Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Victor Orban. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Victor Orban. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 maja 2018

Głosuj jak chcemy...

...albo Unia zabierze ci kasę. Tak można w skrócie podsumować wymowę artykułu opublikowanego przez Guya Verhofstadta we wpływowym „Project Syndicate”. Tekst prominentnego eurodeputowanego (w oryginale zatytułowany wymownie „The EU Must Stop Funding Illiberalism”) pofatygowała się przetłumaczyć na język polski skrajnie lewicowa „Krytyka Polityczna” - i dobrze się stało, bo dzięki temu krajowy czytelnik może się przekonać, co tak naprawdę chodzi po głowach brukselskim mandarynom. Nie mam bowiem wątpliwości, że znany ze swej zapalczywości flamandzki polityk powiedział jedynie głośno to, co inni „zawodowi europejczycy” pokroju Timmermansa czy Junckera ukrywają za zasłoną górnolotnych sloganów o demokracji i praworządności. Na marginesie przypomnijmy, że Verhofstadt to ten, który podczas jednego z antypolskich sabatów w Parlamencie Europejskim wypalił, że w Marszu Niepodległości ulicami Warszawy przeszło 60 tys. „neonazistów” i „białych suprematystów” - i jego przemyślenia w „Project Syndicate” charakteryzuje podobny poziom ideologicznego zacietrzewienia.

Belgijski europoseł za główny cel swojego ataku obrał oczywiście Polskę i Węgry – dwa kraje, które w ostatnich latach ośmieliły się wyłamać z unijnego głównego nurtu, budząc nieskrywaną wściekłość tamtejszego establishmentu. Na początek wypomina obu państwom miliardy euro zainkasowane w ramach europejskiego Funduszu Spójności (Polska – 77 mld. euro, Węgry 22 mld), za co te nie okazały darczyńcom należytej wdzięczności, wybierając sobie „nieliberalne, prawicowe i populistyczne rządy”, które „flirtują z autorytaryzmem” - co Verhofstadt uważa za problem poważniejszy od kryzysu migracyjnego i brexitu. Orbanowi zarzuca m.in. praktyki korupcyjne, rządowi PiS oczywiście „niszczenie” sądownictwa, obydwu zaś – ataki na media i „przykręcanie śruby” organizacjom pozarządowym. Mimo tego, konstatuje ze zgrozą Verhofstadt, Orban w niedawnych wyborach sięgnął po większość konstytucyjną. W związku z tymi niesłychanymi zbrodniami europarlamentarzysta stwierdza: „Jest nie do przyjęcia, by pieniądze unijnych podatników szły na akty próżności nieliberalnych elit, podkopujących bez żadnych skrupułów demokratyczne instytucje, które stanowią o istocie europejskiej wspólnoty”.

Dalej autor proponuje szereg rozwiązań dyscyplinujących niesubordynowane państwa. Począwszy od 2020 r. (czyli wraz ze startem nowego unijnego budżetu), wypłacanie środków z Funduszu Spójności uzależnione miałoby zostać od efektów „obiektywnego monitoringu” prowadzonego przez unijne instytucje. W przypadku oblania takiego testu, pieniądze byłyby zamrożone na specjalnym „funduszu rezerwowym”, a następnie „przekierowywane na wsparcie dla uniwersytetów, ośrodków badawczych i innych instytucji społeczeństwa obywatelskiego w tym państwie”. Co ciekawe, taka procedura „pokazałaby obywatelom państw zbaczających z właściwej ścieżki, że UE nie chce ich karać za zachowanie ich władz”. Całość wieńczy zdanie: „Czas pokazać, że za lekceważenie norm UE się płaci”.

Omówiony tu pokrótce elaborat znakomicie pokazuje, jak spod maski liberała wyłazi ponura gęba totalniackiego doktrynera nie potrafiącego zaakceptować najmniejszego odchylenia od jedynie słusznej linii (ten passus o „zbaczaniu z właściwej ścieżki”!) - i na dodatek obłudnika, stosującego wyznawane poglądy nader wybiórczo. Brukseli jakoś nie przeszkadzał festiwal korupcji i dławienia opozycyjnych mediów na Węgrzech pod rządami postkomunistów czy w Polsce za czasów zaprzyjaźnionej PO – podobnie, jak nie przeszkadza jej dziś korupcja na Malcie lub w Rumunii. Retorycznie można zapytać, czy Verhofstadt byłby równie pryncypialny wobec np. Francji z Frontem Narodowym u władzy, bądź Niemiec pod rządami AfD? Nade wszystko jednak mamy tu jasno sformułowany dyktat pod adresem społeczeństw Polski i Węgier – głosujcie na „właściwe” partie, albo będziecie mieli kłopoty. W kontekście groźby wstrzymania środków z Funduszu Spójności, słowa o tym, że Unia nie chce karać obywateli za poczynania ich władz, brzmią niczym kiepski dowcip. Podobnie jest z projektem dofinansowania „instytucji społeczeństwa obywatelskiego” - czyli, mówiąc wprost, ośrodków propagandowych mających urabiać masowe nastroje w pożądanym przez eurokratów duchu. Współbrzmi to ze sformułowanym ponad rok temu w wywiadzie dla Euractiv.pl postulatem Romana Imielskiego z „Wyborczej”, by Unia zaczęła subwencjonować media (w domyśle – te „właściwe”).

Słowem, mamy tu zarysowaną wizję drastycznych (i, co ważne, pozatraktatowych – to tyle, jeśli chodzi o „praworządność”) restrykcji gospodarczych. Ostatni raz wobec Polski coś podobnego zastosowały USA po wprowadzeniu stanu wojennego. Tyle, że wtedy Polacy wiedzieli, iż sankcje nie są skierowane przeciw nim, lecz juncie Jaruzelskiego. Widzę jednak i pozytyw: otóż urzeczywistnienie majaczeń Verhofstadta spowodowałoby z miejsca wzrost antyunijnych nastrojów i powiększenie się liczby zwolenników polexitu. Hmm... może zatem warto trochę pocierpieć?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 19 (18-24.05.2018)

sobota, 12 maja 2018

Kryzys jest szansą!

Dla obozu PiS jakakolwiek dywersyfikacja międzynarodowej aktywności wydaje się być mentalnie nie do udźwignięcia.


I. Nieodrobiona lekcja

Właśnie tak, jak w tytule – kryzys jest szansą. Wystarczy na sprawy spojrzeć od tej strony i wszystko staje się znacznie prostsze. Refleksja ta naszła mnie z podwójnej przyczyny – pierwsza, to niedawne załamanie sondaży PiS z którego partia rządząca próbuje się obecnie z lepszym lub gorszym skutkiem wygrzebać; druga – to wygrana Fideszu i Orbana na Węgrzech, która w modelowy sposób pokazuje nam, jak należy rozgrywać konflikty z korzyścią dla siebie. Odnoszę bowiem nieodparte wrażenie, że tym, co różni „dobrą zmianę” od węgierskiego premiera, jest nie tylko sprawność techniczna w poruszaniu się po politycznym polu minowym, ale również (a może – przede wszystkim) kwestia mentalności i coś, co w języku sportowym nazywa się „elementem wolicjonalnym”. Otóż tam, gdzie nasi widzą zagrożenia, które należy w jakiś sposób obłaskawić (najczęściej zresztą, żenująco nieudolnie), Victor Orban widzi kolejną rozgrywkę do wygrania. Efekt tej różnicy podejść jest taki, że Orban ma trzecią kadencję z rzędu i większość konstytucyjną, a PiS zaczyna drżeć o utrzymanie władzy. Innymi słowy – Orban wdeptuje przeciwników w ziemię, a PiS oddaje pole i przegrywa nie tyle z przeciwnikami, co z samym sobą.

