Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BANKRUCTWO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BANKRUCTWO. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 lipca 2017

Frankowy odlot

Frankowicza” czekają kolejne lata procesów i nerwy, banki zaś umocnią się w poczuciu bezkarności i nieodpowiedzialności za swe praktyki.


Być może pamiętają Państwo przełomowy wyrok sądu I instancji z kwietnia 2016 r. w sprawie wytoczonej mBankowi przez „frankowicza”. Na wszelki wypadek przypomnę, że za sprawą uchylenia abuzywnej klauzuli indeksacyjnej dotyczącej sposobu naliczania rat doszło do faktycznego przewalutowania kredytu na złotówki – bo bez tego zapisu nie sposób było określić wartości zobowiązania we frankach. Niestety, przed kilkoma dniami (22 czerwca) orzeczenie to zostało odwrócone o niemal 180 stopni przez sąd apelacyjny. Wyrok w II instancji (prawomocny, bo wartość sporu nie przekraczała 50 tys. zł.) trudno określić inaczej, niż jako kuriozalny. Sąd stwierdził w nim mianowicie, że wprawdzie rzeczona klauzula jest niedozwolona, lecz nie zmienia to samego charakteru umowy jako kredytu waloryzowanego kursem waluty obcej. Na dodatek uznał, iż klauzula wg której naliczano raty w oparciu o bankowe tabele kursowe była... uzgadniana z klientem indywidualnie i to na kliencie spoczywał obowiązek zaproponowania alternatywnego sposobu naliczania zobowiązania (np. w oparciu o średni kurs NBP). Ponieważ klient tego nie zrobił, pozew został oddalony w całości.

Mamy tu do czynienia z jakimś kompletnym odlotem logiki i zdrowego rozsądku. Już pomijam, że sąd kompletnie zignorował europejskie orzecznictwo w tej materii, podobnie jak istotne poglądy formułowane przez UOKiK oraz Rzecznika Finansowego – formalnie nie musiał ich brać pod uwagę, aczkolwiek dla samej przejrzystości mógłby się do nich odnieść w uzasadnieniu, skoro sąd I instancji częściowo właśnie na nich oparł swój wyrok. Ale jakim cudem sąd uznał, że klauzula będąca przedmiotem sporu była ustalana „indywidualnie”, skoro był to nie podlegający negocjacjom wzorzec umowy przedstawiany klientowi do podpisania – zabij, nie zgadniesz. Klient miał do wyboru – podpisać, albo zrezygnować z kredytu. Czy na orzeczenie sądu wpłynęłaby informacja, że klient zgłosił bankowi sposób innego naliczania rat, a bank tę propozycję zignorował (skoro to rzekomo na kliencie spoczywał obowiązek wykazania się taką inicjatywą)? Toż to jakiś absurd.

Jak podkreśla na stronie pomocfrankowiczom.pl dr Jacek Czabański, mamy obecnie sytuację, w której nie sposób wyliczyć wartości należnego świadczenia. Z jednej strony bowiem mamy uchyloną klauzulę, która to ustalała, a z drugiej – sama waloryzacja pozostaje w mocy, tylko że nie wiadomo według jakiego mechanizmu i jakiego kursu. Jest to więc scenariusz na kolejny proces, bo można się domyślać, że bank zaproponuje jakiś własny, arbitralny przelicznik, klient się na niego nie zgodzi – i cała zabawa zacznie się od początku. Dr Czabański zwraca ponadto uwagę, iż „Wyrok powiela niestety błędną argumentację SN o częściowej skuteczności klauzul abuzywnych, a więc przyjmuje, że w miejsce zakwestionowanego postanowienia umownego (tu: określającego mechanizm ustalania właściwego kursu) należy wprowadzić inny mechanizm oparty o zwyczaje rynkowe (nie istniejące wszak w tym zakresie, o ile pominąć nieuczciwe praktyki banków)”. Na zdrowy rozum, skoro sąd zdecydował się już na formułę „częściowej skuteczności” klauzul abuzywnych, to powinien powołać biegłego do ustalenia „właściwego” kursu – tego jednak nie uczynił. W konsekwencji, „frankowicza” czekają kolejne lata procesów i nerwy, banki zaś umocnią się w poczuciu bezkarności i nieodpowiedzialności za swe praktyki.

I na zakończenie historia z życia wzięta, obrazująca jakie skutki w wielu przypadkach kryją się za poczynaniami banków. Pewna moja znajoma została zmuszona do ogłoszenia upadłości konsumenckiej. Kilkanaście lat temu wzięła niby-kredyt frankowy na kupno niedużego, dwupokojowego mieszkania w jednej z podwarszawskich miejscowości. Dziś, po latach spłacania haraczu, rzeczoznawca wycenił mieszkanie na 120 tys. zł. - a do spłaty wciąż pozostaje wielokrotność wartości nieruchomości. Znajoma po latach szarpaniny stwierdziła, że dalej zwyczajnie nie da rady, doszła do ściany. Słowem - dramat, jakich przypuszczalnie wśród „frankowiczów” zdarza się wiele, bo wystarczy jakiś splot niefortunnych życiowych okoliczności, by uczciwy, ciężko pracujący człowiek stał się praktycznie bankrutem. I tu warto postawić kilka cisnących się na usta pytań: czy można uznać, że produkt finansowy oparty w ogromnej mierze na spekulacji kursem obcej waluty jest dostosowany do profilu przeciętnego klienta? Nie finansisty, nie giełdowego gracza, lecz zwykłego Kowalskiego – szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę obecną płynność rynku pracy? Czy oferowanie klientom długoletniego produktu wysokiego ryzyka w walucie w której nie zarabiają można uznać za zgodne z zasadami współżycia społecznego? Jak nazwać w cywilizowany sposób taki proceder, urągający poczuciu elementarnej uczciwości, którym trudnią się podmioty pragnące w społecznym odbiorze uchodzić za – uwaga - instytucje zaufania publicznego? Zostawiam to pod rozwagę Czytelników – i, mam nadzieję, sądów do których trafiają sprawy takie, jak opisana w niniejszym felietonie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 26-27 (30.06-13.07.2017)

niedziela, 13 września 2015

Niemcy – pasożyt Europy

Niemcom, które de facto ustalają politykę struktur unijnych, nie zależy na tym, by Grecji pomóc, tylko by ją wycisnąć do ostatka.

W Grecji finiszuje właśnie prowadzone od 9 lat śledztwo mające zakończyć się „procesem stulecia”. Obejmuje ono korupcyjną działalność niemieckich koncernów począwszy od lat '90. Mowa o takich gigantach jak Siemens, Rheinmetall, Ferrostal, Daimler i Krauss Maffei Wegmann, a na ławie oskarżonych zasiąść ma ok. 60 osób. W skrócie – Niemcy korumpowali na wielką skalę greckich polityków przy zawieraniu umów modernizacyjnych i zbrojeniowych. I tak, Siemens w zamian za równowartość 70 mln euro łapówek otrzymał w 1997 roku kontrakt od greckiej firmy OTE na digitalizację infrastruktury telekomunikacyjnej, z kolei Daimler, Krauss Maffei Wegmann czy Ferrostal na cel wzięły kontrakty zbrojeniowe idące w grube miliardy euro, które również były „dopinane” poprzez milionowe „grzeczności” wręczane greckim decydentom – najpierw gotówką, w walizkach (hm, przypominają się tu pierwsze lata polskiej „transformacji”), następnie zaś poprzez spółki-wydmuszki zarejestrowane w rajach podatkowych. W ten sposób grecka armia nabywała czołgi Leopard, haubicoarmaty, łodzie podwodne, transportery opancerzone – ogółem poziom wydatków na zbrojenia wynosił średnio ponad 2 proc. PKB. W szczytowych latach kryzysu Grecja kupowała niemiecki sprzęt za 5-7 mld. euro rocznie. W efekcie dzisiaj Grecja jest pierwszą potęgą pancerną wśród krajów UE (żeby było ciekawiej – druga pod względem liczby posiadanych czołgów jest... Polska) i kompletnym bankrutem.

