Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezpieczeństwo energetyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezpieczeństwo energetyczne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 października 2015

Wampiryzm energetyczny

Okazuje się, że jesteśmy przodownikami w dziedzinie „solidarności energetycznej” - tyle, że niekoniecznie z własnej woli.

Ubawiło mnie stwierdzenie premier Ewy Kopacz podczas debaty Beatą Szydło, iż Platforma intensywnie protestowała przeciw gazociągowi Nord Stream. Politycy wprawdzie uważają, że wyborcy mają pamięć rybki akwariowej, ale tak się składa, że moja pamięć jakoś uporczywie nie chce stosować się do tej reguły i w odpowiedzi na tak bezczelne łgarstwa jak to wygłoszone przez panią premier, wracają do mnie obrazki z przeszłości. Na przykład obrazek Radosława Sikorskiego chwalącego się, jak to „wynegocjował” z kanclerz Merkel, że gdy naprawdę, ale to naprawdę okaże się, iż Gazociąg Północny blokuje tor podejściowy do gazoportu w Świnoujściu, to wówczas rozważone zostanie „przesunięcie” podmorskiej rury. Dla każdego, kto choćby pobieżnie interesował się tematem oczywiste jest, że ze strony kanclerz Merkel była to kpina w żywe oczy, rzucona na odczepnego, zaś przedstawianie owej kpiny przez polskiego ministra w kategoriach dyplomatycznego sukcesu miało wartość równą poszukiwaniu „katarskiego inwestora” dla stoczni. Innymi słowy – Niemcy potraktowały polski rząd jak śmiecia, a polski rząd potraktował Polaków jak idiotów.

Jak to wyglądało naprawdę przedstawił Piotr Naimski w komunikacie wystosowanym do mediów. W skrócie – PiS podejmował na forum unijnym szereg starań o storpedowanie Nord Streamu, angażując m.in. Parlament Europejski, Danię, Litwę, wskutek czego budowa gazociągu uległa znacznemu opóźnieniu o zwiększonych kosztach nie wspominając. Działania te po 2007 zostały przez rząd PO-PSL poniechane, zaś symbolicznym finałem było rozwiązanie 9 lipca 2010 Zespołu do Spraw Polityki Bezpieczeństwa Energetycznego. Jak można mniemać, w przypadku zachowania władzy przez PO również i wobec Nord Stream 2 polski rząd nie podejmie żadnych konkretnych inicjatyw, tym bardziej, że kanclerz Merkel jasno dała do zrozumienia podczas niedawnego spotkania z europarlamentarną frakcją EPL, iż nie życzy sobie wysuwania jakichkolwiek obiekcji, stwierdzając krótko: „to czysto komercyjne przedsięwzięcie i najważniejsze, że dodatkowy gaz będzie płynął do Europy”. Tyle zostało z szumnych zapowiedzi budowania wspólnej polityki energetycznej. Został po niej, jak na ironię, „prikaz” dekarbonizacji rujnujący nasze górnictwo, energetykę i utrącający konkurencyjność polskiej gospodarki. Wygranym będą oczywiście Niemcy jako eksporter „zielonych” technologii i finalny odbiorca eurofunduszy. Wyglądać będzie to następująco: my „pozyskamy” unijne środki na jakieś nieopłacalne inwestycje w eko-bzdury, zapożyczając się dodatkowo na „wkład własny”, po czym zakupimy w Niemczech te wszystkie wiatraki – i tą drogą pieniądze z Unii wylądują w kieszeni niemieckich firm, które zapłacą podatek niemieckiemu rządowi, my zaś zostaniemy z długami. Istny wampiryzm.

Ale to nie wszystko. Okazuje się bowiem, że jesteśmy przodownikami w dziedzinie „solidarności energetycznej” - tyle, że niekoniecznie z własnej woli, co podniesiono na trwającym właśnie warszawskim Kongresie Nowego Przemysłu. Mianowicie, Niemcy od lat rozbudowują farmy wiatrowe na północy kraju, tyle że kompletnie ignorują potrzebę rozwoju sieci przesyłowych, które transportowałyby energię znad Bałtyku na południe - do centrów przemysłowych w Bawarii, Badenii-Wirtembergii oraz Austrii. W efekcie, „nadmiarowy” prąd, którego nie są w stanie zaabsorbować sieci niemieckie trafia w niekontrolowany sposób tam gdzie jest w danej chwili najmniejszy fizyczny opór – a tak się składa, że są to przede wszystkim sieci przesyłowe Polski oraz Czech. Taką właśnie okrężną drogą energia dociera na południe Niemiec, powodując u nas po drodze przeciążenia i groźbę blackoutów. Nasza sieć jest niedoinwestowana i w związku z tym mniej stabilna, w skrajnych przypadkach trzeba wyłączać elektrownie, co wiąże się z kosztami. No i jeszcze jedno – Niemcy za wymuszone w ten sposób „usługi przesyłowe” nie płacą nam złamanego eurocenta.

Dlaczego tak się dzieje? Otóż Niemcy nie chcą sobie szpecić krajobrazu trakcjami przesyłowymi. Linie wysokiego napięcia rażą bawarskie poczucie estetyki. Każda inwestycja tego typu spotyka się z miejsca z masowymi społecznymi protestami – i rząd często się cofa, bo w sumie, skoro ma do dyspozycji sieci sąsiadów... Tymczasem chodzi o budowę raptem dwóch „autostrad energetycznych” na osi północ-południe. Jaka jest skala zjawiska? Polskie Sieci Energetyczne oceniają, iż w ten sposób do samej tylko Austrii trafia ok. 50 proc. nadbałtyckiej energii, co wiąże się z zagrożeniem dla granicznych transformatorów. Problem zresztą nie jest nowy, tego typu informacje pojawiają się od lat, tak jak od lat mówi się o zamontowaniu przesuwników fazowych mogących w razie przeciążenia odciąć nasz system przesyłowy od Niemiec. W 2012 roku oceniano koszt montażu takich przełączników na polsko-niemieckiej granicy na ok. 100 mln euro. Teraz również się o tym mówi. I jeśli nic się nie zmieni, będzie się o tym mówić przez kolejne lata... A my będziemy po staremu dokarmiać niemieckiego wampira.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2678-pod-grzybki-po-i-przed-wynikowe

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 43 (23-29.10.2015)

czwartek, 23 maja 2013

Atrofia suwerenności

Rosyjskie zabiegi mają podstawową cechę wspólną: uległy znaczącemu nasileniu wkrótce po Tragedii Smoleńskiej.

I. Raport z postępów atrofii państwa

Oto garść doniesień tylko z ostatnich dni i tygodni (kolejność przypadkowa): petersburskie memorandum w sprawie budowy „pieremyczki”; będziemy kupować energię elektryczną z Kaliningradu; Jan Krzysztof Bielecki i Aleksander Kwaśniewski lobbowali na rzecz kupna przez Rosjan Azotów Tarnów – jednego z głównych odbiorców gazu ziemnego w Polsce; minister skarbu Mikołaj Budzanowski został odwołany na lekko tylko zakamuflowane życzenie Rosjan – sprzeciwiał się kupnu przez nich Azotów i był zwolennikiem gazu łupkowego, więc pewnie dlatego „ominięto” go przy podpisywaniu memorandum w Petersburgu; 1/5 przestrzeni powietrznej nad terenem Polski będą kontrolować Litwini; wreszcie – FSB na życzenie Putina „zacieśnia współpracę” z polskim kontrwywiadem – i SKW się oczywiście na to godzi...

Coś przeoczyłem? Jeśli nawet, to tylko tego co przytoczyłem powyżej wystarczy na Trybunał Stanu dla Tuska i jego ekipy. Mamy bowiem do czynienia z konsekwentnym zrzekaniem się suwerenności w kluczowych dla bezpieczeństwa państwa kwestiach. To już idzie na bezczela, na rympał, nawet bez zachowania jakichkolwiek pozorów równorzędnych, handlowych relacji między równoprawnymi partnerami. Ruscy żądają – Polska wykonuje, tak to wygląda. Zachodnie firmy, do tej pory zainteresowane poszukiwaniami i eksploatacją łupków, widząc co się dzieje – w jakim tempie Polska osuwa się w rosyjską energetyczną strefę wpływów – pakują manatki i się wynoszą.

II. W uścisku Putina

Część tych spraw była przygotowywana od dawna – np. informacje o imporcie prądu z Kaliningradu przemykały już wcześniej, co starałem się opisać w notkach „Pstryczek-elektryczek I”, „Pstryczek-elektryczek II” oraz „Pstryczek-elektryczek III”. Generalnie, rzecz dotyczy „zrobienia rynku” w Polsce dla energii z powstającej w Obwodzie Kaliningradzkim Bałtyckiej Elektrowni Jądrowej, dla której ekonomiczną racją bytu jest eksport do krajów regionu – głównie do Polski. I Polska była tak uprzejma, że w ostatniej chwili zrezygnowała z budowy elektrowni w Ostrołęce, która zaopatrywałaby przede wszystkim północno-wschodnią część kraju. Zamiast tego będziemy mieli most energetyczny z Kaliningradem. Już zadbają o to różne „Ałganowy” ulokowane tam gdzie trzeba.

O podchodach Akronu i Wiaczesława Kantora pod Azoty, podobnie jak o antyłupkowym lobbingu Gazpromu, również słyszy się od dawna. Wszystkie te zabiegi mają jednak podstawową cechę wspólną: uległy znaczącemu nasileniu wkrótce po Tragedii Smoleńskiej, gdzie wraz z Prezydentem Lechem Kaczyńskim i jego najbliższymi współpracownikami zginął ostatni ośrodek władzy zdolny do hamowania rosyjskiej neoimperialnej ekspansji. Jeśli ktoś wciąż zadaje sobie pytanie „po co Putin miałby zabijać Kaczyńskiego”, to ma odpowiedź – właśnie PO TO. Podobnie, jeżeli ktokolwiek ma wątpliwości w jak mocnym uścisku trzyma Putin Donalda Tuska po Smoleńsku, to również właśnie otrzymuje wyczerpującą odpowiedź. Tak jasną, że bardziej już nie można.

Obecnie obserwujemy bowiem zbliżanie się do finalizacji załatwiania rosyjskich interesów w Polsce. Łupki – „NIET”, gazoport – „NIET”, nowa elektrownia w Polsce - „NIET”, drugi gazociąg – „DA”, Azoty dla Rosji - „DA”, import energii elektrycznej z Kaliningradu - „DA”, urzędnicy niechętni Rosji - „WON!”. Plus, oczywiście, „zacieśniona współpraca” między FSB a Służbą Kontrwywiadu Wojskowego – wisienka na torcie...

Do listy z początku notki włączyłem sprawę nieszczęsnej umowy w wyniku której 1/5 przestrzeni powietrznej nad Polską (w tym Warszawa) w ramach Baltic FAB będzie kontrolowana przez Litwę. Nie wiem, czy jest to wynik żenującej niekompetencji, czy coś więcej, ale warto zauważyć, że na 32 litewskich pracowników kontroli obszaru powietrznego ponad połowę stanowią Rosjanie, że utracimy kontrolę nad obszarem graniczącym z Obwodem Kaliningradzkim i sporą częścią Białorusi i że rosyjscy kontrolerzy pracujący na Litwie będą zawiadywali lotami polskich samolotów wojskowych, w tym myśliwców F-16, które okresowo w ramach NATO patrolują również terytorium Litwy. To zresztą również nie jest nowa sprawa – pisałem o tym w marcu ubiegłego roku.