Wyjaśnijmy to sobie na przykładzie. Obecnie w Polsce pokutuje mit „politycznego centrum”, które za wszelką cenę należy sobie zjednać, by wygrać wybory. Rzekomo w ten właśnie sposób PiS wygrało w 2015 r. A guzik prawda. PiS nie wygrało dzięki żadnemu „centrum”, lecz dlatego, że parło do przodu jak nosorożec – może bez większego wdzięku, ale za to z determinacją, przebijając kolejne, dotąd pozornie nieprzekraczalne „sufity” poparcia. Ta prawidłowość działała przez kolejne ponad dwa lata rządów – i przestała w momencie, gdy „dobra zmiana” wdała się w jakieś żenujące dryblingi, próbując „oswoić” ulicę i zagranicę. Wynika to z prostej prawidłowości – w 2015 ludzie mieli już powyżej uszu „ciepłej wody w kranie” i „zielonej wyspy” z której nic nie wynika dla sytuacji zwykłego człowieka. Te nastroje PiS jeszcze wyczuło i skutecznie na nich zagrało, ale nie wyciągnęło oczywistego wniosku – mianowicie, że ci sami wyborcy, którzy jeszcze 2-3 lata wcześniej faktycznie stanowili „centrum”, w 2015 r. byli już w zupełnie innym miejscu, znacznie radykalniejszym i zagłosowali na PiS oraz (ci bardziej wnerwieni) na Kukiza. A potem, mile zaskoczeni realizowaniem przedwyborczych obietnic, podtrzymywali swe poparcie wbrew wszystkiemu – jazgotowi mediów, demonstracjom kodowszczyzny i naciskom zagranicy. Mieli gdzieś Trybunał Konstytucyjny, sądokrację, utracone poczucie komfortu „łże-elit”, postępowy szantaż emocjonalny domagający się przyjmowania biednych „uchodźców” i wrzaski dobiegające z Brukseli. Obchodziło ich to, że wreszcie ktoś robi porządek i zwraca uwagę na potrzeby obywatela – ze szczególnym uwzględnieniem 500+ i tamy postawionej zalewowi muzułmańskich migrantów.

Krótko mówiąc, poparcie nie przyszło z centrum, tylko ze strony zradykalizowanego elektoratu - a PiS nie odrobiło lekcji płynącej z własnego zwycięstwa.


II. Węgierski przykład

Odwrotnie postąpił Victor Orban, który zresztą generalnie wydaje się być politykiem bardziej przytomnym i świadomym w co gra. On od początku miał „centrum” głęboko w tyle. Wiedział, że wyborów nie wygrywa się dzięki tanim umizgom, tylko dzięki trzem czynnikom – mobilizacji, determinacji i konfrontacji. Podkreślę – konfrontacji, a nie schodzeniu z linii strzału przy byle kontrowersji, czy to w polityce zagranicznej, czy wewnętrznej. Dlatego zrobił u siebie porządek z kredytami frankowymi, sądami i mediami, przy pierwszej okazji „podziękował” za współpracę Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu, który dyktował Węgrom antyrozwojową („balcerowiczowską”) agendę w interesie globalnego kapitału, a z zagrożenia migracyjnego uczynił jeden z motywów przewodnich niedawnej kampanii. Podobnie nie zawahał się pójść na zderzenie czołowe z Sorosem – u nas wciąż rzecz nie do pomyślenia. Skutek? Banki po początkowych lamentach jakoś się uspokoiły, bo zobaczyły, że nie ma żartów, MFW posłusznie zwinął żagle, węgierski odpowiednik „Gazety Wyborczej”, czyli „Népszabadság” padł szczęśliwie w 2016 r., zaś Soros właśnie ogłosił, że zamyka biuro „Open Society Foundation” w Budapeszcie i spada do Berlina. Widać różnicę?

Nasi kieszonkowi Talleyrandowie lubią epatować „elastycznością” Orbana, czyniąc z niej alibi dla własnego kunktatorstwa. Otóż nie. Elastyczność nie polega bowiem na zagłaskiwaniu napięć, tylko na sprężystości. Opłacało się być w Parlamencie Europejskim we frakcji Europejskiej Frakcji Ludowej, razem z niemiecką CDU/CSU (i, dodajmy, Platformą Obywatelską)? Proszę bardzo, dzięki temu mamy powiększone pole manewru. Obywatelom jednak nie przypadł do gustu zakaz handlu w niedzielę? Wycofujemy się, nie ma sprawy, mała strata. A z drugiej strony – Rosja chce z nami budować elektrownię jądrową i dostarczać nam gaz? Wchodzimy w to, bez względu na ujadanie tych europejskich hipokrytów, którzy sami przebierają nogami do robienia interesów z Putinem i chcą ciągnąć Nord Stream 2 przez Bałtyk. Dywersyfikujemy w ten sposób naszą politykę i nie uzależniamy się od jednego „sojusznika”. Chiny chcą z nami rozmawiać o „Nowym Jedwabnym Szlaku”? Czemu nie, patrz wyżej, długofalowo niemieckie koncerny samochodowe nie mogą być jedynym strategicznym inwestorem.

Rozumiemy już o co chodzi z tą elastycznością? Okazuje się, że to nie musi być wcale ustępliwość, tylko manewrowanie połączone z odpowiednią dawką asertywności. Nasi wybrańcy natomiast wciąż mają problem ze zrozumieniem i wcieleniem w życie tej oczywistości. Rzecz jasna, trzeba zastrzec (bo zaraz jakiś hunwejbin zarzuci mi, że jestem „ruskim agentem”), iż nie chodzi o kopiowanie węgierskiej polityki i konkretnych ruchów w skali 1:1. Chodzi o metodę – a my tej metody nie mamy.


III. „Elastyczność” czy niezgulstwo?

Wróćmy do kwestii „elastyczności”, mającej przykryć nasze niezgulstwo. Różnicę między Polską a Węgrami świetnie ilustruje konflikt z Brukselą na tle osławionej „praworządności”. Właśnie „poprawiamy” ustawy sądownicze pod zapotrzebowanie zgłoszone przez Timmermansa, na co ten ostatni wciąż kręci nosem – że nie tak, że za mało, że należy spełnić wszystkie nadesłane z Brukseli „zalecenia”... Jaki błąd popełnili nasi mężykowie stanu? Przestraszeni, że Unia Europejska uzależni eurofundusze w kolejnej perspektywie budżetowej od stanu naszego wymiaru sprawiedliwości, poszli na ustępstwa – bez żadnej gwarancji, że one cokolwiek dadzą. W efekcie, UE dokręciła śrubę – właśnie nadeszła wiadomość, że Komisja Europejska forsuje przy powszechnym poparciu uzależnienie wypłat środków w latach 2021-2027 od gwarancji „skutecznego zarządzania funduszami”, co jest zawoalowaną formą „praworządności”. Oznacza to, że grupa euromandarynów będzie mogła całkowicie uznaniowo wstrzymywać kasę i wymuszać na nas spełnianie ich kolejnych żądań. Tyle ugraliśmy, brawo.

