Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neokolonializm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neokolonializm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 grudnia 2019

„Nowa” i „stara” UE – kto kogo sponsoruje?

W latach 2010-2016 transfery unijnych środków netto do państw Europy Środkowej wynosiły od 2 do 4 proc. ich PKB. Natomiast odpływ zysków i innych dochodów majątkowych w tym samym okresie sięgał nawet blisko 8 proc. PKB.

W tle polsko-brukselskich przepychanek o „praworządność” i „cele klimatyczne” trwa jeszcze jedna, cicha batalia – o kształt najbliższego unijnego budżetu. Nie jest tajemnicą, że państwa „starej Unii” będące płatnikami netto, pragnęłyby znaczącego odchudzenia budżetu, w szczególności zaś środków na fundusze spójności, których największymi beneficjentami są kraje „nowej” Unii, w tym przede wszystkim Polska. (Na marginesie, warto zauważyć, iż jesteśmy w Unii już od ponad 15 lat – ciekawe, czy jest jakaś cezura czasowa, po upływie której przestaniemy być traktowani protekcjonalnie, niczym wieczni młodsi bracia, bez przerwy sztorcowani i przywoływani do porządku). Ostatnio pełniąca prezydencję Finlandia pod naciskiem Niemiec i Holandii zgłosiła kolejny projekt obcinający limit wydatków do 1,07 proc. połączonego Dochodu Narodowego Brutto (DNB) państw członkowskich – dla porównania, ubiegłoroczna propozycja Komisji Europejskiej postulowała 1,114 proc. wspólnotowego DNB. Za tymi cięciami stoi niewypowiedziana głośno postawa głównych płatników netto, mających dosyć „sponsorowania” „nowej” Europy w dotychczasowym wymiarze – tym bardziej, że od jakiegoś czasu krajom naszego regionu zdarza się coraz mocniej wierzgać przeciw dominacji tradycyjnych unijnych liderów i zdradzać tendencje emancypacyjne spod dotychczasowej kurateli.

Dlatego dobrze byłoby przywrócić właściwe proporcje – bowiem wciąż mamy podszytą kompleksami predylekcję do traktowania unijnych funduszy w kategoriach manny z nieba, sypanej przez dobrych wujków z Zachodu, pragnących z czystej bezinteresowności inwestować w nasz dobrobyt. A co za tym idzie – winniśmy naszym dobrodziejom wdzięczność i posłuszeństwo. Otóż nic z tych rzeczy.

Warto tu odnotować zdroworozsądkowy głos rumuńskiej eurodeputowanej Clotilde Armand, zasiadającej z ramienia frakcji liberałów w komisji budżetowej Parlamentu Europejskiego. Opublikowała ona mianowicie na łamach serwisu POLITICO artykuł w którym czarno na białym wykazała, jak wyglądają przepływy finansowe na linii „stara” - „nowa” Unia i kto tak naprawdę czerpie z tego partnerstwa większe korzyści. Po pierwsze, podniosła kwestię swoistej „ekonomicznej inwazji” zachodniego biznesu na kraje Środkowej Europy – wykupywanie przedsiębiorstw, w tym państwowych monopoli (znamy to z własnego podwórka – casus TP S.A. „sprywatyzowanej” francuskiemu państwowemu monopoliście) i zdominowanie niemal wszystkich gałęzi gospodarek przez zachodni kapitał. W zamian popłynęły na Wschód unijne fundusze, głównie z przeznaczeniem na budowę infrastruktury – teraz kurek z pieniędzmi ma zostać przykręcony, lecz zachodni biznes pozostanie.

I tu dochodzimy do sedna: jak wygląda bilans dotychczasowej kooperacji? Mówiąc kolokwialnie, zachodnie gospodarki o wiele więcej z Europy Środkowej „wyjęły”, niż w nią „włożyły”. W latach 2010-2016 transfery unijnych środków netto (po potrąceniu składek członkowskich) do państw Europy Środkowej wynosiły od 2 do 4 proc. ich PKB. Natomiast odpływ zysków i innych dochodów majątkowych w tym samym okresie sięgał nawet blisko 8 proc. PKB. Szczególnie drastycznie ta dysproporcja wygląda na przykładzie Czech – niecałe 2 proc. PKB wpływów z tytułu unijnych funduszy i niemal 8 proc. PKB wyprowadzanych zysków. Generalnie, nie ma ani jednego kraju naszego regionu, w którym relacje przepływów wyszłyby na plus. Dodać należy, iż na unijnych środkach korzystały głównie zachodnie firmy realizujące inwestycje – jak we wrześniu przekonywał w Berlinie minister Jerzy Kwieciński, prezentując raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego, każde 1 euro zainwestowane w państwach Grupy Wyszehradzkiej w ramach środków spójności przyniosło płatnikom netto 61 eurocentów zysku z tytułu większego eksportu. Do tego, jak zauważa autorka, należy doliczyć trudny do oszacowania drenaż mózgów – emigrację wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Nadmieniłbym jeszcze, iż nakłady na infrastrukturę służyły nie tylko mieszkańcom „nowej Europy”, lecz również zachodnim przedsiębiorstwom.