Rysuje się tu nam interesujący mechanizm współczesnego neokolonializmu: oto Niemcy korumpują Greków, by ci kupowali nieracjonalnie wielkie ilości maszyn bojowych, zaś na sfinansowanie zakupów Grecja musiała oczywiście się zadłużać w niemieckich instytucjach finansowych. W ten sposób – za pomocą toksycznego sprzężenia łapówek i kredytów – niemiecka „metropolia” napędzała swój przemysł i eksport kosztem doprowadzenia do ruiny greckiej „kolonii”. Warto zwrócić uwagę, iż te same Niemcy równocześnie pouczały Greków na okoliczność gospodarnego zarządzania finansami i walki z korupcją, a zarazem za kulisami warunkowały pomoc finansową dla Aten wywiązaniem się przez nie z zawartych z niemieckimi przedsiębiorstwami kontraktów – jak to miało miejsce w 2010 roku, gdy zaszantażowano w ten sposób premiera Papandreu.

Zresztą, nawet bankructwo jest świetną okazją do zarobku, co niedawno miałem okazję opisywać na tych łamach. Okazuje się, że Niemcy, wskutek redukcji oprocentowania własnych obligacji, na greckim kryzysie zarobiły 100 mld euro, dzięki czemu udało się im zrównoważyć budżet o rok wcześniej, niż pierwotnie zakładano. Inwestorzy wystraszeni sytuacją w Grecji na masową skalę lokowali kapitał w niemieckich papierach, co skutkowało ich niższą rentownością. Ciekawe, ile Niemcy zarobiły na kryzysie i kontraktach zbrojeniowych w Hiszpanii i Portugalii, tak się bowiem składa, że trzonem tamtejszych sił pancernych również są Leopardy, nie wspominając już o Polsce także pałającej niezrozumiałą miłością do niemieckich „panzerkampfwagenów”.

Obecnie, w konsekwencji wymuszonego podczas niedawnego szczytu programu restrukturyzacyjnego, niemiecka firma przejmuje greckie lotniska, a wkrótce to samo czeka porty i inne składniki greckiego majątku narodowego. 14 lotnisk regionalnych (w tym w Salonikach, oraz w turystycznych zagłębiach takich jak Rodos, Korfu czy Cyklady) obejmie za 1,2 mld euro spółka Fraport AG na czele której stoi Stefan Schulte, członek Rady Gospodarczej CDU. Mamy zatem coś w rodzaju gospodarczej „wojny błyskawicznej” - wtryniamy gorzej rozwiniętej ofierze nieprzystającą do jej modelu ekonomicznego walutę powodującą nieopłacalność własnej produkcji, następnie kraj staje się rynkiem zbytu dla obcych towarów, których sprzedaż wspomagana jest w razie potrzeby systemową korupcją. Wskutek dezindustrializacji i nadmiernego importu kraj-ofiara pogrąża się w niemożliwych do spłacenia długach, aż wreszcie można wykupić bankruta za bezcen. Wszystkie dochody – czy to z „pomocy”, czy z prywatyzacji - trafiają przy tym oczywiście do wierzycieli, budżet Grecji zobaczy z tych pieniędzy okrągłe zero, kolejne „pakiety pomocowe” pogłębiają jedynie greckie zadłużenie niczego nie zmieniając w sytuacji gospodarczej kraju – no i koniec końców, wszystkie długi, stare czy nowe, trzeba będzie spłacać, petryfikując tym samym stan gospodarczej zapaści.

Charakterystyczne, że ostatnio nawet rygorystyczny do niedawna MFW zaczyna dystansować się od dwóch pozostałych członków sprawującej nad Grecją zarząd komisaryczny „trójki” (MFW, EBC, KE). Czyni tak pod wpływem przykładu węgierskiego – Orban odrzucił oszczędnościowy dyktat MFW, którego efektem byłoby zduszenie wewnętrznego popytu i wyprowadził swój kraj na prostą. Ale przecież Niemcom, które de facto ustalają politykę struktur unijnych, w tym EBC i KE, nie zależy na tym, by Grecji pomóc, tylko by ją wycisnąć do ostatka. Taka już jest natura pasożyta – koszty utrzymania (czyli niemieckiego rozwoju gospodarczego) ponosić ma jedynie żywiciel.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 36 (04-10.09.2015)

wtorek, 1 września 2015

Bankructwo – doskonały interes

Kto na naszym bankructwie zrobi złoty interes? Sępie fundusze czy Niemcy? A może ktoś jeszcze?

Mamy w Europie dwóch bankrutów: głośnego i cichego. Bankrutem głośnym jest Grecja, skupiająca na sobie uwagę świata choćby z powodu potencjalnych reperkusji tamtejszego kryzysu dla całej strefy euro. Bankrut cichy natomiast, o którym zbyt wiele się nie mówi, to Ukraina. Jeżeli świat o Ukrainie pamięta, to tylko w kontekście wojny w Donbasie, tymczasem to właśnie niewypłacalność może za chwilę stać się podstawowym zagrożeniem dla samego istnienia tego państwa. Już od dłuższego czasu, gdy zbliżają się kolejne terminy spłaty odsetek od zadłużenia, światowe instytucje finansowe zastanawiają się, czy Ukraina tym razem podoła swym zobowiązaniom. Do tej pory jakoś się udawało, ale takie balansowanie na linie nie może trwać w nieskończoność. Obecnie Ukraina utrzymuje się na powierzchni w zasadzie jedynie dzięki kroplówce od MFW, ale te zastrzyki tylko przedłużają stan agonalny pacjenta. Dość powiedzieć, że zadłużenie zagraniczne wynosi ogółem (sektor prywatny i publiczny) 126 mld USD (dane na 1 kwietnia 2015 za Ośrodkiem Studiów Wschodnich), co stanowi 109,8% PKB, z czego zagraniczny dług publiczny to suma 43,6 mld USD. Na dodatek recesja (w tym roku prognozy MFW mówią o -9% PKB) oraz deprecjacja hrywny sprawiają, iż mimo spłaty części zobowiązań, relacja długu do PKB stale rośnie.

