Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zielona wyspa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zielona wyspa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 lutego 2012

Zielona wyspa w czarnej dziurze


O wzroście gospodarczym z którego nic nie wynika.


I. Zielona wyspa czy czarna dziura?

Oto mały materiał poglądowy, jak można w skrajnie odmienny sposób zinterpretować to samo badanie w zależności od politycznego zapotrzebowania. „Gazeta Wyborcza” i „wPolityce.pl” wzięły na warsztat ten sam raport Eurostatu dotyczący ubóstwa i wykluczenia społecznego. Wnioski? Spójrzmy:

„Wyborcza” entuzjastycznie: Ubywa nam biednych najszybciej w całej Unii. Liczba Polaków, którzy nie mogą związać końca z końcem, w sześć lat zmniejszyła się z 13 do 5 milionów - wynika z najnowszego raportu Eurostatu”.

„wPolityce” apokaliptycznie: „To nie są badania instytutu nadzorowanego przez wrednych polityków opozycji. Unijne biuro statystyczne Eurostat podał, że 115 milionów osób w UE, czyli 23,4 proc. ludności, było w 2010 r. zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym. W Polsce jeszcze więcej: 27,8 proc., czyli ponad 10 mln.”

Czyli z jednej strony żyjemy na fenomenalnie rozwijającej się „zielonej wyspie”, bezrobocie spada, postępy postępują, Polska rośnie w siłę a ludziom żyje się dostatniej. Z drugiej zaś zieje czarna dziura w której ponad jedna trzecia obywateli (10 mln) zagrożona jest ubóstwem, co przekłada się na znacząco wyższy odsetek niż wynosi unijna średnia. Wyjątkowo ponuro wygląda to w odniesieniu do dzieci, gdyż tu mamy 30,8% zagrożonych biedą lub wykluczeniem społecznym. Ciekawe, że „Wyborcza” podaje jedynie dane dotyczące osób zdiagnozowanych jako ubogie (5 mln – 14,2%), zaś „wPolityce” podaje szerszą formułę - osób zagrożonych ubóstwem.

II. Balans nad otchłanią

Prawda zaś jest taka, że mamy pięć milionów ubogich (czyli takich, którzy spełniają cztery z 9 kryteriów: np. nie stać ich na opłacenie mieszkania i rachunków, nie posiadają urządzeń takich jak pralka, telewizor czy telefon, nie stać ich na wakacje), i drugie tyle balansujących nad przepaścią (czyli żyjących na granicy ubóstwa - 688 zł na osobę w gospodarstwie domowym, nawet doliczając pomoc społeczną; mających ciężką sytuację materialną np. nie mogących opłacić rachunków lub żyjących w gospodarstwach domowych o tzw. niskiej intensywności pracy). Warto przy tym wziąć pod uwagę, iż bieda jest u nas tematem krępującym i ludzie często wstydzą się podawać prawdę o swej sytuacji, by nie wyjść na nieudaczników.

Ja bym jeszcze uwzględnił dodatkową podkategorię, mianowicie tzw. „working poor”, t.j. „pracującą biedotę” - „osoby aktywne zawodowo, które starają się utrzymać na rynku pracy, podejmując nisko płatną pracę etatową, czasową, dorywczą, w niepełnym wymiarze godzin, zatrudniając się w agencjach pośrednictwa pracy lub wykonując prace interwencyjne lub publiczne. Nie mogą oni korzystać z przywilejów przysługujących bezrobotnym, a jednocześnie ich dochody nie wystarczają na godne życie. Większość z nich nie jest w stanie zmienić swojej sytuacji materialnej.” (za artykułem prof. Ewy Polak z Uniwersytetu Gdańskiego). Takich osób wg badania CBOS z 2008 roku jest w Polsce 2,1 mln i nie są to bynajmniej „robole” od kopania rowów, tylko często np. pracownicy umysłowi zatrudnieni na tzw. umowach śmieciowych.

III. Rozwój na protezach

No, ale ubóstwo przecież jednak maleje, prawda? Tylko, czy ów spadek jest świadectwem żywotności i rozwoju naszej gospodarki, czy też jest efektem działania pewnych protez, po usunięciu których sytuacja wróci do dawnego poziomu? Otóż, należy zwrócić uwagę na odciążenie polskiego rynku pracy emigracją zarobkową, która wyrzuciła na zewnątrz jakieś 2 miliony osób w wieku produkcyjnym, najczęściej młodych. To pierwsza proteza. Ludzie ci ponadto zasilają często rodzinę w kraju przysyłanymi pieniędzmi, a jeśli nawet stracili pracę za granicą, to wolą żyć na angielskim, czy irlandzkim socjalu niż wracać. To proteza druga. No i wreszcie strumień unijnych funduszy wpompowywanych w rolnictwo, zarówno w postaci dopłat bezpośrednich, jak i w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich. Do tego dochodzą inne programy unijne. To proteza trzecia. Wyobraźcie sobie sytuację po ich wyeliminowaniu, gdyż każdy z tych „amortyzatorów biedy” kiedyś się zużyje, z euro-funduszami włącznie.

Generalnie, wychodzi na to, iż wzrost gospodarczy w znikomym stopniu przekłada się na poprawę sytuacji materialnej Polaków. Wypracowywane bogactwo nie ścieka w dół, jak to powinno się dziać w zdrowej gospodarce i jest to zjawisko charakterystyczne dla różnych bananowych republik - będące efektem rozmaitych patologii, typowych dla krajów postkolonialnych.

IV. Miasto, wieś a rynek pracy

Dodałbym do tej diagnozy jeszcze jeden czynnik, wpływający na rozwój zjawiska „pracujących biednych” i psujący w dużym stopniu rynek pracy. Rzecz, jak się zdaje, nie jest do tej pory opisana i słabo widać ją z Warszawy, ale silnie odczuwa się ją na prowincji, w małych miejscowościach. Otóż jedną z zalet Polski jest dla inwestorów stosunkowo tania siła robocza. Skąd bierze się owa taniość? Ano w znacznej mierze z rolniczych przywilejów, takich jak KRUS, czy dopłaty bezpośrednie. W efekcie, zakład lokowany w małym miasteczku nie tyle daje zatrudnienie „miastowym” bezrobotnym, ile ściąga do siebie okolicznych małorolnych, zwożonych do pracy masowo firmowymi busami. Wiem co piszę, gdyż obserwuję to na co dzień.

Jak działa ten mechanizm? Otóż, koszty utrzymania na wsi są niższe niż w mieście – nawet małym. Rolnik jest ubezpieczony w KRUS-ie, więc pracodawcy odpada horrendalny ZUS, którym obciążona jest płaca „miastowego”. Do tego dochodzą unijne dopłaty rolnicze, które w dużym stopniu pokrywają nakłady na gospodarstwo. Tak więc, „wsiowy” może sobie pozwolić na zatrudnienie się za niską płacę i na śmieciowej umowie, bo w robocie zarobi gotowy grosz, małohektarowe gospodarstwo i tak „się obrobi” wspólnymi silami rodziny, plony z tych kilku hektarów sprzeda się w sezonie na rynku, dach nad głową jest ten sam od pokoleń i aby tylko na prąd starczyło, woda podciągnięta ze studni, szambo (bez murowanego dna) się spuści nocą do rowu... jednym słowem, da się żyć.

Z takiego małorolnego „chłoporobotnictwa” żyją w mojej okolicy całe wsie i to całkiem całkiem, co widać szczególnie dwa razy w tygodniu, w dni targowe, zwane u mnie „świętem dyszla”, kiedy to do miejscowej „Biedronki” rusza okoliczna klientela. Porównawczy rzut oka na zawartość wózków „wsiowych” i „miastowych” mówi wszystko. „Miastowy”, siłą rzeczy pracujący za tę samą stawkę netto co „wsiowy”, przy wielokrotnie wyższych kosztach utrzymania, obejrzy z każdej strony serek, który „wsiowy” bez namysłu i w większej ilości wrzuci do wózka. W niespełna 20-tysięcznej mieścinie prosperuje 8 sieciowych dyskontów i supermarketów, ulokowanych strategicznie przy ulicach wylotowych, bądź w okolicy targowiska. Nie muszę chyba dodawać jak wpływa to na kondycję miejscowych sklepikarzy.

Ja na szczęście nie jestem zawistny, po prostu notuję co widzę, ale gdy porozmawiać z ludźmi... Grupowe przywileje niszczą rynek - każdy rynek, nie tylko pracy. Do tego przyczyniają się do społecznych antagonizmów. Dziel i rządź? Ach, te okoliczne firmy z płacami i umowami jakby zaprojektowanymi pod rozwój „working poors” oczywiście lokują się w „specjalnych strefach ekonomicznych”, oczywiście tonące w długach gmina i powiat guzik z nich mają i oczywiście, przyczyniają się do naszej „zielonej wyspy” i jej wzrostu gospodarczego. Wzrostu, z którego nic nie wynika.