III. Imperialne żniwa

Te „imperialne żniwa” mają na celu zabezpieczenie rosyjskich interesów niezależnie od politycznych przetasowań w Polsce. Dlatego Rosjanie za wszelką cenę chcą zdążyć przed końcem obecnej kadencji, zanim Tusk ostatecznie wysadzony z siodła trafi tam gdzie trafi – do pierdla, lub pod ochronę brukselskiego immunitetu. A kiedy już dostaną co chcą, bardzo trudno będzie to odkręcić – nawet przy optymistycznym założeniu, że PiS z Jarosławem Kaczyńskim obejmie samodzielne rządy, w co można powątpiewać zważywszy na ruskie serwery obsługujące procedury wyborcze w Polsce. Taka jest różnica między poważnym państwem realizującym konsekwentnie swe interesy a ekipą kukiełek i piłkarzyków.

Zatem, jako się rzekło, Putin przystępuje do zbierania owoców swej polityki wobec Polski z ostatnich kilku lat – zapoczątkowanej wizytą w 2009 roku, podczas której, po słynnej rozmowie na sopockim molo, chyba ostatecznie przekonał się, że może z Tuskiem zrobić dokładnie wszystko, a zintensyfikowanej po 10.04.2010, kiedy to zniknęła ostatnia przeszkoda w postaci Lecha Kaczyńskiego i jego współpracowników. Tylko patrzeć jak na dar dożynkowy Ober-Matoł przyniesie Putinowi w zębach Lotos, tudzież inne interesujące go aktywa. A głównonurtowe mediodajnie po staremu będą ekscytowały się wypowiedziami Krystyny Pawłowicz, lub w najlepszym razie zegarkami ministra Nowaka.

Czy w efekcie tego, co zbiorczo zasygnalizowałem przed chwilą, Polska zniknie z mapy? Ależ nie, będzie na niej widniała jak gdyby nigdy nic. Tylko, że między nakreślonymi na tej mapie granicami nie będziemy mieli w jakiejkolwiek istotnej sprawie nic do powiedzenia.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 14 października 2012

Pstryczek-elektryczek III

Wygląda na to, że kwestia importu energii elektrycznej z Kaliningradu została już gdzieś po cichu ostatecznie przyklepana.

I. Afera z elektrownią w Ostrołęce

No cóż, wygląda na to, że kwestia importu energii elektrycznej z Kaliningradu została już gdzieś po cichu ostatecznie przyklepana. Świadczy o tym afera ze wstrzymaniem budowy nowego bloku węglowego elektrowni w Ostrołęce.

Inwestycja ta miała być zrealizowana przez spółkę Skarbu Państwa – gdańską Energę SA i została już fizycznie rozpoczęta. Jak informuje poseł PiS Arkadiusz Czartoryski, załatwiono wszystkie niezbędne formalności (m.in. zezwolenie na budowę, zgodę środowiskową, pozwolenie wodno-prawne, umowę przyłączeniową, umowę wieloletnią na dostawę węgla, pozwolenie na składowanie odpadów i wiele innych) i wykonano prace przygotowawcze (m.in. wycięto 100 ha lasu, podciągnięto infrastrukturę - w tym drogę, wodociąg, oświetlenie i zrobiono za około 6 milionów złotych niwelację terenu). Ogółem, na realizację wydano 200 mln złotych, po czym... inwestycję zamknięto.

Oficjalnie władze Energi twierdzą, że projekt jest „czasowo wstrzymany” m.in. ze względu na trudności z pozyskaniem kapitału i złą sytuację na rynku budowlanym, oraz, że poszukują prywatnego inwestora. Tyle, że wedle informacji posła Czartoryskiego, Energa odrzuciła już propozycje kilku partnerów i nie szuka nowych. Dodajmy, iż dotychczasowa, przestarzała elektrownia w Ostrołęce skazana jest w bliskiej przyszłości na „śmierć technologiczną”, zaś nowa miała zostać uruchomiona w 2016-2017 roku, kiedy to Polskę czeka największy deficyt energii i miała pokrywać ok 3% krajowego zapotrzebowania.

O sprawie obszernie piszą portale eostroleka.pl i Solidarni2010.pl. Polecam również nagranie z sejmowej konferencji i wywiad posła Czartoryskiego dla Niepoprawnego Radia PL (do posłuchania w audycji 362). Nadmienię jeszcze, iż poseł Czartoryski wspólnie z senatorem Robertem Mamątowem wkroczyli w poniedziałek 8 października do siedziby Energi, żądając zgodnie z art. 19 ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora, udostępnienia dokumentów dotyczących zamknięcia budowy elektrowni, w tym protokołu z posiedzenia zarządu z 14 września, kiedy to podjęto decyzję o wstrzymaniu budowy. Dokumentów tych im nie udostępniono, mimo asysty policji – zatem władze Energi posunęły się do ostentacyjnego złamania prawa.

II. Rosja tworzy „niszę rynkową”

Jak się to ma do importu prądu z Kaliningradu? Ano tak, że w 2016 roku – czyli wtedy, gdy miała być uruchomiona elektrownia w Ostrołęce – zostanie oddana do użytku Bałtycka Elektrownia Jądrowa (drugi blok – w 2018), której jedyną ekonomiczną racją bytu jest eksport energii elektrycznej do krajów regionu. I wygląda na to, że taką „niszę rynkową” Rosja właśnie sobie tworzy.

Tak się bowiem składa, że cały zarząd Energi miał gościć ostatnio w Rosji (inf. pos. Czartoryskiego). Przypadkowa koincydencja? W tym kontekście warto dodać, że elektrownia w Ostrołęce jest wysuniętą najdalej na północny-wschód elektrownią w Polsce – czyli, w rejonie będącym naturalnym żerowiskiem przyszłej elektrowni w Kaliningradzie. Ponadto, miała ona stanowić, oprócz funkcji krajowych, element mostu energetycznego łączącego Polskę z krajami nadbałtyckimi.

Ów most energetyczny Polska – Pribałtika to kolejny projekt „do odstrzału” przez kaliningradzkiego molocha. Pisałem już o tym w notce „Pstryczek-elektryczek II” - otóż, owszem, most powstanie – tyle, że z Kaliningradem. Wstępne ustalenia zapadły na linii Waldemar Pawlak – Igor Sieczin podczas finalizacji kontraktu gazowego, zaś wykonawcami miałyby być Inter RAO (Rosja) i PSE Operator (Polska). W 2011 mówiło się o imporcie 1000 MW, czyli ok. 8% rocznego zapotrzebowania Polski.

A teraz, ni z tego, ni z owego, zamyka się budowę elektrowni w Ostrołęce. W skrajnie nietransparentny sposób, odmawiając parlamentarzystom, z naruszeniem prawa, dostępu do dokumentów spółki, której 100-procentowym właścicielem jest Skarb Państwa, utopiwszy uprzednio w inwestycji 200 mln zł. Jak to się wszystko pięknie układa...

III. Kremlowski pstryczek-elektryczek

Podsumowując:

- nową elektrownię w Polsce odłożono na „święty nigdy”;

- elektrownia atomowa w Obwodzie Kaliningradzkim, który już dziś w 100% pokrywa własne zapotrzebowanie, musi eksportować prąd do sąsiadów, by projekt był opłacalny;

- a skoro „musi”, to Rosja zrobi wszystko, by tak właśnie się stało;

- Polskę w 2016 czeka poważny deficyt energii;

- o moście energetycznym z Pribałtiką możemy zapomnieć;

- ponieważ skądś brakującą energię będziemy musieli ściągnąć, to kupimy ją w Kaliningradzie;

- a zatem do uzależnienia od rosyjskiego gazu dołożymy uzależnienie Polski północno-wschodniej od rosyjskiego prądu;

- a to z kolei oznacza, że Rosja będzie nam mogła dyktować ceny.

Zatem, zbliżamy się do sytuacji, że za kilka lat nie tylko gazowy kurek, ale również pstryczek-elektryczek decydujący o energetycznym bilansie kraju, będzie znajdował się na Kremlu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/pstryczek-elektryczek

http://niepoprawni.pl/blog/287/pstryczek-elektryczek-ii

czwartek, 10 maja 2012

Tarcza i gaz

Nasza najbliższa przyszłość może wyglądać tak, że do uzależnienia surowcowego dołączy militarny protektorat Rosji.

I. Naści swój „reset”, mości Obamo...

Jakieś dwa lata temu w przypływie czarnego humoru zdarzyło się mi napisać, że jak tak dalej pójdzie, to doczekamy się w Polsce bazy antyrakietowej – rosyjskiej. I jak dotąd wszystko, powoli lecz nieubłaganie, idzie właśnie w tym kierunku. Oto niedawno w Moskwie odbyła się konferencja międzynarodowa dotycząca obrony przeciwrakietowej na której szef Sztabu Generalnego armii rosyjskiej, gen. Nikołaj Makarow ponowił propozycję wspólnej, natowsko-rosyjskiej tarczy antyrakietowej. Warunkiem jej powstania byłaby oczywiście rezygnacja NATO (czytaj – USA) z instalacji swych baz w krajach tzw. bliskiej zagranicy, tak by natowska część tarczy nie była w stanie przechwytywać rakiet balistycznych wystrzeliwanych z terytorium Rosji.

Przy okazji polskie media doniosły, iż Rosja po raz pierwszy przedstawiła szczegóły owego projektu – otóż Rosja miała by objąć „ochroną” nie tylko terytorium WNP, ale również kraje bałtyckie, część Norwegii oraz wschodnią Polskę, co oznacza dążenie do usankcjonowania strefy wpływów nie tylko w wymiarze surowcowo-energetycznym, jak ma to dziś miejsce w przypadku Pribałtiki i Polski, lecz również w wymiarze militarnym. Tyle, że nie jest to aż taka nowina, bowiem po raz pierwszy podobny projekt Rosja zgłosiła już w czerwcu zeszłego roku, co zresztą dało mi asumpt do powtórzenia żartu-proroctwa o ruskiej bazie w Polsce. Cóż, wygląda na to, że skoro rosyjska propozycja nie spotkała się rok temu ze stanowczym sprzeciwem, to wiecznie zagrożona przez wraży zapad „święta Ruś” uznała za stosowne włączyć ten pomysł do swej doktryny militarnej. Obecnie zaś generał Makarow pokazał mapkę doprecyzowującą stanowisko FR i z roku na rok będzie coraz trudniej wymusić na Rosji rezygnację z tych planów.

Będzie to tym trudniejsze, że na inaugurację drugiej rundy na kremlowskim stolcu ober-czekista Putin wydał dekret w którym stoi, iż należy „konsekwentnie bronić rosyjskiego podejścia w kwestii utworzenia globalnego systemu obrony przeciwrakietowej Stanów Zjednoczonych, starając się o uzyskanie trwałych gwarancji, że nie będzie ona skierowana przeciwko rosyjskim siłom odstraszania nuklearnego.” Natomiast na wspomnianej wcześniej konferencji generał Makarow bez zbędnej krępacji zagroził atakiem prewencyjnym na amerykańskie instalacje antyrakietowe m.in. za pomocą Iskanderów rozlokowanych w Obwodzie Kaliningradzkim.

Dorzućmy jeszcze do tego plany ulokowania stacji radiolokacyjnej „Woroneż” w Naddniestrzu, wzmacnianie sił na Kaukazie, utrzymywanie baz w Abchazji i Osetii Południowej w stanie podwyższonej gotowości, mianowanie na dowódcę Wojsk Lądowych FR generała Władimira Czirkina Walentinowicza – wojskowego z wieloletnim doświadczeniem na Zakaukaziu, Dalekim Wschodzie i Kaukazie Północnym - a wszystko to połączone z intensywnym przezbrajaniem armii rosyjskiej. Od razu widać, że Putin powraca z przytupem i we właściwym sobie stylu.

Naści swój „reset” o który żeś tak skamlał, mości Obamo.