W efekcie, Bank of America Merrill Lynch ostrzega przed możliwym bankructwem już we wrześniu, kiedy to przyjdzie Ukrainie spłacić 500 mln USD odsetek. Na dodatek, Ukraina w znacznej mierze siedzi w kieszeni u prywatnych wierzycieli (40% wszystkich wyemitowanych obligacji) wśród których wiodącą rolę odgrywa amerykański fundusz inwestycyjny Franklin Tempelton posiadający obligacje o wartości 6,5-7 mld USD. Do tego dochodzą fundusze TCW i T. Rowe Price oraz brazylijski BTG Pactual Europe – w sumie daje to ok. 8,9 mld USD. Tu trzeba dodać, iż przedstawicielem Franklin Tempelton jest słynący z bezwzględności manager Michael Hasenstab. Pomysł na zysk jest prosty: skupować ile się da tanich ukraińskich obligacji, których inni się wyzbywali, za ułamek ich nominalnej wartości, a następnie wydusić z rządu w Kijowie ich spłatę w pełnej wysokości. Do tego typu instytucji jak Franklin Tempelton przylgnęło określenie „sępie fundusze”. O ich sile zaświadcza choćby bankructwo Argentyny w 2001 roku, kiedy to fundusz Elliott Management nie zgodził się na umorzenie części z posiadanych przezeń 100 mld argentyńskiego długu, co doprowadziło do plajty tego kraju. Póki co, Hasenstab podąża tą samą drogą – nie chce słyszeć o żadnych umorzeniach, natomiast proponuje, by Ukraina pokryła część swych zobowiązań z rezerw walutowych banku centralnego, w zamian za co otrzymałaby odroczenie spłaty pozostałych wierzytelności i ewentualnie redukcję odsetek. Tyle, że rezerwy walutowe Ukrainy wynoszą raptem ok. 10 mld USD, zatem spełnienie tych warunków oznaczałoby puszczenie Kijowa z torbami. To zresztą stały patent Hasenstaba - można powiedzieć, iż jest międzynarodowym odpowiednikiem na poły mafijnych firm handlujących długami i wyciskających z dłużników „prawem i lewem” ich zobowiązania. Jak widać, bankructwo jednych może być dla innych świetnym interesem. Sama minister finansów Ukrainy, Natalia Jaresko, nie wyklucza „zawieszenia płatności”, co oznaczałoby tzw. „techniczne bankructwo”. Konsekwencje takiego ruchu dla pogrążonego w wojnie kraju, możemy sobie wyobrazić.

Inny sposób zarabiania na bankructwie znalazły Niemcy. Według raportu Instytutu Badania Gospodarki (IWH) w Halle, grecki kryzys stał się dla Niemiec istną żyłą złota. Otóż za każdym razem, gdy z Grecji dochodziły złe wieści, spadało oprocentowanie niemieckich obligacji. Inwestorzy wystraszeni kryzysem szukali „spokojnej przystani” w której mogliby ulokować swoje fundusze – i taką przystań oferował im niemiecki rząd, oczywiście pod warunkiem obniżenia rentowności papierów dłużnych. Łącznie, na samych tylko redukcjach odsetek Niemcy zarobiły od 2010 roku 100 mld euro. Ponieważ niemiecki wkład w programy pomocowe (czyli pożyczki, które Grecja i tak przez pokolenia będzie spłacać) wyniósł w sumie 90 mld euro, to otrzymujemy całkiem przyzwoitą „marżę”, jaką Niemcy zebrały na skutek okołogreckich zawirowań na rynkach finansowych. To m.in. dzięki temu Niemcom udało się od zeszłego roku zrównoważyć budżet. Nic więc dziwnego, że Instytut Badania Gospodarki określa Niemcy mianem „wielkiego beneficjenta” kryzysu w Grecji. A pamiętajmy, że w kolejce czekają jeszcze konfitury z greckiej prywatyzacji.

Biorąc pod uwagę powyższe, nie mogę opędzić się przed czarnymi myślami dotyczącymi naszej przyszłości. Ponieważ od kiedy zdjęto z Polski procedurę nadmiernego deficytu, znów zaczęliśmy zadłużać się na potęgę i przy obecnym tempie konstytucyjny próg długu publicznego wynoszący 60% w relacji do PKB osiągniemy gdzieś w okolicach końca 2019 roku, to pozostaje tylko się zastanawiać – kto na naszym bankructwie zrobi złoty interes? Sępie fundusze czy Niemcy? A może ktoś jeszcze?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2307-pod-grzybki-18

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 33-34 (11-27.08.2015)

środa, 11 lutego 2015

Polska na sprzedaż

Trzeba wystawić na sprzedaż Polskę, tym bardziej, że patrząc od strony biznesowej, „ten kraj” i tak w zasadzie jest bankrutem.

I. Wygasić Polskę

Kiedy czytam doniesienia o kolejnych planowanych bądź dokonanych prywatyzacjach, upadłościach i restrukturyzacjach polegających na „wygaszaniu”, nachodzi mnie myśl, że w zasadzie po co się tak rozdrabniać? Na co taka wyprzedaż na raty, skoro wiadomo, że jakikolwiek majątek w polskich rękach to jedynie potencjalne źródło kłopotów i zarzewie społecznego niezadowolenia? Trzeba tym zarządzać, użerać się ze związkowcami, przyjmować na chybcika jakieś ustawy, gdy przedsiębiorstwo zaczyna robić bokami i traci płynność... Na dodatek Unia może mieć pretensje, że jeszcze cokolwiek u nas funkcjonuje prócz montowni, dyskontów i parabanków – potrzebne to komu?

Weźmy takie stocznie. Woziliśmy się z nimi od samego początku przesławnej „transformacji ustrojowej”, związkowcy co i rusz zgłaszali jakieś roszczenia, robole urządzali nieestetyczne zadymy w stolicy, pchając się pod rządowe obiekty ze swoimi wąsatymi facjatami. Słowem, skaranie Boskie, zakłócające konsumowanie owoców dziejowego sukcesu i najlepszego od stuleci okresu w dziejach Polski. Aż z Brukseli spłynęło dobrodziejstwo – kazali stocznie zamknąć. No i zamknęliśmy, zresztą bardzo słusznie, wszak Europa ma swoje stocznie w Niemczech i we Francji – wystarczy. Teraz jest spokój, nikt na Wybrzeżu już nie dymi, zrobi się raz do roku imprezę przed bramą „im. Lenina” w Gdańsku, by uhonorować historycznych wodzów, którzy ponad podziałami zafundowali nam wraz z reformatorskim skrzydłem Partii historyczny triumf i pozamiatane. Nie można by tak ze wszystkim?

Moim zdaniem należy skorzystać z niedawnych doświadczeń związanych z prywatyzacją kolejki linowej na Kasprowy Wierch. Sprzedano ją spółce Altura będącej podmiotem zależnym funduszu Mid Europa Partners z Luksemburga. Altura weszła jako większościowy udziałowiec (99,77% akcji) do przedsiębiorstwa tatrzańskich samorządów – Polskich Kolei Górskich - i tym sposobem pozbyliśmy się kłopotu w postaci publicznej firmy kłującej w oczy generowaniem zysków. Też sobie wymyślili. Wszystko dookoła jedzie na deficycie, a ci się wyłamują. Tak więc, mając na względzie powyższe przedsięwzięcie, trzeba się wreszcie przestać szczypać i po prostu wystawić na sprzedaż Polskę, tym bardziej, że patrząc od strony biznesowej, „ten kraj” i tak w zasadzie jest bankrutem. Dług publiczny na poziomie biliona złotych jest nie do spłacenia – można jedynie odwlec nieco w czasie ostateczny krach kolejnymi pożyczkami pogłębiającymi spiralę długów, „rolowaniem” kolejnych kredytów i księgowymi sztuczkami rozpisującymi państwowe zobowiązania na jednostki pozabudżetowe, ale - jak pokazuje przykład Grecji – wszystko to jedynie do czasu. Nie lepiej uprzedzić nieuchronne i raz na zawsze pozbyć się zgryzot jakich nieustannie przysparza swym istnieniem państwo polskie?

