Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa Środkowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa Środkowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 stycznia 2016

Bratankowie z Niedzicy

Zarówno dla rodzimych Targowiczątek, jak i dla Berlina oraz Brukseli, regionalny sojusz jest senną zmorą.

I. Orban odczarowany

A więc w końcu góra i Mahomet się zeszli – wygląda na to, że spotkanie Jarosława Kaczyńskiego i Victora Orbana do którego doszło w Niedzicy w święto Trzech Króli kończy etap absurdalnych dąsów na linii PiS – FIDESZ. Warto tu przypomnieć ubiegłoroczną, oficjalną wizytę węgierskiego premiera w Polsce (pisałem o tym w tekstach „Orban, czyli wróg publiczny w Warszawie” - „PN”nr 8 (78) 02-08.03.2015 oraz „Orban – zawiedziona miłość polskiej prawicy” - „PN” nr 9 (79) 09-15.2015), kiedy to Orban stał się obiektem zmasowanej nagonki polskich mediów oraz świata polityki – i to od lewa do prawa. Cóż, obowiązywała wówczas proukraińska histeria, której przywódca bratanków się nie podporządkował, dogadując się z Putinem w kwestiach energetycznych i upominając się o Węgrów zakarpackich. Jakoś nikomu wtedy nie chciało przejść przez gardło, że po pierwsze - premier Węgier poparł antyrosyjskie sankcje na forum UE, po drugie zaś – deale z Rosją zaczął przeprowadzać dopiero po tym, jak skutecznie zneutralizował trzęsące węgierską energetyką zagraniczne koncerny, w tym również wykupując akcje strategicznego przedsiębiorstwa MOL zajmującego się przetwórstwem ropy i gazu od rosyjskiego Surgutniefietgazu (2011 r.). Szef węgierskiego MSZ, Janos Martonyi, stwierdził wówczas:„Węgry zdołały przeszkodzić Rosjanom w uzyskaniu silnych wpływów ekonomicznych w Środkowej Europie”. Krótko mówiąc, Victor Orban mógł sobie pozwolić na rozmowy z Putinem z podmiotowej pozycji i wynegocjował korzystne warunki – porównajmy to chociażby z nieszczęsnym kontraktem gazowym Waldemara Pawlaka, kiedy na finiszu rozmów musiała interweniować Komisja Europejska, przestraszona rozmiarami tortu, który strona polska chciała ofiarować Moskwie. Poza wszystkim – Orban w relacjach z Rosją nie robił niczego, czego nie robiłyby inne kraje UE.

Wszystko to nie przeszkodziło jednak „obozowi patriotyczno-niepodległościowemu” wieszać psów na potencjalnie jedynym europejskim sojuszniku Polski, który, nawiasem mówiąc, już w 2010 roku, podczas swojej pierwszej zagranicznej wizyty (to w dyplomacji znaczący symbol) proponował nam w Warszawie regionalny sojusz i wspólną politykę wschodnią, nie ukrywając, że widzi w Polsce środkowoeuropejskiego lidera. Został wtedy odprawiony z kwitkiem, podobnie jak w roku ubiegłym – i to nie tylko przez chodzący na niemieckiej smyczy rząd Tuska, a później Kopacz, lecz również przez prawicową opozycję. Innymi słowy, Orban do flirtowania z Putinem został wręcz zmuszony, zarówno wrogością Zachodu, jak i nieżyczliwą obojętnością głównych sił politycznych Polski. Symptomatyczne były tu medialne występy Mariusza Błaszczaka oskarżającego Węgry o łamanie „europejskiej solidarności”, czym idealnie wpasował się w propagandową narrację gabinetu Ewy Kopacz. Odmowa spotkania ze strony ówczesnego lidera opozycji Jarosława Kaczyńskiego była kolejnym „samobójem”, który mógł jedynie utwierdzić Orbana w przekonaniu, że niezależnie od wyników wyborów, nie będzie miał w Polsce z kim rozmawiać. Późniejsze dementi otoczenia węgierskiego premiera, jakoby spotkanie z przywódcą PiS nie było w ogóle planowane, wyglądało jedynie na skrojoną post factum próbę zbagatelizowania afrontu.