II. Partia Gazpromu w natarciu

Tymczasem rozliczne sekcje lokalne „partii Gazpromu” rozsiane po byłych demoludach nie zasypiają gruszek w popiele, tylko pracują w pocie czoła nad umocnieniem rosyjskiego monopolu gazowego i opłacalnością powstającego South Stream. Oto kolejno moratoria na wydobycie gazu łupkowego wprowadziły Bułgaria, Rumunia i Czechy (w tym Bułgaria „na zawsze”). W efekcie Polska pozostaje sama na placu boju, co nie wróży dobrze, zważywszy na intensywny, antyłupkowy lobbying Gazpromu prowadzony pod „ekologistycznym” parawanem w Unii Europejskiej. Prekursorem na Zachodzie była Francja, która już w zeszłym roku zakazała u siebie prac nad eksploatacją tego surowca, a dziś w jej ślady podążają kraje Europy Środkowo-Wschodniej, motywując swe moratoria ekologią właśnie. Oczywiście, konkurencyjność łupków wobec rosyjskiego gazu konwencjonalnego i Gazociągu Południowego nie ma nic do rzeczy. Oczywiście...

Zatem z łupkami będziemy mieli pod górkę jeszcze bardziej niż do tej pory, gdyż naszym „unijnym partnerom” samowystarczalna energetycznie, czy wręcz eksportująca gaz Polska jest potrzebna jak psu piąta noga. Dotyczy to szczególnie unijnego hegemona, czyli Niemiec, którym może to popsuć wypracowywane latami rozliczne geszefty z Rosją, z Nord Streamem na czele. Niemcy zaś są w stanie poprzez unijne instytucje albo zakazać wydobycia gazu łupkowego, albo obwarować jego eksploatację rozlicznymi warunkami, które uczynią cały interes nieopłacalnym. Należy się zatem spodziewać rychłego wzmożenia ekologicznej wrażliwości wśród antyłupkowej euro-koalicji.

Pierwsze przymiarki mieliśmy już w zeszłym roku, kiedy to Komisja ds. Środowiska, Zdrowia Publicznego oraz Bezpieczeństwa Żywnościowego Parlamentu Europejskiego zamówiła raport na temat wpływu wydobycia gazu łupkowego na środowisko i zdrowie obywateli. Sporządzenie raportu Komisja zleciła niemieckiej firmie konsultingowej Ludwik-Bölkow Systemtechnik, żyjącej z doradztwa „pro-eko”. Jak można było się spodziewać raport wieszczy z tytułu eksploatacji łupków siedem plag egipskich i zupełnym przypadkiem zbiegło się to z nasileniem „ekologicznej” kampanii Gazpromu, który nie ustaje w wysiłkach, by przeforsować antyłupkowe regulacje w skali ogólnoeuropejskiej. Można się spodziewać, że w końcu mu się uda, bowiem polskie łupki godzą potencjalnie w zbyt wiele interesów i zbyt drastycznie naruszają europejskie energetyczne status quo, w którego budowę i utrzymanie kontynentalne potęgi zainwestowały zbyt wiele sił i środków.

***

I tym oto sposobem, nasza najbliższa przyszłość może wyglądać tak, że pozostaniemy na wieki wieków przykuci do strategicznych dostaw surowców ze wschodu, co – jeśli Obama uzyska reelekcję – rychło może zostać wzmocnione militarnym protektoratem Rosji w ramach wspólnej, rosyjsko-natowskiej tarczy antyrakietowej, oddającej nas pod pieczę Kremla według wytycznych ober-czekisty Putina i generała Makarowa. I wszystko mimo naszego zakotwiczenia w zachodnich strukturach, które to struktury miały nam gwarantować bezpieczeństwo, wiekuistą prosperity i wiele innych, różnistych cudowności. Doprawdy, wiele się musiało zmienić, by wszystko pozostało po staremu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

niedziela, 18 grudnia 2011

Nasi Wielcy Energetyczni Przyjaciele


Rosja wybuduje nam elektrownię atomową. I most energetyczny z Kaliningradu na dokładkę.


I. Przyjaciel

Rosja nas lubi. Rosja potrafi być konkurencyjna cenowo. Rosja to ostoja najnowocześniejszych i bezpiecznych technologii. Rosja kieruje się wyłącznie czysto biznesowymi względami. Zatem Rosja wybuduje nam elektrownię atomową. I most energetyczny z Kaliningradu na dokładkę. Po co nam jakieś żabojady, amerykańce, czy koreańskie żółtki, skoro życzliwy sąsiad, gotów nam zawsze nieba przychylić, jest pod bokiem. Wszak przychyla nam nieba w kwestiach gazowych i to za rozsądną cenę od lat. Granice cenowego rozsądku, oczywiście, wyznacza sam Przyjaciel, taki już z natury jest uczynny, a naszym Przywódcom zostaje tylko przełożyć ów rozsądek na odpowiednio gładką frazę, jak ta wicepremiera Pawlaka o „korzystnej formule cenowej”. Ropę też nam sprzedają, podobno bardzo tanio i niezawodnie, no chyba, że zepsuje się akurat rurociąg do Możejek, ale przecież to na Litwie. Poza tym, jak sprzedamy im Lotos, to ho-hoo – energetyczna przyjaźń nam rozkwitnie niczym w drugim, bardziej dochodowym RWPG.

No to niech nam postawią tę atomówkę, skoro chcą, co nie?

II. Pstryczek – elektryczek, cd.

Powyższe streszczenie dobrosąsiedzkich stosunków z naszym Wielkim Energetycznym Przyjacielem ma szansę znaleźć swe potwierdzenie w postaci wybudowania przez wielce przyjazny koncern Rosatom elektrowni atomowej w Polsce. Cóż, skoro pragnie tego nasz Wielki Energetyczny Przyjaciel, to nie wypada odmówić, bo przyjaźń – rzecz bezcenna, zatem na szwank nie będziemy jej wystawiać, tym bardziej, że ci, którzy do brużdżenia byliby skłonni, albo szczęśliwym trafem zeszli poniżej 100 metrów, dzięki czemu polskie państwo zdało egzamin, albo nie mają dziś nic do gadania poza jałowym pomstowaniem z sejmowej trybuny, czy wyjęzyczaniem się na blogach.

Żeby nam było w tym przyjacielskim uścisku jeszcze bardziej cieplutko i przytulnie warto nadmienić (o czym pisałem już wcześniej TUTAJ i TUTAJ w notkach z serii „Pstryczek- elektryczek”), o planowanym moście energetycznym z Bałtycką Elektrownią Jądrową powstającą w Kaliningradzie, który to most jest obecnie na etapie prac studyjnych, powstać zaś może do 2015 roku o czym proudly zawiadomił nas w listopadzie przedstawiciel „Rosatomu" i szef projektu budowy Bałtyckiej Siłowni Atomowej Siergiej Bajarkin. Wprawdzie PGE zaznacza, że „nie kontynuuje rozmów biznesowych z rosyjską firmą Inter RAO na temat możliwości zakupu energii elektrycznej z Kaliningradu” (cyt. za rp.pl), ale zapytajmy retorycznie kto tu rządzi: Leon czy jego dzieci? Tym bardziej, że prezes Tauronu, imć Dariusz Lubera a propos importu energii od naszego Północnego Sąsiada podkreślił, że „Nie należy tu mieć żadnych uprzedzeń”.

Uprzedzenia, jak wiadomo, to w biznesie grzech niewybaczalny, a w kontaktach z przyjaciółmi w szczególności, zatem PGE już jęła się tej brzydkiej przywary pozbywać. Na początek więc Polska Grupa Energetyczna wyciągnęła Rosjanom z tyłka uwierającą zadrę w postaci naszego partnerstwa z Litwinami i „podjęła decyzję o zawieszeniu swojego zaangażowania w budowę elektrowni jądrowej w Visaginas na Litwie”. To ta sama elektrownia, w oparciu o którą nafaszerowany uprzedzeniami rząd Jarosława Kaczyńskiego chciał tworzyć inny most energetyczny, Alytus-Ełk. Most, dodajmy, z gruntu niesłuszny i zatruwający dobrosąsiedzkie stosunki ze słowiańskimi braćmi z Kaliningradu. Nic więc dziwnego, że wreszcie rozstano się bez żalu z tym kaczystowskim pomysłem, tym bardziej, że o ekologiczne konsekwencje wybranej przez Litwinów technologii niezwykle troska się przyjazny Rosatom, stwierdzając ustami Siergieja Bojarkina: „(…) mamy prawo zadawać pytania o skutki jej zastosowania. I na pewno je zadamy”. Rosatom przemówił, sprawa zamknięta, a kto by siał wątpliwości, ten nie zna się na przyjaźni i stosunkach.

III. „Zielona wyspa” pod młotek

Nie możemy również zapomnieć o naszych innych Energetycznych Przyjaciołach, którzy chętnie wykupią od nas elektrownie, byśmy nie musieli się zamartwiać ich obsługą, modernizacją i widmem blackoutów. Warszawiacy – klienci RWE Stoen - na ten przykład już się nie zamartwiają, tylko płacą wesolutko zawyżone rachunki – wrrróć! - co też ja gadam, oszołom nieszczęsny. Warszawiacy płacą rachunki obliczone w ramach „rozsądnej formuły cenowej” i zanoszą się płaczem ze szczęścia, zaś koncern RWE naszego Zachodniego Energetycznego Przyjaciela zanosi się dobrodusznym, teutońskim śmiechem. Może tylko Gromek Czempion się nie uśmiecha, bo o coś tam go ostatnio szarpią, ale nie ma strachu, zaskórniaków odłożonych na szwajcarskim koncie jako dodatek do generalskiej emeryturki mu nie ruszą. A i koncernu RWE, należącego do naszego Zachodniego Energetycznego Przyjaciela nie tkną małym palcem, bo to przecież głupio tak się czepiać o jakieś nieistotne prywatyzacyjne zaszłości.

Osobiście jestem ciekaw, jak bez Gromka Czempiona poradzi sobie nasze państwo z planowaną na pierwsze półrocze 2012 roku prywatyzacją poznańskiej Enei oraz Zespołu Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin. Łączna wartość transakcji ma wynieść 7,2 mld złotych. Do tego należy dodać jeszcze elektrownię wodną w Nidzicy, którą nasz nie-rząd uparł się opchnąć Czechom za 200 mln złotych. Zwłaszcza po ostatniej, groszowej w skali budżetu państwa kwocie, widać wyraźnie na jakim rozpaczliwym musiku się znaleźliśmy, jak musimy ciułać grosik do grosika by spłacić rachunki za ostatnie cztery lata „zielonej wyspy”. Zapewne niebawem dowiemy się o sprzedaży zapory w Solinie. Razem z zielonymi wzgórzami opiewanymi w znanym szlagierze.

„Zielona wyspa” idzie ze szczętem pod młotek i potrzeba tu całej gromady niekoniecznie krajowych Gromków do obsługi licytacji, ale nic to, Gromków ci u nas dostatek. O tym, że dajemy radę świadczy fakt, że stać nas na dofinansowanie MFW, a gdyby zabrakło cyferek w zapisach z rezerwy rewaluacyjnej NBP na „poręczenie”, to odda się coś jeszcze w pomocne ręce przyjaznych kontrahentów i tym sposobem ugruntuje się nasza „mieżdunarodna” wiarygodność. Wiarygodność budowana na sprzedaży z pocałowaniem ręki ostatniej koszuli, którą to koszulę wraz z gaciami nasi wypróbowani partnerzy odkupią, a następnie miłosiernie będą nam wypożyczać ten sam przyodziewek z rozsądnie obliczoną marżą, byśmy nie świecili gołą rzycią w eleganckiej Europie.

Widać zatem jak na dłoni, że otoczeni jesteśmy energetycznym przyjaciółmi i nie powinniśmy się martwic o przyszłość – ba, wszelkie głosy obawy z definicji lokują krytykantów w gronie destrukcyjnych oszołomów godzących w stosunki i sojusze. A godzenie w stosunki w naszych postępowych czasach jest, jak wiemy, faszyzmem. Wracając na chwilę do atomu zapytałbym może nieśmiało, gdzie są rozmaici „zieloni”, którzy w innych razach potrafią być tak głośni i elokwentni, ale najwyraźniej zaprzątnięci są obecnie zwalczaniem imperialistycznego wymysłu w postaci gazu łupkowego. Odeślę więc tylko do bajek Krasickiego, który pisywał różne ucieszne historyjki o zajączkach i jagniątkach – ze szczególnym uwzględnieniem zakończeń, tym bardziej, że i okres historyczny w którym owe rymowanki powstawały zaczyna wyglądać coraz bardziej znajomo.

Gadający Grzyb

środa, 9 listopada 2011

UE – Rosja, czyli sojusz ponad naszymi głowami


Dzień uruchomienia Gazociągu Północnego był ostatnim dniem mrzonek o europejskiej solidarności energetycznej.


I. Feta w Lubminie

Odkręcono kurek, strzeliło szampanskoje i popłynął gaz. Dzień 8 listopada 2011 w Lubminie, gdzie w stacji odbiorczej z wielką fetą uruchomiono magistralę Nord Stream, był ostatnim dniem mrzonek o europejskiej solidarności energetycznej. Warto zwrócić uwagę na słowa wypowiedziane przy tej okazji przez Dymitrija Miedwiediewa: „Po raz pierwszy gaz ziemny z Rosji popłynie bezpośrednio do UE. Powtórzę: „Bezpośrednio do UE”. Te słowa nie są przypadkowe. Sankcjonują one oficjalnie na forum międzynarodowym rosyjską optykę, wedle której „prawdziwa” Unia Europejska zaczyna się od niemieckiej granicy, zaś byłe demoludy, w tym Polska, są strefą buforową – miejscem spotykania się wpływów Rosji i Niemiec. Mówiąc wprost – kondominium, lub też obrotową „bliską zagranicą”. Jak podkreślił p/o cara, Rosja i UE mają przed sobą „świetlaną przyszłość”. Cóż, zważywszy, że do końca przyszłego roku ma zostać uruchomiona druga nitka gazociągu, nie można co do tego mieć wątpliwości. A kiedy powstanie South Stream, to „przyszłość” rozświetli się ostatecznie błękitnym płomieniem, zaś wolumen dostaw zgodnie ze słowami Miedwiediewa osiągnie 200 mld m3.

Celebrując tę podniosłą chwilę dodajmy, iż w trakcie realizacji projekt Gazociągu Północnego z bilateralnej inwestycji niemiecko-rosyjskiej stał się jakoś tak niepostrzeżenie sprawą unijną, co podkreślił odpowiedni dobór zgromadzonych w Lubminie gości: oprócz kanclerz Merkel i prezydenta Miedwiediewa a także szefów Nord Streamu, byli obecni premierzy Francji, Holandii oraz eurokomisarz d/s energii Guenther Oettinger. Ten ostatni wspomniał nawet coś o potrzebie dywersyfikacji i polskim gazie łupkowym, ale zaraz gorliwie zapewnił, że „gaz ziemny pozostanie podstawą dla rynku gazu w przyszłości”. Ponieważ 500 zaproszonych gości trzeba było czymś zabawić, kanclerz Angela Merkel dała próbkę iście teutońskiego poczucia humoru mówiąc, że podczas realizacji projektu „uwzględniono uzasadnione interesy wszystkich krajów, leżących nad Bałtykiem".

Zwróćmy uwagę na tę subtelność: „uzasadnione interesy”. Najwyraźniej, kwestia drożności toru podejściowego do portów Szczecin-Świnoujście z budowanym tam gazoportem, „uzasadnionym interesem” nie była, zresztą, bądźmy szczerzy – nie naciskaliśmy, bo po co psuć atmosferę. Poza tym, pani kanclerz obiecała, że jakby co, to kurek się zakręci, gazociąg rozmontuje, przesunie albo zakopie głębiej, potem zmontuje znowu, co tam – powiemy tylko słowo i będzie załatwione. Serio - naprawdę obiecała tak ministrowi do spraw Twittera, Radkowi Sikorskiemu, a może nawet i samemu Tuskowi, z którym „liczą się w Europie”, a oni uwierzyli, radośnie pokiwali głowami i pospieszyli powiadomić rodaków, którzy też uwierzyli, o ile ktokolwiek zrozumiał o co chodzi i kogokolwiek to obeszło.

O uwzględnianiu uzasadnionych interesów może też mówić nam co nieco fakt, że dla przedstawicieli polskiej prezydencji z Tuskiem, co to ponoć rządzi teraz Europą, miejsca na imprezie litościwie nie przewidziano, my zaś ze swej strony po raz kolejny skorzystaliśmy z okazji, żeby siedzieć cicho.

II. Rosja u bram WTO

Całkiem słusznie. Po co się odzywać i sprawiać wrażenie, że nie pozostajemy w głównym nurcie europejskiej polityki. Poza tym, ludziska dobrze się bawią obserwując samo-dożynanie się watah połączone z inauguracją nowego sezonu „Cyrku na Wiejskiej”, więc nie ma sensu odrywać ich od igrzysk. Do tego nastroju ochoczo dostosowały się mediodajnie. Na przykład, taki Tomasz Wróblewski przywlókł do „Rzepy” ze sobą z „Dziennika Gazety Prawnej” Andrzeja Talagę. Co robi Andrzej Talaga? Andrzej Talaga się cieszy. Powodem radości jest wycofanie przez Gruzję sprzeciwu wobec przyjęcia Rosji do Światowej Organizacji Handlu (WTO).

Talaga uważa, że WTO stanie się dla Rosji i Putina „kagańcem”, bo w WTO obowiązują reguły i karne procedury za ich nieprzestrzeganie, w związku z czym łatwiej będzie punktować i rozliczać Rosję za nieprzestrzeganie „cywilizowanych zasad”. Ponadto Rosji ponoć nie stać na odbudowę imperium, więc nie mają racji ci, którzy oskarżają Rosję o neoimperializm – to tylko zwykły biznes, tyle że Rosja do tej pory „nie przebierała w środkach”. Jak wstąpi do WTO, to przebierać zacznie.

Poważnie - tak prawi znany dziennikarz „robiący” w tematyce międzynarodowej. Ja oczywiście nie jestem zaskoczony, bo tego typu argumentację powtarzają od dawna rozliczni przyjaciele Kremla na Zachodzie zdominowanym przez pokolenie ‘68, a od jakiegoś czasu również „płynące w głównym nurcie” polskie władze, szczególnie od chwili kiedy polskie państwo zdało egzamin. Pan Talaga również pragnie płynąć w głównym nurcie i stać się Europejczykiem, więc niczym szkolny prymusik pisze utrzymane w odpowiednim duchu wypracowanie.

A teraz pomyślmy. Rosja od 18 lat stara się o przyjęcie do WTO, do której nie wiedzieć czemu jej nie wpuszczano. Pewnie nikt nie chciał jej nakładać kagańca. Dziwne – Putin prosi „nałóżcie mi kaganiec, bo bardzo chcę podlegać procedurom karnym, gdy złamię cywilizowane zasady”, a tamci – nie i nie. Otóż, wolny handel wcale nie „okiełzna Rosji”, jak twierdzą rozmaici zwolennicy „cywilizowania” przez „otwarcie”. Wolny rynek to jedno z narzędzi, z którego Rosja korzysta kiedy jej wygodnie, by zaraz bezpardonowo używać pod byle pretekstem bata w postaci kurka z surowcami czy embarga.

Gospodarka dla Rosji jest funkcją politycznej ekspansji, zaś surowce – najcięższym orężem z pozamilitarnego geostrategicznego arsenału, mającego służyć wyłącznie jednemu – odbudowie imperium. Putin pisał (lub też raczej – plagiatował) na ten temat utajniony obecnie doktorat, zaś wszystkie jego posunięcia podporządkowane są jednemu – odbudowie posowieckiej strefy wpływów i przywiązaniu Zachodu do Rosji, przed czym zresztą ten ostatni się nie broni, czego dowodem są słowa kanclerz Merkel z lubmińskiej imprezy: „Będziemy ze sobą związani przez dziesięciolecia”. Można się zatem spodziewać, że żadne WTO nie będzie umierało za państwa rosyjskiej „bliskiej zagranicy”, gdy ta postanowi wstrzymać dostawy, lub zablokuje import produktów spożywczych. Zwłaszcza jeśli przekonująco wyjaśni „partnerom”, że to nie są żadne restrykcje, tylko awaria gazociągu, lub poważne naruszenie rosyjskich przepisów sanitarnych przez nieuczciwych kontrahentów. Zresztą, odsyłam do lektury książki „Nowa Zimna Wojna” Edwarda Lucasa, którą zawsze polecam przy takich okazjach.

WTO będzie dyscyplinować Rosję? Wolne żarty. Przeciwnie – to Światowa Organizacja Handlu stanie się dla rosyjskiego ekspansjonizmu kolejnym polem do zagospodarowania.

III. Ekspansja

A że jest co zagospodarowywać właśnie się przekonujemy, gdy pogrążona w kryzysie Unia coraz chętniej i korniej zerka w stronę rosyjskich 580 mld dolarów (to oficjalna rezerwa walutowa Rosji, do której wg agencji Stratfor należy doliczyć jeszcze jakieś 600 mld – polecam to uwadze pana Talagi, który twierdzi, że Rosja „nie ma potencjału”). Rosja zaś nie zasypia gruszek w popiele, tylko przymierza się do wykupywania zachodnich przedsiębiorstw z różnych sektorów – w tym banków (m.in. Kredyt Bank i Bank Millenium), oraz próbuje torpedować unijne regulacje energetyczne – zwłaszcza obowiązek oddania w zarząd sieci przesyłowych niezależnym operatorom (temu ma służyć wykupywanie aktywów zachodnich firm energetycznych). W międzyczasie prowadzi intensywny „ekologiczny” lobbing przeciw gazowi łupkowemu, co nie spotyka się z żadną reakcją z polskiej strony.

Europa potrzebuje rosyjskiego gazu i rosyjskich pieniędzy. Rosja potrzebuje mocnego wejścia w europejski obieg gospodarczy, by zagwarantować sobie jeszcze trwalszą i silniejszą pozycje polityczną niż ma obecnie i nie wypaść z konkurencji z Chinami. Kryzys stwarza wyjątkowo dogodne warunki do realizacji tych zamierzeń. (Polecam tu dwa artykuły: Mariusza Majewskiego na „Rebelyi” i Artura Bazaka na „wPolityce.pl”.)

Napisałbym coś na zakończenie o tym, że w obliczu poniechania wszelkich pozorów europejskiego solidaryzmu i jawnego już rozbicia UE wedle rosyjskiego życzenia na „prawdziwą” i „nieprawdziwą”, należałoby przywrócić do łask „politykę jagiellońską” i przystąpić do budowania politycznego sojuszu państw naszego regionu... Że tylko tak możemy się ocalić przed ostatecznym osunięciem się do statusu obrotowej „bliskiej zagranicy”. Napisałbym, tylko po co? Wszak myślenie takimi kategoriami jest naszym mężykom stanu oraz ich wyborcom jak najgłębiej obce.

Gadający Grzyb

piątek, 30 września 2011

Afera łupkowa


Polskie łupki dla Gazpromu - cz.II. Czy będziemy ćpali ruski gaz wydobywany na polskim terytorium?


I. Afera łupkowa a mediodajnie III RP

Informacja o tym, że 1/5 koncesji na poszukiwanie gazu łupkowego trafiła w ręce firm powiązanych z Rosją zrobiła niedawno trochę szumu w mediodajniach, po czym, żeby zatrzeć złe wrażenie, wyrobnicy z propagandowego frontu obozu beneficjentów i utrwalaczy IIIRP pobiegli rezerwować miejsca w tuskobusach, zerkając w międzyczasie z aprobatą na tężejący słupek Palikota. Dziś tematu już praktycznie nie ma, jako że organizatorska rola mediów nie na tym polega by frustrować i wytrącać z błogostanu oddaną w zarząd tubylczą opinię, z przeproszeniem, publiczną.

A mnie przypomina się, jak nieco ponad pół roku temu portal wPolityce.pl, powołując się na źródła w Ministerstwie Środowiska podał informację, że „za wieloma firmami (więcej niż 50 %), które uzyskały koncesje z Ministerstwa Środowiska na wydobycie gazu łupkowego w Polsce, stoją rosyjskie służby i rosyjska mafia”. Owszem, jak się zdaje redakcja wPolityce.pl przegięła ze skalą zagrożenia, ale 1/5 koncesji w rosyjskich rękach to i tak o 1/5 za dużo, zważywszy na realne zagrożenie, że firmy te będą sabotowały eksploatację przyznanych im złóż.

Istotne jest jednak co innego: tej informacji, o potencjalnie strategicznym znaczeniu dla bezpieczeństwa energetycznego Polski, nie podchwyciła wtedy żadna mediodajnia, nikt nie wszczął dziennikarskiego śledztwa, wiadomość przemknęła jak gdyby nigdy nic i tylko niżej podpisany uznał za stosowne przytoczyć ją na swym blogu w notkach „Polskie łupki dla Gazpromu?” i „Euro-koalicja przeciw polskim łupkom?”. Jeśli uczynił to ktoś jeszcze – zwracam honor i przepraszam, nie zmienia to jednak ogólnego obrazu sytuacji. Obecny skandal, który w każdym poważnym kraju nie schodziłby z czołówek gazet, u nas przemyka gdzieś w rubrykach gospodarczych, zaś wiodące redakcje zgodnie z tradycją III RP bardzo się pilnują, by patrzeć w inną stronę i troskliwie przykrywać aferę łupkową wrzutkami w rodzaju gospodarskiej wizyty Tuska przy odwiercie w Lubocinie, czy 300 miliardów które „załatwią” nam w Unii Buzek z Lewandowskim.

Zresztą i teraz pewnie niczego byśmy się nie dowiedzieli, gdyby nie eurodeputowani Lena Kolarska-Bobińska (autorka raportu o energetycznej przyszłości Europy) oraz Jacek Saryusz-Wolski, którzy w Brukseli zerwali się Tuskowi ze smyczy i uzyskali od Komisji Europejskiej stosowne informacje. Rzadko zdarza mi się pochwalić kogoś z PO, odnotuję zatem to sobie w pamiętniczku.

II. Rola służb specjalnych w aferze łupkowej

Osobną sprawą jest funkcjonowanie w tym obszarze naszych służb specjalnych. Podobno to Kaczyński z Macierewiczem rozwalili służby, które w mrocznych czasach IVRP przeżywały okres wielkiej smuty, rozkładu i degrengolady, a mimo to jakoś nie jestem w stanie sobie wyobrazić, by za rządów PiS-u dopuszczono do podobnej afery, jaką było prześlepienie 21 procent koncesji sprzedanych firmom powiązanym kapitałowo z podmiotami rosyjskimi. A teraz, kiedy szeroką ławą powrócili do łask i wpływów starzy sprawdzeni fachowcy – jest to możliwe, bardzo proszę, zaś premier Tusk nawet nie sili się na kiepskie dowcipy o dymisjonowaniu Bondaryka.

Widzę w tym skandalu dwie możliwości: albo obecne służby specjalne odpuściły sobie ochronę newralgicznej inwestycji, jaką jest przyszłe wydobycie gazu łupkowego, albo przeciwnie – bardzo skrupulatnie dopilnowały by w rosyjskie ręce trafił odpowiedni kawałek łupkowego tortu. Nie ukrywam, że bardziej prawdopodobny wydaje mi się wariant drugi, albowiem wywodzące się z PRL-u i uzupełnione jedynie przez kooptację młodszego narybku tajne organa, pieczołowicie czuwające nad procesem „transformacji”, nie są przecież od tego, by chronić interesy polskiego państwa. One są po to, by ochraniać szeroko rozumiany dobrostan obozu beneficjentów i utrwalaczy IIIRP, którego są nieodłączną częścią, a także interesy ich patronów oraz ekspozytur w rodzaju obecnej dyktatury matołów. Gdy spojrzeć pod tym kątem, afera łupkowa przestaje dziwić, podobnie zresztą jak wszystkie inne afery. Rosja zwyczajnie musiała dostać swoje 21 procent koncesji i oby tylko tyle.

Ot – i mamy kolejną odsłonę „państwa na niby”, w którym za atrapą oficjalnych instytucji toczy się gra wpływów o swój kawałek postawu czerwonego sukna.

III. Sojusz polsko-brytyjski kontra anty-łupkowa koalicja?

Jak słusznie się zauważa, Rosjanie nie po to interesują się polskimi złożami, by je eksploatować, tylko przeciwnie – by uniemożliwić (plan maksimum) lub znacząco ograniczyć wydobycie surowca w Polsce. Uruchomienie eksploatacji na masową skalę mogłoby bowiem w nieodległej przyszłości zakończyć gazową hegemonię Rosji w regionie, zaś w wymiarze globalnym – wpłynąć na obniżkę cen gazu na światowych rynkach, co byłoby zabójcze dla rosyjskiej gospodarki i jej geopolitycznego narzędzia jakim jest Gazprom. To zaś z kolei oznaczałoby wysadzenie z siodła obecnej dyktatury czekistów z Putinem na czele.

No, chyba że Rosja uzna, iż ma nad polskimi złożami taką kontrolę i na tyle mocne wpływy w Priwislanskim Kraju, że może sobie pozwolić na uruchomienie eksploatacji. Wtedy okaże się, że po staremu ćpamy ruski gaz – ruski gaz wydobywany na polskim terytorium - zaś dochody z eksportu błękitnego paliwa tradycyjnie zasilać będą kasę Gazpromu i kieszenie towarzyszy czekistów.

Na razie jednak szykuje się możliwość ograniczenia przyszłego wydobycia w Polsce o 1/5 i nie jest to ostatnie słowo towarzyszy czekistów zważywszy na intensywny lobbing „ekologiczny” Gazpromu w UE, który nie spotyka się z naszym kontr-lobbingiem pro-łupkowym. A że anty-łupkowa ofensywa Gazpromu zbiega się z interesami unijnych wielkich – Francji i Niemiec, to całkiem możliwe jest przeforsowanie zakazu wydobycia gazu łupkowego metodą szczelinowania hydraulicznego na całym terytorium Unii (szerzej w tekstach: „Euro-koalicja przeciw polskim łupkom?” i „Euro-koalicja przeciw polskim łupkom II”).

Na szczęście w tej rozgrywce niedługo może nam przybyć nieoczekiwany sojusznik. Otóż na terytorium Wielkiej Brytanii odkryto złoża gazu łupkowego szacowane na 5 bln m3 (zasoby porównywalne z polskimi!). To zmienia znacząco sytuację, gdyż do tej pory w kwestii łupków byliśmy w Europie raczej osamotnieni. Obecnie możliwy jest polsko-brytyjski sojusz pro-łupkowy na unijnej arenie. Niezależnie od tego, że staniemy się konkurentami w wydobyciu i sprzedaży shale gas, łączy nas w tym momencie wspólny interes w postaci zablokowania anty-łupkowych działań „ekologistów”, Gazpromu, Francji oraz Niemiec. Jest wszakże jeden podstawowy warunek: odsunięcie od władzy obecnej dyktatury matołów, bo oni tego nie zrobią!

Tak czy inaczej, nawet jeśli dyktatura matołów pozostanie przy korycie, warto będzie przyglądać się poczynaniom Brytyjczyków i konfrontować je z rozwojem sytuacji w Polsce. Choćby po to, by uświadomić sobie różnicę w podejściu do interesów strategicznych między poważnym państwem a kartoflanym kondominium.

Gadający Grzyb

sobota, 28 maja 2011

Pstryczek-elektryczek II


Czy do uzależnienia od Rosji prócz ropy i gazu dołożymy też energię elektryczną?



Kiedy w listopadzie 2010 roku płodziłem notkę „Pstryczek-elektryczek”, w której opisywałem wstępne przymiarki naszego nie-rządu do importowania energii elektrycznej z Obwodu Kaliningradzkiego, czułem w kościach, że do tematu przyjdzie jeszcze wrócić. No i proszę – minęło pół roku i przez łamy mediodajni przemknęły notki informujące, że sprawa jest już praktycznie przyklepana. Oznacza to pogłębienie uzależnienia energetycznego od Rosji i marginalizację alternatywnych rozwiązań czekającego nas w najbliższych latach niedoboru energii elektrycznej.


Ot, kolejny powód, dla którego obecna kamaryla powinna stanąć przed Trybunałem Stanu.


I. Budujemy mosty...


Ale po kolei. Otóż w listopadzie ubiegłego roku do prasy wyciekła informacja o rozpoczętych pracach analitycznych nad budową mostu energetycznego z Kaliningradu, którym popłynąłby do Polski prąd z budowanej Bałtyckiej Elektrowni Jądrowej. Pierwsze ustalenia zapadły najprawdopodobniej podczas rozmów wicepremierów Waldemara Pawlaka i Igora Sieczina przy okazji podpisywania kontraktu gazowego. Uruchomienie rosyjskiej elektrowni planowane jest na 2016 rok (drugi blok ma ruszyć w 2018). Most byłby wspólnym przedsięwzięciem operatorów Inter RAO (Rosja) i PSE Operator (Polska). Jego budowa pochłonęłaby kilkaset milionów złotych, do której to sumy należy dołożyć jeszcze inwestycje infrastrukturalne po polskiej stronie, przy czym koszt 1 km nowej linii oscylowałby w okolicach miliona euro i byłby to już wyłączny wydatek polskiego operatora.


Jednocześnie warto zwrócić uwagę, że do takiego projektu najprawdopodobniej nie dołoży się Unia Europejska, preferująca budowę połączeń energetycznych pomiędzy krajami wspólnoty. Warto w tym miejscu przypomnieć, że pierwotnie planowany był most energetyczny Alytus-Ełk, którym mieliśmy sprowadzać prąd z litewskiej elektrowni Visaginas mającej powstać w miejsce zamkniętej Ignaliny. Dodajmy, że taka polsko-litewska inwestycja miała wszelkie dane po temu, by uzyskać finansowe wsparcie Unii.


Dla Rosjan takie rozwiązanie było bardzo niewygodne, stawiało bowiem pod znakiem zapytania opłacalność Bałtyckiej Elektrowni Jądrowej budowanej głównie z myślą o eksporcie energii – do krajów bałtyckich, Polski i Białorusi. Rozpoczęła więc intensywny lobbing, mający wyeliminować Visaginas z gry i właśnie widzimy pierwsze konkretne skutki. O moście energetycznym z Litwą zrobiło się cicho, natomiast kilka dni temu szef Polskiej Grupy Energetycznej, Tomasz Zadroga, stwierdził że „Polska będzie kupować prąd od Rosjan”. Dodam, że jest to kwestia najbliższej przyszłości – rosyjski prąd popłynie bowiem do Polski, gdy tylko ruszy kaliningradzka elektrownia – czyli już za 5 lat. W tej chwili trwają negocjacje.