Co trzeba było zrobić? A chociażby zaszantażować Brukselę wzrostem antyunijnych nastrojów w polskim społeczeństwie. Metodę tę opisał niegdyś jeden z naszych negocjatorów w procesie akcesyjnym, Jerzy Marek Nowakowski. Kiedy przychodziło do kolejnej rundy negocjacji i europejscy wysłannicy wytykali nam różne opóźnienia i niedociągnięcia, on wyjmował sondaż z którego wynikało, że poparcie dla integracji wśród Polaków słabnie. Unijni urzędnicy w tym momencie z miejsca robili się o wiele bardziej „konstruktywni”. Podobnie dziś – rośnie niechęć do UE, zwłaszcza w warunkach prób dyktatu – blisko 1/3 Polaków optuje za polexitem, gdyby sprawy stanęły na ostrzu noża. Nie można było zagrać tą kartą?

Okazuje się, że nie można było – i powiem Państwu dlaczego. Otóż PiS przestraszył się tych sondaży znacznie bardziej niż Bruksela. Kryzys zaufania do UE został przez „naszych” odebrany nie jako szansa na poprawę pozycji przetargowej, lecz jako paraliżujące zagrożenie. I to jest ta różnica w rozumieniu elastyczności między Polską a Węgrami. Idę o zakład, że Orban w takiej sytuacji nie wahałby się ani sekundy – ba, wręcz świadomie podgrzewałby antyunijne nastroje, by wywrzeć na eurokratów presję. I tak jest ze wszystkim – z rejteradą przed Żydami, żądaniami USA (Kongres właśnie uchwalił JUST Act), ba – nawet przed Ukrainą czy inną Litwą. Wynika to z tego, że zarówno dla czołowych postaci obozu PiS, jak i dla jego zaplecza intelektualno-medialnego jakakolwiek dywersyfikacja międzynarodowej aktywności wydaje się być mentalnie nie do udźwignięcia. Zbyt wiele zainwestowali na wszelkich możliwych poziomach (politycznym, emocjonalnym, wizerunkowym) w różnorakie mitologie, które zwykli postrzegać jako „historyczną konieczność”, by nastąpiła zmiana paradygmatów. Więc jak przychodzi co do czego – zwyczajnie „pękają” i chowają głowę w piasek, wypinając przy okazji d... A potem się dziwią, że dostają bęcki i ludzie się od nich odwracają. A jak mają traktować pajaców bojących się własnej odwagi?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Zawsze jest z kim przegrać

Koniec złudzeń

Czy Polskę stać na podmiotowość?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 09 (09-22.05.2018)

czwartek, 21 stycznia 2016

Bratankowie z Niedzicy

Zarówno dla rodzimych Targowiczątek, jak i dla Berlina oraz Brukseli, regionalny sojusz jest senną zmorą.

I. Orban odczarowany

A więc w końcu góra i Mahomet się zeszli – wygląda na to, że spotkanie Jarosława Kaczyńskiego i Victora Orbana do którego doszło w Niedzicy w święto Trzech Króli kończy etap absurdalnych dąsów na linii PiS – FIDESZ. Warto tu przypomnieć ubiegłoroczną, oficjalną wizytę węgierskiego premiera w Polsce (pisałem o tym w tekstach „Orban, czyli wróg publiczny w Warszawie” - „PN”nr 8 (78) 02-08.03.2015 oraz „Orban – zawiedziona miłość polskiej prawicy” - „PN” nr 9 (79) 09-15.2015), kiedy to Orban stał się obiektem zmasowanej nagonki polskich mediów oraz świata polityki – i to od lewa do prawa. Cóż, obowiązywała wówczas proukraińska histeria, której przywódca bratanków się nie podporządkował, dogadując się z Putinem w kwestiach energetycznych i upominając się o Węgrów zakarpackich. Jakoś nikomu wtedy nie chciało przejść przez gardło, że po pierwsze - premier Węgier poparł antyrosyjskie sankcje na forum UE, po drugie zaś – deale z Rosją zaczął przeprowadzać dopiero po tym, jak skutecznie zneutralizował trzęsące węgierską energetyką zagraniczne koncerny, w tym również wykupując akcje strategicznego przedsiębiorstwa MOL zajmującego się przetwórstwem ropy i gazu od rosyjskiego Surgutniefietgazu (2011 r.). Szef węgierskiego MSZ, Janos Martonyi, stwierdził wówczas:„Węgry zdołały przeszkodzić Rosjanom w uzyskaniu silnych wpływów ekonomicznych w Środkowej Europie”. Krótko mówiąc, Victor Orban mógł sobie pozwolić na rozmowy z Putinem z podmiotowej pozycji i wynegocjował korzystne warunki – porównajmy to chociażby z nieszczęsnym kontraktem gazowym Waldemara Pawlaka, kiedy na finiszu rozmów musiała interweniować Komisja Europejska, przestraszona rozmiarami tortu, który strona polska chciała ofiarować Moskwie. Poza wszystkim – Orban w relacjach z Rosją nie robił niczego, czego nie robiłyby inne kraje UE.

Wszystko to nie przeszkodziło jednak „obozowi patriotyczno-niepodległościowemu” wieszać psów na potencjalnie jedynym europejskim sojuszniku Polski, który, nawiasem mówiąc, już w 2010 roku, podczas swojej pierwszej zagranicznej wizyty (to w dyplomacji znaczący symbol) proponował nam w Warszawie regionalny sojusz i wspólną politykę wschodnią, nie ukrywając, że widzi w Polsce środkowoeuropejskiego lidera. Został wtedy odprawiony z kwitkiem, podobnie jak w roku ubiegłym – i to nie tylko przez chodzący na niemieckiej smyczy rząd Tuska, a później Kopacz, lecz również przez prawicową opozycję. Innymi słowy, Orban do flirtowania z Putinem został wręcz zmuszony, zarówno wrogością Zachodu, jak i nieżyczliwą obojętnością głównych sił politycznych Polski. Symptomatyczne były tu medialne występy Mariusza Błaszczaka oskarżającego Węgry o łamanie „europejskiej solidarności”, czym idealnie wpasował się w propagandową narrację gabinetu Ewy Kopacz. Odmowa spotkania ze strony ówczesnego lidera opozycji Jarosława Kaczyńskiego była kolejnym „samobójem”, który mógł jedynie utwierdzić Orbana w przekonaniu, że niezależnie od wyników wyborów, nie będzie miał w Polsce z kim rozmawiać. Późniejsze dementi otoczenia węgierskiego premiera, jakoby spotkanie z przywódcą PiS nie było w ogóle planowane, wyglądało jedynie na skrojoną post factum próbę zbagatelizowania afrontu.

II. Budapeszt-Warszawa, wspólna sprawa

Przypominam te wszystkie zaszłości, by zobrazować wagę rozmów w Niedzicy. Na marginesie, samo miejsce spotkania było znaczące, położona na Spiszu Niedzica to bowiem dawne polsko-węgierskie pogranicze. Dwa zamki – węgierska Niedzica i polski Czorsztyn przyglądają się sobie od stuleci przedzielone jedynie doliną, dziś zalaną przez sztuczne jezioro spiętrzone na Dunajcu. Grunt do przełamania – no, może nie tyle lodowej tafli, ile gęstej kry – przygotowała ofensywa dyplomatyczna prezydenta Andrzeja Dudy, z mini-szczytem regionalnych członków NATO w Bukareszcie i wspólnym sprzeciwem wobec projektu Nord Stream 2. Można powiedzieć, że zbliżenie wymusiła sama sytuacja międzynarodowa. Polska po objęciu rządów przez „niesłuszną” opcję znalazła się pod analogicznym ostrzałem zachodnich mediów i polityków orkiestrowanym z Berlina, co orbanowskie Węgry. Dodatkowo, rząd PiS musi się borykać z wewnętrzną opozycją jawnie wyczekującą na jakąś formę zagranicznej interwencji – zupełnie jak węgierscy postkomuniści i liberałowie sponsorowani hojną ręką przez George'a Sorosa. Tu Orban ma nad nami ponad pięć lat przewagi w „zaprowadzaniu faszyzmu” i „niszczeniu demokracji”, albo, mówiąc normalnym językiem – przywracaniu państwa narodowi i windowaniu go na niezawisłość.