II. Budapeszt-Warszawa, wspólna sprawa

Przypominam te wszystkie zaszłości, by zobrazować wagę rozmów w Niedzicy. Na marginesie, samo miejsce spotkania było znaczące, położona na Spiszu Niedzica to bowiem dawne polsko-węgierskie pogranicze. Dwa zamki – węgierska Niedzica i polski Czorsztyn przyglądają się sobie od stuleci przedzielone jedynie doliną, dziś zalaną przez sztuczne jezioro spiętrzone na Dunajcu. Grunt do przełamania – no, może nie tyle lodowej tafli, ile gęstej kry – przygotowała ofensywa dyplomatyczna prezydenta Andrzeja Dudy, z mini-szczytem regionalnych członków NATO w Bukareszcie i wspólnym sprzeciwem wobec projektu Nord Stream 2. Można powiedzieć, że zbliżenie wymusiła sama sytuacja międzynarodowa. Polska po objęciu rządów przez „niesłuszną” opcję znalazła się pod analogicznym ostrzałem zachodnich mediów i polityków orkiestrowanym z Berlina, co orbanowskie Węgry. Dodatkowo, rząd PiS musi się borykać z wewnętrzną opozycją jawnie wyczekującą na jakąś formę zagranicznej interwencji – zupełnie jak węgierscy postkomuniści i liberałowie sponsorowani hojną ręką przez George'a Sorosa. Tu Orban ma nad nami ponad pięć lat przewagi w „zaprowadzaniu faszyzmu” i „niszczeniu demokracji”, albo, mówiąc normalnym językiem – przywracaniu państwa narodowi i windowaniu go na niezawisłość.

Niezależnie jednak od krajowych zgryzot, z pewnością nie zabrakło również i innych wspólnych tematów do omówienia, o czym świadczy chociażby absolutnie ponadnormatywny, sześciogodzinny wymiar czasowy spotkania. Węgry poszukują ewidentnie sposobu na wyjście z politycznej izolacji i pilnie potrzebują sojuszników – przypomnijmy sobie wrześniowe spotkanie Orbana z premierem Bawarii i szefem CSU Horstem Seehoferem podczas którego jednomyślnie krytykowali politykę imigracyjną firmowaną przez Angelę Merkel. Wizyta w Polsce wpisuje się zatem w pewien szerszy trend, potwierdzany przez węgierskie media – montowania sojuszu niezadowolonych z berlińskiego dyktatu, co daje nam sposobność do zaczerpnięcia głębszego oddechu na arenie międzynarodowej. W przeciwieństwie do wielu „dobrze poinformowanych” nie będę udawał, że wiem o czym rozmawiali obaj przywódcy, spróbuję jednak ułożyć katalog spraw do załatwienia.

Z pewnością główną osią porozumienia jest opozycja wobec niemieckiej hegemoni. Europa Środkowa jest dla Berlina, co niejednokrotnie podnosiłem, przestrzenią kolonialnej ekspansji zarówno politycznej, jak i gospodarczej – współczesną odsłoną Mitteleuropy realizowaną pod unijnymi sztandarami. Dlatego, w kontekście zbliżającego się szczytu NATO w Warszawie, należy utwierdzić wspólne stanowisko w kwestii wzmocnienia wschodniej flanki Sojuszu, również poprzez zainstalowanie w naszym regionie stałych baz wojskowych. Następna rzecz, to przeciwdziałanie wszelkimi dostępnymi środkami budowie Nord Stream 2, skazującego nas na marginalizację jako obszaru tranzytowego. W dalszej perspektywie winniśmy zaktywizować starania w kierunku powstania południkowego systemu połączeń gazociągowych, docelowo od Świnoujścia aż po mający powstać terminal na chorwackiej wyspie Krk. Kolejnym tematem jest wymiana doświadczeń w gospodarczej dekolonizacji i polityce prospołecznej, wyrwanie się spod dominacji międzynarodowego kapitału i globalnych instytucji finansowych w rodzaju Międzynarodowego Funduszu Walutowego. No i wreszcie – wspólne stanowisko przeciw obłąkańczej polityce imigracyjnej Niemiec, w szczególności zaś, wobec przymusowego mechanizmu „relokacji” uchodźców.

Aspektem bardziej ogólnym, acz o potencjalnie najbardziej dalekosiężnych konsekwencjach, mogłoby być powstanie osi Warszawa-Budapeszt przyciągającej ku sobie pozostałe państwa regionu. Inaczej mówiąc, widziałbym tu zalążek Międzymorza, którego twardym jądrem byłyby kraje Grupy Wyszehradzkiej plus Rumunia, zaś „jądrem w jądrze” - sojusz polsko-węgierski. Warto również zastanowić się nad ewentualnością opuszczenia struktur unijnych w jakiejś perspektywie czasowej – zwłaszcza po wygaśnięciu obecnego budżetu i związanym z tym radykalnym obcięciem euro-funduszy. Przejście do EFTA (Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu – Norwegia, Islandia, Liechtenstein, Szwajcaria), współtworzącego z UE Europejski Obszar Gospodarczy pozostawiłoby nam korzyści płynące z wymiany handlowej, za to zdjęłoby polityczno-biurokratyczną „czapę” Brukseli. W tym kontekście dobrze byłoby wspólnie wysondować, czy Stany Zjednoczone byłyby skłonne (i na jakich warunkach) sprawować geopolityczny patronat nad ewentualnym „exitem” naszego regionu, tak by zminimalizować ryzyko jakichś poważniejszych turbulencji.