Gadający Grzyb

niedziela, 18 grudnia 2011

Nasi Wielcy Energetyczni Przyjaciele


Rosja wybuduje nam elektrownię atomową. I most energetyczny z Kaliningradu na dokładkę.


I. Przyjaciel

Rosja nas lubi. Rosja potrafi być konkurencyjna cenowo. Rosja to ostoja najnowocześniejszych i bezpiecznych technologii. Rosja kieruje się wyłącznie czysto biznesowymi względami. Zatem Rosja wybuduje nam elektrownię atomową. I most energetyczny z Kaliningradu na dokładkę. Po co nam jakieś żabojady, amerykańce, czy koreańskie żółtki, skoro życzliwy sąsiad, gotów nam zawsze nieba przychylić, jest pod bokiem. Wszak przychyla nam nieba w kwestiach gazowych i to za rozsądną cenę od lat. Granice cenowego rozsądku, oczywiście, wyznacza sam Przyjaciel, taki już z natury jest uczynny, a naszym Przywódcom zostaje tylko przełożyć ów rozsądek na odpowiednio gładką frazę, jak ta wicepremiera Pawlaka o „korzystnej formule cenowej”. Ropę też nam sprzedają, podobno bardzo tanio i niezawodnie, no chyba, że zepsuje się akurat rurociąg do Możejek, ale przecież to na Litwie. Poza tym, jak sprzedamy im Lotos, to ho-hoo – energetyczna przyjaźń nam rozkwitnie niczym w drugim, bardziej dochodowym RWPG.

No to niech nam postawią tę atomówkę, skoro chcą, co nie?

II. Pstryczek – elektryczek, cd.

Powyższe streszczenie dobrosąsiedzkich stosunków z naszym Wielkim Energetycznym Przyjacielem ma szansę znaleźć swe potwierdzenie w postaci wybudowania przez wielce przyjazny koncern Rosatom elektrowni atomowej w Polsce. Cóż, skoro pragnie tego nasz Wielki Energetyczny Przyjaciel, to nie wypada odmówić, bo przyjaźń – rzecz bezcenna, zatem na szwank nie będziemy jej wystawiać, tym bardziej, że ci, którzy do brużdżenia byliby skłonni, albo szczęśliwym trafem zeszli poniżej 100 metrów, dzięki czemu polskie państwo zdało egzamin, albo nie mają dziś nic do gadania poza jałowym pomstowaniem z sejmowej trybuny, czy wyjęzyczaniem się na blogach.

Żeby nam było w tym przyjacielskim uścisku jeszcze bardziej cieplutko i przytulnie warto nadmienić (o czym pisałem już wcześniej TUTAJ i TUTAJ w notkach z serii „Pstryczek- elektryczek”), o planowanym moście energetycznym z Bałtycką Elektrownią Jądrową powstającą w Kaliningradzie, który to most jest obecnie na etapie prac studyjnych, powstać zaś może do 2015 roku o czym proudly zawiadomił nas w listopadzie przedstawiciel „Rosatomu" i szef projektu budowy Bałtyckiej Siłowni Atomowej Siergiej Bajarkin. Wprawdzie PGE zaznacza, że „nie kontynuuje rozmów biznesowych z rosyjską firmą Inter RAO na temat możliwości zakupu energii elektrycznej z Kaliningradu” (cyt. za rp.pl), ale zapytajmy retorycznie kto tu rządzi: Leon czy jego dzieci? Tym bardziej, że prezes Tauronu, imć Dariusz Lubera a propos importu energii od naszego Północnego Sąsiada podkreślił, że „Nie należy tu mieć żadnych uprzedzeń”.

Uprzedzenia, jak wiadomo, to w biznesie grzech niewybaczalny, a w kontaktach z przyjaciółmi w szczególności, zatem PGE już jęła się tej brzydkiej przywary pozbywać. Na początek więc Polska Grupa Energetyczna wyciągnęła Rosjanom z tyłka uwierającą zadrę w postaci naszego partnerstwa z Litwinami i „podjęła decyzję o zawieszeniu swojego zaangażowania w budowę elektrowni jądrowej w Visaginas na Litwie”. To ta sama elektrownia, w oparciu o którą nafaszerowany uprzedzeniami rząd Jarosława Kaczyńskiego chciał tworzyć inny most energetyczny, Alytus-Ełk. Most, dodajmy, z gruntu niesłuszny i zatruwający dobrosąsiedzkie stosunki ze słowiańskimi braćmi z Kaliningradu. Nic więc dziwnego, że wreszcie rozstano się bez żalu z tym kaczystowskim pomysłem, tym bardziej, że o ekologiczne konsekwencje wybranej przez Litwinów technologii niezwykle troska się przyjazny Rosatom, stwierdzając ustami Siergieja Bojarkina: „(…) mamy prawo zadawać pytania o skutki jej zastosowania. I na pewno je zadamy”. Rosatom przemówił, sprawa zamknięta, a kto by siał wątpliwości, ten nie zna się na przyjaźni i stosunkach.