Innymi słowy, mamy przed sobą obraz nader opłacalnej inwestycji o wysokiej stopie zwrotu. Teraz natomiast kraje „starej UE” uznały, iż najwyższa pora owe inwestycje ograniczyć – potrzebna im infrastruktura w znacznej mierze została już wybudowana, ich koncerny zagnieździły się w „nowej Europie” na dobre i nikt ich nie wyrzuci, pora więc na dalszą maksymalizację zysków. Do tego sprowadza się bowiem ograniczenie unijnego budżetu – wspomniana dysproporcja przepływów finansowych będzie jeszcze większa. Kraje Europy Zachodniej będą wciąż osiągały zbliżone profity, za to mniejszym kosztem, jeśli chodzi o zainwestowane środki. Tak wygląda współczesny kolonializm. Warto tu przypomnieć, że unijne środki miały również pełnić funkcję rekompensaty dla słabszych państw za otwarcie ich rynków na niczym nie ograniczoną konkurencję ze strony rozwiniętych gospodarek Zachodu. Po latach chyba nie ma już złudzeń, kto zrobił na tym lepszy interes.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 50 (13-19.12.2019)

czwartek, 14 stycznia 2016

Kto tu jest kolonizatorem?

Nie na darmo pan L. za swą wysługę nagrodzony został synekurami wraz z możliwością spijania tłustych euro-rosołów.

„PiS zachowuje się w sprawach gospodarczych jak kolonizatorzy na zdobytym terenie. Chce wycisnąć z gospodarki pieniądze na przynajmniej częściowe spełnienie wyborczych obietnic” - raczył się wyjęzyczyć podczas zorganizowanej w Sejmie konferencji prasowej eurodeputowany i były komisarz UE, Janusz Lewandowski. Zaczynam od tej wypowiedzi z dwóch powodów. Po pierwsze, jest ona przykładem tego rodzaju zakłamania i bezczelności, które wywołują u mnie wyjątkową irytację. Po drugie zaś, kwestia kolonializmu i „wyciskania” gospodarki skupia jak w soczewce wątki poruszane przeze mnie w felietonach dla „Gazety Finansowej” na przestrzeni minionego roku. Przyjrzyjmy się zatem, kto jest prawdziwym kolonizatorem grabiącym naszą gospodarkę.

Podatki bankowy i od supermarketów do których pije w swej wypowiedzi europoseł PO mają przynieść szacunkowo budżetowi państwa odpowiednio ok. 6 mld i 3-3,5 mld zł. W sumie łącznie wpływy nie przekroczą 10 mld zł w skali roku. Tymczasem według najnowszego raportu amerykańskiego watchdoga „Global Financial Integrity” („Illicit Financial Flows from Developing Countries: 2004-2013”) w latach 2004-2013 wyprowadzono z Polski środki na łączną kwotę 90,017 mld USD, co daje średnią 9,002 mld USD rocznie. Przy aktualnym zaokrąglonym średnim kursie NBP 3,9 zł daje to 35,1 mld zł rocznie, co jest jednak o tyle mylące, że od 2008 obserwujemy skokowy wzrost – powyżej 10 mld USD. W rekordowym 2013 roku suma wyprowadzonego kapitału sięgnęła 16,793 mld USD, co daje ok. 65,5 mld zł. W zestawieniu obejmującym 149 państw znajdujemy się na 20 pozycji – między Filipinami a Białorusią.

Śmiem twierdzić, iż poczesne miejsce w powyższym procederze należy do międzynarodowych koncernów, w tym banków i wielkich sieci handlowych. Weźmy dla przykładu CIT: 10 największych banków zapłaciło w 2014 łącznie 2.603,7 mld zł CIT, jednak jeśli odjąć największego płatnika – polski bank PKO BP – zostaje 1.969,1 mld zł. Z kolei 10 największych sieci handlowych zapłaciło łącznie ok. 500 mln zł CIT. Kto zatem jest tutaj kolonizatorem drenującym gospodarkę? W piętnowanych przez Lewandowskiego podatkach chodzi więc o przynajmniej częściowe odzyskanie tego, co „prawem i lewem” transferowane jest za granicę – do central i rajów podatkowych – oraz o przymuszenie kolonizatorów do finansowej partycypacji w utrzymaniu państwa, które eksploatują.

Owa eksploatacja przybiera zresztą różne formy. Samo wyprowadzanie pieniędzy to dalece nie wszystko. Wielki biznes wylobbował sobie najbardziej elastyczny rynek pracy w UE z rzeszami (dotąd nikt nie policzył tego dokładnie, osobny skandal) pracowników na groszowych „śmieciówkach”, bądź wypchniętych na samozatrudnienie. Wg danych Komisji Europejskiej udział płac w PKB wynosi w Polsce 46% - niżej plasują się jedynie Litwa, Łotwa i Słowacja. Skutkuje to zjawiskiem „working poor” („pracującej biedoty”) - ludzi, którzy mimo podjęcia pracy nie są w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb i często kwalifikują się do uzyskania różnych form pomocy socjalnej, której koszty ponosi państwo i samorządy. Krótko mówiąc, kolonizatorzy maksymalizując zyski i tnąc koszty pracy, przerzucają zarazem część swych zobowiązań wobec pracowników na sektor publiczny. Kto za to płaci? Mówiąc „Rejsem”, pan płaci, pani płaci, społeczeństwo - lokalni przedsiębiorcy i zwykli ludzie, którzy nie mają możliwości „zoptymalizowania” zobowiązań podatkowych. Wynikiem jest m.in. skandalicznie niska kwota wolna od podatku plasującą się poniżej minimum socjalnego, co jak kilkukrotnie pisałem, skutkuje tym, że najubożsi płacą de facto podatek od nędzy. Ale państwo musi przecież skądś pozyskać pieniądze... Osobnym efektem zaniżonych wpływów do budżetu jest wzrost zadłużenia, tak na poziomie centralnym, jak i samorządowym – bo sektor publiczny sam się nie sfinansuje. No i wreszcie, jak by nie patrzeć, kolonizatorzy korzystają chociażby z publicznej infrastruktury, również wybudowanej i konserwowanej z publicznego grosza – czyli pieniędzy zabranych innym podmiotom w formie podatków, bądź pożyczonych. Takie są w telegraficznym skrócie różnorakie koszta finansowe i społeczne kolonialnej eksploatacji.