Niezależnie jednak od krajowych zgryzot, z pewnością nie zabrakło również i innych wspólnych tematów do omówienia, o czym świadczy chociażby absolutnie ponadnormatywny, sześciogodzinny wymiar czasowy spotkania. Węgry poszukują ewidentnie sposobu na wyjście z politycznej izolacji i pilnie potrzebują sojuszników – przypomnijmy sobie wrześniowe spotkanie Orbana z premierem Bawarii i szefem CSU Horstem Seehoferem podczas którego jednomyślnie krytykowali politykę imigracyjną firmowaną przez Angelę Merkel. Wizyta w Polsce wpisuje się zatem w pewien szerszy trend, potwierdzany przez węgierskie media – montowania sojuszu niezadowolonych z berlińskiego dyktatu, co daje nam sposobność do zaczerpnięcia głębszego oddechu na arenie międzynarodowej. W przeciwieństwie do wielu „dobrze poinformowanych” nie będę udawał, że wiem o czym rozmawiali obaj przywódcy, spróbuję jednak ułożyć katalog spraw do załatwienia.

Z pewnością główną osią porozumienia jest opozycja wobec niemieckiej hegemoni. Europa Środkowa jest dla Berlina, co niejednokrotnie podnosiłem, przestrzenią kolonialnej ekspansji zarówno politycznej, jak i gospodarczej – współczesną odsłoną Mitteleuropy realizowaną pod unijnymi sztandarami. Dlatego, w kontekście zbliżającego się szczytu NATO w Warszawie, należy utwierdzić wspólne stanowisko w kwestii wzmocnienia wschodniej flanki Sojuszu, również poprzez zainstalowanie w naszym regionie stałych baz wojskowych. Następna rzecz, to przeciwdziałanie wszelkimi dostępnymi środkami budowie Nord Stream 2, skazującego nas na marginalizację jako obszaru tranzytowego. W dalszej perspektywie winniśmy zaktywizować starania w kierunku powstania południkowego systemu połączeń gazociągowych, docelowo od Świnoujścia aż po mający powstać terminal na chorwackiej wyspie Krk. Kolejnym tematem jest wymiana doświadczeń w gospodarczej dekolonizacji i polityce prospołecznej, wyrwanie się spod dominacji międzynarodowego kapitału i globalnych instytucji finansowych w rodzaju Międzynarodowego Funduszu Walutowego. No i wreszcie – wspólne stanowisko przeciw obłąkańczej polityce imigracyjnej Niemiec, w szczególności zaś, wobec przymusowego mechanizmu „relokacji” uchodźców.

Aspektem bardziej ogólnym, acz o potencjalnie najbardziej dalekosiężnych konsekwencjach, mogłoby być powstanie osi Warszawa-Budapeszt przyciągającej ku sobie pozostałe państwa regionu. Inaczej mówiąc, widziałbym tu zalążek Międzymorza, którego twardym jądrem byłyby kraje Grupy Wyszehradzkiej plus Rumunia, zaś „jądrem w jądrze” - sojusz polsko-węgierski. Warto również zastanowić się nad ewentualnością opuszczenia struktur unijnych w jakiejś perspektywie czasowej – zwłaszcza po wygaśnięciu obecnego budżetu i związanym z tym radykalnym obcięciem euro-funduszy. Przejście do EFTA (Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu – Norwegia, Islandia, Liechtenstein, Szwajcaria), współtworzącego z UE Europejski Obszar Gospodarczy pozostawiłoby nam korzyści płynące z wymiany handlowej, za to zdjęłoby polityczno-biurokratyczną „czapę” Brukseli. W tym kontekście dobrze byłoby wspólnie wysondować, czy Stany Zjednoczone byłyby skłonne (i na jakich warunkach) sprawować geopolityczny patronat nad ewentualnym „exitem” naszego regionu, tak by zminimalizować ryzyko jakichś poważniejszych turbulencji.

III. Unia warczy...

Na zakończenie warto odnotować reakcje na spotkanie obu przywódców. Zarówno dla rodzimych Targowiczątek, jak i dla Berlina oraz Brukseli przymierzających się do „dyscyplinowania” Polski, regionalny sojusz jest senną zmorą. „Orban pewnie powiedział Kaczyńskiemu, że Unia warczy, ale nie gryzie” - to zdanko z komentarza „Sueddeutsche Zeitung” mówi w zasadzie wszystko, tym bardziej, że Orban już zapowiedział, iż Węgry nie poprą żadnych europejskich restrykcji wobec Polski. „Bratnia pomoc” zatem oddala się, ku nieskrywanemu żalowi armii renegatów liczących na to, że „sankcje” i codzienny nacisk zagranicy skorelowany z lokalnymi kryteriami ulicznymi doprowadzą do obalenia rządu PiS. A że Niemcy pogrążają się w coraz większym imigracyjnym chaosie, to wychodzi, że mamy niepowtarzalną szansę by wybić się na podmiotowość nie zważając na bezsilne ujadania – trzeba tylko zręczności i determinacji.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Orban na linie”

„Orban, czyli wróg publiczny w Warszawie”

„Orban – zawiedziona miłość polskiej prawicy”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3163-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 2 (13-19.01.2016)

Pod-Grzybki 34

Łał, jedyny konsekwentny wśród armii celebrytów zapowiadających emigrację. Eks-bokser, Przemysław Saleta ogłosił, że wyprowadza się do Tajlandii z powodu tego „co robi teraz PiS” - a poza tym, ma już w Syjamie ulokowane swoje biznesy. Zapewne dlatego zapracowany nie dostrzegł, iż krajem tym rządzi wojskowa junta. Dobra rada – niech Pan unika w swej nowej ojczyźnie konfliktów z prawem. Nie od rzeczy byłoby również poczytać o urokach tajskiego więziennictwa.

*

Tajlandia słynie także z największej na świecie liczby operacji zmiany płci. Taki Krzysztof Bęgowski na przykład, wyjechał, zaczerpnął tajskiego powietrza... i powrócił stamtąd jako Anna Grodzka. Panie Przemysławie, jak by tu rzec... proszę na siebie uważać...

*

Muzułmańscy imigranci w ramach sylwestrowej zabawy postanowili w kilku niemieckich miastach wyleczyć miejscowe kobiety z ksenofobii, a przy okazji nieco sobie poużywać. Warto przypomnieć, że w islamie funkcjonuje coś takiego jak „dżizja” - podatek płacony przez niewiernych na znak poddaństwa. Jak widać, „dżizję” można odbierać również w naturze.

*

Zaglądam na strony „Kretyniki Politycznej”, ciekaw co też o niemieckich zajściach napisze pani Kinga Dunin, która zasłynęła ze stręczenia „książąt Orientu” polskim kobietom w charakterze małżonków. Donoszę, że pani Kinga niezmiennie orbituje w równoległym wszechświecie – winien jest brak miłosierdzia, bo biedni, niepewni jutra przybysze, widząc tuż obok „święta na bogato”, zapragnęli z nich uszczknąć coś dla siebie, a poza tym, nikt nie mówił, ze pomaganie „nie wiąże się z żadnymi kosztami”. Jak rany, pani Kingo – co Pani tu jeszcze robi? Książęta Orientu czekają tuż za płotem! Należy im się jakaś chwila radości – choćby od ostatniej pociechy pułku Mameluków.