III. Unia warczy...

Na zakończenie warto odnotować reakcje na spotkanie obu przywódców. Zarówno dla rodzimych Targowiczątek, jak i dla Berlina oraz Brukseli przymierzających się do „dyscyplinowania” Polski, regionalny sojusz jest senną zmorą. „Orban pewnie powiedział Kaczyńskiemu, że Unia warczy, ale nie gryzie” - to zdanko z komentarza „Sueddeutsche Zeitung” mówi w zasadzie wszystko, tym bardziej, że Orban już zapowiedział, iż Węgry nie poprą żadnych europejskich restrykcji wobec Polski. „Bratnia pomoc” zatem oddala się, ku nieskrywanemu żalowi armii renegatów liczących na to, że „sankcje” i codzienny nacisk zagranicy skorelowany z lokalnymi kryteriami ulicznymi doprowadzą do obalenia rządu PiS. A że Niemcy pogrążają się w coraz większym imigracyjnym chaosie, to wychodzi, że mamy niepowtarzalną szansę by wybić się na podmiotowość nie zważając na bezsilne ujadania – trzeba tylko zręczności i determinacji.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Orban na linie”

„Orban, czyli wróg publiczny w Warszawie”

„Orban – zawiedziona miłość polskiej prawicy”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3163-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 2 (13-19.01.2016)

czwartek, 10 grudnia 2015

Zmierzch Mitteleuropy?

Polska to absolutna „perła w koronie” Mitteleuropy i jej utrata podważa sens całego neokolonialnego projektu.

Obserwując histerię niemieckich mediów po objęciu władzy w Polsce przez PiS, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że chodzi tu o coś więcej, niż zwyczajne rozczarowanie perspektywą nieco trudniejszych stosunków na linii Berlin – Warszawa. To nie jest tak, że tamtejszy establishment nagle się przeraził, iż polska polityka stanie się trochę bardziej asertywna, nie wspominając już o rzekomym „zagrożeniu dla demokracji”. Nie chodzi nawet o sprzeciw wobec forsowanej przez Angelę Merkel polityki imigracyjnej. Niemieckie obawy dotyczą kwestii o wiele poważniejszych – o dalekosiężnym, strategicznym znaczeniu dla przyszłości niemieckiej hegemonii na kontynencie.

Oto bowiem Niemcom wymyka się z rąk kolejny, kluczowy element regionalnej układanki. W założeniu, Europa Środkowa miała stać się niemieckim dominium (no, może z pewnymi koncesjami na rzecz Rosji) – tak gospodarczym, jak i politycznym – powiększającym potencjał Berlina w ramach Unii Europejskiej. Innymi słowy, na przestrzeni ostatnich lat realizowana była współczesna odsłona starej koncepcji Mitteleuropy – uczynienia z naszego regionu czegoś w rodzaju półkolonialnych peryferii uzupełniających i wzmacniających potęgę Niemiec. Kolonii tym wygodniejszych, że położonych tuż pod bokiem, a nie gdzieś na drugim krańcu świata. Same Niemcy nie są w stanie zdominować Europy – a przynajmniej nie w takim stopniu, jaki sobie założyły. Do utrwalenia swego przywództwa potrzebują imperium. I taki właśnie „imperialny oddech” zapewniała Berlinowi wasalizacja „nowej Europy” - podporządkowanie sobie grona państw członkowskich, wspierających na forum unijnym niemiecką politykę i zabezpieczających na polu gospodarczym jako rynki zbytu i podwykonawcy niemiecką machinę przemysłową.

Ucieleśnieniem owego zamysłu był słynny „hołd berliński” Radosława Sikorskiego w którym ówczesny szef MSZ otwarcie zrezygnował z politycznej podmiotowości Polski na rzecz realizacji wytycznych płynących z Kancelarii Rzeszy... to jest, chciałem rzec, „płynięcia z głównym nurtem Europy”. Pozostałe kraje regionu widząc naszą woltę również dostosowały się do sytuacji – ze znamiennym wyjątkiem Węgier Orbana. Wywindowanie Tuska na prominentne stanowisko w Brukseli miało zabezpieczać ten układ na poziomie unijnych struktur, przy pozostawieniu w Warszawie sterowanej pilotem, miernej i bezwolnej Ewy Kopacz.

Przejęcie władzy przez PiS może wysadzić tę koncepcję w kosmos. To już nie są małe Węgry, które gospodarczo i tak są wciąż w dużej mierze zdominowane przez niemiecki przemysł (choćby fabryki samochodów, newralgiczne jeśli chodzi o węgierski rynek pracy). Polska to absolutna „perła w koronie” Mitteleuropy i jej utrata podważa sens całego neokolonialnego projektu. „Drugi Budapeszt byłby fatalną sprawą. Gdyż wszystkie nieprawidłowości w Polsce nie dadzą się tak łatwo bagatelizować. Polska jest zbyt ważna” - napisał cytowany przez „Deutsche Welle” komentator gazety „Märkische Oderzeitung“ i choć odnosi się on do „wartości europejskich”, to równie dobrze powyższe można przyłożyć do kwestii stricte politycznych. Dlatego Gerhard Gnauck w „Die Welt” słusznie bardziej troska się ekspresowym „przenicowaniem kraju” przez nową władzę niż odstawieniem unijnej flagi przez premier Szydło. Wie, że owo „przenicowanie” oznacza automatycznie redukcję na różnych poziomach niemieckich wpływów nad Wisłą. Panikę wywołuje też wizja „repolonizacji” mediów – nie tylko ze względu na możliwość utraty zyskownego rynku, lecz także z powodu ograniczenia siły rażenia niemieckiej propagandy.