II. Tempo!


Zwróćmy uwagę na oszałamiające tempo: pierwsze rozmowy między Pawlakiem a Sieczinem odbyły się przy okazji podpisania umowy gazowej z Rosją (29.10.2010). O pracach analitycznych nad mostem energetycznym dowiedzieliśmy się w listopadzie 2010 przy czym prezes PSE Operator Henryk Majchrzak twierdził, że prace potrwają około roku, zaś cytowana przez „Rzeczpospolitą” wypowiedź („Byłoby grzechem zaniedbania, gdybyśmy nie wykonali analiz tej linii” ) sugerowała, że nic nie jest przesądzone - taka analiza "na wszelki wypadek"... Tymczasem już w lutym 2011 dowiadujemy się , że między Inter RAO a PGE i PSE Operator toczone są rozmowy odnośnie importu rosyjskiego prądu – padają wstępne liczby: 1000 MW, czyli ok. 8% rocznego zapotrzebowania Polski. Teraz prezes PGE przyznaje, że te rozmowy to już regularne negocjacje a kwestia importu jest przesądzona. Przypomnijmy, że prace studyjne nad mostem zakończą się dopiero jesienią, a już zapadła polityczna decyzja o imporcie (PSE Operator podlega Ministrowi Gospodarki, czyli W. Pawlakowi, temu samemu, który rozmawiał z Sieczinem i „negocjował” kontrakt gazowy). Jedyna korekta realizowanego z żelazną konsekwencją scenariusza to zamiana polskiej końcówki mostu z Olsztyna na Elbląg.


Osobną kwestią jest pośpiech z jakim Rosjanie realizują swoją atomową inwestycję przy naszej granicy – powstaje uzasadniona obawa, czy wybudowana w takim tempie elektrownia będzie w pełni bezpieczna zważywszy na przysłowiowy rosyjski „bardak”...


III. Prognozy, obawy...


Teraz pozwolę sobie na kilka spekulacji. Otóż podejrzewam, że o finale negocjacji dowiemy się jak zwykle, gdy będzie już za późno, prorządowe media nie drążą bowiem sprawy, zadowalając się krótkimi notkami w rubrykach gospodarczych. Powtarza się tu scenariusz z negocjacji gazowych – temat o kapitalnym znaczeniu dla Polski spychany jest na daleki plan i wypłynie zapewne dopiero wtedy, gdy wszystko będzie już postanowione. Ta opieszałość dotyczy również opozycji – przypominam, że „w temacie” gazowym PiS ocknął się tuż przed finałem rozmów, podobnie może być z kwestią importu energii elektrycznej – tymczasem trzeba krzyczeć teraz, bo za kilka miesięcy może być już za późno.


Kolejna obawa, którą pragnę się na zakończenie podzielić, dotyczy skali importu – sądzę, że podobnie jak w przypadku gazu Rosja zechce nas napchać swoim prądem po gardło, tak by ostatecznie wyeliminować z gry litewską Visaginę, a może nawet nasz Żarnowiec. Innymi słowy, może to być znacznie więcej niż 1000 MW i 8% naszego zapotrzebowania o którym na razie mowa, zaś Rosja zechce zapewne osiągnąć status wyłącznego eksportera na naszym rynku. Jak to przełoży się na ceny energii? Przypominam, że gaz z Rosji miał być „tani” a jeśli w negocjacjach maczają palce „specjaliści” od Pawlaka...


I wreszcie – czy naprawdę nie jesteśmy w stanie poczekać czterech-sześciu lat dłużej, do zakończenia budowy elektrowni w Visaginas (rok 2020) i w Żarnowcu (rok 2022), a póki co sprowadzać brakujący prąd z innych kierunków, albo zainwestować chociażby w modernizację połączenia z ukraińską elektrownią „Chmielnicki”? A co z mającymi ponoć powstać elektrowniami gazowymi?


W paru notkach (np. TU i TU) wysnułem „spiskową” teorię, że Rosja zapragnie odbić sobie na innych polach to co utraciła przy okazji negocjacji gazowych na skutek wmieszania się w ostatniej chwili Komisji Europejskiej. Import prądu z Kaliningradu wygląda na część tej „rekompensaty”, zaś Kreml uzyska kolejne narzędzie nacisku – do groźby zakręcenia gazowego kurka dojdzie atomowy „pstryczek-elektryczek”.


Gadający Grzyb


ilustracja: „Rzeczpospolita”

piątek, 1 kwietnia 2011

NIE pozwólmy sprzedać „LOTOS-u”!


TUTAJ MOŻNA PODPISYWAĆ OGÓLNOPOLSKI PROTEST PRZECIW SPRZEDAŻY STRATEGICZNEJ RAFINERII „LOTOS”.



Dla niecierpliwych: link do petycji na końcu tekstu.


Cierpliwym polecam resztę moich gryzmołów.


I. Blogerskie Kasandry.


Kiedy niedawno podniósł się szum wokół zaplanowanej przez rząd PO na okres powyborczy prywatyzacji Lotosu, naszła mnie niewesoła refleksja. Jakoś tak się bowiem dziwnie składa, że co jakiś czas muszę powracać do tematów, które poruszałem wcześniej, a którymi w mainstreamie pies z kulawą nogą się nie interesował. Po pewnym czasie te same tematy nagle, ni z tego ni z owego, robiły się głośne, nośne i ogólnie trendy. Dodam, że robiły się głośne, nośne i tak dalej z reguły wtedy, gdy już kompletnie nic z nagłego przypływu zainteresowania nie wynikało i było „pozamiatane”. Tak miała się sprawa m.in. z kwestią stypendiów Gazpromu dla doktorantów z Uniwersytetu Warszawskiego (o czym donosiłem w maju 2010), tak stało się z polsko-rosyjskimi negocjacjami gazowymi (a właściwie gazowym dyktatem) zakończonymi w wiadomy sposób (pierwszą z wielu notek napisałem w sierpniu 2009), tak było wreszcie z kwestią prywatyzacji Lotosu (notka – listopad 2010).


Założę się, że w swych odczuciach nie jestem jedyny. Syndrom „blogerskiej Kasandry” dotyka zapewne wielu z piszących na różnych rozsianych po sieci portalach. Pozostaje nam tylko gorzkie „a nie mówiłem/-am?”.


II. Opozycyjny refleks.


I wszystko byłoby w porządku, w końcu nie ma obowiązku czytania blogów (chociaż profesjonalne partie polityczne powinny się orientować co tam, panie, się kotłuje w blogerskich czworakach), gdyby opozycja nie wykazywała się w kluczowych dla kraju sprawach tzw. refleksem szachisty.


Pisząc „opozycja” mam na myśli przede wszystkim Prawo i Sprawiedliwość, bo przecież nie SLD z wiadomymi uwikłaniami, czy coraz bardziej groteskowych „PJoN-ków”. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego „w temacie” gazowym opozycjoniści ocknęli się dopiero na finiszu renegocjacji „kontraktu jamalskiego”, o gazpromowskich stypendiach mających wyhodować w Polsce nową agenturę wpływu wciąż milczą... a Lotos i ropa?


Ano właśnie, o prywatyzacji Lotosu również milczano. Aż do teraz. Zbliża się kampania? A co po kampanii? Znowu „refleksja na schodach”, gdy sprzedaż będzie już przyklepana i zostanie puste gardłowanie?


III. Zmusić mainstream do reakcji.


Cóż, skoro jak wykazałem powyżej, możemy pisać sobie notki do połamania klawiatur, a i na aktywność największej partii opozycyjnej można liczyć... hm, wybiórczo, to najwyższy czas wziąć sprawy we własne ręce i zmusić polityczno-medialny mainstream do reakcji.


Poniżej przytaczam treść petycji pana Filipa Stankiewicza sprzeciwiającej się sprzedaży udziałów Skarbu Państwa w spółce „Lotos”. Istnieje realne niebezpieczeństwo, że bezpośrednio lub pośrednio ta strategiczna firma wpadnie w ręce Rosji. Od siebie dodam, że Lotos jest również mniejszościowym udziałowcem gdańskiego Naftoportu, który może stać się następnym etapem polityczno-biznesowej ekspansji Rosji w Polsce. Tylko od nas zależy, czy protest okaże się skuteczny. Ja podpisałem, a WY?


IV. Petycja.



Do:

kancelaria Prezesa Rady Ministrów


Pan Donald Tusk, Prezes Rady Ministrów

00-583 Warszawa

Al. Ujazdowskie 1/3

(22)694 60 00

kontakt@kprm.gov.pl




Rząd chce sprzedać większościowy pakiet akcji „Lotosu” - jednej z dwóch dużych rafinerii w Polsce, która stanowi kluczowe ogniwo naszego systemu bezpieczeństwa energetycznego. Roztropne władze wysoko rozwiniętych Państw nie sprzedają strategicznych firm sektora paliwowego. W dodatku „Lotos” posiada znaczące własne zasoby ropy.


Zagrożenia są bardzo poważne – niedostatek konkurencji umożliwi nabywcy śrubowanie cen kosztem kierowców lub sprzedaż paliwa po niższych cenach własnym stacjom benzynowym, co przyczyni się do upadku innych stacji. Doprowadzi to do ograniczenia konkurencji wśród stacji benzynowych co oznacza drenaż portfeli nas wszystkich. Co prawda rząd zapewnia, że umowa sprzedaży będzie obwarowana zapisami zabezpieczającymi, ale łatwo będzie je ominąć lub wykorzystać niezdolność rządzących do ich egzekwowania od bogatego i wpływowego koncernu.


Jeszcze większe ryzyko istnieje w przypadku sprzedaży „Lotosu” jednemu z koncernów rosyjskich, na który mogą politycznie wpływać władze Rosji – świadczy o tym sprawa wieloletniego więzienia właściciela Jukosu Michaiła Chodorkowskiego. Zagrożenie pokazuje jaskrawo przykład wieloletniej odcięcia dostaw ropy z Rosji do rafinerii Orlenu w Możejkach. Jak wynika z depesz ambasad USA ujawnionych przez portal Wikileaks, wicepremier Rosji Sieczin wydał w lipcu 2006 polecenie wstrzymania dostaw ropy do Możejek, a do „awarii” rurociągu Przyjaźń, którym rosyjska ropa była tłoczona do Możejek, doszło w tym samym miesiącu. Oznacza to, że Rosjanie nie chcą zarabiać na sprzedaży ropy, tylko wymuszają sprzedaż Możejek własnym koncernom paliwowym. Do czego mogą się posunąć po zakupie „Lotosu”? Sprzedaż „Lotosu” koncernowi krajowemu lub zagranicznemu spoza Rosji również otwiera drzwi do przejęcia tej jednej z najnowocześniejszych rafinerii przez Rosjan.


Bardzo szkodliwy jest również moment sprzedaży „Lotosu”, przez co uzyskana cena będzie znacznie niższa niż możliwa do uzyskania za tak dobrą i świetnie zlokalizowaną firmę. Rząd Donalda Tuska chce zbyć „Lotos” w chwili, gdy spółka jest zadłużona na realizację programu inwestycyjnego 10+ i przed osiągnięciem efektów finansowych tych inwestycji. Wartość spółki będzie rosła – mówią o tym eksperci i prezes „Lotosu” Paweł Olechnowicz. Kolejnym czynnikiem mogącym spowodować niska cenę jest niepewność co do zapotrzebowania na paliwo z powodu światowego kryzysu. W efekcie będzie to w praktyce wyprzedaż i żadne próby przedstawienia ceny jako atrakcyjnej - z użyciem odpowiednio dobranych wskaźników - tego nie zmienią.


Nie chodzi o ideologię, jak próbuje zasugerować premier Donald Tusk, a jedynie o egzystencję nas wszystkich i gospodarki Polski.