I na to wszystko wychodzi pan Janusz Lewandowski oznajmiając, iż kolonizatorem jest rząd, który powyższe patologie związane z rozmaitymi formami „renty kolonialnej” chce przynajmniej częściowo ukrócić. Warto przypomnieć, że jako minister przekształceń własnościowych Janusz Lewandowski sam brał czynny udział w owej kolonizacji, chociażby wyprzedając za bezcen narodowy majątek, że o przekrętach w rodzaju Programu Powszechnej Prywatyzacji nie wspomnę - i teraz również wypowiada się w interesie swych rzeczywistych mocodawców, niczym nadzorca oddelegowany do stłumienia buntu miejscowych niewolników. No, ale nie na darmo pan L. za swą wysługę nagrodzony został synekurami wraz z możliwością spijania tłustych euro-rosołów – a to oznacza, że już dozgonnie musi chronić interesy tych, którzy go owymi rosołami karmią.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3118-pod-grzybki

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/bangladesz-europy

http://blog-n-roll.pl/pl/czy-polsk%C4%99-sta%C4%87-na-bied%C4%99

http://www.blog-n-roll.pl/drena%C5%BC-kolonialny

http://blog-n-roll.pl/pl/podatek-od-n%C4%99dzy

http://blog-n-roll.pl/pl/nowoczesne-niewolnictwo

http://www.blog-n-roll.pl/pl/%E2%80%9Epomys%C5%82y-rodem-z-budapesztu%E2%80%9D-jednak-przejd%C4%85

http://blog-n-roll.pl/pl/te-ubogie-supermarkety

http://blog-n-roll.pl/pl/podatkowa-ruletka

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 2 (08-14.01.2016)

czwartek, 10 grudnia 2015

Zmierzch Mitteleuropy?

Polska to absolutna „perła w koronie” Mitteleuropy i jej utrata podważa sens całego neokolonialnego projektu.

Obserwując histerię niemieckich mediów po objęciu władzy w Polsce przez PiS, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że chodzi tu o coś więcej, niż zwyczajne rozczarowanie perspektywą nieco trudniejszych stosunków na linii Berlin – Warszawa. To nie jest tak, że tamtejszy establishment nagle się przeraził, iż polska polityka stanie się trochę bardziej asertywna, nie wspominając już o rzekomym „zagrożeniu dla demokracji”. Nie chodzi nawet o sprzeciw wobec forsowanej przez Angelę Merkel polityki imigracyjnej. Niemieckie obawy dotyczą kwestii o wiele poważniejszych – o dalekosiężnym, strategicznym znaczeniu dla przyszłości niemieckiej hegemonii na kontynencie.

Oto bowiem Niemcom wymyka się z rąk kolejny, kluczowy element regionalnej układanki. W założeniu, Europa Środkowa miała stać się niemieckim dominium (no, może z pewnymi koncesjami na rzecz Rosji) – tak gospodarczym, jak i politycznym – powiększającym potencjał Berlina w ramach Unii Europejskiej. Innymi słowy, na przestrzeni ostatnich lat realizowana była współczesna odsłona starej koncepcji Mitteleuropy – uczynienia z naszego regionu czegoś w rodzaju półkolonialnych peryferii uzupełniających i wzmacniających potęgę Niemiec. Kolonii tym wygodniejszych, że położonych tuż pod bokiem, a nie gdzieś na drugim krańcu świata. Same Niemcy nie są w stanie zdominować Europy – a przynajmniej nie w takim stopniu, jaki sobie założyły. Do utrwalenia swego przywództwa potrzebują imperium. I taki właśnie „imperialny oddech” zapewniała Berlinowi wasalizacja „nowej Europy” - podporządkowanie sobie grona państw członkowskich, wspierających na forum unijnym niemiecką politykę i zabezpieczających na polu gospodarczym jako rynki zbytu i podwykonawcy niemiecką machinę przemysłową.

Ucieleśnieniem owego zamysłu był słynny „hołd berliński” Radosława Sikorskiego w którym ówczesny szef MSZ otwarcie zrezygnował z politycznej podmiotowości Polski na rzecz realizacji wytycznych płynących z Kancelarii Rzeszy... to jest, chciałem rzec, „płynięcia z głównym nurtem Europy”. Pozostałe kraje regionu widząc naszą woltę również dostosowały się do sytuacji – ze znamiennym wyjątkiem Węgier Orbana. Wywindowanie Tuska na prominentne stanowisko w Brukseli miało zabezpieczać ten układ na poziomie unijnych struktur, przy pozostawieniu w Warszawie sterowanej pilotem, miernej i bezwolnej Ewy Kopacz.