Tymczasem dekompozycja Mitteleuropy postępuje również na skutek ofensywy dyplomatycznej prezydenta Dudy. Mini-szczyt regionalnych członków NATO w Bukareszcie zaowocował już wspólnym stanowiskiem w kwestii zwiększenia obecności Sojuszu na wschodniej flance, co Berlinowi ze względu na stosunki z Rosją jest wybitnie nie na rękę. Ostatnio z kolei rządy Polski, Bułgarii, Czech, Grecji, Estonii, Litwy, Łotwy, Słowacji, Rumunii i Węgier wystosowały pismo do Komisji Europejskiej domagające się debaty w sprawie Nord Stream 2 jako zagrażającego solidarności i bezpieczeństwu energetycznemu. Jeżeli dodamy odbudowę jedności państw Grupy Wyszehradzkiej i Rumunii w sprawie „kwot” imigrantów – i to krótko po ciosie zadanym jej przez Ewę Kopacz – to zobaczymy bezprecedensową emancypację regionu. Póki co, odbywa się ona w sferze politycznych gestów, ale i tak jest to „niesubordynacja” wobec niemieckiego hegemona, która do niedawna byłaby nie do pomyślenia.

Jakiś czas temu Viktor Orban zapowiedział kres kolonizacji węgierskiej gospodarki. Pozostaje mieć nadzieję, że po latach będziemy mogli powiedzieć, iż objęcie władzy przez PiS zapoczątkowało koniec współczesnej Mitteleuropy.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2929-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 49 (04-10_12_2015)

czwartek, 15 października 2015

Bliskowschodni kocioł

Bliskowschodni kocioł jest znakomitym narzędziem terroryzowania Europy ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec.

I. Syryjska karta Putina

Wygląda na to, że Rosja przynajmniej chwilowo zamroziła jałową szarpaninę w Donbasie i postanowiła przenieść rozgrywkę na teatr bliskowschodni, wyciągając kartę syryjską. Do tej pory reżim Assada wspierała półjawnie, co wystarczyło zresztą, żeby cały misterny plan Obamy poszedł w... no, powiedzmy, że udało się USA skutecznie sparaliżować i wciągnąć w klincz, teraz natomiast Kreml postawił na ostentacyjne wręcz wsparcie militarne, a wszystko pod nośnym hasłem „walki z Państwem Islamskim” i „terroryzmem”. Tego rodzaju zagranie nie jest zresztą dla Putina niczym nowym. Jak pamiętamy, po 11 września 2001 i proklamowaniu przez George'a W. Busha globalnej wojny z terroryzmem, czekista bardzo sprawnie się pod tę batalię podłączył przedstawiając pacyfikację Czeczenii właśnie jako element antyislamistycznej kampanii, uprzednio zapobiegliwie instalując na Kaukazie wahabitów szkolonych w obozach FSB pod Moskwą. Ci w szybkim tempie zdominowali czeczeński ruch narodowowyzwoleńczy przestawiając go na tory dżihadystyczne, ogłaszając „emirat kaukaski” i dostarczając tym samym Putinowi wymarzonego pretekstu propagandowego na użytek świata. Do powyższego doszło rosyjskie wsparcie logistyczne dla wojsk NATO w Afganistanie, w efekcie czego Putin z dnia na dzień z ludobójcy stał się ważnym partnerem, a świat skwapliwie patrzył w innym kierunku, kiedy ten dorzynał Czeczenów i zamykał ich w obozach koncentracyjnych.

Obecnie Putin powtarza tamten manewr. Rosja, nie pytając się nikogo, sama „doprosiła się” do antyislamistycznej koalicji i wkroczyła do Syrii ze sprzętem bojowym. Bombardowane są oczywiście pozycje walczącej z Baszarem al-Assadem i szkolonej przez CIA Wolnej Armii Syryjskiej – bo i po co Putin miałby na obecnym etapie uderzać na ISIS, które jest tak poręcznym straszakiem do wygrażania Zachodowi? Doszło do tego, że rosyjscy dyplomaci zażądali od USA wycofania z Syrii samolotów, jako że operuje już tam lotnictwo rosyjskie – i chwatit'. Na marginesie, refleksem wykazał się premier Izraela, Beniamin Netanjahu, udając się z wizytą do Moskwy by zabezpieczyć się przed ewentualną kolizją sił Rosji i Izraela. Tenże Izrael skutecznie blokuje napływ uchodźców, motywując to „względami bezpieczeństwa” - odwagi takiej zabrakło niestety Europie. Własną wojnę rozgrywa również Turcja – nominalnie przeciw Państwu Islamskiemu, faktycznie zaś przeciw Kurdom, którzy z tymże Państwem Islamskim bodaj jako jedyni realnie walczą. I tylko Arabia Saudyjska – jeden z celów ISIS – bezsilnie pomstuje na rosyjskie wiarołomstwo, jako że raptem dwa miesiące temu Rosjanie zapewniali saudyjskiego ministra spraw zagranicznych o woli „pokojowego rozwiązania konfliktu”, podczas gdy równocześnie nawiązywali już współpracę z Iranem, rządem Assada oraz z utrzymywanym przez Amerykanów Irakiem w kwestii współpracy służb wywiadowczych.

Doprawdy, gdyby nie było ISIS, to należałoby je czym prędzej wymyślić, stanowi bowiem ono dla różnych zainteresowanych sił znakomitą wymówkę do realizowania własnych interesów. Rosja broni Assada oraz swego stanu posiadania (i nie miejmy złudzeń – obroni), Turcja natomiast liczy, że przy wymuszonej bierności świata uda się jej rozprawić z Kurdami, tak jak przed stuleciem rozprawiła się z Ormianami i tak samo, jak w opisany wyżej sposób poradził sobie z Czeczenami Putin.

II. Imigranci dyscyplinują Europę

Bliskowschodni kocioł jest również znakomitym narzędziem terroryzowania Europy ze szczególnym uwzględnieniem Niemiec. Dopóki trwa zamęt, granice Unii będą szturmowane przez miliony imigrantów, udających się tu bądź z własnej woli, bądź też podsyłanych przez Państwo Islamskie oraz Turcję, która konsekwentnie „czyści” obozy uchodźców na własnym terytorium, najprawdopodobniej dokładając się finansowo do tych wycieczek. Dążący do dyktatury Erdogan zapewne chce doprowadzić do sytuacji, gdy sparaliżowana napływem muzułmanów Europa machnie ręką na jego poczynania. W przemycie ludzi swoją rolę odgrywa również rosyjska mafia, a gdzie ona, tam są również rosyjskie służby.

Przerażona imigracyjną falą Europa ma w tym momencie w głowie już tylko jedno – by na Bliskim Wschodzie zapanował wreszcie spokój. Z Assadem, czy bez niego – nieważne. I właśnie o taką reakcję chodziło Rosji. Można się spodziewać, że zastraszone Niemcy i Francja będą naciskały Obamę, by ten złagodził swoje stanowisko w sprawie rosyjskiej interwencji – i koniec końców, po licznych dąsach i fochach właśnie tak się stanie, tym bardziej, że rekrutowanie własnych, „umiarkowanych” bojowników do walki z Państwem Islamskim poniosło właśnie spektakularną klapę. Wydano 500 mln dolarów na obozy w Turcji, Jordanii, Katarze i Arabii Saudyjskiej, do końca roku miano przeszkolić 5 tys. ludzi, a wciągu trzech lat – 15 tys., tymczasem pierwszy, liczący 54 ludzi proamerykański oddział (koszt szkolenia – 43 mln USD) niemal z miejsca poszedł w rozsypkę, obecnie zaś, jak przyznał przed senacką komisją głównodowodzący wojsk USA na Bliskim Wschodzie, gen. Lloyd Austin, na terenie Syrii działa... „czterech lub pięciu” bojowników. Słowem – kompromitacja na całej linii. Główną miejscową siłą pozostają islamscy fundamentaliści.

Niemcy już zmieniają śpiewkę w sprawie Rosji i kto wie, czy przygrywką do wolty (prócz innych czynników) nie był niedawny kontrakt na budowę Nord Stream 2. Putin udowodnił, że bez Rosji i uwzględnienia jej interesów stabilizacja na Bliskim Wschodzie jest niemożliwa, zwłaszcza przy beznadziejnej polityce gabinetu Obamy i niewiele lepszej jego poprzednika. Rozwalono region MENA (Middle East and North Africa), obalając jedynych gwarantów porządku, jakimi w tamtejszych realiach są dyktatorzy i uwalniając tą drogą fundamentalistyczny żywioł, który zamienił tę część świata w krwawe piekło. Chaosu nie da się ogarnąć za pomocą punktowych nalotów, a na wysłanie znaczących sił lądowych po irackim fiasku ani USA, ani tym bardziej Europa się nie zdecydują. Można co najwyżej petryfikować konflikt – pytanie tylko, jak długo i jakim kosztem.

III. Syria odbija się czkawką w Kijowie

Realną cenę, związaną z uruchomioną w trybie nagłym wędrówką ludów, przyszło jako pierwszej zapłacić Europie, ona też jako pierwsza zaczęła oglądać się na Rosję – ta zaś swą syryjską interwencją idealnie wstrzeliła się w sytuację wywołaną zachodnim paraliżem woli. I tu dochodzimy do konsekwencji rosyjskiego zaangażowania w Syrii dla naszej części kontynentu. Niemiecki szef MSZ Frank-Walter Steinmeier wyraził nadzieję, że współpraca z Rosją w sprawie Syrii przyczyni się do postępu w sprawie wojny na Ukrainie. Z kolei wicekanclerz Sigmar Gabriel bez ogródek zapowiedział, iż trzeba będzie „zmienić nasze podejście do Rosji”. Podobne głosy dochodzą z Francji, stanowisko europejskiego biznesu od początku jest jednoznaczne – z Rosją należy się dogadać i handlować. USA bezpieczne za oceanem i ściśle limitujące przyjmowanie „uchodźców” próbują jeszcze marszczyć brwi, ale i one wkrótce ugną się pod naciskiem faktów dokonanych. Obama mógł sobie piorunować wzrokiem Putina na sesji ONZ, ale tyle jego – sądzę, że kremlowski czekista doskonale się bawił widząc te kabotyńskie grymasy.

Rosja de facto już wyrwała się z międzynarodowej izolacji. W Paryżu właśnie odbyło się kolejne spotkanie w „formacie Normandzkim” (Putin, Merkel, Hollande, Poroszenko) i jego efekty zapewne niedługo zostaną nam objawione. Sankcje wygasają w styczniu i trudno sobie wyobrazić, by zostały utrzymane, skoro Putin awansował nagle na sojusznika w gaszeniu bliskowschodniego pożaru. Wygląda więc na to, że Ukraina zostanie przehandlowana – oczywiście, z zachowaniem pozorów i poszanowaniem interesów mocarstw, które na jej terenie toczą wojnę „per procura” o rozdzielenie stref wpływów między Mitteleuropą a Eurazją – a my zostaniemy z ręką w nocniku wraz ze swym tyleż entuzjastycznym, co bezrefleksyjnym poparciem (na zewnętrzny rozkaz) dla „samostijnej Ukrainy”. Swoją drogą, nie chciałbym teraz być w skórze tamtejszej post-majdanowej oligarchii...

No chyba, że Stany Zjednoczone w odwecie za syryjski blamaż zechcą mocniej wkroczyć do Europy Środkowo-Wschodniej, czego symptomu upatruje się w demonstracyjnym usadzeniu prezydenta Dudy obok Obamy podczas niedawnej sesji ONZ. Mogłoby to zagrać na naszą korzyść, pod warunkiem, że tym razem będziemy na tyle przytomni, by nie sprzedawać swego poparcia za drobne. Amerykanie już raz (reset Obamy) oddali nasz region w pacht Moskwie oraz Berlinowi, zostawiając im wolną rękę w budowaniu regionalnego kondominium – i powinniśmy o tym stale pamiętać. Naszym interesem jest chociażby odbudowa Grupy Wyszehradzkiej (plus Rumunia) po ciosie zadanym jej przez Kopacz, jako czynnika przeciwstawiającego się niemieckiej hegemonii – i tu, przynajmniej na wstępnym etapie, patronat USA byłby pożyteczny, by przełamać narosłą nieufność. Później, o ile zachowamy zręczność i rozsądek, powinniśmy dać sobie radę sami – ale to już temat na osobną pogadankę...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 39 (07-13.10.2015)

wtorek, 13 października 2015

Opuścić Eurokołchoz!

Eurokołchoz niech się dławi własnym tłuszczem i gnije rozdrapywany przez hordy muzułmańskich najeźdźców. BEZ NAS.

I. Grupa, której nie było

Twór międzynarodowy o nazwie Grupa Wyszehradzka został zaprojektowany jako byt wirtualny - stworzony do robienia dobrego wrażenia na użytek maluczkich, wspólnych fotografii – lecz, nie daj Boże, do ustalania jakichś regionalnych strategii. Do czego służą takie wirtualne byty? Otóż, są one kanałami transmisyjnymi. Geopolityczne „byty wyższe” za pomocą różnych „grup wyszehradzkich” komunikują się z bytami niższymi i zgłaszają im swe zapotrzebowania. A to na wykup zasobów interioru, to znów na siłę roboczą... oraz podbechtują aspiracje. Aspiracji nie należy lekceważyć - to dzięki nim klasa polityczna była tak zdeterminowana, by dołączyć do „lepszego świata”, w czym miała poparcie społecznej, również aspirującej, większości. Przypomnijmy sobie chociażby tęskne westchnienia zarejestrowane u „Sowy i Przyjaciół”, by trafić do Brukseli i zostać wreszcie „dużym misiem” oraz zostawić za sobą „ten cały syf” i „folklor”. Społeczna większość została oszukana, klasa polityczna się wyżywiła... ale to temat na osobną pogadankę. W każdym razie, bodaj jedynym konkretem, jaki urodził się w wyniku funkcjonowania Grupy Wyszehradzkiej było zawarte w 1992 roku Środkowoeuropejskie Porozumienie o Wolnym Handlu (CEFTA). Aspiracja została zinstytucjonalizowana na poziomie międzypaństwowym, jako wstępny krok do Unii, oraz poręczne narzędzie samodysplinowania się. Tak, niewątpliwie w mechanizmie integracyjnym, konstruowanym ponad naszymi głowami, Grupa Wyszehradzka bywała przydatnym instrumentem.

Po wejściu do struktur euroatlantyckich aspiracyjne spoiwo przestało istnieć i każdy skupił się na zabieganiu w brukselskich korytarzach o własne, partykularne interesy. Zresztą, Polska, Czechy, Słowacja oraz Węgry i tak często radykalnie różniły się między sobą w politycznych kierunkach, choćby wobec Rosji, choć wszystkie pospołu były intensywnie kolonizowane politycznie i gospodarczo zarówno ze wschodu jak i z zachodu, co Węgry omal nie doprowadziło do bankructwa. Z biegiem lat okazało się, że wszystkie państwa Grupy zaczynają jakoś tak coraz ciaśniej orbitować wokół już nawet nie tyle Brukseli, co Berlina. O czym więc miano dyskutować, a zwłaszcza – decydować, skoro wskutek „integracji” pogłębiającej się nieuchronnie niczym dół cmentarny i wzrastających wpływów Niemiec wracających w nowych warunkach do projektu Mitteleuropy, zostawiono w naszej gestii co najwyżej jakieś trzeciorzędne sprawy?

Swoją rolę odegrały tu również kolonialne, lokalne elity poszczególnych państw, nie zainteresowane zdefiniowaniem wspólnego obszaru interesów, których warto by bronić pod szyldem Grupy. Nawet w kwestii Traktatu Lizbońskiego dogadywali się między sobą co najwyżej Lech Kaczyński z Vaclavem Klausem, przy bierności Słowacji i Węgier, za to pod potężnym polityczno-medialnym ostrzałem zarówno zewnętrznym, jak i wewnętrznym. Nie byliśmy w stanie namówić partnerów z pozostałych stolic do aktywnego lobbowania na rzecz Ukrainy czy Gruzji i redukowania wpływów rosyjskich, co wiązało się z wejściem na kurs kolizyjny z Kremlem trzymającym rękę na gazowym kurku. Być może traktowano to jako awanturniczą dywersję inspirowaną przez Stany Zjednoczone (pamiętajmy, że w naszej sympatii do USA byliśmy wyjątkiem). Nieobecność przedstawicieli Czech, Słowacji i Węgier w Tbilisi w 2008 była wymowna. My z kolei zbyliśmy milczeniem propozycję regionalnego sojuszu złożoną jesienią 2010 roku w Warszawie przez Viktora Orbana podczas jego pierwszej zagranicznej podróży – rząd Tuska od lat był już wtedy na niemieckim kursie, uzupełnionym przez dopiero co wybranego Komorowskiego o gwarancję respektowania interesów rosyjskich i nie w głowie były mu jakieś tam Węgry... i tak to się turlało.

II. Aborcja sojuszu

Grupa Wyszehradzka była więc forum dekoracyjnym, pozbawionym jakiejkolwiek mocy sprawczej i co najważniejsze – woli, by wypełnić je jakąkolwiek realną treścią. Aż nagle wybuchł kryzys imigracyjny w trakcie którego Berlin zerwał z ostatnimi pozorami i pokazał jasno kto w tej całej Unii rządzi, kogo i kiedy obowiązują traktaty; instytucje unijne ostentacyjnie wręcz ujawniły się jako polityczne narzędzie Niemiec służące tresowaniu Europy w ramach „solidarności”, pojawiły się – niespotykane dotąd - groźby użycia siły, obcięcia funduszy strukturalnych itd. I wtedy stał się cud – Grupa Wyszehradzka zmartwychwstała i przemówiła jednym głosem. Głosem tym przemawiała również Ewa Kopacz, bo inaczej w danym momencie nie wypadało, wyczekując jednocześnie na wytyczne z brukselskiej kwatery Tuska. A potem, gdy instrukcje już nadeszły – bez żenady zdradziła swych sojuszników.

Ewa Kopacz na rozkaz Donalda Tuska, będącego z kolei pasem transmisyjnym Angeli Merkel, złożyła Grupę Wyszehradzką do grobu, zanim ta zdążyła się tak naprawdę odrodzić. Abortowała ją po prostu. Była to zdrada w najczystszej postaci – i gdyby to była chociaż zdrada w interesie Polski, można by taki ruch zrozumieć. Polityka międzynarodowa nie zna pojęcia honoru, czy przyjaźni – to kategorie z dziedziny prywatnej, międzyludzkiej, zupełnie nieadekwatne do relacji między państwami. Kategorią adekwatną do poruszania się po arenie międzynarodowej jest pojęcie interesu. I właśnie w obliczu dyktatu Berlina w sprawie imigranckich „kwot” nasze interesy w ramach Grupy Wyszehradzkiej były zbieżne jak nigdy. Mamy więc przeniewierstwo dubeltowe – nie tylko względem koalicjantów, lecz przede wszystkim wobec polskiego interesu narodowego. A wystąpienie przeciw interesom własnego kraju kwalifikuje się jako zdradę stanu.

Ten wspólny opór przeciwko niemieckiej hegemonii do którego pretekst dał problem imigracji mógł się stać zarzewiem bardziej trwałego sojuszu. Z czterema kluczowymi krajami Europy Środkowej Niemcy nie dałyby sobie tak łatwo rady. Przy wszystkich różnicach, była szansa na wypracowanie modelu współdziałania w ramach Unii - przynajmniej w jakichś kluczowych dla wszystkich obszarach. Takim czynnikiem spajającym mogła się stać obawa przed niemiecką dominacją. Tymczasem, dzięki rejteradzie Polski, kanclerz Merkel wykorzystała swą supremację, przeforsowując bardzo niebezpieczny dla słabszych krajów precedens – obarczania ich konsekwencjami niemieckiej polityki, przy zachowaniu całkowitej swobody Berlina, czego świeży dowód otrzymaliśmy w postaci umowy na gazociąg Nord Stream 2. Jak słusznie zauważono przy tej okazji – europejska solidarność leży dziś na dnie Bałtyku. My zaś – bo w stolicach regionu zostało to odczytane nie jako posunięcie pani Ewy Kopacz, lecz jako działanie polskiego państwa – wyrzuciliśmy rodzący się sojusz do kosza. Skutki tego co zaszło będą do nas wracały w najróżniejszych sytuacjach jeszcze przez długie lata. Podkreślam – w opisie tej sytuacji nie chodzi o czcze emocje, lecz o sprzeniewierzenie się przez nominalnie polski rząd najbardziej żywotnym interesom naszego kraju.

III. Opuścić eurokołchoz!

Odbudować ledwie co zarysowującą się wspólnotę regionalną będzie, po ciosie jaki na zlecenie Niemiec zadała jej Ewa Kopacz, niezwykle trudno. Jest to jednak konieczne z podstawowego względu: będziemy musieli wkrótce opuścić Unię Europejską i dobrze byłoby, gdybyśmy uczynili to w większym gronie krajów. Realnie funkcjonująca Grupa Wyszehradzka byłaby bardzo dobrym narzędziem takiego „exitu”. Celem Polski i szerzej – naszej części Europy - w najbliższych latach powinno być opracowanie strategii wyjścia ze struktur UE i przeniesienie się do EFTA (Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu - obecnie należą do niego Norwegia, Islandia, Liechtenstein i Szwajcaria), które wraz z UE tworzy Europejski Obszar Gospodarczy. Zachowalibyśmy wówczas korzyści związane z wymianą handlową z krajami Europy, a pozbylibyśmy się biurokratyczno-politycznej „czapy” Brukseli i – zwłaszcza – Berlina. Zamiast obijać się niczym pijany między trójkątem Berlin-Moskwa-Waszyngton, winniśmy stanąć na własnych nogach i nawiązać możliwie ścisłą współpracę ze Skandynawią, która również ma powoli dosyć europejskich dobrodziejstw i hegemonii Niemiec.

Co tak naprawdę trzyma nas w UE? Poza wymianą handlową (której w ramach EOG nie stracimy) dwie sprawy: strefa Schengen i unijne fundusze. Dla tych dwóch korzyści pozwalamy się kolonizować międzynarodowym koncernom, patrzymy biernie na wyprowadzanie z Polski miliardów dolarów rocznie, prowadzimy politykę wasalną wobec Niemiec z pogwałceniem własnych interesów i wdrażamy miliardy prawnych kretynizmów produkowanych przez brukselską administrację. Lecz teraz Schengen rozpada się na naszych oczach – strefę rozwaliły Niemcy swą idiotyczną polityką (najpierw otwierając granice dla „uchodźców”, by potem na gwałtu-rety owe granice zamykać). Europejskie fundusze natomiast skończą się w 2020 wraz z wygaśnięciem obecnej perspektywy finansowej Unii. I właśnie po 2020 roku winniśmy Brukseli podziękować za współpracę. A eurokołchoz niech się dławi własnym tłuszczem i gnije rozdrapywany przez hordy muzułmańskich najeźdźców. BEZ NAS.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„EFTA – alternatywa dla Polski?”

„Projekt „Międzymorze” - strategiczny cel Polski”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2545-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 38 (30.09-06.10.2015)