to zaciąganie pożyczek pod zastaw przyszłych podatków z których będą spłacane należności płynące z tytułu wyemitowanych obligacji Skarbu Państwa. Dług „ukryty” natomiast to zobowiązania legislacyjne wynikające z systemu ubezpieczeń społecznych. To „ukryte” zadłużenie staje się „jawne” w momencie, gdy przychodzi do jego spłaty determinowanej np. przepisami emerytalnymi. Z czego będzie spłacane? Ma się rozumieć, również z podatków i innych obciążeń, takich jak przymusowe składki emerytalne i rentowe, a gdy tego nie wystarczy – z kolejnych pożyczek zaciąganych „na przejedzenie” przez Skarb Państwa, co oznacza automatyczny wzrost „długu jawnego”. A koniec końców – bankructwo i brak jakichkolwiek emerytur.

II. Bunt lub śmierć

Czy rząd o tym nie wie? Ależ wie, jak najbardziej – i stąd rozpaczliwe ruchy, takie jak podnoszenie wieku emerytalnego z jednej strony i wypychanie do szkół sześciolatków z drugiej, by te wcześniej zaczęły płacić składki emerytalne i podatki. Jednym słowem, mamy narastającą intensyfikację eksploatacji materiału ludzkiego – podatnicy będą płacić coraz dłużej i coraz więcej, by utrzymać fikcję płynności finansowej państwa. To oczywiście tylko działania opóźniające. Prędzej czy później lichwiarze przyjdą tu po swoje, co oznaczać będzie koniec kolejnej fikcji, jaką jest suwerenność. Jeśli nie zostanie żadnych przedsiębiorstw do wyprzedaży (a nie zostanie, bo już je przejedliśmy), to pod młotek pójdzie wszystko inne – kopaliny, lasy i co tam jeszcze zostało. No i drastyczne podniesienie podatków połączone z ekonomicznym ubezwłasnowolnieniem na wszelkich możliwych poziomach. W efekcie, proces kolonizacyjny osiągnie stadium finalne - totalne podporządkowanie wszelkich zasobów opanowanego terytorium.

Czy ten scenariusz jest możliwy do odwrócenia? Wątpię, choć warto przyglądać się poczynaniom Wiktora Orbana na Węgrzech, który właśnie próbuje wywikłać swój kraj z analogicznej matni, choćby dobierając się do kieszeni międzynarodowym koncernom i usiłując dokonać gospodarczej dekolonizacji. Jest to zresztą główną przyczyną międzynarodowego jazgotu – bo te bajeczki o „zagrożeniu demokracji” są jedynie zasłoną dymną dla naiwnych, mającą uzasadnić zduszenie zarzewia ekonomicznej rewolty, zanim ta rozprzestrzeni się na inne kraje regionu, z Polską na czele. Niemniej, prędzej czy później okaże się, że mamy do wyboru albo powtórzenie wariantu greckiego (śmierć gospodarcza), albo otwarty bunt polegający na odmowie spłaty zadłużenia oraz radykalnym przebudowaniu sektora finansowego i modelu gospodarki pieniężnej – z jakąś formą odrzucenia systemu fiducjarnej kreacji pieniądza i zakorzenienia go w realnych dobrach.

III. Balcerowicz - mąż stanu, czy lobbysta?

Wracając do Balcerowicza i jego licznika. To oczywiście bardzo dobrze, że „wali” po oczach tymi liczbami, może do paru ludzi to dotrze, choć na masowe przebudzenie społeczne raczej bym nie liczył. Te sumy przez swój ogrom są zbyt abstrakcyjne dla przeciętnego zjadacza chleba, poza tym ludzie nie chcą wierzyć w czarne scenariusze – wolą myśleć wedle schematu: „zadłużone są wszystkie kraje świata, więc może tak po prostu musi być i nie ma się czym przejmować”? Na plus należy mu również zaliczyć fakt, iż zawsze był zwolennikiem dyscypliny budżetowej – w przeciwieństwie do Rostowskiego, który rozpętał orgię zadłużania państwa na skalę nie praktykowaną przez żadnego z jego poprzedników (otwartym jest pytanie czy czyni to by dogodzić Tuskowi, czy też jest tu po prostu kolonizacyjnym emisariuszem finansowej międzynarodówki – ja stawiam na to drugie).

Jednak, czy Balcerowicz faktycznie występuje tu jako mąż stanu, czy też może jest lobbystą konkretnej grupy interesów, czyli Otwartych Funduszy Emerytalnych – pasożyta, „prywatyzującego” do tej pory znaczną część składek emerytalnych, których „kapitalizacja” polega w dużym stopniu na wykupywaniu obligacji Skarbu Państwa? Przypomnijmy, że w tym modelu wypłata rzekomo „prywatnych” emerytur tak czy inaczej uzależniona została od wypłacalności budżetu państwa. Balcerowicz był jednym z architektów tego systemu. Oczywiście ma rację, mówiąc, że likwidacja OFE oznaczać będzie jedynie przeniesienie zadłużenia „jawnego” do „tajnego”, co pogłębi ogólną zapaść finansów i będzie działać antyrozwojowo, bo zobowiązania oznaczać będą zwiększony fiskalizm, ale ja tu dostrzegam drugie dno.

IV. Spór w rodzinie

Najwyraźniej, krótkoterminowy interes bronionej przez Balcerowicza konkretnej branży (OFE) stoi tu w sprzeczności z długofalowymi planami ubezwłasnowolnienia państwa polskiego, na którym to odcinku działa prężnie minister Jan Vincent „no PESEL” Rostowski. Tak odczytuję ten „spór w rodzinie”, niezależnie od merytorycznych uzasadnień Balcerowicza. Jeśli dodamy, iż to Balcerowicz był wykonawcą planu Sachsa-Sorosa (którzy zresztą, wedle Song Hongbinga są jedynie „komandosami” działającymi na zlecenie prawdziwych rekinów z City i Wall Street), polegającego na „transformacji” wedle schematu „zamiana długów na udziały”, to jego obecna akcja przestaje wyglądać wiarygodnie.

Przypomnę (pisałem o tym w niedawnym tekście „W niewoli kapitału”), iż proceder „zamiany długów na udziały” polegał na tym, że demoludom umarzano częściowo zadłużenie w zamian za „udziały” w poszczególnych gospodarkach narodowych. Stąd ta niezrozumiała na pierwszy rzut oka wyprzedaż majątku narodowego po dyskontowych cenach i niepohamowana inwazja gospodarcza. W efekcie, po ponad dwóch dekadach nie mamy własnego przemysłu, a nowe długi i tak zostały zaciągnięte – i to w stopniu o jakim Gierkowi z Jaruzelskim się nie śniło. Czyli, jak byliśmy bankrutami, tak pozostajemy nimi nadal – zmienił się tylko kolonizator.

I pomyśleć, że to właśnie Balcerowicz wraz ze swym Forum Obywatelskiego Rozwoju walnie przyczynił się do wyniesienia w 2007 roku ekipy Tuska do władzy. Pisał o tym Rewizor w słynnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. W skrócie chodziło o to, iż to właśnie FOR, najprawdopodobniej za pieniądze Fundacji Adenauera, (więc pochodzące z budżetu Niemiec) było „mózgiem” i centrum organizacyjnym akcji „Zmień kraj. Idź na wybory.”, która hasłem „zabierz babci dowód” zaktywizowała 3 mln młodych wyborców, co sprawiło, że przechylili oni szalę zwycięstwa na korzyść PO. Najwyraźniej zarówno sam Balcerowicz, jak i jego mocodawcy oraz sprzymierzeńcy poczuli się przez poczynania tandemu Tusk-Rostowski wykolegowani (przeciw likwidacji OFE gardłuje również m.in. Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan), co opisanemu tu „sporowi w rodzinie” przydaje dodatkowego smaczku.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/w-niewoli-kapitalu

http://niepoprawni.pl/blog/287/dlugi-suwerennosc

http://niepoprawni.pl/blog/287/szesciolatki-na-emigracje

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

http://niepoprawni.pl/blog/287/budapeszt-czy-ateny

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w-zjednoczonej-europie

http://niepoprawni.pl/blog/287/biale-noski-zamiast-bialych-kolnierzykow