Przejęcie władzy przez PiS może wysadzić tę koncepcję w kosmos. To już nie są małe Węgry, które gospodarczo i tak są wciąż w dużej mierze zdominowane przez niemiecki przemysł (choćby fabryki samochodów, newralgiczne jeśli chodzi o węgierski rynek pracy). Polska to absolutna „perła w koronie” Mitteleuropy i jej utrata podważa sens całego neokolonialnego projektu. „Drugi Budapeszt byłby fatalną sprawą. Gdyż wszystkie nieprawidłowości w Polsce nie dadzą się tak łatwo bagatelizować. Polska jest zbyt ważna” - napisał cytowany przez „Deutsche Welle” komentator gazety „Märkische Oderzeitung“ i choć odnosi się on do „wartości europejskich”, to równie dobrze powyższe można przyłożyć do kwestii stricte politycznych. Dlatego Gerhard Gnauck w „Die Welt” słusznie bardziej troska się ekspresowym „przenicowaniem kraju” przez nową władzę niż odstawieniem unijnej flagi przez premier Szydło. Wie, że owo „przenicowanie” oznacza automatycznie redukcję na różnych poziomach niemieckich wpływów nad Wisłą. Panikę wywołuje też wizja „repolonizacji” mediów – nie tylko ze względu na możliwość utraty zyskownego rynku, lecz także z powodu ograniczenia siły rażenia niemieckiej propagandy.

Tymczasem dekompozycja Mitteleuropy postępuje również na skutek ofensywy dyplomatycznej prezydenta Dudy. Mini-szczyt regionalnych członków NATO w Bukareszcie zaowocował już wspólnym stanowiskiem w kwestii zwiększenia obecności Sojuszu na wschodniej flance, co Berlinowi ze względu na stosunki z Rosją jest wybitnie nie na rękę. Ostatnio z kolei rządy Polski, Bułgarii, Czech, Grecji, Estonii, Litwy, Łotwy, Słowacji, Rumunii i Węgier wystosowały pismo do Komisji Europejskiej domagające się debaty w sprawie Nord Stream 2 jako zagrażającego solidarności i bezpieczeństwu energetycznemu. Jeżeli dodamy odbudowę jedności państw Grupy Wyszehradzkiej i Rumunii w sprawie „kwot” imigrantów – i to krótko po ciosie zadanym jej przez Ewę Kopacz – to zobaczymy bezprecedensową emancypację regionu. Póki co, odbywa się ona w sferze politycznych gestów, ale i tak jest to „niesubordynacja” wobec niemieckiego hegemona, która do niedawna byłaby nie do pomyślenia.

Jakiś czas temu Viktor Orban zapowiedział kres kolonizacji węgierskiej gospodarki. Pozostaje mieć nadzieję, że po latach będziemy mogli powiedzieć, iż objęcie władzy przez PiS zapoczątkowało koniec współczesnej Mitteleuropy.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2929-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 49 (04-10_12_2015)

niedziela, 13 września 2015

Niemcy – pasożyt Europy

Niemcom, które de facto ustalają politykę struktur unijnych, nie zależy na tym, by Grecji pomóc, tylko by ją wycisnąć do ostatka.

W Grecji finiszuje właśnie prowadzone od 9 lat śledztwo mające zakończyć się „procesem stulecia”. Obejmuje ono korupcyjną działalność niemieckich koncernów począwszy od lat '90. Mowa o takich gigantach jak Siemens, Rheinmetall, Ferrostal, Daimler i Krauss Maffei Wegmann, a na ławie oskarżonych zasiąść ma ok. 60 osób. W skrócie – Niemcy korumpowali na wielką skalę greckich polityków przy zawieraniu umów modernizacyjnych i zbrojeniowych. I tak, Siemens w zamian za równowartość 70 mln euro łapówek otrzymał w 1997 roku kontrakt od greckiej firmy OTE na digitalizację infrastruktury telekomunikacyjnej, z kolei Daimler, Krauss Maffei Wegmann czy Ferrostal na cel wzięły kontrakty zbrojeniowe idące w grube miliardy euro, które również były „dopinane” poprzez milionowe „grzeczności” wręczane greckim decydentom – najpierw gotówką, w walizkach (hm, przypominają się tu pierwsze lata polskiej „transformacji”), następnie zaś poprzez spółki-wydmuszki zarejestrowane w rajach podatkowych. W ten sposób grecka armia nabywała czołgi Leopard, haubicoarmaty, łodzie podwodne, transportery opancerzone – ogółem poziom wydatków na zbrojenia wynosił średnio ponad 2 proc. PKB. W szczytowych latach kryzysu Grecja kupowała niemiecki sprzęt za 5-7 mld. euro rocznie. W efekcie dzisiaj Grecja jest pierwszą potęgą pancerną wśród krajów UE (żeby było ciekawiej – druga pod względem liczby posiadanych czołgów jest... Polska) i kompletnym bankrutem.

Rysuje się tu nam interesujący mechanizm współczesnego neokolonializmu: oto Niemcy korumpują Greków, by ci kupowali nieracjonalnie wielkie ilości maszyn bojowych, zaś na sfinansowanie zakupów Grecja musiała oczywiście się zadłużać w niemieckich instytucjach finansowych. W ten sposób – za pomocą toksycznego sprzężenia łapówek i kredytów – niemiecka „metropolia” napędzała swój przemysł i eksport kosztem doprowadzenia do ruiny greckiej „kolonii”. Warto zwrócić uwagę, iż te same Niemcy równocześnie pouczały Greków na okoliczność gospodarnego zarządzania finansami i walki z korupcją, a zarazem za kulisami warunkowały pomoc finansową dla Aten wywiązaniem się przez nie z zawartych z niemieckimi przedsiębiorstwami kontraktów – jak to miało miejsce w 2010 roku, gdy zaszantażowano w ten sposób premiera Papandreu.