III. „Zielona wyspa” pod młotek

Nie możemy również zapomnieć o naszych innych Energetycznych Przyjaciołach, którzy chętnie wykupią od nas elektrownie, byśmy nie musieli się zamartwiać ich obsługą, modernizacją i widmem blackoutów. Warszawiacy – klienci RWE Stoen - na ten przykład już się nie zamartwiają, tylko płacą wesolutko zawyżone rachunki – wrrróć! - co też ja gadam, oszołom nieszczęsny. Warszawiacy płacą rachunki obliczone w ramach „rozsądnej formuły cenowej” i zanoszą się płaczem ze szczęścia, zaś koncern RWE naszego Zachodniego Energetycznego Przyjaciela zanosi się dobrodusznym, teutońskim śmiechem. Może tylko Gromek Czempion się nie uśmiecha, bo o coś tam go ostatnio szarpią, ale nie ma strachu, zaskórniaków odłożonych na szwajcarskim koncie jako dodatek do generalskiej emeryturki mu nie ruszą. A i koncernu RWE, należącego do naszego Zachodniego Energetycznego Przyjaciela nie tkną małym palcem, bo to przecież głupio tak się czepiać o jakieś nieistotne prywatyzacyjne zaszłości.

Osobiście jestem ciekaw, jak bez Gromka Czempiona poradzi sobie nasze państwo z planowaną na pierwsze półrocze 2012 roku prywatyzacją poznańskiej Enei oraz Zespołu Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin. Łączna wartość transakcji ma wynieść 7,2 mld złotych. Do tego należy dodać jeszcze elektrownię wodną w Nidzicy, którą nasz nie-rząd uparł się opchnąć Czechom za 200 mln złotych. Zwłaszcza po ostatniej, groszowej w skali budżetu państwa kwocie, widać wyraźnie na jakim rozpaczliwym musiku się znaleźliśmy, jak musimy ciułać grosik do grosika by spłacić rachunki za ostatnie cztery lata „zielonej wyspy”. Zapewne niebawem dowiemy się o sprzedaży zapory w Solinie. Razem z zielonymi wzgórzami opiewanymi w znanym szlagierze.

„Zielona wyspa” idzie ze szczętem pod młotek i potrzeba tu całej gromady niekoniecznie krajowych Gromków do obsługi licytacji, ale nic to, Gromków ci u nas dostatek. O tym, że dajemy radę świadczy fakt, że stać nas na dofinansowanie MFW, a gdyby zabrakło cyferek w zapisach z rezerwy rewaluacyjnej NBP na „poręczenie”, to odda się coś jeszcze w pomocne ręce przyjaznych kontrahentów i tym sposobem ugruntuje się nasza „mieżdunarodna” wiarygodność. Wiarygodność budowana na sprzedaży z pocałowaniem ręki ostatniej koszuli, którą to koszulę wraz z gaciami nasi wypróbowani partnerzy odkupią, a następnie miłosiernie będą nam wypożyczać ten sam przyodziewek z rozsądnie obliczoną marżą, byśmy nie świecili gołą rzycią w eleganckiej Europie.

Widać zatem jak na dłoni, że otoczeni jesteśmy energetycznym przyjaciółmi i nie powinniśmy się martwic o przyszłość – ba, wszelkie głosy obawy z definicji lokują krytykantów w gronie destrukcyjnych oszołomów godzących w stosunki i sojusze. A godzenie w stosunki w naszych postępowych czasach jest, jak wiemy, faszyzmem. Wracając na chwilę do atomu zapytałbym może nieśmiało, gdzie są rozmaici „zieloni”, którzy w innych razach potrafią być tak głośni i elokwentni, ale najwyraźniej zaprzątnięci są obecnie zwalczaniem imperialistycznego wymysłu w postaci gazu łupkowego. Odeślę więc tylko do bajek Krasickiego, który pisywał różne ucieszne historyjki o zajączkach i jagniątkach – ze szczególnym uwzględnieniem zakończeń, tym bardziej, że i okres historyczny w którym owe rymowanki powstawały zaczyna wyglądać coraz bardziej znajomo.

Gadający Grzyb