*

Jednym z miast, w których napastowano kobiety był Hamburg. I tu przypomniał mi się wywiad, jakiego inny eks-bokser, Dariusz Michalczewski (ksywka „Tiger”), udzielił „Szechter Cajtung”, zachwalając niemieckie multi-kulti. Hm, w zasadzie „Tiger”, jako powszechnie znany bywalec hamburskich przybytków rozkoszy, ale i działacz charytatywny (co chętnie rozgłasza), powinien otworzyć teraz sieć darmowych, wiadomych placówek „nur für Muslime“. Ozdobami byliby Kinga Dunin i Przemysław Saleta – ten drugi już po stosownej operacji, oczywiście.

*

Po spotkaniu Kaczyński – Orban na powrót wielką miłością do Węgrów zapałała „Zona Wolnego Słowa”. Tak, ta sama, która jeszcze niespełna rok temu nie zostawiała na Orbanie suchej nitki za jego konszachty z Putinem (choć jako żywo nic się tu nie zmieniło) i gromko odwoływała wyjazd Klubów „Gazety Polskiej” na Węgry. „Nasze starania w budowaniu relacji polsko-węgierskich, wspólne wyjazdy i uroczystości już dziś procentują” - napisał Tomasz Sakiewicz, który ponownie wdrapuje się na cokół współczesnego Józefa Bema. Jedno jest pewne – gdy już postawią Sakiewiczowi pomnik, jego miedziane czoło będzie lśniło z daleka niczym latarnia morska.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 2 (13-19.01.2016)

czwartek, 10 grudnia 2015

Zmierzch Mitteleuropy?

Polska to absolutna „perła w koronie” Mitteleuropy i jej utrata podważa sens całego neokolonialnego projektu.

Obserwując histerię niemieckich mediów po objęciu władzy w Polsce przez PiS, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że chodzi tu o coś więcej, niż zwyczajne rozczarowanie perspektywą nieco trudniejszych stosunków na linii Berlin – Warszawa. To nie jest tak, że tamtejszy establishment nagle się przeraził, iż polska polityka stanie się trochę bardziej asertywna, nie wspominając już o rzekomym „zagrożeniu dla demokracji”. Nie chodzi nawet o sprzeciw wobec forsowanej przez Angelę Merkel polityki imigracyjnej. Niemieckie obawy dotyczą kwestii o wiele poważniejszych – o dalekosiężnym, strategicznym znaczeniu dla przyszłości niemieckiej hegemonii na kontynencie.

Oto bowiem Niemcom wymyka się z rąk kolejny, kluczowy element regionalnej układanki. W założeniu, Europa Środkowa miała stać się niemieckim dominium (no, może z pewnymi koncesjami na rzecz Rosji) – tak gospodarczym, jak i politycznym – powiększającym potencjał Berlina w ramach Unii Europejskiej. Innymi słowy, na przestrzeni ostatnich lat realizowana była współczesna odsłona starej koncepcji Mitteleuropy – uczynienia z naszego regionu czegoś w rodzaju półkolonialnych peryferii uzupełniających i wzmacniających potęgę Niemiec. Kolonii tym wygodniejszych, że położonych tuż pod bokiem, a nie gdzieś na drugim krańcu świata. Same Niemcy nie są w stanie zdominować Europy – a przynajmniej nie w takim stopniu, jaki sobie założyły. Do utrwalenia swego przywództwa potrzebują imperium. I taki właśnie „imperialny oddech” zapewniała Berlinowi wasalizacja „nowej Europy” - podporządkowanie sobie grona państw członkowskich, wspierających na forum unijnym niemiecką politykę i zabezpieczających na polu gospodarczym jako rynki zbytu i podwykonawcy niemiecką machinę przemysłową.

Ucieleśnieniem owego zamysłu był słynny „hołd berliński” Radosława Sikorskiego w którym ówczesny szef MSZ otwarcie zrezygnował z politycznej podmiotowości Polski na rzecz realizacji wytycznych płynących z Kancelarii Rzeszy... to jest, chciałem rzec, „płynięcia z głównym nurtem Europy”. Pozostałe kraje regionu widząc naszą woltę również dostosowały się do sytuacji – ze znamiennym wyjątkiem Węgier Orbana. Wywindowanie Tuska na prominentne stanowisko w Brukseli miało zabezpieczać ten układ na poziomie unijnych struktur, przy pozostawieniu w Warszawie sterowanej pilotem, miernej i bezwolnej Ewy Kopacz.

Przejęcie władzy przez PiS może wysadzić tę koncepcję w kosmos. To już nie są małe Węgry, które gospodarczo i tak są wciąż w dużej mierze zdominowane przez niemiecki przemysł (choćby fabryki samochodów, newralgiczne jeśli chodzi o węgierski rynek pracy). Polska to absolutna „perła w koronie” Mitteleuropy i jej utrata podważa sens całego neokolonialnego projektu. „Drugi Budapeszt byłby fatalną sprawą. Gdyż wszystkie nieprawidłowości w Polsce nie dadzą się tak łatwo bagatelizować. Polska jest zbyt ważna” - napisał cytowany przez „Deutsche Welle” komentator gazety „Märkische Oderzeitung“ i choć odnosi się on do „wartości europejskich”, to równie dobrze powyższe można przyłożyć do kwestii stricte politycznych. Dlatego Gerhard Gnauck w „Die Welt” słusznie bardziej troska się ekspresowym „przenicowaniem kraju” przez nową władzę niż odstawieniem unijnej flagi przez premier Szydło. Wie, że owo „przenicowanie” oznacza automatycznie redukcję na różnych poziomach niemieckich wpływów nad Wisłą. Panikę wywołuje też wizja „repolonizacji” mediów – nie tylko ze względu na możliwość utraty zyskownego rynku, lecz także z powodu ograniczenia siły rażenia niemieckiej propagandy.

Tymczasem dekompozycja Mitteleuropy postępuje również na skutek ofensywy dyplomatycznej prezydenta Dudy. Mini-szczyt regionalnych członków NATO w Bukareszcie zaowocował już wspólnym stanowiskiem w kwestii zwiększenia obecności Sojuszu na wschodniej flance, co Berlinowi ze względu na stosunki z Rosją jest wybitnie nie na rękę. Ostatnio z kolei rządy Polski, Bułgarii, Czech, Grecji, Estonii, Litwy, Łotwy, Słowacji, Rumunii i Węgier wystosowały pismo do Komisji Europejskiej domagające się debaty w sprawie Nord Stream 2 jako zagrażającego solidarności i bezpieczeństwu energetycznemu. Jeżeli dodamy odbudowę jedności państw Grupy Wyszehradzkiej i Rumunii w sprawie „kwot” imigrantów – i to krótko po ciosie zadanym jej przez Ewę Kopacz – to zobaczymy bezprecedensową emancypację regionu. Póki co, odbywa się ona w sferze politycznych gestów, ale i tak jest to „niesubordynacja” wobec niemieckiego hegemona, która do niedawna byłaby nie do pomyślenia.

Jakiś czas temu Viktor Orban zapowiedział kres kolonizacji węgierskiej gospodarki. Pozostaje mieć nadzieję, że po latach będziemy mogli powiedzieć, iż objęcie władzy przez PiS zapoczątkowało koniec współczesnej Mitteleuropy.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2929-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 49 (04-10_12_2015)

niedziela, 15 marca 2015

Orban – zawiedziona miłość polskiej prawicy

Od Orbana warto się uczyć skuteczności i orientowania na interes narodowy, a nie niewolniczo powielać jego konkretne rozwiązania.

I. Orban – Prometeusz regionu

Pozwolę sobie dziś kontynuować temat sprzed tygodnia dotyczący Victora Orbana, sądzę bowiem, że warto dopowiedzieć kilka rzeczy nieco odchodząc już od samej wizyty węgierskiego przywódcy w Polsce. Otóż jeśli chodzi o odbiór postaci Orbana oraz jego polityki przez polski obóz patriotyczno-niepodległościowy, trudno nie załamać rąk nad tym jak powierzchowna i infantylna była ocena tego co dzieje się na Węgrzech. Powstaje oczywiście pytanie, na ile obowiązujący do niedawna przekaz stawiający węgierskiego premiera na piedestale w roli politycznego świątka i obiektu bezkrytycznego uwielbienia wypływał z autentycznych ocen, na ile zaś mieliśmy do czynienia z operacją medialną mającą wskazać prawicowemu elektoratowi idola w celach wewnętrznej mobilizacji – że, prawda, u nas niedługo też wybijemy się na niepodległość, obalimy kondominium i zrobimy „Budapeszt nad Wisłą”. Osobiście podejrzewam, że ów węgierski festiwal przetaczający się do pewnego momentu przez tzw. „nasze” media w znacznej mierze służył dość cynicznej socjotechnice mającej na celu wykreowanie wśród publiczności skojarzenia „Kaczyński – polski Orban” i skonsolidowanie tą drogą, przez swoistą ekstrapolację, emocji i nadziei wokół głównej siły opozycyjnej. Z drugiej jednak strony nie wykluczam, że przynajmniej część polityków i komentatorów rzeczywiście widziała w Orbanie co najmniej wzorzec do zaimplementowania w polskich realiach, w skrajnych przypadkach natomiast – wręcz męża opatrznościowego naszego regionu, bojownika o wyzwolenie spod neokolonialnego jarzma, dającego przykład „jak zwyciężać mamy”.

Jak zwykle w takich przypadkach bywa, okazało się, że zarówno jedno (płytki cynizm), jak i drugie (węgierski „prometeizm”) podejście, nie poparte głębszą analizą, ma krótkie nogi. Victor Orban nie okazał się romantycznym bohaterem walczącym „o wolność waszą i naszą”, tylko do bólu pragmatycznym politykiem kierującym się interesami Węgier. Osadzanie go na siłę w jakimś post-romantycznym, dziewiętnastowiecznym paradygmacie było od początku do końca nieporozumieniem, dowodzącym jedynie naszego chciejstwa i naiwności. Podejście takie ułatwiały dodatkowo brutalne ataki polityczno-medialne płynące z zachodnich stolic oraz z rodzimych ośrodków propagandowych z „Wyborczą” na czele, kreujące Orbana na awanturnika, dyktatora i kryptofaszystę. Zagrał mechanizm – skoro tamci go atakują, więc musi być „nasz”. Stąd węgierskie wyprawy Klubów „Gazety Polskiej” służące nie tyle podkreśleniu tradycyjnej przyjaźni z „bratankami”, ile wprost politycznemu poparciu rządów Fideszu, z Tomaszem Sakiewiczem pozującym na współczesnego Józefa Bema. Teraz można odbierać to jako groteskę, jednak wówczas, gdy grały uniesienia i emocje, podobne gesty jawiły się wręcz jako jakiś zalążek budowy Międzymorza...

II. Gorycz zawodu

I wszystko szło pięknie, tym bardziej, że Orban zaczął m.in. od odzyskiwania węgierskiego sektora energetyczno-paliwowego z rosyjskich rąk (przejęcie akcji koncernu MOL od Surgutniefietgazu w 2011), gdyby przyparty do muru okolicznościami lider Fideszu nie dokonał radykalnej korekty kursu. Zwróćmy uwagę, że te obiecujące z naszego punktu widzenia początki rządów, kiedy to szef węgierskiego MSZ Janos Martonyi wyrażał publiczne zadowolenie, iż „Węgry zdołały przeszkodzić Rosjanom w uzyskaniu silnych wpływów ekonomicznych w Środkowej Europie" pokazują, że Orban dopóki mógł nie wahał się stawać Rosji na drodze, podobnie jak budowa wspólnie z Rosją elektrowni atomowej nie świadczy, że nagle stał się gorącym rusofilem. Ot, polityka i tyle. Spójrzmy zresztą, w jakiej sytuacji były Węgry. Fidesz odziedziczył po rządach Ferenca Gyurcsány'ego kraj na granicy plajty, ze skolonizowaną i wyprzedaną gospodarką oraz licznymi wynikającymi z tego problemami społecznymi, że wspomnę choćby o rzeszy niewypłacalnych „frankowiczów”. Przyszło mu działać w skrajnie nieprzyjaznym otoczeniu międzynarodowym. Zwycięstwo Orbana zostało powitane dzikim wyciem przez europejskie stolice i brukselską centralę UE, przy którym niemieckie kpiny z Lecha Kaczyńskiego jako nabzdyczonego „kartofla” to małe piwo. MFW za parawanem pożyczki usiłował zaprowadzić własny dyktat gospodarczy, co zmusiło węgierski rząd do ekspresowej spłaty i podziękowania za dalszą współpracę – a pieniądze jednak trzeba było skądś brać, by ratować się przed bankructwem. Podczas wykładu w Węgierskiej Akademii Nauk prof. Roger Scruton stwierdził: „istnieje sprzysiężenie przeciw waszemu krajowi" - czyli polityczno-gospodarczy sojusz mający na celu obalenie Orbana i powtórne podporządkowanie Węgier kolonialnym rządom międzynarodowych koncernów. Instytucje związane z Georgem Sorosem według tygodnika „Heti Valasz" tylko w 2012 „przekazały soc-liberalnej opozycji pół miliarda forintów”. W tej sytuacji Orban i tak długo wytrzymał, zanim zwrócił się ku Putinowi.

Jednak wolta Orbana została nad Wisłą potraktowana niemalże jako zdrada – co jest równie irracjonalne i głupie, jak wcześniejsze zachwyty. Na marginesie, mniejszą wprawdzie estymą, lecz bazującą na analogicznym mechanizmie, cieszył się swego czasu u nas czeski prezydent Vaclav Klaus, bo potrafił postawić się Brukseli, przy czym skrzętnie pomijano, że w kwestiach regionalnych był konsekwentnie prorosyjski. Wracając do Orbana – od miłości do nienawiści jeden krok i właśnie w ten sposób, niczym odtrącona, egzaltowana kochanka, polski „obóz patriotyczny” przestawił emocjonalną wajchę. Tylko jakoś nikt nie zadaje sobie pytania – co miały zrobić osamotnione Węgry. Czekać w nieskończoność aż w Polsce zwycięży PiS, by wspólnie zagrać przeciw reszcie świata? Bo, jak się zdaje, tego właśnie od Orbana oczekują nasi biurkowi stratedzy zarzucający mu rozbijanie regionu i „ułatwienie Rosji wbijanie klina w Europie, rozgrywanie przez Moskwę Zachodu, dzielenie Unii” - jak swego czasu ujął to jeden z zawiedzionych – Igor Janke, autor hagiograficznej książki „Napastnik”. O tym, że unijna i regionalna jedność jest fikcją – ani słowa. Znów miraże.

Tymczasem Orban, dopóki mógł, starał się pozyskać dla sprawy regionu Warszawę – ze swą pierwszą wizytą zagraniczną w 2010 roku udał się do Polski. Ale wtedy u nas, zwłaszcza po Smoleńsku, nie było dla niego partnera. Królowały kpiny z „postjagiellońskich mrzonek”, propagandowa lipa pod nazwą „polityki piastowskiej”, tuskowy „reset”, przyjaźń z Putinem zawiązana na smoleńskich grobach i abdykacja z jakichkolwiek regionalnych aspiracji na rzecz „płynięcia z głównym nurtem”.

A co jeszcze w listopadzie 2010 mówił sam Orban? Proponował nam regionalny sojusz: „Pewne natomiast jest to, że zawierane są nowe porozumienia i sojusze, a ten proces daje nam, narodom środkowoeuropejskim, wielkie możliwości. Cały region może zostać dowartościowany, jeśli zdołamy sprostać temu procesowi i wystąpić w jego ramach jako inicjatorzy.”

Z kolei, o polityce wschodniej: „Ważną dla nas wspólną sprawą jest los naszych sąsiadów na Wschodzie – a zatem także dotycząca ich inicjatywa UE, czyli Partnerstwo Wschodnie. Ten program unijny daje niezwykłą możliwość wydobycia naszych wschodnich sąsiadów z mroków zapomnienia w unijnej świadomości. Stawką jest możliwość stworzenia poprzez inicjowane także przez nich projekty wspólnej (a więc także razem z nimi) wizji UE w odniesieniu do Ukrainy, Mołdawii i Białorusi oraz trzech państw kaukaskich. W tej sprawie interesy państw środkowoeuropejskich – a zwłaszcza Węgier i Polski – są zbieżne. Powtarzam – Orban nie zwrócił się ku Moskwie, bo jest zdrajcą. Został w ramiona Rosji wepchnięty zarówno przez Zachód, jak i przez nas samych.

III. Orban jako byt wirtualny

Na zakończenie warto jeszcze odnieść się do tego skrzydła prawicowej sceny, które rości sobie pretensje do realizmu. Mam wrażenie, że popełnia ono w odniesieniu do Orbana ten sam błąd, co wcześniej obóz piłsudczykowskich post-romantyków, tylko w drugą stronę – Orban dogadał się z Putinem, brawo, bierzmy z niego przykład. To lustrzane odbicie tego samego wariactwa - kreowanie Orbana jako zupełnie wirtualnej postaci na którą przenosi się swoje tęsknoty i mniej lub bardziej realistyczne koncepcje. Ta szkodliwa projekcja własnych pragnień na ów wirtualny byt skończy się prędzej czy później podobnym rozczarowaniem. Orban do tej pory był taki sobie, woleliśmy prorosyjski Jobbik, no ale teraz, po uściskach z Putinem to sam miód-malina, wzorzec z Sevres męża stanu, bierzemy go na ksero i kopiujemy. To nie tak - od Orbana warto się uczyć skuteczności i orientowania się na interes narodowy, miast niewolniczo powielać jego konkretne rozwiązania, lub równie bezrozumnie wydawać z siebie odgłosy potępienia. Zacznijmy więc od zdefiniowania własnych celów, skonfrontujmy je z węgierskimi - i tam gdzie jest możliwość podejmujmy współpracę, ale pamiętajmy, że polityka Orbana, niezależnie od tego czy jawi nam się jako anty-, czy prorosyjska, to wciąż węgierska gra, a nie nasza.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/orban-czyli-wr%C3%B3g-publiczny-w-warszawie#.VQW74o6NAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/orban-na-linie#.VO4GRSyNAmw

http://blog-n-roll.pl/en/orban-franciszek-i-jan-pawe%C5%82-ii-jako-byty-wirtualne#.VO4GgSyNAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 9 (09-15.2015)

 

poniedziałek, 9 marca 2015

Orban, czyli wróg publiczny w Warszawie

Orban miał do wyboru – albo zgodzić się na dyktat, albo lawirować, więc wybrał to drugie – i póki co, całkiem nieźle mu idzie.

I. Przedmiot i podmiot

Zachowanie naszej klasy polityczno-medialnej podczas niedawnej wizyty Victora Orbana było modelowym potwierdzeniem galopującej wasalizacji i infantylizacji polskiej polityki zagranicznej. Oto premier Ewa Kopacz wraz basującymi jej formacji ośrodkami propagandy urządza spektakl publicznego przeczołgiwania szefa rządu innego państwa, sprowadzający się do napawania własną bezkompromisowością na zasadzie: „ale mu powiedzieliśmy”. Wygląda to dość żałośnie, jeśli zestawimy ze sobą format i dokonania obojga przywódców i szerzej – politykę obozu rządzącego z ostatnich ośmiu lat z tym, co dzieje się na Węgrzech. Z jednej strony mamy poważnego gracza, który w dzisiejszej postpolitycznej nijakości wyrasta na regionalnego męża stanu i którego meandrowanie między Rosją a Zachodem podporządkowane jest bezwzględnie węgierskiej racji stanu, tak jak ją rozumie i definiuje. Wszelkie ruchy podejmowane przez Orbana ukierunkowane są na odzyskanie przez Węgry podmiotowości wewnętrznej i zewnętrznej, tak by formalna suwerenność w jak największym stopniu wypełniona była realną treścią. Z drugiej mamy przedstawicielkę kasty zarządzającej kondominium, nieudolną następczynię człowieka, który jawnie zrezygnował z prowadzenia jakiejkolwiek samodzielnej polityki na rzecz „płynięcia z głównym nurtem Europy”. W praktyce przełożyło się to na realizację oczekiwań Berlina do czego gotowość otwartym tekstem zgłosił Radosław Sikorski podczas słynnego „hołdu pruskiego” i bierne wypełnianie kolejnych brukselskich dyrektyw, skutkujące spadkiem znaczenia Polski do roli bezwolnego asystenta i przedmiotu międzynarodowych rozgrywek.

Szczególnie groteskowo w kontekście powyższego wygląda pomstowanie na prorosyjski kurs polityki Orbana w ustach ludzi do niedawna nadskakujących Putinowi do granic upodlenia. Otóż różnica między naszym „resetem” za czasów Tuska, a woltą Orbana jest dokładnie taka jak między przedmiotem a podmiotem. My przestawiliśmy wajchę, bo tego oczekiwał od Polski polityczny patron, czyli Niemcy, które chciały mieć porządek w Warszawie i posprzątane na dzielnicy, tak by żadne kwasy nie utrudniały interesów z Rosją. Stąd nasza bierność w sprawie Nord Streamu, kontrakt gazowy Pawlaka w sprawie którego musiała interweniować Komisja Europejska, uznając, że to jednak zbyt wiele dobrego dla Rosji i sabotowanie budowy gazoportu. O hańbie smoleńskiej i parasolu ochronnym nad rosyjskim „śledztwem” szkoda nawet pisać. Podobnie obecny, antyputinowski zwrot Warszawy (zresztą, na poziomie czysto werbalnym) jest wypadkową sporu Berlina z Moskwą o strefy wpływów w regionie, toczonego póki co rękoma Ukraińców. Natomiast Orban zwrócił się w stronę Moskwy jako samodzielny polityk, ponieważ uznał, że w danych warunkach będzie to opłacalne i ugra tą drogą dla swojego kraju wymierne profity. Chodzi tu zarówno o tańszy gaz i budowę elektrowni jądrowej na warunkach korzystniejszych od proponowanych przez Zachód, jak i o możliwość szachowania Berlina groźbą wymknięcia się spod geopolitycznej kurateli. Angela Merkel zrozumiała przesłanie, stąd od pewnego czasu obserwujemy złagodzenie dotychczasowych antywęgierskich publicznych połajanek.

II. Berliński telegram

Możliwe też, że cesarzowa taktycznie scedowała przekazywanie wyrazów swego niezadowolenia na podległe byty, takie jak polska administracja zarządzająca i stąd nagły przypływ pryncypializmu Ewy Kopacz zarzucającej węgierskiemu przywódcy rozbijanie „europejskiej solidarności”. To, że owa „solidarność” jest czystą fikcją i każdy za fasadą struktur europejskich stara się wyszarpać najwięcej dla siebie, jest jasne dla każdego przytomnego obserwatora, a tym bardziej dla świadomych uczestników gry. Rozumie to Merkel, pojmuje ten francuzik o nazwisku brzmiącym jak nazwa sera, rozumie i Orban. Czy dostrzega to Kopacz – tu mam daleko idące wątpliwości. W każdym razie, skłaniam się ku tezie, że Ewa Kopacz była tu tylko listonoszem, a jej „reprymenda” to swoisty telegram z Berlina: pani kanclerz jest niezadowolona. Nie dlatego, że Węgry robią interesy z Rosją. Pani kanclerz jest niezadowolona dlatego, że Węgry próbują prowadzić własną politykę nie pytając się Niemiec o pozwolenie.

Na marginesie warto odnotować także medialny cyrk towarzyszący wizycie. Wiadomo, że Orban będzie chłopcem do bicia za wszystko co zrobi, lub czego nie zrobi – teraz padło na jego stanowisko w sprawie Ukrainy. Wprost nie mogą znaleźć słów potępienia te same media z „Wyborczą” na czele, które obwieszczały swojego czasu kres „postjagiellońskich mrzonek”. Przypomnijmy sobie, jak to było jeszcze niedawno? Taki oberredaktor III RP, Adam Michnik, spijał tłuste rosoły w Klubie Wałdajskim serwowane mu hojnie przez Władimira Putina, a w wywiadzie dla „Komsomolskiej Prawdy” mówił m.in. „Oczywiście, część naszego społeczeństwa choruje na rusofobię i ksenofobię. Wolność jest przecież dla wszystkich – dla mądrych, głupich i dla swołoczy. Są idioci, którzy twierdzą, że nie ma niepodległej Polski, ale jest rosyjsko-niemiecki projekt. To ludzie z zoo z bezrozumnym antyrosyjskim kompleksem." W innym miejscu komplementował putinowski reżim jako „liberalny autorytaryzm” w którym panuje wolność słowa, bo w Moskwie sprzedają nawet publikacje przeciwne Putinowi, a on – Michnik – z podróży do Rosji przywozi sobie „50 kilogramów książek”. Tak było jeszcze w 2011 – jak te mądrości etapu się zmieniają... Ale cóż, wtedy „pojednanie” z Rosjanami nakazywała nam „solidarność europejska”, podobnie jak dziś ta sama „solidarność” każe nam pryncypialnie potępiać prorosyjskiego Orbana i wychwalać stanowczość pani premier, która musiała na konferencji odczytywać z kartki treść berlińskiego telegramu, żeby wiedzieć jak to właściwie tegoż Orbana obsztorcowywała.

III. Test samodzielności

Niestety, muszę to napisać, choć zdaję sobie sprawę, że znów zostanę okrzyknięty politycznym szkodnikiem, egzaminu nie zdał również Jarosław Kaczyński odmawiając spotkania z węgierskim przywódcą. Zaznaczam – egzaminu, bo wizyta Orbana była testem na to, czy Polska może potencjalnie wrócić do roli liczącego się państwa, potrafiącego nawiązywać samodzielne relacje z regionalnymi partnerami. To, że rząd Ewy Kopacz zachowa się tak jak się zachował, rujnując perspektywy wzajemnych stosunków pod dyktando niemieckiej cesarzowej, było do przewidzenia. Okazało się jednak, że główna siła opozycyjna, która już jesienią może rządzić państwem, też zapadła na chorobę kunktatorstwa. Oczywiście, domyślam się kalkulacji, jaka za tym stała – nie dawać paliwa wrogim mediom, zwłaszcza w gorącym roku wyborczym. Tyle, że reżimowe media będą walić w PiS i Kaczyńskiego zawsze i za cokolwiek, włącznie z przysłowiowym już „nienawistnym milczeniem” - dokładnie tak, jak w Orbana. Różnica polega na tym, że Orban – także wtedy, gdy był w opozycji – nie przejmował się ostrzałem i robił swoje, aż do zwycięstwa, po którym wrogie mu media sobie poustawiał. Tymczasem, opozycja w Polsce koncentrując się na tym, by nie podłożyć się przekaziorom, w efekcie w znacznym stopniu gra pod ich dyktando sama wiążąc sobie ręce i ograniczając pole manewru . Zresztą, media i tak użyły węgierskiego dementi, jakoby żadne spotkanie z liderem opozycji nie było planowane, do dworowania sobie z Kaczyńskiego. Zatem – gdzie tu korzyść?

Jarosław Kaczyński ryzykował co najwyżej medialną „trzydniówką oburzenia”, jakich było już wiele, niczym więcej. Miał szansę natomiast ugrać kilka rzeczy – choćby pokazać się jako polityk z którym – mimo oczywistych różnic – liczy się jeden z ważniejszych regionalnych przywódców. Po wszystkim mógł zaś oznajmić, że zakomunikował Orbanowi swoje zastrzeżenia wobec jego obecnej linii politycznej. I druga sprawa – była to okazja do zagrania na lęku Polaków przed wojną z Rosją do której, jak straszą media, niechybnie doprowadzi Kaczyński. Spotykając się z Orbanem na rzeczowej rozmowie, prezes PiS wysłałby sygnał, że jest obliczalnym politykiem, a nie kreowanym przez propagandę „podpalaczem”. Spotkanie byłoby także okazją do poszukania jakichś punktów stycznych, jak chociażby wyzwolenie się spod neokolonialnych zależności. Przecież Jarosław Kaczyński za chwilę może być premierem – jak wyobraża sobie układanie stosunków z Węgrami? Będzie je bojkotował? A co ze Słowacją i Czechami - co najmniej równie prorosyjskimi jak Węgry - które dopiero co stworzyły wraz z Austrią „trójkąt sławkowski”?

Poza wszystkim, Victor Orban w relacjach z Rosją nie robi nic, czego nie robiłyby inne europejskie państwa i demonizowanie go, szczególnie w kontekście „solidarności europejskiej” każdorazowo definiowanej wedle bieżących interesów Berlina, zwyczajnie nie ma sensu. Węgry zostały w ramiona Rosji w dużej mierze wepchnięte przez jawnie wrogą politykę europejskich stolic, a Orban gra tak, jak pozwalają mu okoliczności. Miał do wyboru – albo zgodzić się na dyktat, albo lawirować, więc wybrał to drugie – i póki co, całkiem nieźle mu idzie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/orban-na-linie#.VO4GRSyNAmw

http://blog-n-roll.pl/en/orban-franciszek-i-jan-pawe%C5%82-ii-jako-byty-wirtualne#.VO4GgSyNAmw

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 8 (78) 02-08.03.2015