Zresztą, nawet bankructwo jest świetną okazją do zarobku, co niedawno miałem okazję opisywać na tych łamach. Okazuje się, że Niemcy, wskutek redukcji oprocentowania własnych obligacji, na greckim kryzysie zarobiły 100 mld euro, dzięki czemu udało się im zrównoważyć budżet o rok wcześniej, niż pierwotnie zakładano. Inwestorzy wystraszeni sytuacją w Grecji na masową skalę lokowali kapitał w niemieckich papierach, co skutkowało ich niższą rentownością. Ciekawe, ile Niemcy zarobiły na kryzysie i kontraktach zbrojeniowych w Hiszpanii i Portugalii, tak się bowiem składa, że trzonem tamtejszych sił pancernych również są Leopardy, nie wspominając już o Polsce także pałającej niezrozumiałą miłością do niemieckich „panzerkampfwagenów”.

Obecnie, w konsekwencji wymuszonego podczas niedawnego szczytu programu restrukturyzacyjnego, niemiecka firma przejmuje greckie lotniska, a wkrótce to samo czeka porty i inne składniki greckiego majątku narodowego. 14 lotnisk regionalnych (w tym w Salonikach, oraz w turystycznych zagłębiach takich jak Rodos, Korfu czy Cyklady) obejmie za 1,2 mld euro spółka Fraport AG na czele której stoi Stefan Schulte, członek Rady Gospodarczej CDU. Mamy zatem coś w rodzaju gospodarczej „wojny błyskawicznej” - wtryniamy gorzej rozwiniętej ofierze nieprzystającą do jej modelu ekonomicznego walutę powodującą nieopłacalność własnej produkcji, następnie kraj staje się rynkiem zbytu dla obcych towarów, których sprzedaż wspomagana jest w razie potrzeby systemową korupcją. Wskutek dezindustrializacji i nadmiernego importu kraj-ofiara pogrąża się w niemożliwych do spłacenia długach, aż wreszcie można wykupić bankruta za bezcen. Wszystkie dochody – czy to z „pomocy”, czy z prywatyzacji - trafiają przy tym oczywiście do wierzycieli, budżet Grecji zobaczy z tych pieniędzy okrągłe zero, kolejne „pakiety pomocowe” pogłębiają jedynie greckie zadłużenie niczego nie zmieniając w sytuacji gospodarczej kraju – no i koniec końców, wszystkie długi, stare czy nowe, trzeba będzie spłacać, petryfikując tym samym stan gospodarczej zapaści.

Charakterystyczne, że ostatnio nawet rygorystyczny do niedawna MFW zaczyna dystansować się od dwóch pozostałych członków sprawującej nad Grecją zarząd komisaryczny „trójki” (MFW, EBC, KE). Czyni tak pod wpływem przykładu węgierskiego – Orban odrzucił oszczędnościowy dyktat MFW, którego efektem byłoby zduszenie wewnętrznego popytu i wyprowadził swój kraj na prostą. Ale przecież Niemcom, które de facto ustalają politykę struktur unijnych, w tym EBC i KE, nie zależy na tym, by Grecji pomóc, tylko by ją wycisnąć do ostatka. Taka już jest natura pasożyta – koszty utrzymania (czyli niemieckiego rozwoju gospodarczego) ponosić ma jedynie żywiciel.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 36 (04-10.09.2015)

czwartek, 20 marca 2014

Kredytowa szulernia

W przypadku kredytów walutowych mamy do czynienia z drenażem i transferem kapitału z gospodarek peryferyjnych do centrum.

I. Węgierska batalia z bankami

Węgierski Trybunał Konstytucyjny uznał (17.03.2014), iż w pewnych warunkach dopuszczalna jest ustawowa ingerencja w umowy kredytowe zawarte w walutach obcych, w celu wzmocnienia pozycji konsumentów wobec banków. Dotyczy to przede wszystkim kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich, zaciągniętych przez ok. 600 tys węgierskich rodzin. Jest to kolejna odsłona batalii Orbana o całkowitą likwidację kredytów walutowych – w 2011 roku Węgry uchwaliły ustawę w myśl której klient mógł jednorazowo spłacić kredyt po kursie o 1/3 niższym od rynkowego. Ponadto banki miały udzielać na życzenie klienta gwarantowanych przez państwo tanich kredytów w forintach na spłatę zadłużenia. Banki, przymuszone do wzięcia na siebie kosztów wynikających z różnic kursowych, szacują, że straciły na tym ok. miliarda euro.

Trzeba dodać, że w grudniu 2013 węgierski sąd najwyższy (Kuria) uznał, iż kredyty walutowe są legalne, oddalając tym samym wniosek rządu Orbana i stawiając pod znakiem zapytania operację oddłużeniową z 2011 roku. Rząd węgierski jednak skierował tę kwestię również do innego organu – Trybunału Konstytucyjnego, ten zaś, jak wspomniałem przed chwilą, orzekł o legalności ingerencji w umowy kredytowe, również z mocą wsteczną – pod warunkiem, że okoliczności zmieniły się w sposób który nie mógł być przewidziany w chwili zawierania umowy. Tu należy nadmienić, iż taką okolicznością mógłby być światowy kryzys finansowy w wyniku którego kurs franka do forinta między 2009 a 2011 rokiem wzrósł niemal dwukrotnie. W efekcie kredyty walutowe stały się na Węgrzech poważnym problemem społecznym – kłopoty ze spłatą (zaległości powyżej 90 dni) ma ok. 1/5 kredytobiorców. Póki co jednak rząd węgierski czeka na orzeczenie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, badającego na wniosek Kurii sprawę jednostronnej modyfikacji umów kredytowych i zmiany kursów walut. Chodzi o kwestię, czy sąd może badać zasadność praktyki polegającej na tym, że bank udzielając kredytu we frankach wypłacał klientowi kwotę kredytu w forintach wg ceny kupna, raty zaś kasował wg ceny sprzedaży (tzw. „spread”).

II. Islandia, Chorwacja, Hiszpania...

Warto przypomnieć w powyższym kontekście o trzech innych krajach, gdzie zajęto się problemem kredytów frankowych. Na Islandii, po finansowym tsunami z 2008 roku, tamtejszy Sąd Najwyższy w czerwcu 2010 uznał kredyty indeksowane w obcych walutach za nielegalne, uwalniając tym samym kredytobiorców od kosztów wynikających z osłabienia islandzkiej korony.

Z kolei w Chorwacji sąd w Zagrzebiu, rozstrzygając pozew zbiorowy wniesiony przez organizacje konsumenckie, nakazał w sierpniu 2013 przewalutowanie kredytów we frankach szwajcarskich na kuny po kursie obowiązującym w dniu zawierania umowy. Banki szacują swe straty na ok. 1 mld euro. Wyrok dotyczy ok. 100 tys Chorwatów zadłużonych na 3,3 mld euro.

W Hiszpanii natomiast barceloński sąd na początku 2013 rozwiązał umowę kredytową we frankach, uznając ją nie za kredyt, lecz za „produkt wysoko złożony, o charakterze spekulacyjnym, niedostosowany do profilu ryzyka osoby, która ten kredyt zaciągnęła”. Wg. sądu mamy do czynienia z połączeniem w jednym pakiecie kredytu i inwestycji, a procedura przyznawania takiego „kredytu” nie spełnia wymogów Unii Europejskiej co do oferowania produktów inwestycyjnych – te bowiem powinny być nadzorowane nie tylko przez nadzór bankowy i bank centralny ale również przez tamtejszą komisję papierów wartościowych. Chodzi tu o dyrektywę MiFID („Markets in Financial Instruments Directive”) nakazującą bankowi przebadać profil klienta przed zaproponowaniem inwestycji wysokiego ryzyka – a „produkt o charakterze spekulacyjnym” z natury rzeczy do takich ryzykownych inwestycji należy. Tymczasem, banki udzielając kredytów walutowych podobnej procedury nie dochowywały.

III. Kredyt walutowy jak „opcje”?

Jak to się ma do Polski? U nas kredyty we frankach zaciągnęło ok. 700 tys klientów, z czego problemy ze spłatą ma jakieś 3%. Niby nie jest więc najgorzej, jednak i u nas wzrost kursu franka szwajcarskiego okazał się na tyle znaczący, że wiele budżetów domowych stało się po prostu przepompownią wypracowanego bogactwa do banków. Innymi słowy – klient stał się chłopem pańszczyźnianym banku, odnosząc mu większość dochodów i ledwie wiążąc koniec z końcem, tym bardziej, że ceny spłacanych nieruchomości zeszły często poniżej kwoty kredytu. Na to nakładają się nieuczciwe poczynania banków. Przykładowo, Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zakwestionował takie praktyki, jak: - proceder dowolnego ustalania sobie przez banki tabel walutowych na podstawie których ustalano ratę kredytu w oderwaniu od cen rynkowych czy np. średniego kursu NBP; - dowolne modyfikowanie umów na podstawie niejednoznacznych zapisów umowy (to bank Millenium, r. 2010); - zmiana wysokości oprocentowania kredytu w trakcie trwania umowy (to z kolei BRE Bank, r. 2009). Niedawno natomiast grupa 200 osób wniosła pozew zbiorowy przeciw Getin Noble domagając się unieważnienia tabel walutowych ustalanych przez bank i zawyżających kurs franka, w oparciu o które bank naliczał raty kredytu, bądź unieważnienia umów w całości.

Jak można przeczytać w analizie zamieszczonej przez „Forbes”, w przypadku kredytów walutowych możemy mieć do czynienia z przypadkiem analogicznym do „opcji walutowych” na które swojego czasu naciągnięto wielu przedsiębiorców. Dziś wielu z nich wygrywa sprawy sądowe, a banki muszą płacić niekiedy wielomilionowe odszkodowania. Autor artykułu podnosi m.in. kwestię omijania zapisów umowy dotyczących wynagrodzenia banku (prowizja, oprocentowanie) i arbitralnego generowania dodatkowej marży za pomocą spreadu. Np. przewalutowanie udzielanego kredytu następuje po cenie kupna franka według ustalanej przez bank tabeli walutowej, zaś saldo do spłaty i odsetki ustalane są według ceny sprzedaży. Ze spreadem wiąże się również kwestia ogólnych kosztów kredytu, które po zliczeniu wszystkich elementów okazują się często w sumie wyższe niż kredytów złotówkowych. Trzecią sprawą jest wreszcie wystawianie klienta na nieograniczone ryzyko walutowe – i tu kłania się przytaczane wyżej orzeczenie sądu hiszpańskiego, który, przypomnę, uznał kredyt we frankach za „produkt wysoko złożony, o charakterze spekulacyjnym”. Autor podąża podobną ścieżką, uznając kredyt walutowy za „skrajnie spekulacyjny”, gdyż klient nie jest w stanie oszacować, ile potencjalnie straci, w związku z powyższym narażony jest na „nieograniczoną stratę”. Podobna argumentacja stosowana była na podstawie opinii biegłych w procesach dotyczących opcji walutowych. Do tego dochodzi złamanie dyrektywy MiFID, jeśli klient zaciągał kredyt w celu nabycia instrumentów finansowych.

Jak widać z powyższego, polscy „frankowicze” nie są bez szans.

IV. Kredytowa szulernia

Na zakończenie jeszcze kilka słów subiektywnego komentarza. Otóż w moim głębokim przekonaniu kredyty walutowe są jednym z narzędzi neokolonializmu. Ich funkcją jest bowiem długoterminowa eksploatacja obywateli peryferii na rzecz metropolii za pomocą sektora bankowego. Tak się bowiem składa, że w krajach „nowej unii” po przekształceniach system bankowy znajduje się w ogromnej części w rękach zagranicznych podmiotów (niemieckich, włoskich, austriackich, brytyjskich itd.), które transferują zyski do macierzystych central.

Skolonizowane gospodarczo kraje dojone są na dwa sposoby. Sposób pierwszy, to drenowanie zasobów przez dług publiczny, w wyniku którego budżet państwa staje się przepompownią kapitału od podatnika do wierzyciela – instytucji finansowej - wykupującego obligacje Skarbu Państwa. Sposób drugi, to zadłużenie indywidualne, gdy wkręceni na możliwie masową skalę w kredyt walutowy „konsumenci” stają się niewolnikami tyrającymi przez większość czasu na spłatę rosnącej wraz z kursem franka pożyczki. W obu przypadkach pieniądze wypływają gdzieś w siną dal, zubożając gospodarkę narodową eksploatowanego państwa. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież w ręku kredytobiorcy zostaje nieruchomość (dom, mieszkanie). To prawda, ale też do czasu. Gdy już bowiem spłaci po latach lichwiarski kredyt, to przechodzi wkrótce na głodową emeryturę... a wtedy znów pojawia się bank oferując mu „odwróconą hipotekę” - i w ten oto sposób nieruchomość po pewnym czasie tak czy inaczej staje się własnością banku.

Jak napisałem kiedyś w tekście „Gra kredytem”, kredyt walutowy to hazard: klient zakłada się z bankiem, że kurs nie wzrośnie w znaczącym stopniu, bank zaś „gra” na opcję przeciwną. I jestem dziwnie pewien, że banki konstruując ofertę doskonale wiedziały, że kurs franka będzie rosnąć. Jestem również przekonany, że celowo zniechęcano klientów do kredytów w rodzimych walutach (tak twierdzą choćby klienci banku Getin Nobel), by nagonić ich do kredytu we frankach szwajcarskich. Krótko mówiąc - kredytowa szulernia, gdzie jedna ze stron zna z góry wynik „zakładu”.

Proszę ponadto zwrócić uwagę, że dominujące na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej banki w swoich macierzystych krajach nie rozpętywały podobnej „gorączki złota” na franka szwajcarskiego, choć mogłyby. Warto wspomnieć, iż chorwacka kuna powiązana jest z euro, zatem teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, by w podobną matnię jak 100 tys Chorwatów wpędzić również obywateli strefy euro. Z jakichś jednak względów klientów z Niemiec, Austrii czy Włoch nie wystawiono na „nieograniczone ryzyko kursowe” związane z kredytem walutowym. Potwierdzałoby to domniemanie, iż mamy do czynienia z zaplanowanym drenażem i transferem kapitału z gospodarek peryferyjnych do centrum.

I tutaj nieuchronnie musi pojawić się pytanie: czy znajdzie się u nas siła polityczna, która zakazałaby tego szalbierczego procederu? Czy może któraś ze spraw przeciw bankom trafi przed Sąd Najwyższy, a ten wzorem odpowiednika z Islandii unieważni en masse „narzędzie spekulacyjne”, które oferowane było pod przykrywką kredytu? I nie ma co się oglądać na biadolenie banków – dadzą sobie radę, najwyżej do ich zagranicznych central nie trafi tyle, ile sobie założyły. By nie wypaść z rynku będą musiały przełknąć tę gorzką pigułkę, tak jak przełknęły na Węgrzech czy Islandii. Zresztą, to i tak nie są nasze banki, a kapitał jak się okazuje jednak ma narodowość i dobrze, aby został w Polsce.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2013/08/gra-kredytem.html

 

sobota, 29 maja 2010

Geopolityczny aspekt „pojednania”…


…czyli o neokolonializmie w białych rękawiczkach słów kilka.

I. Operacja „żałoba narodowa” – krótka retrospekcja.

W filmie „Solidarni 2010” ze strony ludzi zgromadzonych na Krakowskim Przedmieściu padają w pewnym momencie pełne goryczy słowa, skierowane, jak można się domyślać, pod adresem rządzących i pozostającej z nimi w ścisłym sojuszu salonowszczyzny. W skrócie, jest to oskarżenie, że „oni” za pomocą żałoby narodowej chcą zamknąć ludziom usta, że z punktu widzenia „onych” najlepiej byłoby, gdyby żałoba potrwała tak z miesiąc i nikt nie wygłaszał publicznie krytycznych, nieprawomyślnych uwag.

Jak wiemy, zbiorowa intuicja sprawdziła się w tym przypadku bezbłędnie. Pod osłoną żałoby dokonano bowiem przejęcia ostatnich niezależnych od PO instytucji – Biura Bezpieczeństwa Narodowego oraz in spe (ekspresowe „przyklepanie” przez p.o.p. Komorowskiego nowelizacji odpowiedniej ustawy) - Instytutu Pamięci Narodowej.

Tak oto, operacja „żałoba narodowa” została przez Platformę przekuta na całkiem wymierne korzyści polityczne.

II. Operacja „pojednanie”.

Powyższy przykład obija mi się natrętnie między uszami, gdy obserwuję wielki pic, jakim jest zadekretowana odgórnie farsa polsko – rosyjskiego „pojednania”. Pojednania dokonywanego nad trumnami ofiar wciąż niewyjaśnionej smoleńskiej tragedii. Wiem, że na ten temat wystukano pewnie setki tysięcy znaków na różnych klawiaturach, mimo to, pragnąłbym zwrócić uwagę na geopolityczny aspekt tego, co dzieje się pod naszymi nosami.

Otóż sądzę, że podobnie jak w przypadku żałoby narodowej, operacja „pojednanie” ma na celu „przykrycie” posunięć prowadzących do utraty przez Polskę resztek faktycznej suwerenności (bo suwerenności nominalnej nikt nam nie odbiera – jak u schyłku I Rzeczypospolitej). Ów wstydliwy aspekt „pojednania”, to systematyczne wycofywanie się rządu III RP choćby z pozorów dbałości o niezależność surowcowo – energetyczną. Za tym idzie degradacja statusu Polski na geopolitycznej szachownicy.

Hasłowo rzecz ujmując:

1) Nieuchronnie zbliża się moment ostatecznego zatwierdzenia renegocjacji „kontraktu jamalskiego”. Stawiamy się tym samym w pozycji ćpuna uzależnionego zarówno od narkotyku, jak i jedynego dealera w okolicy - do 2037 roku.

2) Kwestia gazoportu w Świnoujściu jakoś tak „wypadła z obiegu”. Podobnie jak problem, czy Nord Stream na newralgicznym odcinku, przecinającym tor wodny biegnący do świnoujskiego portu, zostanie poprowadzony po dnie Bałtyku, czy zakopany.

3) Polskie złoża gazu łupkowego – jeżeli aktywność Radosława Sikorskiego w tej materii okaże się równie przeciwskuteczna, jak w przypadku tarczy antyrakietowej… to miej nas Boże w opiece. Na dodatek, Gazprom ponoć ma chrapkę na nasz „shale gas”. I coś mi się widzi, że się dochrapie… (np. wykupi udziały w którejś z amerykańskich firm posiadających koncesje na poszukiwanie, następnie zaś na wydobycie gazu łupkowego w Polsce).

4) Rosja buduje pod Kaliningradem elektrownię atomową. Proponuje nam „podłączenie się” pod tą inwestycję. Taka łaskawa. Budowa polskiej elektrowni atomowej (tak , wiem, że to miała być francuska inwestycja – ale, z dwojga złego – wolę to) spadła z „publicznej agendy” dyskutowanych zagadnień. W efekcie – zamiast elektrowni wybudowanej na naszym terytorium, podepniemy się pod atom ruski. Pstryczek – elektryczek, podobnie jak pstryczek - gazowniczek będzie na Kremlu.

5) Gazprom tworzy nowe przyczółki swej agentury wpływu w Priwislańskim Kraju. Na początek – stypendia dla doktorantów z Uniwersytetu Warszawskiego. Wróżę, że inne uniwersytety podążą niebawem tym tropem, a po wykształceniu kadr, Aleksiej Miller bez krępacji ogłosi powstanie w Polsce gazpromowskiego „ucziliszcza”.

III. Neokolonializm w białych rękawiczkach.


Odnoszę nieodparte wrażenie, że Niemcy i Rosja porozumiały się co do przyszłości Polski (i szerzej – całego regionu), jako wspólnego kondominium. Do tej pory walka o wpływy przebiegała między Niemcami, Rosją, a USA. Obecnie, po wycofaniu się Stanów Zjednoczonych, opustoszałą działkę skwapliwie zagospodarowują dwaj pozostali gracze, którzy wspólnymi siłami zadbają o to, by „porządek panował w Warszawie” (i okolicach).

Ot, taki neokolonializm w białych rękawiczkach.

Unia Europejska, po kilkuletniej euforii rozszerzenia na wschód, ma najwyraźniej dosyć permanentnego bólu głowy z tymi wszystkimi dziwnymi państewkami, których nazw nawet nie sposób wymówić, a które na dodatek ciągle czegoś chcą i nie zawsze wiedzą, kiedy siedzieć cicho.

Cóż zatem się dziwić, że z radością podzielono się odpowiedzialnością za stabilność naszego regionu z zawsze gotową do tego Rosją. Tym bardziej, że ów podział odbył się za cenę stosunkowo niewielkich z punktu widzenia Zachodu ustępstw.

Jednamy się zatem z Moskalami i będziemy jednać się aż do skutku. Formalnie, rzecz jasna, pozostaniemy członkami UE i NATO, w praktyce natomiast stoczymy się do szarej strefy geopolitycznej niedookreśloności. W tej niedookreśloności zawiera się zarówno powrót do energetyczno – surowcowego neo – RWPG, jak i to, że NATO przez kolejne lata jakoś nie będzie w stanie wysmażyć planów na wypadek agresji na kraje Europy Środkowo – Wschodniej. Unia Europejska natomiast zredukuje swą aktywność do pryncypialnego besztania, bądź protekcjonalnego poklepywania po ramieniu, w zależności od poziomu ukontentowania naszą postawą możnych tego świata.

A jeżeli obecny „trynd” się utrzyma to, być może, Rosja zgodzi się wielkodusznie partycypować w którejś z mutacji tarczy antyrakietowej. I wówczas powstanie u nas stosowna baza. Rosyjska.

Gadający Grzyb

Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl