Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 października 2017

Katalonia, a sprawa śląska

Wystarczy, że rząd w Warszawie powtórzy błąd władz hiszpańskich i pozwoli „ślązakowcom” wejść do szkół, muzeów, instytucji kultury, byśmy w przeciągu jednego-dwóch pokoleń obudzili się z podobnym problemem, jaki ma Hiszpania.


I. Ugłaskiwanie separatystów

Jerzy Gorzelik, lider Ruchu Autonomii Śląska, raczył skomentować zajścia podczas katalońskiego referendum słowami: „wydarzenia w Katalonii to także lekcja dla Śląska i Polski: brak dialogu i zatwardziałość politycznego centrum prowadzi do napięć i eskalacji konfliktu”. Częściowo się z panem Gorzelikiem zgodzę: owszem, katalońskie referendum to jest lekcja – tyle, że nie dotycząca konsekwencji „zatwardziałości” i „braku dialogu”, lecz przeciwnie – dalekosiężnych skutków nadmiernej pobłażliwości i ustępliwości wobec destrukcyjnych separatyzmów. Władze w Madrycie wyhodowały sobie bowiem problem w dużej mierze na własne życzenie, stosując taktykę niedrażnienia katalońskich nacjonalistów, kolejnych koncesji na ich rzecz i poszerzania autonomii. W pewnym momencie musiały wręcz wkroczyć do gry Kortezy przykrawając zbyt daleko idący statut katalońskiej autonomii ogłoszony w 2006 r. Dla katalońskich separatystów jednak osiągnięcia w rodzaju urzędowego języka katalońskiego, przekazanie szkolnictwa w ręce lokalnych władz, uznanie za osobny naród, czy autonomia skarbowa były jedynie kolejnymi krokami na drodze do ogłoszenia secesji. Natomiast istnienie przedstawicielstw katalońskich przy Unii Europejskiej i we Francji wpisuje się w praktykę tworzenia faktów dokonanych – podobnie jak niedawne burzliwe referendum.

Na gorącą atmosferę złożyła się zarówno agresywna kampania propagandowa secesjonistów, jak i długotrwała obróbka edukacyjna sprawiająca, że katalońskie szkoły opuszczało coraz więcej zwolenników odłączenia się od Hiszpanii. A że lokalną specyfiką jest, że partie secesjonistyczne wywodzą się ze skrajnej lewicy, to otrzymujemy połączenie ideologii lewackich z lokalnym szowinizmem – ostatnio w postaci kampanii w której mieszkańcy Barcelony protestowali przeciw nadmiernej liczbie turystów, by na jednym oddechu domagać się... przyjmowania większej ilości migrantów. Nachodźcy zresztą podziękowali im w swoim stylu, rozjeżdżając samochodami przechodniów na ulicach.

W każdym razie, kiedy przy okazji referendum prawicowy rząd w Madrycie zdecydował się na siłowe rozwiązanie, było już za późno – i co gorsza, na pół gwizdka. Trzeba było albo zawiesić katalońską autonomię i wprowadzić wojsko ogłaszając stan wyjątkowy, albo pozwolić by referendalna farsa się odbyła, po czym stwierdzić jej nieważność. Tu trzeba dodać, że ostatnie wydarzenia są pokłosiem przyjętej w 2015 r. „deklaracji inicjacji procesu niepodległościowego Katalonii”, którą hiszpański trybunał konstytucyjny uznał za nieważną, przestrzegając, iż konsekwencją może być właśnie zawieszenie autonomii. Do tego, zgodnie z hiszpańską konstytucją, referendum powinno się odbyć w całej Hiszpanii - jednostronnej secesji, nawet popartej lokalnym głosowaniem, hiszpańska konstytucja nie przewiduje. Co ciekawe, jakoś z tej okazji nie było słychać z Brukseli głosów zatroskanych o stan hiszpańskiej praworządności...

Podsumowując, mamy tu z jednej strony ekstremę, której pozwolono objąć rząd dusz i ciąg sprokurowanych na zimno politycznych prowokacji - z drugiej zaś miękkie i niezdecydowane władze centralne, które na dodatek na koniec strzeliły sobie w kolano, pozwalając, by obrazki z brutalnych (i w sumie nieskutecznych) policyjnych interwencji napędziły separatystom sympatyków na świecie.


II. Tworzenie „narodu śląskiego”

Teraz powróćmy do Jerzego Gorzelika i Ruchu Autonomii Śląska. Ktoś może powiedzieć, że porównanie jest na wyrost i na Śląsku sytuacja podobna do katalońskiej jest niemożliwa. Dziś nie, ale jutro? Proszę zwrócić uwagę, że „ślązakowcy” stosują podobną retorykę, co Katalończycy – że pieniądze wypracowane na Śląsku powinny tam pozostać, a Polska dostając Śląsk „zepsuła zegarek” (to nawiązanie do wypowiedzi brytyjskiego premiera Davida Lloyda George'a, że „przyłączyć Górny Śląsk do Polski to tak, jakby dać małpie zegarek”). Katalończycy przypominają represje z czasów dyktatury Franco – RAŚ-owcy podobnie, usiłując przedstawić powojenne komunistyczne obozy pracy jako prześladowanie Ślązaków przez Polskę i posuwając się nawet do używania haniebnej zbitki „polskie obozy koncentracyjne”.

Jest, przynajmniej póki co, pewna fundamentalna różnica: język kataloński faktycznie istnieje i można mówić o czymś na kształt katalońskiej narodowości. Jednak RAŚ-owcy i tu nie odpuszczają, konsekwentnie lobbując za uznaniem odrębnej „narodowości śląskiej” i „śląskiego języka”. Na ile jest to niebezpieczne, przekonaliśmy się przy okazji „rozbudzenia narodowego” w XIX w., gdy na terenach Ukrainy i Białorusi zaczęło się tworzenie na bazie miejscowych gwar i dialektów literackiego języka ukraińskiego i białoruskiego – śmiem przypuszczać, że z błogosławieństwem zaborców, pragnących osłabić polską dominację kulturową na tamtych ziemiach i skonfliktować ze sobą lokalne społeczności wedle zasady „dziel i rządź”. W efekcie, po odzyskaniu niepodległości z miejsca zaczęły szarpać Polskę narodowościowe waśnie. Z podobnymi zabiegami mamy do czynienia obecnie – na śląską „godkę” dokonuje się przekładów Biblii, modlitw i różnych pozycji literackich. To nie jest hobbystyczna działalność zapaleńców, tylko przemyślana strategia mająca udowodnić i usankcjonować w przestrzeni publicznej istnienie rzekomego odrębnego od polszczyzny „języka” śląskiego. Temu samemu służy przyjęcie „ślonskiej godki” w charakterze jednego z języków dostępnych na Facebooku. Przekładu dokonał Martin Grabowski oraz m.in. Andrzej Zenker i Pejter Długosz. Martin Grabowski w 2013 r. opublikował w „Dzienniku Zachodnim” artykuł w którym postulował powołanie „partii regionalnej”, która odebrałaby głosy ugrupowaniom ogólnopolskim, otwarcie przy tym wskazując na inspirację szkockimi i katalońskimi ugrupowaniami tego typu. Andrzej Zenker to z kolei członek chorzowskiego RAŚ, natomiast Pejter (Piotr) Długosz jest prezesem zdelegalizowanego sądownie Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej. A zatem również tłumaczenie Facebooka na „śląski” jest posunięciem politycznym – jednym z wielu małych kroków mających na celu udowodnienie śląskiej odrębności narodowościowej.

Podobny cel ma kodyfikacja śląskiej mowy, unifikująca „śląską ortografię” (tzw. „ortografię ślabikorzowo”) i wprowadzająca specjalne znaki diakrytyczne – inicjatorzy nie ukrywają, że wiatru w skrzydła dodał im wynik spisu powszechnego w którym 800 tys. osób zadeklarowało „narodowość śląską”. Po kodyfikacji kolejnym krokiem będzie staranie, by uznać język śląski za oficjalny język regionalny. Na tym pomyśle suchej nitki nie zostawił prof. Miodek i Rada Języka Polskiego wskazując, że w gwarze śląskiej nie ma niczego, co odróżniałoby ją od literackiej polszczyzny bardziej niż inne gwary, ale mimo to znaleźli się chętni do specjalnej komisji kodyfikacyjnej pod przewodnictwem prof. Jolanty Tambor z Uniwersytetu Śląskiego. Tu dodajmy, że nie ma jednej śląskiej „godki” – funkcjonuje wiele jej miejscowych odmian, zatem „kodyfikacja” to w istocie tworzenie nowego, sztucznego języka na bazie lokalnych gwar – wypisz, wymaluj, tak samo jak w XIX w. stworzono język ukraiński. Równie dobrze można by stworzyć na podobnej zasadzie język „mazowiecki”, czy „wielkopolski”.


III. Hiszpańska lekcja

Poświęcam tu tyle uwagi kwestiom językowym, bo w ten sposób tworzone jest kulturowe podglebie do propagowania poczucia etnicznej odrębności. Wystarczy, że rząd w Warszawie powtórzy błąd władz hiszpańskich i pozwoli „ślązakowcom” wejść do szkół, muzeów, instytucji kultury, byśmy w przeciągu jednego-dwóch pokoleń obudzili się z podobnym problemem, jaki ma Hiszpania. Tak nawiasem – niemieccy politycy (m.in. Martin Schulz) już się zaoferowali jako „mediatorzy” (formalnie poprzez organy unijne) w sporze hiszpańsko-katalońskim. Czyli Berlin za pomocą Brukseli chce rozstrzygać konflikt między władzami państwa trzeciego, a jego zbuntowaną prowincją. Pytanie retoryczne – uśmiecha nam się taka „mediacja” na linii Śląsk-Warszawa? No właśnie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 40 (06-12.10.2017)

czwartek, 20 marca 2014

Kredytowa szulernia

W przypadku kredytów walutowych mamy do czynienia z drenażem i transferem kapitału z gospodarek peryferyjnych do centrum.

I. Węgierska batalia z bankami

Węgierski Trybunał Konstytucyjny uznał (17.03.2014), iż w pewnych warunkach dopuszczalna jest ustawowa ingerencja w umowy kredytowe zawarte w walutach obcych, w celu wzmocnienia pozycji konsumentów wobec banków. Dotyczy to przede wszystkim kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich, zaciągniętych przez ok. 600 tys węgierskich rodzin. Jest to kolejna odsłona batalii Orbana o całkowitą likwidację kredytów walutowych – w 2011 roku Węgry uchwaliły ustawę w myśl której klient mógł jednorazowo spłacić kredyt po kursie o 1/3 niższym od rynkowego. Ponadto banki miały udzielać na życzenie klienta gwarantowanych przez państwo tanich kredytów w forintach na spłatę zadłużenia. Banki, przymuszone do wzięcia na siebie kosztów wynikających z różnic kursowych, szacują, że straciły na tym ok. miliarda euro.

Trzeba dodać, że w grudniu 2013 węgierski sąd najwyższy (Kuria) uznał, iż kredyty walutowe są legalne, oddalając tym samym wniosek rządu Orbana i stawiając pod znakiem zapytania operację oddłużeniową z 2011 roku. Rząd węgierski jednak skierował tę kwestię również do innego organu – Trybunału Konstytucyjnego, ten zaś, jak wspomniałem przed chwilą, orzekł o legalności ingerencji w umowy kredytowe, również z mocą wsteczną – pod warunkiem, że okoliczności zmieniły się w sposób który nie mógł być przewidziany w chwili zawierania umowy. Tu należy nadmienić, iż taką okolicznością mógłby być światowy kryzys finansowy w wyniku którego kurs franka do forinta między 2009 a 2011 rokiem wzrósł niemal dwukrotnie. W efekcie kredyty walutowe stały się na Węgrzech poważnym problemem społecznym – kłopoty ze spłatą (zaległości powyżej 90 dni) ma ok. 1/5 kredytobiorców. Póki co jednak rząd węgierski czeka na orzeczenie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, badającego na wniosek Kurii sprawę jednostronnej modyfikacji umów kredytowych i zmiany kursów walut. Chodzi o kwestię, czy sąd może badać zasadność praktyki polegającej na tym, że bank udzielając kredytu we frankach wypłacał klientowi kwotę kredytu w forintach wg ceny kupna, raty zaś kasował wg ceny sprzedaży (tzw. „spread”).

II. Islandia, Chorwacja, Hiszpania...

Warto przypomnieć w powyższym kontekście o trzech innych krajach, gdzie zajęto się problemem kredytów frankowych. Na Islandii, po finansowym tsunami z 2008 roku, tamtejszy Sąd Najwyższy w czerwcu 2010 uznał kredyty indeksowane w obcych walutach za nielegalne, uwalniając tym samym kredytobiorców od kosztów wynikających z osłabienia islandzkiej korony.

Z kolei w Chorwacji sąd w Zagrzebiu, rozstrzygając pozew zbiorowy wniesiony przez organizacje konsumenckie, nakazał w sierpniu 2013 przewalutowanie kredytów we frankach szwajcarskich na kuny po kursie obowiązującym w dniu zawierania umowy. Banki szacują swe straty na ok. 1 mld euro. Wyrok dotyczy ok. 100 tys Chorwatów zadłużonych na 3,3 mld euro.

W Hiszpanii natomiast barceloński sąd na początku 2013 rozwiązał umowę kredytową we frankach, uznając ją nie za kredyt, lecz za „produkt wysoko złożony, o charakterze spekulacyjnym, niedostosowany do profilu ryzyka osoby, która ten kredyt zaciągnęła”. Wg. sądu mamy do czynienia z połączeniem w jednym pakiecie kredytu i inwestycji, a procedura przyznawania takiego „kredytu” nie spełnia wymogów Unii Europejskiej co do oferowania produktów inwestycyjnych – te bowiem powinny być nadzorowane nie tylko przez nadzór bankowy i bank centralny ale również przez tamtejszą komisję papierów wartościowych. Chodzi tu o dyrektywę MiFID („Markets in Financial Instruments Directive”) nakazującą bankowi przebadać profil klienta przed zaproponowaniem inwestycji wysokiego ryzyka – a „produkt o charakterze spekulacyjnym” z natury rzeczy do takich ryzykownych inwestycji należy. Tymczasem, banki udzielając kredytów walutowych podobnej procedury nie dochowywały.

III. Kredyt walutowy jak „opcje”?

Jak to się ma do Polski? U nas kredyty we frankach zaciągnęło ok. 700 tys klientów, z czego problemy ze spłatą ma jakieś 3%. Niby nie jest więc najgorzej, jednak i u nas wzrost kursu franka szwajcarskiego okazał się na tyle znaczący, że wiele budżetów domowych stało się po prostu przepompownią wypracowanego bogactwa do banków. Innymi słowy – klient stał się chłopem pańszczyźnianym banku, odnosząc mu większość dochodów i ledwie wiążąc koniec z końcem, tym bardziej, że ceny spłacanych nieruchomości zeszły często poniżej kwoty kredytu. Na to nakładają się nieuczciwe poczynania banków. Przykładowo, Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zakwestionował takie praktyki, jak: - proceder dowolnego ustalania sobie przez banki tabel walutowych na podstawie których ustalano ratę kredytu w oderwaniu od cen rynkowych czy np. średniego kursu NBP; - dowolne modyfikowanie umów na podstawie niejednoznacznych zapisów umowy (to bank Millenium, r. 2010); - zmiana wysokości oprocentowania kredytu w trakcie trwania umowy (to z kolei BRE Bank, r. 2009). Niedawno natomiast grupa 200 osób wniosła pozew zbiorowy przeciw Getin Noble domagając się unieważnienia tabel walutowych ustalanych przez bank i zawyżających kurs franka, w oparciu o które bank naliczał raty kredytu, bądź unieważnienia umów w całości.

Jak można przeczytać w analizie zamieszczonej przez „Forbes”, w przypadku kredytów walutowych możemy mieć do czynienia z przypadkiem analogicznym do „opcji walutowych” na które swojego czasu naciągnięto wielu przedsiębiorców. Dziś wielu z nich wygrywa sprawy sądowe, a banki muszą płacić niekiedy wielomilionowe odszkodowania. Autor artykułu podnosi m.in. kwestię omijania zapisów umowy dotyczących wynagrodzenia banku (prowizja, oprocentowanie) i arbitralnego generowania dodatkowej marży za pomocą spreadu. Np. przewalutowanie udzielanego kredytu następuje po cenie kupna franka według ustalanej przez bank tabeli walutowej, zaś saldo do spłaty i odsetki ustalane są według ceny sprzedaży. Ze spreadem wiąże się również kwestia ogólnych kosztów kredytu, które po zliczeniu wszystkich elementów okazują się często w sumie wyższe niż kredytów złotówkowych. Trzecią sprawą jest wreszcie wystawianie klienta na nieograniczone ryzyko walutowe – i tu kłania się przytaczane wyżej orzeczenie sądu hiszpańskiego, który, przypomnę, uznał kredyt we frankach za „produkt wysoko złożony, o charakterze spekulacyjnym”. Autor podąża podobną ścieżką, uznając kredyt walutowy za „skrajnie spekulacyjny”, gdyż klient nie jest w stanie oszacować, ile potencjalnie straci, w związku z powyższym narażony jest na „nieograniczoną stratę”. Podobna argumentacja stosowana była na podstawie opinii biegłych w procesach dotyczących opcji walutowych. Do tego dochodzi złamanie dyrektywy MiFID, jeśli klient zaciągał kredyt w celu nabycia instrumentów finansowych.

Jak widać z powyższego, polscy „frankowicze” nie są bez szans.

IV. Kredytowa szulernia

Na zakończenie jeszcze kilka słów subiektywnego komentarza. Otóż w moim głębokim przekonaniu kredyty walutowe są jednym z narzędzi neokolonializmu. Ich funkcją jest bowiem długoterminowa eksploatacja obywateli peryferii na rzecz metropolii za pomocą sektora bankowego. Tak się bowiem składa, że w krajach „nowej unii” po przekształceniach system bankowy znajduje się w ogromnej części w rękach zagranicznych podmiotów (niemieckich, włoskich, austriackich, brytyjskich itd.), które transferują zyski do macierzystych central.

Skolonizowane gospodarczo kraje dojone są na dwa sposoby. Sposób pierwszy, to drenowanie zasobów przez dług publiczny, w wyniku którego budżet państwa staje się przepompownią kapitału od podatnika do wierzyciela – instytucji finansowej - wykupującego obligacje Skarbu Państwa. Sposób drugi, to zadłużenie indywidualne, gdy wkręceni na możliwie masową skalę w kredyt walutowy „konsumenci” stają się niewolnikami tyrającymi przez większość czasu na spłatę rosnącej wraz z kursem franka pożyczki. W obu przypadkach pieniądze wypływają gdzieś w siną dal, zubożając gospodarkę narodową eksploatowanego państwa. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież w ręku kredytobiorcy zostaje nieruchomość (dom, mieszkanie). To prawda, ale też do czasu. Gdy już bowiem spłaci po latach lichwiarski kredyt, to przechodzi wkrótce na głodową emeryturę... a wtedy znów pojawia się bank oferując mu „odwróconą hipotekę” - i w ten oto sposób nieruchomość po pewnym czasie tak czy inaczej staje się własnością banku.

Jak napisałem kiedyś w tekście „Gra kredytem”, kredyt walutowy to hazard: klient zakłada się z bankiem, że kurs nie wzrośnie w znaczącym stopniu, bank zaś „gra” na opcję przeciwną. I jestem dziwnie pewien, że banki konstruując ofertę doskonale wiedziały, że kurs franka będzie rosnąć. Jestem również przekonany, że celowo zniechęcano klientów do kredytów w rodzimych walutach (tak twierdzą choćby klienci banku Getin Nobel), by nagonić ich do kredytu we frankach szwajcarskich. Krótko mówiąc - kredytowa szulernia, gdzie jedna ze stron zna z góry wynik „zakładu”.

Proszę ponadto zwrócić uwagę, że dominujące na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej banki w swoich macierzystych krajach nie rozpętywały podobnej „gorączki złota” na franka szwajcarskiego, choć mogłyby. Warto wspomnieć, iż chorwacka kuna powiązana jest z euro, zatem teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, by w podobną matnię jak 100 tys Chorwatów wpędzić również obywateli strefy euro. Z jakichś jednak względów klientów z Niemiec, Austrii czy Włoch nie wystawiono na „nieograniczone ryzyko kursowe” związane z kredytem walutowym. Potwierdzałoby to domniemanie, iż mamy do czynienia z zaplanowanym drenażem i transferem kapitału z gospodarek peryferyjnych do centrum.

I tutaj nieuchronnie musi pojawić się pytanie: czy znajdzie się u nas siła polityczna, która zakazałaby tego szalbierczego procederu? Czy może któraś ze spraw przeciw bankom trafi przed Sąd Najwyższy, a ten wzorem odpowiednika z Islandii unieważni en masse „narzędzie spekulacyjne”, które oferowane było pod przykrywką kredytu? I nie ma co się oglądać na biadolenie banków – dadzą sobie radę, najwyżej do ich zagranicznych central nie trafi tyle, ile sobie założyły. By nie wypaść z rynku będą musiały przełknąć tę gorzką pigułkę, tak jak przełknęły na Węgrzech czy Islandii. Zresztą, to i tak nie są nasze banki, a kapitał jak się okazuje jednak ma narodowość i dobrze, aby został w Polsce.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2013/08/gra-kredytem.html

 

piątek, 16 sierpnia 2013

Gra kredytem

Banki, napędzając koniunkturę na kredyty walutowe, z premedytacją zakładały na klientów pułapkę.

I. „Narzędzie spekulacyjne”

Przez media przemknęła informacja o tym, że sądy w Hiszpanii i Chorwacji uznały za niedopuszczalną dotychczasową formułę kredytów hipotecznych zaciąganych w zagranicznych walutach (głównie w popularnych i u nas frankach szwajcarskich). Ba – sąd hiszpański stwierdził nawet, iż jest to „narzędzie spekulacyjne”. W efekcie, banki muszą przewalutować kredyty na pieniądz miejscowy po kursie z dnia zawarcia umowy (Chorwacja), albo umożliwić klientom spłatę jedynie pierwotnej kwoty kredytu w euro (Hiszpania). Powodem było m.in. niedostateczne poinformowanie przez banki klientów o zagrożeniach płynących z ryzyka kursowego oraz mało transparentne zmiany kosztów kredytu. Nieco wcześniej podobne działania podjął rząd węgierski – Viktor Orban najpierw zmusił banki do zaakceptowania jednorazowych spłat kredytów po urzędowym kursie niższym o ok. 30% od rynkowego, ostatnio zaś zapowiedział likwidację w ciągu kilku lat możliwości udzielania kredytów hipotecznych w obcych walutach.

Liberalny ortodoks mógłby się tu obruszyć na niedopuszczalną ingerencję w dobrowolnie zawarte umowy - w myśl rzymskiej maksymy „chcącemu nie dzieje się krzywda”. Jeszcze niedawno może sam zareagowałbym podobnie. Tak się jednak składa, że jestem w trakcie lektury książki Song Hongbinga „Wojna o pieniądz. Prawdziwe źródła kryzysów finansowych” (którą chciałbym przy okazji serdecznie polecić), w której chiński analityk finansowy strona po stronie unaocznia nam jak niewiele wspólnego z liberalną doktryną ma działalność kolejnych pokoleń bankierów – począwszy od powstania Banku Anglii z koncepcją emisji pieniądza jako długu rządowego pod zastaw przyszłych podatków. Lektura wspomnianej książki dość skutecznie odziera ze złudzeń, toteż nie mam wątpliwości, że banki napędzając koniunkturę na kredyty walutowe całkowicie świadomie zakładały na klientów pułapkę, z góry wiedząc, że kurs franka będzie stopniowo się zmieniał na niekorzyść kredytobiorców.

II. Jednostronny hazard

Kredyty walutowe można by określić jako zakład – klient przyjmuje, że kurs np. franka szwajcarskiego będzie grał na jego korzyść, bank natomiast, ma się rozumieć – odwrotnie. Tyle, że w rzeczywistości nie ma to nic wspólnego z uczciwym hazardem, gdzie obie strony startują z identycznymi losowo szansami. Tak się bowiem składa, że kreacją pieniądza, stopami procentowymi, napędzaniem koniunktur kredytowych i co za tym idzie – kondycją poszczególnych walut, zajmują się banki właśnie. Tu klient stoi na z góry straconej pozycji, niczym żółtodziób siadający do stolika z wytrawnym szulerem.

Dla przykładu – w Chorwacji, w szczycie boomu kredytowego, za franka trzeba było zapłacić 4-4,5 kuny, obecnie ok. 6 kun. W Polsce, w lipcu 2008 frank oscylował wokół 2 PLN, obecnie ok. 3,42. Niedawno zaś „GW” doniosła, iż rata kredytu we frankach zaciągniętego w 2008 przebiła ratę analogicznego kredytu złotówkowego. Generalnie, na przestrzeni ostatnich lat koszta pożyczki walutowej podniosły się o kilkadziesiąt procent. U nas ze spłacalnością kredytów hipotecznych nie jest jeszcze najgorzej, choć Polacy zadłużeni są po uszy, ale już na Węgrzech problemy ze spłatą długu we frankach ma co trzeci kredytobiorca. Zresztą, i w Polsce może być różnie, bo wzrost zadłużenia państwa to prosta droga do dewaluacji złotówki, a wtedy koszta kredytów walutowych wzrosną jeszcze bardziej.

III. Kredyt walutowy jako „gotowanie żaby”

Na powyższe nakłada się jeszcze aspekt polityczno-postkolonialny. Otóż, jak twierdzi Janusz Szewczak, banki z centralami we Francji, Niemczech i Wlk. Brytanii chętnie udzielały kredytów walutowych w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, natomiast u siebie – już nie. Czyli można podejrzewać, iż mamy do czynienia z zaplanowanym drenażem i transferem kapitału z gospodarek peryferyjnych do centrum. A jest się o co bić, gdyż na skutek orzeczenia chorwackiego sądu, w samej tylko Chorwacji banki mogą stracić ok 1 mld euro. Ile zyskały na walutowym procederze w innych krajach? Nic dziwnego, że się odwołują, bo z ich punktu widzenia może to być szkodliwy precedens.

Oczywiście, można twierdzić, że przecież kredyty walutowe tak czy inaczej były do tej pory bardziej korzystne, niż te zaciągane w pieniądzu lokalnym – głównie na skutek niższego oprocentowania. Coś jednak każe mi podejrzewać, zważywszy na podobny rozwój sytuacji w wielu krajach (Polska, Węgry, Chorwacja, Hiszpania), że banki celowo grały na zniechęcenie klientów do kredytów w walutach narodowych, stawiając zaporowe warunki i naganiając ich do kredytów frankowych – by następnie, metodą „gotowania żaby” w długookresowej perspektywie tak zmieniać kurs, by ostatecznie wyciągnąć więcej, niż uzyskałyby z pożyczek hipotecznych np. w złotówkach. A pamiętać należy, że kredyty hipoteczne zaciąga się często na dziesięciolecia.

I na zakończenie. Kredyt to życiodajny tlen dla bankowości. Bez pożyczek banki nie zarabiają. Warto się zatem zastanowić, czy gdyby kredyty w walutach obcych były zabronione, to banki wciąż piętrzyłyby trudności przed kredytami w miejscowej walucie – nie obarczonej „ryzykiem kursowym”, które to „ryzyko”, jak się okazuje, ponosi na koniec wyłącznie klient. Spoglądajmy zatem z uwagą na Węgry i poczynania Viktora Orbana w jego zmaganiach z banksterską międzynarodówką.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 14 listopada 2009

Masturbacja w służbie Postępu.


Jak się okazuje, "pandemia" świńskiej grypy nie tyle zabija, co podsuwa świńskie pomysły.

Uwaga! Notka jest cokolwiek świńska…

Piotr Lisiewicz, który w 2005 r. wspólnie z Akcją Alternatywną „Naszość” organizował w Poznaniu Marsz Onanistów (jako odpowiedź na Paradę Równości), zapewne nawet się nie spodziewał, iż jego pomysł zostanie twórczo rozwinięty przez socjalistyczne władze hiszpańskiej prowincji Extramadura. Jak donosi portal Fronda.pl i „Rzeczpospolita”, extramadurska Rada ds. Młodzieży (CJEx) i Instytut Kobiet (IMEx), od połowy października organizują w szkołach onanistyczne warsztaty pod wymownym hasłem: „Przyjemność leży w twoich rękach”. Warsztaty te skierowane do młodzieży w przedziale wiekowym 14 – 17 lat, zaznajamiają spragnionych wiedzy małolatów z technikami pieszczot, „penetracji, masturbacji i rozkoszy, uczą wkładać prezerwatywę i zapoznają z działaniem wibratora, chińskich kulek itp.” (cyt. za „Rzepą”).

Jak rany, w życiu nie pomyślałbym, że masturbacji trzeba kogokolwiek uczyć… Ale, od moich czasów zapewne wiele się zmieniło… Spektrum zafundowanego młodzieży szkolenia, utwierdza mnie w tym przekonaniu. Oczywiście, organizatorom akcji nawet nie postała w głowach myśl, by zapytać o zdanie rodziców, czy nauczycieli. Socjaliści już tak mają, na dodatek, pani Laura Garrido (szefowa Rady ds. Młodzieży) wyznaje, że kampania napawa ją „dumą i satysfakcją”. Aż nie śmiem pytać, jakiego rodzaju jest to satysfakcja… Seksuolog pewnie potwierdziłby, że istnieją osobnicy, którym zaspokojenie przynosi jedynie deprawacja innych…

Przy okazji - okazało się, że masturbacyjną kampanię realizuje madrycki sex – shop „Przyjemność Loli”, do którego trafiła większość funduszy (14.400 Euro) i który na warsztatach promuje swoje „zabawki”. Słusznie! W dobie kryzysu, władze powinny wspierać tak istotną gałąź gospodarki.

Jak się okazuje, pandemia świńskiej grypy dotarła do Hiszpanii i najwyraźniej nie tyle zabija, co podsuwa świńskie pomysły…

Moje postulaty.

Po namyśle, zawstydziłem się nieco swą niewczesną pruderią i prowincjonalizmem. Postanowiłem zatem, ssąc kompulsywnie kciuk, pobudzić inwencję i wesprzeć organizatorów w ich dziele upostępowiania dziatek, poprzez zgłoszenie kilku uwag:

1) Onanistyczne warsztaty stanowczo należy poszerzyć o zestaw lektur poruszających to zagadnienie, kluczowe dla rozwoju psychofizycznego każdego nastolatka. Od siebie proponowałbym nieoceniony „Kompleks Portnoya” Philipa Rotha, z której to pozycji adept niełatwej sztuki masturbacji może się dowiedzieć o tak ekscytujących technikach, jak gwałcenie wydrążonego jabłka, brudnych skarpetek, czy świeżej wątróbki.

2) Warto pokusić się o wprowadzenie obowiązkowych egzaminów praktycznych, koniecznie publicznych, tak by młodsza dziatwa również mogła poszerzyć swe horyzonty, a preferujący podglądactwo – bezstresowo się zaspokoić.

3) Po dokonaniu wiadomego aktu należy komisyjnie zbadać dłonie uczniów na okoliczność pojawienia się dodatkowego owłosienia. Nie od rzeczy będzie również wizyta u okulisty.

4) Uczenie masturbacji 17-latków to, jakby tu rzec, musztarda po obiedzie. Lekcje onanizmu należy wprowadzić od początku procesu edukacji szkolnej. W dalszej perspektywie – również przedszkolnej.

5) Uczniowie nocujący w internatach powinni mieć surowy nakaz trzymania rąk pod kołdrą. Element ten winien stanowić niezbędne uzupełnienie kursów onanistycznych. Tyczy się to również tych, którzy nocują w domach. Żadni klerofaszystowscy tzw. rodzice nie będą tłumić seksualnej ekspresji dzieci i młodzieży!

6) Zestaw zabawek oferowanych przez sex – shop „Przyjemność Loli”, winien stać się nieodzownym elementem wyposażenia szkolnych szafek, tudzież tornistrów.

7) W każdej szkole należy zainstalować samokształceniowe, dźwiękoszczelne „kabiny cichej nauki”, oferujące jak najszersze spektrum filmów i czasopism o odpowiedniej tematyce. Przybytki te, w miarę możności, powinny być koedukacyjne.

8) Aż się prosi, by z instytucjonalnym wsparciem pośpieszyła Unia Europejska. W ramach popierania tak zacnych praktyk, wszyscy komisarze, jak również eurodeputowani (z przewodniczącymi na czele) powinni się oddać seansowi zbiorowego onanizmu w najlepszym czasie antenowym. Transmisja na żywo dla wszystkich telewizji publicznych – obowiązkowa.

9) Należy zadbać o właściwą obudowę frazeologiczną. Np. powiedzenie „urżnąć kapucyna” jest należycie postępowe, wpisuję się bowiem w batalię z klerykalizmem, ale niektóre inne sformułowania są stanowczo niedopuszczalne, jako nieekologiczne (np. „walić konia”) i ksenofobiczne (np. „klepać Niemca po kasku”).

Powyższa lista postulatów ma charakter otwarty. Pod tekstem można wpisywać własne wytwory chorej wyobraźni ;)

Nie wątpię, iż w myśl zasady: „wymyśl najgłupszą rzecz a ONI to zrobią”, niniejsze pomysły znajdą posłuch wśród animatorów podobnych przedsięwzięć, co przyczyni się do szczęścia, urozmaicenia i ogólnie wzmożonego brandzlowania się naszych milusińskich.

Gadający Grzyb

P.S. 1 Oczywiście, nie mam zamiaru odgrywać tu świętoszka, co to nigdy i tak dalej. Ale do tej pory żyłem w naiwnym przekonaniu, że samogwałt (o ile wiadomą czynność wolno jeszcze tak nazywać), należy do sfery głęboko intymnej i dość wstydliwej, zaś większość ludzi z tego wyrasta. Niestety, socjalistyczno - postępowi Portnoye mają etap dojrzałości najwyraźniej dopiero przed sobą…

P.S. 2 Przypomniał mi się pewien generał z czasów II wojny, który podczas kampanii w płn. Afryce przekonywał australijskich żołnierzy (wkrótce mieli trafić do Tobruku), by nie chodzili na zasyfione k…wy, gdyż ich najlepszym przyjacielem jest własna ręka. Ot - prekursor ;)

www.rp.pl/artykul/391846__Przyjemnosc_jest_w_twoich_rekach__.html

www.fronda.pl/news/czytaj/hiszpania_socjalisci_wyedukuja_mlodziez_w_masturbacji

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

sobota, 7 lutego 2009

Gdy Cezar sięga po boskie...


Motto:
„Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga” (Mt. 22;21)


Sukces Postępu.

W dalekiej Hiszpanii odnotowano kolejny sukces. Wspomniany triumf polega na tym, iż miłościwie panujące Państwo osiągnęło wyższe stadium liberalizmu, rozumianego jako „wolność do…” (w przeciwieństwie do klasycznego ujęcia, jakim jest „wolność od…”). Zaszczepione na iberyjskim gruncie novum polega również na czym innym – o ile do tej pory podmiotem wolności, któremu ona przysługuje był obywatel, o tyle obecnie podmiotem wolności staje się P a ń s t w o i jego poszczególne instytucje, przy czym cechą charakterystyczną tak rozumianego liberalizmu jest to, iż primo – Państwo nie wywodzi swych „wolności” z jakichś wyższych, uniwersalnych norm (takich jak prawo naturalne), lecz samo je sobie przyznaje mocą arbitralnych decyzji swych organów; secundo – ani myśli zatrzymywać się tam, gdzie zaczyna się sfera wolności jednostki, również w tym najbardziej intymnym wymiarze – dotyczącej sumienia, swobód religijnych i więzi człowieka z Bogiem, jako dawcą i nośnikiem prawideł moralnych.
Oczywiście, ani Hiszpania tu pierwsza, ani ostatnia.

Cezar ober - indoktrynator.

Piję rzecz jasna do ostatniego wyroku hiszpańskiego Sądu Najwyższego, który orzekł, iż dzieci zamiast na lekcje religii będą przymusowo uczęszczały na lekcje wychowania obywatelskiego. Na lekcjach tych nie będą uczyły się hiszpańskiego hymnu państwowego, symboliki i historycznych źródeł barw na państwowej fladze, Boże broń – wszak, cytując Szpota – „toż prawicowe jest odchylenie!”. Będą uczyły się, iż „klerykalizm i nacjonalizm, to dwie najgorsze formy sekciarstwa” – Fernand Savater, określany przez „Wyborczą” mianem „wybitnego filozofa”. Oczywiście, techniką znaną jako „listek figowy” ministerstwo dopuściło również mniej postępowe podręczniki „broniące prawa do wierzeń przed ich marginalizacją” (cóż za łaska), jednak inne już dopuszczają „siedem typów różnych rodzin”. Nie oszukujmy się – zarówno dyrekcje szkół, jak i sami nauczyciele, poddawani kontroli ze strony hiszpańskich władz oświatowych, z czystego konformizmu wybiorą podręczniki idące po aktualnej linii politycznej zwierzchnictwa („naczalstwa”). A gdy pokolenie dorośnie, będzie za późno. Sowietyzacja szkolnictwa w czystej postaci.

Gwałt na sumieniach.

Clou całej awantury sprowadza się do zanegowania klauzuli sumienia dopuszczającej obywatelski sprzeciw w kwestiach kłócących się z wiarą lub światopoglądem (u nas na analogicznej zasadzie nie brało się do wojska świadków Jehowy). W Hiszpanii jednak klauzula sumienia będzie obowiązywać w stosunku do służby wojskowej, nie będzie zaś obowiązywała w stosunku do dzieci i młodzieży, które z mocy prawa mają być poddawane przez Pastwo - Cezara miłej jemu sercu postępowej indoktrynacji. Państwo wcielając w życie najnowszą odsłonę swej liberalnej doktryny, bezwzględnie realizuje swoją „wolność do…” - w tym przypadku wolność do wyjęcia spod władzy rodzicielskiej dzieci, tak by uczynić z nich w przyszłości lemingów (czytaj – eliciarzy, bezwolnych „uczestników demokracji”). Inżynieria społeczna jak się patrzy. Na analogicznej zasadzie świnie hodowały w „Folwarku Zwierzęcym” Orwella szczeniaki odebrane folwarcznej suce. Te dzieci, indoktrynowane przez szkolny program nauczania, niedługo zaludnią wszelkie postępowe spędy (parady techno, gejów etc.) i wierząc święcie, iż dostąpiły najwyższego demokratycznego objawienia, w przyszłości rzucą się zajadle na każdego, kto odmówi im prawa do rozumu, którego pozbawiono ich w zapaterowsko – szkolnym dzieciństwie.

Prawno – ustrojowy postmodernizm.


To już nie jest nawet „tyrania większości”, przed którą ostrzegał John Stuart Mill, Większość w demokracji jest bowiem płynna – to sympatyzuje z jedną opcją, to z inną i stosownie do tego wymienia władze. W Hiszpanii mamy do czynienia z przejawem o wiele groźniejszego zjawiska – Państwo pod pozorem „postępu” rozszerzyło swe „wolności” na sferę ducha i realizuje je za pomocą niedemokratycznej władzy sądowniczej. Tym samym nastąpiło zachwianie monteskiuszowskiego systemu trójpodziału i wzajemnego równoważenia, tudzież kontrolowania się poszczególnych władz. O ile władze ustawodawcza i wykonawcza są jeszcze jako tako nadzorowane przez wyborców, o tyle niezawisła władza sądownicza pozostaje de facto poza wszelką kontrolą, realizując własną politykę i wkraczając w kompetencje parlamentów i rządów. W efekcie mamy do czynienia z derridowską dekonstrukcją (czytaj – zakłamaniem) podstawowych pojęć, które osiągnęło tu orwellowskie rozmiary, dochodząc do poziomu zaprzeczenia ich pierwotnej treści – liberalizm, który do niedawna miał być sposobem realizowania wolności (i odpowiedzialności !) jednostki, zmienia się w ideologiczną tyranię państwa; interpretacja prawa staje się prawotwórstwem, rozdział Kościoła od Państwa staje się pretekstem do wkraczania Państwa w sferę duchową, „postęp” staje się przykrywką do forsowania destrukcyjnych rozwiązań godzących w podstawy cywilizacji. Innymi słowy – na naszych oczach Cezar sięgnął po Boskie. Tak oto wygląda postmodernizm w praktyce prawno - ustrojowej.

Liberalna tyrania.

Trzeba tu jeszcze dodać, iż pierwotna Smithowska koncepcja liberalizmu zakładała ponoszenie przez jednostkę odpowiedzialności za swe wybory. W „liberalizmie postmodernistycznym”, gdzie podmiotem wolności są organy państwa (nazwijmy je „członkami Cezara”) o takiej odpowiedzialności nie ma mowy. Poszczególne instancje sądowe mogą wydawać najdziksze i sprzeczne ze sobą wyroki w poczuciu całkowitej bezkarności. Jedynym hamulcem może być tu strach przed wewnętrznymi władzami i hierarchią. Podległość władzy ustaw coraz bardziej staje się fikcją, gdyż możność dokonywania prawotwórczej interpretacji połączona z nieodpowiedzialnością, wręcz zachęca do wydawania werdyktów po ideologicznemu „uważaniu”.
Jak wspominałem, przykład Hiszpanii nie jest ani pierwszym, ani ostatnim przejawem opisywanego zjawiska. Wyroki sądów nakazujące usuwanie symboli religijnych z przestrzeni publicznej, sztuczna penalizacja publicznej ekspresji wiary (np. relegowanie ze szkoły ucznia, który w szkolnej stołówce b e z g ł o ś n i e pomodlił się przed posiłkiem – przykład z USA) – ten uzurpatorski walec przetacza się po całej zachodniej cywilizacji.
W ten sposób zacytowana tu jako motto, licząca sobie dwa tysiąclecia, koncepcja rozgraniczenia władzy boskiej (duchowej) i doczesnej ulega drastycznemu zachwianiu. Oczywiście, nigdy nie było stanu idealnego. W chwili obecnej, mamy jednak do czynienia z odchyleniem szczególnie niebezpiecznym - podążającym w stronę nieodpowiedzialnej i ideologicznie powodowanej władzy świeckiej, która za punkt honoru przyjęła rozmontowanie odwiecznych kulturowych norm i wartości.
Szerzeniu się zawłaszczania sfery boskiej przez Cezara sprzyja szereg czynników społecznych (choćby opisywane przez mnie wcześniej dokonania „pokolenia gównojadów” http://www.niepoprawni.pl/blog/287/pokolenie-gownojadow%E2%80%A6), sprzyja temu również rozpowszechniony, hipokrytyczny społeczny „ketman” uprawiany na masową skalę (i nie chodzi tu o Maleszkę – współczesny „ketman” społeczny to temat, który poruszę osobno).

Sojusz pięciu władz.

Prawotwórcza arogancja sądów, to jednak nie wszystko. Na naszych oczach wykluwa się bowiem piąta władza (po trzech Monteskiuszowskich i czwartej – medialnej), jaką jest nieodpowiedzialna przed nikim i niczym (poza wewnętrznymi zależnościami) kasta biurokratyczna i to zarówno w lokalnym, krajowym, jak i w ogólnoeuropejskim a nawet ogólnoświatowym wymiarze. Brukselskich eurokratów nie sposób odwołać w żadnym czytelnym trybie. O agendach ONZ w ogóle szkoda gadać. O ukaraniu za ewentualne nieprawidłowości również nie ma mowy.
Wspólnymi cechami patologizacji powyższych władz są nieodpowiedzialność, brak mechanizmów kontroli społecznej i związane z powyższymi czynnikami poczucie bezkarności. Niegdyś władzę hamowały w jej poczynaniach wbudowane ograniczniki cywilizacyjne i obawa przed osądem ogółu; teraz, po rewolcie gównojadów i dokonanym przez nich marszu przez instytucje, połączonym z permanentnym kształtowaniem i dokooptowywaniem gównojadów drugiego pokolenia, te hamulce przestały istnieć. Dodajmy jeszcze starannie budowane mechanizmy mające niegdyś chronić sądy przed ingerencją suwerena, które w dobie coraz bardziej nas otaczającej nowoczesności wynaturzyły się w jakąś karykaturalną formę prawniczej arogancji, wspieranej przez wiodące mediodajnie („wyroków sądów się nie komentuje” – pamiętny dogmat „Wybiórczej”) i biurokratów, nie doświadczając realnego oporu ze strony sketmanionego społeczeństwa.
Nie sposób przy tym nie zauważyć, iż sojusz niewybieralnych władz trzeciej (sadowniczej), czwartej (medialnej) i piątej (biurokratycznej), przy okresowym wybieraniu lewicy do władz pierwszej (ustawodawczej) i drugiej (wykonawczej), stawia obywatela, który chciałby działać legalnymi metodami na z góry przegranej pozycji.

Zamilczany sprzeciw.

Zresztą, nawet jeżeli jakieś cesarskie inicjatywy burzące resztki cywilizacyjnego status quo spotkają się ze społecznym oporem, to gdzie ów opór znajduje swój wyraz? W demonstracjach – czasem nawet masowych, ponadmilionowych wręcz (jak w Hiszpanii – przeciw społecznym reformom Zapatero), które wszakże są przez władze i ogólnoświatowe mediodajnie ze stoickim spokojem ignorowane, zamilczane na śmierć. „Hiszpania ma się stać nowoczesnym państwem laickim” – zapowiedział Zapatero u początku swych rządów. No jasne, ma się stać – i basta, a jeżeli Hiszpanie nie chcą być nowoczesno-laiccy, to cóż – tym gorzej dla Hiszpanów. Wszak katolik, to nie islamista, a nawet nie wojujący Bask – nie podłoży bomby w pociągu, nie zastrzeli polityka na ulicy, nie uprowadzi samolotu – można więc go olać. Ach… byłbym zapomniał – sprzeciw przejawia się jeszcze w pozwach składanych do sądów, które aż palą się do tego, by dać odpór religianckiemu motłochowi – i dały, czego dowodem opisywane powyżej orzeczenie.

Katoliccy „marranos”.

Hiszpania ma różne karty w swej przeszłości – zarówno te chlubne (rekonkwista), jak i niechlubne (wygnanie większości sefardejczyków i zmuszenie pozostałych do wyparcia się wiary; ci drudzy określani byli przez pobratymców jako „marranos” – świnie).
Wygląda na to, że hiszpańscy katolicy (i nie tylko hiszpańscy – Hiszpania doby Zapatero to jedynie exemplum), mimo liczebnej większości, są na najlepszej drodze, by stać się współczesną odmianą „marranos”– praktykując swą wiarę w ukryciu, na zewnątrz odpowiednio „postępowi” i „europejscy”… i odpowiednio głosujący. Ulegli presji Al-Kaidy po pamiętnym madryckim zamachu 11.03.2004 i zamiast Aznara (choć ten w kluczowym momencie również dał ciała – rodacy byli na niego wściekli nie tyle za zamachy i zaangażowanie w Iraku, ile za kłamstwo), wybrali Zapatero.
Pomyślmy. Katolicy. Wybrali Zapatero. Przywołując Moliera - sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało. Ożeniłeś się z Postępem, który notorycznie wystawia cię do wiatru. Możesz teraz biadolić sobie do woli. Sąd Najwyższy i tak zabije cię śmiechem.

Gadający Grzyb

Temat poruszył wcześniej Adamkuz (http://www.niepoprawni.pl/trackback/9308)
pierwotna publikacja 06.02.2009 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/gdy-cezar-siega-po-boskie%E2%80%A6