Niżej podpisany/a:


Filip Stankiewicz


80-404 Gdańsk


filipstankiewicz@wp.pl



TUTAJ MOŻNA PODPISYWAĆ OGÓLNOPOLSKI PROTEST PRZECIW SPRZEDAŻY STRATEGICZNEJ RAFINERII „LOTOS”:


http://www.petycje.pl/petycja/6902/og%C3%93lnopolski_protest_przeciw_sprzeda%C5%BBy_strategicznej_rafinerii_and#8222;lotosand


Gadający Grzyb

sobota, 27 listopada 2010

O „korzystnej formule cenowej”


Motto: „W czasie negocjacji o dodatkowych dostawach udało nam się wypracować korzystną formułę ceny.” W. Pawlak.

I. Pół miliarda rocznie!

Trzymam się ostatnio tematyki surowcowo-energetycznej jak pijany płota, ale cóż począć skoro co i rusz pokazują się takie kwiatki, że nie sposób przejść obojętnie. Oto na łamach „Rzeczpospolitej” dr Hubert A. Janiszewski wylicza, ile straciliśmy w porównaniu z krajami UE na „korzystnej formule cenowej” wynegocjowanej przez ekipę Waldemara Pawlaka. Otóż autor, powołując się na dane Międzynarodowej Agencji Energii (IEA) podaje, że:

- w III kwartale br. Gazprom sprzedawał gaz do krajów UE średnio po 318 dol. za 1000 m3;

- Polska będzie płacić za ten sam gaz 350-370 dol. za 1000 m3;

- w efekcie, przy założeniu, że do końca 2010 sprowadzimy ok. 9,7 mld m3 gazu, oznacza to, że w skali roku zapłacimy Gazpromowi o ok. 485 mln dol. więcej niż pozostałe kraje UE!

Ten arcyciekawy aspekt umowy celnie skomentował Antoni Dudek, podnosząc kwestię, jak te niemal pół miliarda „zielonych” ma się do stanu naszych finansów publicznych i którzy urzędnicy sygnowali swoimi podpisami porozumienie z Gazpromem.

Ja pozwolę sobie potraktować sprawę w szerszym kontekście.

II. Dywersyfikacja, głupcze!

Po pierwsze, warto zwrócić uwagę na to, dlaczego inne kraje płacą mniej. Otóż, pozostali europejscy odbiorcy rosyjskiego gazu cieszą się komfortem realnej dywersyfikacji dostaw surowca – sprowadzają go z Norwegii, Kataru, Algierii... i Rosja, stosownie do tego „dywersyfikuje” ceny. Inna formuła dla krajów sprowadzających gaz z wielu źródeł, inna dla państw uzależnionych od kierunku rosyjskiego. Proste. Jeżeli np. norweski eksporter Statoil za 1000 m3 liczy sobie 282 dol., to naturalne jest, że Gazprom musi spuścić z tonu. Na marginesie: w powyższym kontekście warto by rozważyć pociągnięcie przed Trybunał Stanu Leszka Millera za zerwanie zainicjowanej przez rząd Buzka umowy z Norwegami.

W Stanach Zjednoczonych mają w porównaniu z Europą istne eldorado - cena gazu kształtuje się tam w granicach zaledwie 140 dol. za 1000 m3! (dane – III kwartał br.). No, ale oni mają z kolei inną dywersyfikację – wewnętrzną – czyli wydobywany na coraz większa skalę gaz łupkowy. Co poddaję pod rozwagę tym „fachowcom”, którzy wmawiają nam, że te całe „łupki” to miraż, gruszki na wierzbie i nie ma co zawracać sobie nimi głowy.

III. Putin – komiwojażer.

Innym elementem układanki jest wciąż spadająca cena gazu na światowych rynkach.
„W opinii Międzynarodowej Agencji Energii (IEA) szczyt spadków cen nastąpi w 2011 roku i może się utrzymywać przez kilka lat.”
- pisze dr Janiszewski. Światowy kryzys oznacza mniejsze zapotrzebowanie na surowiec i warto tę okoliczność wykorzystać, tym bardziej, że Gazprom wedle danych z 1 października 2009 roku jest zadłużony na 58,38 mld dolarów i musi mieć środki na obsługę długu, nie wspominając już o inwestycjach. Zmniejszone o 15 mld m3 (będzie 515 zamiast 530 mld m3) w stosunku do prognoz z początku roku wydobycie pogłębia trudną sytuację koncernu, a więc także budżetu i całej rosyjskiej gospodarki.

Jeśli spojrzeć pod tym kątem, przestaje dziwić tyleż oryginalna, co - jak się okazuje – rozpaczliwa propozycja Putina sformułowana na łamach „Sueddeutsche Zeitung" przed forum gospodarczym niemieckich menadżerów, na które rosyjski premier, niczym zdesperowany komiwojażer postanowił udać się osobiście.

Clou artykułu stanowiły postulaty stworzenia rosyjsko – europejskiego „aliansu gospodarczego”, wspólnego zarządzania europejskim przemysłem i powołanie wspólnego kompleksu energetycznego. Do tego doszła krytyka „deindustrializacji” europejskiej gospodarki. Żywię brzydkie podejrzenie, iż za tą szlachetną troską o europejski przemysł kryje się w istocie obawa przed dalszym kurczeniem się rynku zbytu na rosyjskie surowce.

Ofertę Putina można podsumować następująco: rozwijajcie przemysł i kupujcie więcej naszego gazu! (bo inaczej padniemy).

IV. Jeszcze o gazociągu słubickim.

A teraz powróćmy do naszych baranów. Muszę bowiem przypomnieć kwestię tzw. gazociągu słubickiego, o którym pisałem szerzej w notce „Zapomniany gazociąg”. Otóż za pomocą tego gazociągu niemiecki koncern EWE dostarcza gaz do wielu gmin w województwie lubuskim. Tenże koncern proponował nam sprzedaż do 2 mld m3 gazu rocznie, czyli tyle ile brakowało nam w gazowym bilansie i który to deficyt stanowił oficjalny powód - czy raczej pretekst - do zawarcia niedawnego porozumienia z Gazpromem.

Wprawdzie byłby to zapewne gaz rosyjski (Niemcy nie mają zakazu reeksportu), niemniej, Niemcy to obliczalny partner biznesowy i można mieć pewność, że „błękitne paliwo” byłoby tłoczone niezależnie od ewentualnych politycznych zawirowań, a nade wszystko – Niemcy kupują rosyjski gaz taniej, więc nawet po doliczeniu marży jego cena byłaby porównywalna z tym co i tak płacimy Rosji. Poza tym, te kilkadziesiąt polskich gmin już bierze gaz od EWE i jakoś nie narzekają na drożyznę. Prawda, panie Pawlak?

Trzeba jedynie wyłożyć ok. 120 mln złotych na położenie 30-40 km rur, by połączyć gazociąg z polską siecią przesyłową (dla porównania – EWE już wybudowało w Polsce 1200 km gazociągów) i udostępnić niemieckiej spółce któryś z magazynów – nie za darmo przecież! – do przechowywania obowiązkowych, ustawowych rezerw surowca.

Tyle, że państwowe spółki: Gaz-System (operator polskiej sieci) oraz PGNiG (właściciel magazynów) pozostają głuche na ofertę. Brak „woli politycznej” bije po oczach. Domyślam się, że dla wicepremiera Pawlaka to co jest dobre dla kilkudziesięciu lubuskich gmin nie jest „korzystną formułą cenową”.

O tym, że w ten sposób podłączylibyśmy się do europejskiego gazowego „krwiobiegu” nawet nie chce się wspominać...

V. Dobry wujek.

Z naszkicowanej powyżej sytuacji wynika, że podpisaliśmy długoletnią umowę, na mocy której będziemy słono przepłacali za surowiec, który w najbliższym czasie ma konsekwentnie tanieć, pogłębiając nasze uzależnienie od wschodniego kierunku dostaw i – chociażby - stawiając pod znakiem zapytania przyszłość świnoujskiego gazoportu. Ugięliśmy się pod cenowym dyktatem „potentata”, który właśnie przeżywa finansowe trudności i któremu kurczy się zarówno wydobycie, jak i rynek zbytu. Kuriozum na skalę światową.

Nic to. Te prawie pół miliarda dolarów ekstra, które w porównaniu do krajów Europy Zachodniej będziemy rok w rok walić w rosyjską studnię z pewnością się naszemu „partnerowi” przyda. Gazpromowi – chociażby na obsługę zadłużenia, zaś budżetowi Federacji Rosyjskiej do którego Gazprom odprowadza część dochodów... niech pomyślę... na modernizację armii... kolejne Mistrale...

Naszemu państwu i naszej armii te 485 mln dol. rocznie jest absolutnie zbędne. Wszak dla dalszego „ocieplenia” stosunków warto się zabawić w dobrego wujka i podesłać naszym nowym, posmoleńskim przyjaciołom trochę kasy.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

czwartek, 25 listopada 2010

Pstryczek-elektryczek


Import energii elektrycznej z Kaliningradu, czyli kolejny etap „ocieplenia”.

I. Blokada informacyjna.

Kto jeszcze pamięta czasy, gdy Rosjanie puentowali Tuskowe zabiegi o „przełamanie lodów” słowami: „powiedzcie, jakie macie do nas sprawy, bo my do was nie mamy żadnych”? Od jakiegoś czasu bowiem okazuje się, że Rosja, owszem, ma u nas do załatwienia swoje „sprawy”, ba – można nawet rzec, że „sprawy” te są załatwiane z coraz większym rozmachem. Tylko, dziwna rzecz, nasz rząd jakoś nie lubi się tym chwalić, nie urządza konferencji prasowych ani briefingów na tle ściany wypełnionej fotkami, podczas których mógłby pysznić się owocami współpracy. Tacy skromni. Dodam, że w rządową skromność wpasowują się ochoczo wiodące mediodajnie i to do tego stopnia, że złakniona wiedzy o kolejnych sukcesach publiczność musi kontentować się skąpymi wzmiankami skrzętnie schowanymi w rubrykach gospodarczych gazet i portali.

Normalnie, jak w Ewangelii: nie wie lewica, co czyni prawica...

II. Most energetyczny Kaliningrad – Olsztyn.


Z tego „skromnościowego” nurtu wyłamała się niedawno „Rzeczpospolita”, która donosi, że oto polscy i rosyjscy operatorzy sieci energetycznych (PSE Operator i Inter RAO) szykują się do sporządzenia wspólnej analizy odnośnie przeprowadzenia „mostu energetycznego” z powstającej w Obwodzie Kaliningradzkim Bałtyckiej Elektrowni Jądrowej do Olsztyna. Podobno takie ustalenia zapadły podczas ostatniej wizyty w Polsce rosyjskiego wicepremiera Igora Sieczina. Ponoć ta wizyta i spotkanie z polskim odpowiednikiem – wicepremierem Pawlakiem miała jedynie służyć podpisaniu nowej umowy gazowej, a tu okazało się że nie tylko...

Taka analiza to na pozór nic strasznego, tyle, że w praktyce oznacza ona, iż nasz rząd na poważnie przymierza się do importowania znacznej części potrzebnej nam energii elektrycznej z Rosji. A Rosja takiej gratki nie przepuści, bowiem poza względami biznesowymi, oznacza to uzależnienie Polski północno-wschodniej (co najmniej) od rosyjskiego prądu.

III. Kaliningradzki pstryczek – elektryczek.

Pytanie, co z elektrownią atomową na Litwie (Visaginas) i polsko – litewskim mostem energetycznym, w którym mieliśmy partycypować i który wraz z naszym przyszłym atomem miał być istotnym czynnikiem zapewniającym stabilność energetyczną w regionie. Jak twierdzi litewski premier, Andrius Kubilius, Rosjanie gdzie tylko mogą, tam lobbują, by zniechęcić do litewskiej elektrowni potencjalnych inwestorów. Z Polską, jak widać już się udało.

Docelowo elektrownia w Obwodzie Kaliningradzkim ma zaopatrywać w prąd Pribaltikę, Białoruś i Polskę. Już teraz, po zamknięciu litewskiego Ignalina, kraje nadbałtyckie importują energię z Rosji i najwyraźniej tak ma pozostać. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że budowa kaliningradzkiej elektrowni rusza w przyszłym roku, zaś jej kolejne bloki mają zostać uruchomione w latach 2016 i 2018, to nic dziwnego, że Rosjanom zaczyna się śpieszyć, tym bardziej, że budowa połączenia z Polską potrwałaby ok. siedmiu lat, zaś wedle opinii ekspertów projekt kaliningradzkiej elektrowni będzie nieopłacalny, jeżeli jednym z głównych odbiorców energii nie będzie Polska.

Trzeba też przypomnieć w kontekście „coraz bardziej nas otaczającej” przyjaźni ze strony naszego Północnego Sąsiada, że mamy w tej chwili połączenie z ukraińską elektrownią atomową „Chmielnicki”. Łącze wymaga wprawdzie modernizacji i remontu ale jest – nie trzeba budować go od zera. Sytuacja wypisz wymaluj podobna do tej z gazociągiem słubickim o którym pisałem nie tak dawno temu (http://niepoprawni.pl/blog/287/zapomniany-gazociag).

Ale cóż – dla naszych decydentów najwyraźniej bardziej kuszący jest kaliningradzki pstryczek-elektryczek. Jedyna szansa, że Komisja Europejska nie zgodzi się na dofinansowanie tej inwestycji (kilkaset mln zł) konkurencyjnej wobec wspieranego przez Unię projektu połączenia Ełk – Alytus. Tyle, że grozi to kolejną (po negocjacjach gazowych) kompromitacją, kiedy to Unia będzie występować w naszym interesie wbrew stanowisku polskiego rządu...

No i nie od rzeczy byłoby zapytać jak tam się mają sprawy z naszym Żarnowcem – czy oprócz kolejnych dat wpisywanych do „Polityki energetycznej Polski” (ostatnio obowiązuje jak się zdaje rok 2022), sprawy ruszyły choć o krok do przodu...

IV. Rekompensata.

Aż boję się pomyśleć, o czym jeszcze nie zostaliśmy poinformowani, jakież to inne „poboczne” ustalenia zapadły przy okazji finalizowania gazowego dealu. Przypomnę, że na skutek wmieszania się Komisji Europejskiej w końcową fazę gazowych negocjacji, ostateczny kształt kontraktu jest grubo poniżej pierwotnych rosyjskich oczekiwań. W związku z tym, sformułowałem w jednej z poprzednich notek hipotezę, że Rosja będzie oczekiwała stosownej „rekompensaty”, by na innych odcinkach surowcowo – energetycznych powetować sobie to co straciła na gazie.

Hipoteza ta z tygodnia na tydzień staje się coraz bardziej uprawdopodobniona. Spójrzmy:

- rząd od dawna uporczywie stosuje obstrukcję wobec łączącego nas z Niemcami gazociągu słubickiego, którym moglibyśmy sprowadzać z kierunku zachodniego do 2 mld m3 gazu rocznie, czyli tyle, ile brakowało nam w gazowym bilansie przed podpisaniem z Rosją nowej umowy (więcej w notce „Zapomniany gazociąg”);

- rosyjskie firmy (Rosnieft, TNK BP, Gazprom-Nieft) zainteresowane są kupnem większościowego pakietu Lotosu, do sprzedaży którego ma dojść w 2011 roku; w ten sposób prócz przejęcia 28% rynku paliw płynnych Rosja zbuduje swój przyczółek w Naftoporcie, którego mniejszościowym udziałowcem jest Lotos (patrz notka - „Rekompensata?”);

- niedawno rosyjskie konsorcjum „Nowatek” przejęło od niemieckiej firmy Knaube spółkę „Intergaz-System”, będącą potentatem na rynku gazu LPG w południowo – wschodniej Polsce i właścicielem nowoczesnego przeładunkowego terminalu kolejowo - drogowego przy torze szerokim i normalnym (zgodę jeszcze w sierpniu tego roku wydał UOKiK) (szerzej o tym w notce „Intergaz-Sysytem, czyli firma dla czekisty”);

- opisana powyżej kwestia importu energii elektrycznej z Rosji przy pominięciu kierunku dostaw z Litwy i/lub Ukrainy.

To przykłady z zaledwie kilku ostatnich tygodni (!!!).


Do tego należy oczywiście dodać umowę gazową stawiającą pod znakiem zapytania rolę budowanego gazoportu w Świnoujściu, zaniedbania (wszystko wskazuje na to, że celowe) w kwestii zakopania Gazociągu Północnego pod torem podejściowym do portów Szczecin – Świnoujście, co w przyszłości uniemożliwi wpływanie statkom o zanurzeniu większym niż 13,5 metra. Uzależnienie od rosyjskiej ropy jest tak totalne i bezalternatywne, że w zasadzie już nikt na co dzień nie zaprząta sobie tym głowy...

Słowem – rekompensata postępuje jak się patrzy. A może jest jeszcze inaczej? Może powyższa wyliczanka miała zostać zrealizowana niezależnie od wyniku renegocjacji „kontraktu jamalskiego”? Może przechwycenie dużej części polskiego sektora energetyczno – surowcowego miało się odbyć nawet gdyby kontrakt gazowy podpisano w maksymalnie korzystnej dla Rosji formule?

I wreszcie: czy rząd Tuska – Pawlaka jest świadom, że polityka surowcowa i energetyczna traktowana jest przez Kreml jako jedno z głównych narzędzi neoimperialnej polityki Rosji? Również jako sposób wywierania presji na zagranicznych „partnerów”?

***

Rząd i reżimowe mediodajnie skupione są póki co na przeżywaniu zbiorowego orgazmu związanego z rychłą wizytą gospodina Miedwiediewa. Osobiście przypuszczam, że istotnie czeka nas wieloszczeblowe „ożywienie dyplomatyczne” na linii Polska – Rosja. Wszak jest tyle pięknych interesów, których trzeba dopilnować w Priwislańskim Kraju. Wiadomo – pańskie oko konia tuczy.

Mnie w związku z tą wizytą interesuje jedno: jakimi poskutkuje ustaleniami? I czy o nich również dowiemy się dopiero, gdy wejdą w fazę realizacji?

Gadający Grzyb

P.S. Źródło ilustracji: „Rzeczpospolita”.

Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

środa, 17 listopada 2010

Intergaz-System, czyli firma dla czekisty.


Kolejna odsłona dzielenia polskiego tortu energetycznego.

I. Umoczyć dziób.

Oczywiście, nie mogło być tak, żeby polski tort energetyczny podzieliły między siebie jedynie chłopaki-kagiebiaki z Rosnieftu (vide - przymiarki do Lotosu) i Gazpromu. A inni to co, pies? Dlatego mądry car Władimir Władimirowicz Putin niczym roztropny ojciec chrzestny dba, by w polskim interesie mogli „umoczyć dziób” również pomniejsi członkowie kremlowsko-mafijnej rodzinki.

Weźmy takiego przyjaciela Putina jak Giennadij Timczenko, największy udziałowiec konsorcjum Nowatek (drugi co do wielkości producent gazu ziemnego w Rosji). Trzeba wspomóc druha-czekistę. I wspomożono, już w sierpniu 2010 roku, kiedy to bez zbędnych fanfar, dyskretnie, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta wydał zgodę na przejęcie przez Nowatek Polska stu procent udziałów w podkieleckim Intergaz-Systemie (będącym do tej pory własnością niemieckiej firmy Knaube), które to przedsiębiorstwo jest potentatem na rynku gazu LPG (m.in. gaz w butlach i autogaz) w południowo – wschodniej Polsce.

II. W cieniu gazowych negocjacji.


Przypomnijmy, że w tym samym czasie pełną parą szły gazowe renegocjacje tzw. „kontraktu jamalskiego”, kiedy to nasi „negocjatorzy” pod przewodem Waldemara Pawlaka dwoili się i troili, by „zapewnić stabilność dostaw” (czytaj – uzależnić nas od rosyjskiego gazu w stopniu wykluczającym jakąkolwiek znaczącą dywersyfikację) w jak najdłuższym wymiarze czasowym i jak największej ilości. Przy skali jamalskiego dealu udzielenie zgody na odstąpienie Rosjanom jakiejś tam firemki mogło jawić się jako nieznaczący epizod, mogący jedynie dodatkowo "ocieplić klimat".

Jednak, jak wiadomo, na finiszu do rozmów wmieszała się Komisja Europejska, która w interesie Niemiec doprowadziła do względnego poluzowania gazowego uścisku. Domyślam się, że musiało to przyśpieszyć parcie na przejęcie Intergazu. Transakcja kilka dni temu została więc szczęśliwie sfinalizowana.

III. Komu LPG, komu?

Jak optymistycznie podają rubryki gospodarcze niektórych portali, Nowatek jest operatorem „niezależnym”, co w praktyce oznacza, że Gazprom jest „zaledwie” mniejszościowym udziałowcem (19,58 %), większość udziałów (23,5 %) kontroluje natomiast Volga Resources, fundusz inwestycyjny należący do wspomnianego już Giennadija Timczenki, byłego oficera KGB, przyjaciela Putina jeszcze z petersburskich czasów. Trzeci duży udziałowiec, to prezes Nowateku, Leonid Michelson (20 proc.).

Nowatek już w tej chwili sprowadza do Polski 20-25 tysięcy ton LPG, co przekłada się na kontrolę nad 12,5 – 15% rynku. Teraz Rosjanie otrzymają za 3 mln USD rozwiniętą firmę z siecią dystrybucji (w promieniu 250 km od Kielc i całym kraju jeśli chodzi o przemysłowe instalacje zbiornikowe), bazą zbiornikową, rozlewniami gazu do butli, cysternami... a nade wszystko nowoczesnym przeładunkowym terminalem kolejowo – drogowym zlokalizowanym przy szerokim (wiodącym z Ukrainy) i standardowym torze (lokalizacja – Wola Żydowska k. Pińczowa). Sądzę, że dla Nowateku (jedynym prócz Gazpromu eksporterze gazu z Rosji) szczególnie łakomym kąskiem był właśnie ów terminal. Słowem – znakomita odskocznia do dalszej ekspansji na Polskę i region, co zresztą otwarcie przyznaje rosyjskie konsorcjum.

IV. „Porządkowanie” stref wpływów?


Ciekawa sprawa, że niemiecka firma Knaube, bez oporów zgodziła się odsprzedać kwitnący interes za marne 3 miliony „zielonych”, czyli nieco ponad 8,8 mln zł. Czyżby Niemcy aż tak rozpaczliwie potrzebowali gotówki? Nie sądzę. Wygląda mi to raczej na element „porządkowania” gospodarczych stref wpływów w Polsce między Rosją a Niemcami, ale pewnie znajdą się tacy, co stwierdzą, że za transakcja stoją wyłącznie biznesowe względy, ja zaś jestem przewrażliwiony...

***

Cóż, może to przejaw mojej tyleż chronicznej, co nieuleczalnej rusofobii, ale nie tankuję na rosyjskich stacjach obecnych już w Polsce. Wystarczy mi świadomość, że kupuję paliwo wytwarzane z ruskiej ropy. Teraz mam nieśmiałą prośbę to właścicieli aut na gaz: sprawdzajcie, czy wasza stacja nie zaopatruje się przypadkiem w Intergaz-Systemie. Nie ułatwiajmy Rosji konsumowania polskiego energetycznego tortu. Wystarczy, że czyni to z zadziwiającą skwapliwością nasz rząd i jego agendy.

Gadający Grzyb

Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl