niedziela, 18 czerwca 2017
Produktywny jak w Mercedesie?
sobota, 11 czerwca 2016
Nie cieszę się z Mercedesa
Może by tak całą Polskę przekształcić w jedną, wielką Specjalną Strefę Ekonomiczną? Tylko z czego wtedy utrzymali by się urzędnicy?
Obserwuję entuzjastyczne doniesienia mediów w sprawie fabryki silników Mercedesa, która ma być otwarta w Jaworze na Dolnym Śląsku i nie mogę się nadziwić, jakaż to aberracja umysłowa każe skakać pod sufit z radości, że niemiecki potentat postanowił łaskawie zaszczycić swą uwagą akurat nasz nadwiślański bantustan. Ja tam jakoś nie skaczę – i to dokładnie z tych samych powodów, z jakich nie płakałem w ubiegłym roku po Jaguarze. Przypomnijmy, że rozegrał się wówczas swoisty koncert ofert pomiędzy krajami naszego regionu, prześcigającymi się w udogodnieniach dla koncernu Jaguar Land Rover. A wymagania Jaguara były wysokie: pod budowę fabryki miała być przekazana (nieodpłatnie, rzecz jasna) działka z pełną infrastrukturą (również wybudowaną na koszt państwa), odpowiednio skomunikowana, zapewnione miały być określone ulgi podatkowe i dofinansowanie inwestycji, ponadto montownia miała zostać zlokalizowana w miejscu pozwalającym wybrać co dwudziestą ofertę spośród osób ubiegających się o podjęcie pracy. Cel jasny – zapewnienie taniej siły roboczej, która pod presją bezrobocia zgodzi się pracować za najniższe stawki w ramach „elastycznych form zatrudnienia”.
Mieliśmy zatem do czynienia z sytuacją w której rządy poszczególnych państw ustawione były w charakterze petentów zabiegających o uznanie motoryzacyjnego giganta. Trudno o lepsze zobrazowanie relacji na linii międzynarodowy biznes – państwo. Ostatecznie ów przetarg „wygrała” Słowacja, która zapewniła wsparcie finansowe w wysokości 360 mln euro. Jest to, ma się rozumieć „pomoc publiczna” i jako taka powinna zostać zatwierdzona przez Komisję Europejską dbającą troskliwie o „wolny rynek” - jakoś nie słychać, by KE zgłosiła zastrzeżenia. Co innego, gdyby Słowacja (albo Polska) chciała w ten sposób wspomóc jakieś własne przedsiębiorstwo, jak stało się u nas ze stoczniami – o, tutaj nie byłoby zmiłuj, „niedozwoloną pomoc publiczną” należałoby bezwzględnie zwrócić, zakłady zamknąć a pracowników zwolnić, tworząc tym samym przestrzeń dla różnych „jaguarów” europejskiego biznesu, których z kolei nie tylko wolno, ale wręcz należy współfinansować z publicznej kasy w ramach „przyciągania zagranicznych inwestycji”. Taka to, drodzy Państwo, „polityka gospodarcza”.
Podobnie rzecz się ma z Mercedesem. Tym razem to my dumnie prężymy pierś do medalu, bo wygraliśmy w tych specyficznych zawodach „kto lepiej dogodzi bogatemu”. Co ciekawe, Daimler zlokalizuje fabrykę na tej samej działce, którą w zeszłym roku odrzucił Jaguar, na dodatek w pokonanym polu zostawiliśmy właśnie Słowację. Brawo my? Niekoniecznie, jeśli spojrzymy, że inwestycja zlokalizowana będzie w Legnickiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej, co automatycznie oznacza zwolnienie z podatków (np. do 50 proc. podatku dochodowego, podatków lokalnych), możliwość korzystania z dotacji, a także z funduszy unijnych. Łącznie może to być nawet 70% kosztów inwestycji ocenianej na 500-800 mln euro, ale to nie koniec, koncern bowiem uzależnia finalizację kontraktu od uzyskania pomocy publicznej, może się więc okazać, że na fabrykę nie wyda ani grosza – wszystko zostanie opłacone w ten czy inny sposób pieniędzmi polskiego podatnika, oraz z funduszy europejskich. Sama działka oczywiście jest uzbrojona „pod klucz”, dochodzi do tego droga dojazdowa mająca połączyć teren z budowaną niedaleko drogą ekspresową S4. Ach, mamy jeszcze „opiekę poinwestycyjną” oraz obsługę organizacyjno-prawną ze strony władz strefy ekonomicznej, miejscowych urzędów oraz Ministerstwa Rozwoju. W zamian za to, jak cieszy się burmistrz Jawora, dolnośląskie miasto będzie „wymieniane jednym tchem” z Monachium, Berlinem, czy Stuttgartem. Taak, za taki zaszczyt z pewnością warto wyłożyć te kilkaset milionów „ojro”.
Produkcja ruszy w 2019 roku, a że bezrobocie w regionie jest bardzo wysokie (17%), to spodziewać się można, że większość pracowników (do 1,5 tys.) zostanie zatrudniona przez agencje pracy tymczasowej na „śmieciówkach” (fakt, akurat agencje zatrudnienia będą miały żniwa) za minimalną stawkę godzinową – i cała nadzieja w tym, że bezrobocie nie spadnie, bo inaczej Daimler gotów się wycofać i cały pogrzeb na nic.
Dlaczego tak się źlę? Ano dlatego, że te wszystkie udogodnienia łączy jedno - nie może na takowe liczyć żaden polski przedsiębiorca. Ktoś w końcu musi płacić te podatki, skoro nie zapłaci ich Mercedes. Nie widzę żadnych realnych korzyści – poza śmieciowymi miejscami pracy i ew. kilkoma lokalnymi kooperantami, które to korzyści można by uzyskać siłami polskich przedsiębiorców, gdyby państwo zechciało przychylić im nieba jak Daimlerowi, albo chociaż nie przeszkadzać. Tymczasem min. Morawiecki, tak zaangażowany w sprowadzenie niemieckiego koncernu, szansę dla polskiego małego i średniego biznesu upatruje... w umowie TTIP i ekspansji na amerykański rynek! Groteska. A ja mam inny pomysł: może by tak całą Polskę przekształcić w jedną, wielką Specjalną Strefę Ekonomiczną? Tylko z czego wtedy utrzymali by się urzędnicy?
Gadający Grzyb
Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Na podobny temat:
Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki
Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr nr 22 (27.05-02.06.2016)
niedziela, 13 września 2015
Niemcy – pasożyt Europy
Niemcom, które de facto ustalają politykę struktur unijnych, nie zależy na tym, by Grecji pomóc, tylko by ją wycisnąć do ostatka.
W Grecji finiszuje właśnie prowadzone od 9 lat śledztwo mające zakończyć się „procesem stulecia”. Obejmuje ono korupcyjną działalność niemieckich koncernów począwszy od lat '90. Mowa o takich gigantach jak Siemens, Rheinmetall, Ferrostal, Daimler i Krauss Maffei Wegmann, a na ławie oskarżonych zasiąść ma ok. 60 osób. W skrócie – Niemcy korumpowali na wielką skalę greckich polityków przy zawieraniu umów modernizacyjnych i zbrojeniowych. I tak, Siemens w zamian za równowartość 70 mln euro łapówek otrzymał w 1997 roku kontrakt od greckiej firmy OTE na digitalizację infrastruktury telekomunikacyjnej, z kolei Daimler, Krauss Maffei Wegmann czy Ferrostal na cel wzięły kontrakty zbrojeniowe idące w grube miliardy euro, które również były „dopinane” poprzez milionowe „grzeczności” wręczane greckim decydentom – najpierw gotówką, w walizkach (hm, przypominają się tu pierwsze lata polskiej „transformacji”), następnie zaś poprzez spółki-wydmuszki zarejestrowane w rajach podatkowych. W ten sposób grecka armia nabywała czołgi Leopard, haubicoarmaty, łodzie podwodne, transportery opancerzone – ogółem poziom wydatków na zbrojenia wynosił średnio ponad 2 proc. PKB. W szczytowych latach kryzysu Grecja kupowała niemiecki sprzęt za 5-7 mld. euro rocznie. W efekcie dzisiaj Grecja jest pierwszą potęgą pancerną wśród krajów UE (żeby było ciekawiej – druga pod względem liczby posiadanych czołgów jest... Polska) i kompletnym bankrutem.
Rysuje się tu nam interesujący mechanizm współczesnego neokolonializmu: oto Niemcy korumpują Greków, by ci kupowali nieracjonalnie wielkie ilości maszyn bojowych, zaś na sfinansowanie zakupów Grecja musiała oczywiście się zadłużać w niemieckich instytucjach finansowych. W ten sposób – za pomocą toksycznego sprzężenia łapówek i kredytów – niemiecka „metropolia” napędzała swój przemysł i eksport kosztem doprowadzenia do ruiny greckiej „kolonii”. Warto zwrócić uwagę, iż te same Niemcy równocześnie pouczały Greków na okoliczność gospodarnego zarządzania finansami i walki z korupcją, a zarazem za kulisami warunkowały pomoc finansową dla Aten wywiązaniem się przez nie z zawartych z niemieckimi przedsiębiorstwami kontraktów – jak to miało miejsce w 2010 roku, gdy zaszantażowano w ten sposób premiera Papandreu.
Zresztą, nawet bankructwo jest świetną okazją do zarobku, co niedawno miałem okazję opisywać na tych łamach. Okazuje się, że Niemcy, wskutek redukcji oprocentowania własnych obligacji, na greckim kryzysie zarobiły 100 mld euro, dzięki czemu udało się im zrównoważyć budżet o rok wcześniej, niż pierwotnie zakładano. Inwestorzy wystraszeni sytuacją w Grecji na masową skalę lokowali kapitał w niemieckich papierach, co skutkowało ich niższą rentownością. Ciekawe, ile Niemcy zarobiły na kryzysie i kontraktach zbrojeniowych w Hiszpanii i Portugalii, tak się bowiem składa, że trzonem tamtejszych sił pancernych również są Leopardy, nie wspominając już o Polsce także pałającej niezrozumiałą miłością do niemieckich „panzerkampfwagenów”.
Obecnie, w konsekwencji wymuszonego podczas niedawnego szczytu programu restrukturyzacyjnego, niemiecka firma przejmuje greckie lotniska, a wkrótce to samo czeka porty i inne składniki greckiego majątku narodowego. 14 lotnisk regionalnych (w tym w Salonikach, oraz w turystycznych zagłębiach takich jak Rodos, Korfu czy Cyklady) obejmie za 1,2 mld euro spółka Fraport AG na czele której stoi Stefan Schulte, członek Rady Gospodarczej CDU. Mamy zatem coś w rodzaju gospodarczej „wojny błyskawicznej” - wtryniamy gorzej rozwiniętej ofierze nieprzystającą do jej modelu ekonomicznego walutę powodującą nieopłacalność własnej produkcji, następnie kraj staje się rynkiem zbytu dla obcych towarów, których sprzedaż wspomagana jest w razie potrzeby systemową korupcją. Wskutek dezindustrializacji i nadmiernego importu kraj-ofiara pogrąża się w niemożliwych do spłacenia długach, aż wreszcie można wykupić bankruta za bezcen. Wszystkie dochody – czy to z „pomocy”, czy z prywatyzacji - trafiają przy tym oczywiście do wierzycieli, budżet Grecji zobaczy z tych pieniędzy okrągłe zero, kolejne „pakiety pomocowe” pogłębiają jedynie greckie zadłużenie niczego nie zmieniając w sytuacji gospodarczej kraju – no i koniec końców, wszystkie długi, stare czy nowe, trzeba będzie spłacać, petryfikując tym samym stan gospodarczej zapaści.
Charakterystyczne, że ostatnio nawet rygorystyczny do niedawna MFW zaczyna dystansować się od dwóch pozostałych członków sprawującej nad Grecją zarząd komisaryczny „trójki” (MFW, EBC, KE). Czyni tak pod wpływem przykładu węgierskiego – Orban odrzucił oszczędnościowy dyktat MFW, którego efektem byłoby zduszenie wewnętrznego popytu i wyprowadził swój kraj na prostą. Ale przecież Niemcom, które de facto ustalają politykę struktur unijnych, w tym EBC i KE, nie zależy na tym, by Grecji pomóc, tylko by ją wycisnąć do ostatka. Taka już jest natura pasożyta – koszty utrzymania (czyli niemieckiego rozwoju gospodarczego) ponosić ma jedynie żywiciel.
Gadający Grzyb
Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 36 (04-10.09.2015)