II. Pod młotek!

Jako się rzekło, wszystko i tak zmierza w nakreślonym powyżej kierunku, tyle, że jest niemożliwie rozwleczone w czasie. Już od ćwierć wieku sprzedajemy, sprzedajemy i nie możemy sprzedać. Ile jeszcze potrwa, by przepchnąć prywatyzację Lasów Państwowych i zaspokoić najpilniejsze roszczenia ofiar polskiego antysemityzmu? A kopalnie? Restrukturyzuje się je od 1989 roku i ciągle coś się tam wydobywa. Ostatnio wprawdzie nieco drgnęło w temacie, rząd wynajął porządną, niemiecką firmę konsultingową, która nakreśliła jedynie słuszny program wygaszenia kopalń, w efekcie czego moglibyśmy się przestawić na czystą energię kupowaną w Niemczech i tą drogą spłacić kolejną ratę długu wdzięczności za przyjęcie nas do Europy. No, ale górnicy zaczęli wierzgać i trzeba im było jakoś zatkać gęby przed wyborami. Znowu zwłoka. Wprawdzie ostatnio trochę trzeba było postrzelać, żeby bydło uświadomiło sobie, że władza oprócz marchewek ma również kije, ale to cały czas mitręga, panie, mitręga.

Całe szczęście, że niedługo kończy się okres ochronny na kupno ziemi przez obcokrajowców, więc może chociaż na tym odcinku coś się ruszy, bo umówmy się – dotychczasowe wykupywanie gruntów metodą „na słupa” trąci amatorszczyzną. Na dodatek, ci Polacy uparli się, by koniecznie mieć własne domy i mieszkania. A po co im to? Nie lepiej wynajmować wszystko od banków, tak jak dzieje się to już na rynku leasingowym? Człowiek, który ma coś swojego bywa nieobliczalny, a jak uczy historia, drobna burżuazja jest motorem napędowym faszyzmu. Dobrze, że udało się ich wrobić w te franki – nie dość, że po 30 latach spłacą wielokrotność wartości tego co kupili, to po tym okresie na głodowej emeryturze będą musieli zaciągnąć odwróconą hipotekę „na przeżycie” i tą drogą to co miało należeć do banku, wróci do banku przywracając naturalny porządek rzeczy. Zresztą, jak dobrze pójdzie, to zarżną się a nie spłacą tych rat, więc istnieje realna szansa na wcześniejsze przejęcie nieruchomości – i wtedy bęcwały, którym się roiło, że będą posiadaczami, staną się najemcami. Różnica niewielka – zamiast rat kredytu będą płacili czynsz, może zresztą nawet pozostając w tych samych mieszkaniach. Kamienice nie dla Polaka, co to w ogóle za fanaberie... Podatku katastralnego na nich!

Potrzeba tylko odważnego ruchu zdejmującego z barków ciężar własności – zarówno publicznej, jak i prywatnej. No, wprawdzie po '89 powstało trochę rodzimych firm, które – o zgrozo – wciąż pozostają w rękach nadwiślańskich przedsiębiorców, ale ich załatwi gospodarcza geopolityka. Tak się szczęśliwie składa, że trwają negocjacje na temat powołania TTIP (Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji), czyli ustanowienia strefy wolnego handlu między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Ma ona znieść m.in. ograniczenia jakościowe w przepływie towarów, czyli chociażby wymagania dotyczące norm technicznych, zdrowotnych itd. USA będą mogły więc eksportować na europejskie rynki towary produkowane według tamtejszych, niższych standardów, niezgodne z naszymi normami – np. tanią żywność z GMO, i to bez wyszczególniania zawartości na opakowaniach. Pani premier Kopacz już zadeklarowała swój entuzjazm dla tej inicjatywy. Tak więc, nie ma co zwlekać, sprzedawajmy tę Polskę czym prędzej, póki jeszcze jest cokolwiek warta.

III. Polska INC.

Jestem absolutnie pewien, że raz-dwa znalazł by się strategiczny inwestor pod postacią jakiegoś funduszu zarejestrowanego na Wyspach Bergamutach, zajmujący się z powodzeniem wypłukiwaniem złota z powietrza, z portfelem pełnym wysublimowanych „produktów pochodnych” opiewających na zawrotne sumy. Ponadto, z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że ów fundusz byłby własnością przedstawicieli narodowości kupieckiej, co za jednym zamachem załatwiłoby sprawę żydowskich roszczeń majątkowych. Fundusz ów powołałby spółkę-córkę o nazwie, dajmy na to, „Polska Incorporated”. Nazwa „Judeopolonia S.A.” brzmiałaby zbyt ostentacyjnie i mogłaby sprowokować jakieś ruchawki wśród miejscowych proli. Trzeba by wzywać w ramach ustawy o bratniej pomocy jakieś siły pacyfikacyjne, robić stan wojenny – słowem, dużo zachodu i źle wygląda. A tak, istnieje nadzieja, że miejscowi nawet nie zauważą. Zostawi się im w charakterze firmowego logo biało-czerwone maziaje, żeby mieli czym machać na meczach drużyn zakładowych rozładowując emocje, co jakiś czas zorganizuje się imprezę integracyjną z piwem i fajerwerkami – powinni być zadowoleni.

W ramach zapewnienia spokoju społecznego można również wykorzystać pionierskie rozwiązanie ze stoczni szczecińskiej, gdzie na terenie zlikwidowanego zakładu postawiono „Biedronkę”, by bezrobotni stoczniowcy mieli gdzie wydawać zasiłki. W końcu siła robocza nie może zdechnąć z głodu. No więc nastawia się ludności tubylczej dyskontów, by mieli gdzie wydawać te swoje drobniaki wypracowane w ramach „elastycznego rynku pracy” na śmieciówkach, oraz – rzecz jasna - chwilówki. Zwłaszcza te ostatnie warto jeszcze bardziej rozpropagować, bo dług wiąże niewolnika mocniej niż jakiekolwiek kajdany. Socjal i opiekę zdrowotną stopniowo się „wygasi”, bo po pierwsze – generuje to zbędne koszty, a po drugie - dzięki takiemu zabiegowi bezproduktywna część społeczeństwa umrze bądź wyemigruje. Same korzyści i bilans będzie wyglądał jak należy.

Rządzące obecnie klany i mafie powinny być z takiej transakcji zadowolone. Zamiast sprzedawać kraj dziadowsko, detalicznie, po kawałku, opchną wszystko hurtem i będą ustawione na pokolenia. Tak zwanej „klasie politycznej” również coś skapnie, poza tym, jakaś jej część zawsze będzie mogła dorobić w charakterze ekonomów u nowych właścicieli – zatem, wszyscy co trzeba będą zarobieni. Trzeba tylko wreszcie odważyć się na ten niezbędny ruch wieńczący naszą transformację. Z tego miejsca wzywam panią premier Ewę Kopacz, by jako polska Margaret Thatcher podjęła jak najszybciej stosowne kroki. Że co? Że Margaret Thatcher nie „wygasiła” Wielkiej Brytanii, tylko wyprowadziła ją na prostą? Nie żądajmy zbyt wiele – każdy kraj ma Thatcher na miarę swoich możliwości.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Ilustracja: Budyń78

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 5 (75) 09-15.02.2015

wtorek, 1 października 2013

Korkociąg długu

Dwadzieścia lat wystarczyło, by Polska wpadła w zadłużeniowy korkociąg, niczym spadający samolot.

I. Dług „jawny” i „ukryty”

Forum Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza zaprezentowało zmodyfikowany licznik długu publicznego – uzupełniony o tzw. „dług ukryty” na który składają się zobowiązania państwa nie mające pokrycia w papierach wartościowych. O ile bowiem dług „jawny” (włączono tu wydatki Krajowego Funduszu Drogowego, które „odpisuje” sobie Rostowski) wynosi obecnie 936 mld zł i stanowi 57,3 proc. PKB, co daje jakieś 25,2 tys zł na obywatela Polski, o tyle dług „ukryty” wynosi ponad 3 biliony zł, a więc 190,6 proc. PKB – czyli jakieś 82,6 tys zł na mieszkańca. Ten „ukryty”, albo może lepiej powiedzieć – odłożony w czasie „debet” - to zobowiązania ZUS wobec obecnych i przyszłych emerytów. Faktycznie suma ta jest jeszcze wyższa, gdyż w liczniku nie uwzględniono zobowiązań z tytułu rent, KRUS i emerytur mundurowych, co wedle szacunków FOR wywindowałoby zadłużenie na poziom 300-350 proc. PKB.

Czyli, krótko mówiąc, jesteśmy ugotowani. Tego zwyczajnie nie da się spłacić. Dwadzieścia lat wystarczyło, by Polska wpadła w zadłużeniowy korkociąg, niczym spadający samolot. Krach finansów publicznych jest jedynie kwestią czasu i pytanie tylko jak długo da się go odwlekać. Jak wiadomo, „jawny” dług publiczny to zaciąganie pożyczek pod zastaw przyszłych podatków z których będą spłacane należności płynące z tytułu wyemitowanych obligacji Skarbu Państwa. Dług „ukryty” natomiast to zobowiązania legislacyjne wynikające z systemu ubezpieczeń społecznych. To „ukryte” zadłużenie staje się „jawne” w momencie, gdy przychodzi do jego spłaty determinowanej np. przepisami emerytalnymi. Z czego będzie spłacane? Ma się rozumieć, również z podatków i innych obciążeń, takich jak przymusowe składki emerytalne i rentowe, a gdy tego nie wystarczy – z kolejnych pożyczek zaciąganych „na przejedzenie” przez Skarb Państwa, co oznacza automatyczny wzrost „długu jawnego”. A koniec końców – bankructwo i brak jakichkolwiek emerytur.

II. Bunt lub śmierć

Czy rząd o tym nie wie? Ależ wie, jak najbardziej – i stąd rozpaczliwe ruchy, takie jak podnoszenie wieku emerytalnego z jednej strony i wypychanie do szkół sześciolatków z drugiej, by te wcześniej zaczęły płacić składki emerytalne i podatki. Jednym słowem, mamy narastającą intensyfikację eksploatacji materiału ludzkiego – podatnicy będą płacić coraz dłużej i coraz więcej, by utrzymać fikcję płynności finansowej państwa. To oczywiście tylko działania opóźniające. Prędzej czy później lichwiarze przyjdą tu po swoje, co oznaczać będzie koniec kolejnej fikcji, jaką jest suwerenność. Jeśli nie zostanie żadnych przedsiębiorstw do wyprzedaży (a nie zostanie, bo już je przejedliśmy), to pod młotek pójdzie wszystko inne – kopaliny, lasy i co tam jeszcze zostało. No i drastyczne podniesienie podatków połączone z ekonomicznym ubezwłasnowolnieniem na wszelkich możliwych poziomach. W efekcie, proces kolonizacyjny osiągnie stadium finalne - totalne podporządkowanie wszelkich zasobów opanowanego terytorium.

Czy ten scenariusz jest możliwy do odwrócenia? Wątpię, choć warto przyglądać się poczynaniom Wiktora Orbana na Węgrzech, który właśnie próbuje wywikłać swój kraj z analogicznej matni, choćby dobierając się do kieszeni międzynarodowym koncernom i usiłując dokonać gospodarczej dekolonizacji. Jest to zresztą główną przyczyną międzynarodowego jazgotu – bo te bajeczki o „zagrożeniu demokracji” są jedynie zasłoną dymną dla naiwnych, mającą uzasadnić zduszenie zarzewia ekonomicznej rewolty, zanim ta rozprzestrzeni się na inne kraje regionu, z Polską na czele. Niemniej, prędzej czy później okaże się, że mamy do wyboru albo powtórzenie wariantu greckiego (śmierć gospodarcza), albo otwarty bunt polegający na odmowie spłaty zadłużenia oraz radykalnym przebudowaniu sektora finansowego i modelu gospodarki pieniężnej – z jakąś formą odrzucenia systemu fiducjarnej kreacji pieniądza i zakorzenienia go w realnych dobrach.

III. Balcerowicz - mąż stanu, czy lobbysta?

Wracając do Balcerowicza i jego licznika. To oczywiście bardzo dobrze, że „wali” po oczach tymi liczbami, może do paru ludzi to dotrze, choć na masowe przebudzenie społeczne raczej bym nie liczył. Te sumy przez swój ogrom są zbyt abstrakcyjne dla przeciętnego zjadacza chleba, poza tym ludzie nie chcą wierzyć w czarne scenariusze – wolą myśleć wedle schematu: „zadłużone są wszystkie kraje świata, więc może tak po prostu musi być i nie ma się czym przejmować”? Na plus należy mu również zaliczyć fakt, iż zawsze był zwolennikiem dyscypliny budżetowej – w przeciwieństwie do Rostowskiego, który rozpętał orgię zadłużania państwa na skalę nie praktykowaną przez żadnego z jego poprzedników (otwartym jest pytanie czy czyni to by dogodzić Tuskowi, czy też jest tu po prostu kolonizacyjnym emisariuszem finansowej międzynarodówki – ja stawiam na to drugie).

Jednak, czy Balcerowicz faktycznie występuje tu jako mąż stanu, czy też może jest lobbystą konkretnej grupy interesów, czyli Otwartych Funduszy Emerytalnych – pasożyta, „prywatyzującego” do tej pory znaczną część składek emerytalnych, których „kapitalizacja” polega w dużym stopniu na wykupywaniu obligacji Skarbu Państwa? Przypomnijmy, że w tym modelu wypłata rzekomo „prywatnych” emerytur tak czy inaczej uzależniona została od wypłacalności budżetu państwa. Balcerowicz był jednym z architektów tego systemu. Oczywiście ma rację, mówiąc, że likwidacja OFE oznaczać będzie jedynie przeniesienie zadłużenia „jawnego” do „tajnego”, co pogłębi ogólną zapaść finansów i będzie działać antyrozwojowo, bo zobowiązania oznaczać będą zwiększony fiskalizm, ale ja tu dostrzegam drugie dno.

IV. Spór w rodzinie

Najwyraźniej, krótkoterminowy interes bronionej przez Balcerowicza konkretnej branży (OFE) stoi tu w sprzeczności z długofalowymi planami ubezwłasnowolnienia państwa polskiego, na którym to odcinku działa prężnie minister Jan Vincent „no PESEL” Rostowski. Tak odczytuję ten „spór w rodzinie”, niezależnie od merytorycznych uzasadnień Balcerowicza. Jeśli dodamy, iż to Balcerowicz był wykonawcą planu Sachsa-Sorosa (którzy zresztą, wedle Song Hongbinga są jedynie „komandosami” działającymi na zlecenie prawdziwych rekinów z City i Wall Street), polegającego na „transformacji” wedle schematu „zamiana długów na udziały”, to jego obecna akcja przestaje wyglądać wiarygodnie.

Przypomnę (pisałem o tym w niedawnym tekście „W niewoli kapitału”), iż proceder „zamiany długów na udziały” polegał na tym, że demoludom umarzano częściowo zadłużenie w zamian za „udziały” w poszczególnych gospodarkach narodowych. Stąd ta niezrozumiała na pierwszy rzut oka wyprzedaż majątku narodowego po dyskontowych cenach i niepohamowana inwazja gospodarcza. W efekcie, po ponad dwóch dekadach nie mamy własnego przemysłu, a nowe długi i tak zostały zaciągnięte – i to w stopniu o jakim Gierkowi z Jaruzelskim się nie śniło. Czyli, jak byliśmy bankrutami, tak pozostajemy nimi nadal – zmienił się tylko kolonizator.

I pomyśleć, że to właśnie Balcerowicz wraz ze swym Forum Obywatelskiego Rozwoju walnie przyczynił się do wyniesienia w 2007 roku ekipy Tuska do władzy. Pisał o tym Rewizor w słynnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku”. W skrócie chodziło o to, iż to właśnie FOR, najprawdopodobniej za pieniądze Fundacji Adenauera, (więc pochodzące z budżetu Niemiec) było „mózgiem” i centrum organizacyjnym akcji „Zmień kraj. Idź na wybory.”, która hasłem „zabierz babci dowód” zaktywizowała 3 mln młodych wyborców, co sprawiło, że przechylili oni szalę zwycięstwa na korzyść PO. Najwyraźniej zarówno sam Balcerowicz, jak i jego mocodawcy oraz sprzymierzeńcy poczuli się przez poczynania tandemu Tusk-Rostowski wykolegowani (przeciw likwidacji OFE gardłuje również m.in. Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan), co opisanemu tu „sporowi w rodzinie” przydaje dodatkowego smaczku.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/w-niewoli-kapitalu

http://niepoprawni.pl/blog/287/dlugi-suwerennosc

http://niepoprawni.pl/blog/287/szesciolatki-na-emigracje

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

http://niepoprawni.pl/blog/287/budapeszt-czy-ateny

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w-zjednoczonej-europie

http://niepoprawni.pl/blog/287/biale-noski-zamiast-bialych-kolnierzykow

niedziela, 15 września 2013

W niewoli kapitału

Jan Vincent Rostowski mógł zostać Tuskowi zwyczajnie narzucony, by dokończyć proces kolonizacji gospodarczej Polski.

I. Wynarodowiona gospodarka

Do annałów: 13.09.2013. Sejm uchwalił nowelizację ustawy budżetowej zwiększającą deficyt o ok. 16 mld zł – z 35,6 mld do 51mld 565mln zł. Dalsze 7,7 mld złotych mają przynieść cięcia w poszczególnych resortach. W sumie – prawie 25 mld złotych. No cóż, przydałoby się teraz mieć te 5,8 mld euro, które „pożyczyliśmy” na 0,1-0,2 procenta w ramach zrzutki na ratowanie Grecji Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu w 2011 roku (sami mamy linię kredytową w MFW oprocentowaną na 5-6%). Po obecnym kursie (ok. 4,2 zł), byłoby to 24,36 mld zł – i kwestia niedoboru byłaby właściwie rozwiązana. Ale przecież nie po to międzynarodowa finansjera nasłała tu w charakterze strażnika swych interesów pana Jana Vincenta „no PESEL” Rostowskiego z samego londyńskiego City, by Polska przestała się zadłużać.

Powyższe koreluje z wypowiedzią prof. Witolda Kieżuna o tym, w jakim stopniu jesteśmy (Polska i cała środkowa Europa) skolonizowani przez obcy kapitał. Sektor finansowy – na sześćdziesiąt kilka banków tylko cztery są polskie. W krajach Europy Zachodniej obecność obcych banków nie przekracza 20% - i to pomimo „swobodnego” przepływu kapitałów. Poszczególne branże – zdominowane przez firmy zagraniczne, wliczając w to „sprywatyzowane” za ułamek wartości przedsiębiorstwa państwowe. Do tego jesteśmy rezerwuarem taniej siły roboczej. Sędziwy profesor mówiąc o tym, płakał. Nie o taką Polskę walczył, nie takiej Polski wyglądał. Struktura gospodarcza Polski przypomina bowiem jako żywo to, co ma miejsce w krajach postkolonialnych.

II. Kapitałowa kolonizacja

Mamy zatem do czynienia z wielopoziomową kolonizacją – finansową, sił wytwórczych i materiału ludzkiego. Czegoś jednak z punktu widzenia ekonomicznych kolonizatorów wciąż brakowało – mianowicie, do pewnego momentu Polska, dzięki zachowywaniu jako-takiej dyscypliny finansowej, pozostawała krajem stosunkowo mało zadłużonym. Dług publiczny wprawdzie stopniowo narastał, jednak dość powoli, ponadto istniały progi ostrożnościowe traktowane przez wszystkie kolejne ekipy niezależnie od politycznych barw jako tabu. Inna sprawa, że kolejne rządy przed nadmiernym zapożyczaniem się ratowała „prywatyzacja” - czyli wyprzedaż obliczona na „dopięcie” kolejnych budżetów.

W każdym razie, na koniec 2007 roku dług publiczny wynosił nieco ponad 527 mld zł, a obecnie według różnych wyliczeń od 800 mld do biliona złotych. Osobiście przypuszczam, że bliższa prawdzie jest ta wyższa suma z uwagi na różne, nie stosowane przez poprzedników, księgowe sztuczki ministra Rostowskiego.

Co spowodowało tak nagły wzrost tempa zadłużania Polski? Do niedawna skłonny byłem sądzić, iż jest to wynik zbrodniczej beztroski i dojutrkowości charakteryzującej rządy Tuska - „ciepła woda w kranie” za pożyczone pieniądze dopóki się da, a potem ucieczka na brukselską posadę komisarza od prostowania bananów. Rostowski zaś miał być wykonawcą tej polityki. Obecnie jednak rodzi mi się w głowie spiskowe podejrzenie, że sprawa może mieć drugie i o wiele poważniejsze dno.

III. Dokończenie procesu kolonizacyjnego

Otóż Jan Vincent Rostowski mógł zostać Tuskowi zwyczajnie nastręczony, lub wręcz narzucony, jako strażnik interesów banksterskiej międzynarodówki, by dokończyć proces kolonizacyjny i to tak, byśmy nie mieli szans kiedykolwiek wygrzebać się z bagna. Finanse publiczne były bowiem ostatnim poważnym segmentem w którym mieliśmy jeszcze pole manewru i jakąkolwiek podmiotowość. A finanse publiczne, to nic innego jak podatki płacone przez obywateli, na które chrapkę mają instytucje finansowe skupujące państwowe papiery dłużne. Wydaje się nam, że podatki płacimy do budżetu państwa, tymczasem, jak poskrobać, to okazuje się, że budżet państwa jest tu tylko „przepompownią” która przekazuje nasze pieniądze do wierzycieli będących w posiadaniu obligacji Skarbu Państwa. W 2012 na samą obsługę zadłużenia wydaliśmy równowartość wpływów z PIT i jeszcze trochę, a przecież to nie koniec.

Zrozumiałe więc, że w interesie ekonomicznych kolonizatorów jest pogłębianie zadłużenia państwa, bo to gwarantuje im pewne dochody – im zadłużenie wyższe, tym większe zastrzyki gotówki płyną z naszych do ich kieszeni. Cały proceder kończy się zaś bankructwem i półformalnym ubezwłasnowolnieniem kraju, jak dzieje się to w przypadku Grecji. Pisałem już o tym wielokrotnie (wykaz poprzednich tekstów pod notką), ale powtórzę – zadłużanie państwa, to wyprzedaż suwerenności. Do tej pory owo uzależnienie od międzynarodowej finansjery postępowało najwyraźniej zbyt wolno jak na apetyty mocodawców Rostowskiego. Od momentu objęcia teki ministra finansów przez Jana Vincenta wszystko ruszyło z kopyta.

Nie do przecenienia jest również naruszenie finansowego tabu w postaci „zawieszenia” pierwszego progu ostrożnościowego. W ten sposób pękła pewna psychologiczna bariera - od tej pory każdy rząd będzie miał świadomość, że wszelkie zasady dotyczące finansów publicznych będzie można złamać ku uciesze przyszłych wierzycieli i licytatorów masy upadłościowej. I sądzę, że to również jest celowe działanie Rostowskiego, który zwyczajnie musiał wiedzieć, że układa nierealny budżet – właśnie po to, by stworzyć okazję do przełamania ostrożnościowej granicy i otworzyć wrota do dalszego zadłużania Polski.

IV. Na drodze do upadłości

Warto dodać, iż powyższe jest logiczną konsekwencją procesu „transformacyjnego” zapoczątkowanego w postkomunistycznym regionie przez George'a Sorosa (a tak naprawdę przez jego mocodawców, którzy posyłają Sorosa w charakterze finansowego „komandosa”). Proces ów Song Hongbing w swej „Wojnie o pieniądz” scharakteryzował jako „zamianę długów na udziały”. W telegraficznym skrócie polega on na tym, że demoludom umarzano częściowo długi, których nie mogły spłacić w zamian za „udziały” w poszczególnych gospodarkach narodowych. Stąd ta niezrozumiała na pierwszy rzut oka wyprzedaż majątku narodowego po dyskontowych cenach i niepohamowana inwazja gospodarcza, nad którą tak boleje prof. Kieżun.

Przy okazji - państwo właśnie dało sygnał o rychłej niewypłacalności, przystępując do likwidacji OFE. Tak się bowiem składa, że OFE są dość istotnym wierzycielem Skarbu Państwa na rynku wewnętrznym – na koniec 2012 roku obligacje stanowiły 45% papierów wartościowych w portfelu OFE na łączną sumę 118 mld zł. „Nacjonalizując” te obligacje, państwo dało sygnał, że długo już nie pociągnie, mimo pozornego obniżenia długu publicznego. Oczywiście, OFE nie ma co żałować, ten finansowy pasożyt był bowiem jedną z wielu form eksploatacji, zaś nasze „prywatne” emerytury i tak przecież koniec końców w 45% były uzależnione od zdolności wykupu przez państwo obligacji. Niemniej, w obecnej kondycji finansów publicznych ten rozpaczliwy rzut na taśmę dokonany przez Rostowskiego po to, by plajta nie wyszła na jaw przedwcześnie, ma jednoznaczną wymowę.

Podsumowując, obecnie jesteśmy na najlepszej drodze, by jako bankruci trafić pod nieubłagane skrzydła Międzynarodowego Funduszu Walutowego, którego recepta jest zawsze taka sama: fiskalizm, wyprzedaż tego co jeszcze jest państwowe, plus radykalne cięcia – również inwestycyjne, co każdorazowo skutkuje „zamrożeniem” gospodarki „ratowanego” kraju. Lecz to zabójcze rozwiązanie ma dla finansowej oligarchii podstawowy plus – spłacając transze „pomocy międzynarodowej” pod egidą MFW, wyciska się to, czego nie udało się z danego kraju wycisnąć do tej pory. I w tym momencie kolonizacja o której tu mówimy osiąga stadium finalne - totalne podporządkowanie wszelkich zasobów opanowanego terytorium.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/dlugi-suwerennosc

http://niepoprawni.pl/blog/287/szesciolatki-na-emigracje

http://niepoprawni.pl/blog/287/kryzysowy-korkociag

http://niepoprawni.pl/blog/287/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze

http://niepoprawni.pl/blog/287/budapeszt-czy-ateny

http://niepoprawni.pl/blog/287/o-greckich-kozojebcach-i-bankructwie-w-zjednoczonej-europie

http://niepoprawni.pl/blog/287/biale-noski-zamiast-bialych-kolnierzykow

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Prezent na Mikołajki.


Plajta „Trybuny” (d. „Ludu”).

Padła „Trybuna”, niegdyś „Ludu”. Tę starszą mutacje komuszego organu pamiętam z domu, bowiem doskonale nadawała się do wykładania kosza na śmieci, co by się nie brudził (przypomnę – foliowych worków na śmieci PRL-owski przemysł za cholerę nie potrafił wyprodukować).

Teraz, po niespełna 20 latach padła mutacja nowsza. Jak podaje „Wprost”, problemy nawarstwiały się od sierpnia, kiedy to sąd odrzucił wniosek o upadłość wydawcy "Trybuny" (spółki Ad Novum), złożony przez jego największego wierzyciela - Zakłady Graficzne Dom Słowa Polskiego SA. Sąd stwierdził wtedy, że Ad Novum nie ma środków na zabezpieczenie procesu likwidacji.

Teraz nastąpił koniec. I co teraz będą czytać byli utrwalacze władzy ludowej? Kto wydrukuje ich listy do redakcji? (patrz – Post Scriptum)

A teraz kilka złośliwości i refleksji:

1) Wymiana pokoleniowa z oporami, ale jednak postępuje. Najwyraźniej stary, betonowy czytelniczy elektorat złożony z mundurowych emerytów odchodzi w niebyt.

2) „Trybuna”, mimo swego antykaczyzmu okazała się tytułem nieprzyswajalnym dla czytelnika „młodego wykształconego itd.”. Była i pozostała topornym pismem dla betonu – czyli pokolenia dziadków obecnych lemingów.

3) O rozpaczliwym położeniu finansowym wydawcy niech zaświadczy fakt, że tytuł nie dotrwał nawet do zbliżającej się rocznicy stanu wojennego. Nie uczczą, Jaruzela, Kiszczaka i innych zbawców ojczyzny chlip, chlip… Nie powtórzą po raz kolejny jedynie słusznej wersji o groźbie sowieckiej interwencji, przed którą ocalili nas ci wybitni patrioci.

4) Chociaż, z drugiej strony, Jaruzela i Kiszczaka uczci zapewne, jak co roku, niezawodna „Gazeta Wyborcza” do spółki z „Polityką”. Kolejny dowód na bezużyteczność „Trybuny”. Skoro „ludzie honoru” z powodzeniem mogą się promować na bardziej poczytnych łamach…

5) Ideowo – środowiskowa solidarność wśród czerwonych leży. Gdy np. „Gazeta Polska” była w trudnej sytuacji, czytelnicy odpowiedzieli na akcję „Kup drugi egzemplarz”. U komuchów to nie przeszło, mimo, że mają wyższe emerytury.

6) Żaden nomenklaturowy biznesmen nie przybył z odsieczą jako inwestor. Czyżby źródełko wysychało? Podzielona lewica pości w opozycji, trudno kręcić lody… Moskwa też olała, nie pośpieszyła z kolejną pożyczką. Najwyraźniej, obecnie są bardziej „opiniotwórczy” strażnicy jej interesów i Putin ma gdzieś towarzyszy Dębskiego z Ostrowskim. Czarna niewdzięczność.

7) Kolejni niewdzięcznicy to międzynarodowa lewica. Też nie pomogła. Chociaż, tu akurat „Trybuna” sama sobie jest winna – było zdejmować z czołówki hasło „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się”? Wypięliście się, towarzysze, na internacjonalistów, to internacjonaliści wypieli się na was. Proste.

8) Postkomunistyczny biznes źle znosi odstawienie od władzy. Ich „menedżerskie” umiejętności najwyraźniej sprowadzają się do dojenia państwowej kasy. Gdy te możliwości się urwą, lub ulegną ograniczeniu – padają. Państwowe instytucje i firmy przestają wspierać reklamami, obowiązkową prenumeratą…

9) W „Skanerze politycznym” redaktorzy Wołek i Skwieciński do spółki z Małgorzatą Łaszcz wielce się smucili nad upadkiem tytułu. Szczególnie zabawnie owe żale wyglądały w przypadku Piotra Skwiecińskiego, którego o postkomunistyczne sympatie trudno podejrzewać. Ale rozumiem, kurtuazja itepe… A ja tam nie płaczę po „Trybunie”. Taki już ze mnie mściwy i małoduszny sukinsyn. Mam nadzieję, że z wymienionej trójki chociaż Skwieciński po powrocie do domu odbił pół basa.

10) W sumie, wiadomość o plajcie „Trybuny” jest dla mnie bardzo miłym prezentem na Mikołajki. Dwie rzeczy jednak psują mi radość: pierwsza, to zapowiedź powrotu tego postkomunistycznego zombie wraz z początkiem lutego. Druga: skoro trzeba było tylu lat, by splajtował najbardziej dinozaurzy organ PZPRu, to ile trzeba będzie czekać na bankructwo „NIE”?

Dobra już, kończę to kopanie leżącego. Zaspokoiłem schadenfreude, a na zakończenie zapodam garść co smaczniejszych cytatów z „Trybunowych” czytelników (i kto ich teraz wysłucha?):



Dziękuję panu generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu za artykuł „Przykre”. Niestety, redaktorzy TVN w swej nienawiści do twórców stanu wojennego są nieprzemakalni na jakiekolwiek argumenty drugiej strony. Próby pozbawienia godności, małostkowość i obrażanie rozmówcy połączone z tupetem nie pierwszy raz świadczą o tym, że „na wizji jesteśmy teraz my”. Wśród ludzi kulturalnych pewne zachowania nie uchodzą, ale to pojęcie, czy też kanon są obce rozbrykanym redaktorom. Dali tego dowód w rozmowie z Generałem. Przykre. (Jacek Nowak, Warszawa)



Miałem nadzieję, że w następnym programie „Teraz my” dziennikarze przeproszą gen. Jaruzelskiego za obrzydliwe zachowanie. Okazuje się jednak, że w oszołomskim dziennikarstwie nie ma takich obyczajów. (A. Józefiak, Czaplinek)



Wreszcie SLD odważnie wyraża swoje poglądy np. w sprawie Afganistanu, in vitro, czy klerykalizacji życia w RP. Takie konkretne i wyraziste opinie mogą pomóc w odzyskaniu głosów „starych” wyborców i pozyskaniu nowych. Jeszcze tylko wybór właściwej, najlepszej kandydatury w przyszłorocznych wyborach prezydenckich i porozumienie z organizacjami lewicowymi, a lewica wróci na właściwe miejsce na scenie politycznej. (Z.W., e-mail)



W budowie państwa wyznaniowego dogoniliśmy Iran. (Anna Wąs, Łódź)




Wystarczyło postraszyć sędziów lustracją i już klepią jak biskupi. Bezprawie szerzą i wciąż mówią o swej niezawisłości. Jak zwykle nie zawiodła prof. Łętowska, która jako jedyna miała odwagę powiedzieć prawdę. (Tomasz Jasień, Radom)




Najpiękniejszą Polką i człowiekiem jest pani prof. Łętowska – mądra, odważna, sprawiedliwa. Dziękuję. (Stanisław Szach, Warszawa)




W Polsce Ludowej autorytet ludzi nauki i kultury był olbrzymi. Wystarczyło, by paru intelektualistów zabrało w jakiejś sprawie głos, a reagowały na to wszystkie gremia partii i rządu. Teraz, także z winy intelektualistów, władza prawicowa z nikim się nie liczy, olewa ich równo. (Wojciech M., Zabrze)



Wyrok TK w sprawie ocen z religii potwierdza, że ten organ służy tylko zachciankom hierarchii Kościoła katolickiego, a nie wszystkim obywatelom. Po co nam taki twór, który tylko w teorii jest neutralny politycznie i światopoglądowo, a w rzeczywistości pomaga prawicowym partiom politycznym, które prostą drogą odchodzą od demokracji ku teokracji. (Cecylia Dolecka, e-mail)




Ryszard Kalisz oceniając twórczość funkcjonariusza IPN Gontarczyka, który po raz kolejny spłodził to, czego od niego zażądano i za co mu zapłacono, napisał, że jest to „zwycięstwo akt wytworzonych przez funkcjonariuszy SB”. To nieprawda. Jest to zwycięstwo akt tworzonych na konkretne zamówienie partyjne przez funkcjonariuszy IPN i dlatego trzeba powołać specjalną komisję sejmową do zbadania dywersyjnej działalności IPN i jego funkcjonariuszy. (Michał Wojciechowski, Siemianowice Śl.)

Z partyjnym pozdrowieniem

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

Źródło cytatów:

www.trybuna.com.pl/Trybuna/Trybuna_-_TWOJA_TRYBUNA/Trybuna_-_TWOJA_TRYBUNA.html