Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Sadurski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Sadurski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 września 2019

Pod-Grzybki 179

Poszedłem na film „Legiony”. Rany, jak ja się wynudziłem! Na sali może 10-15 osób (seans niedzielny, godz. 18:30), a na ekranie przez grubo ponad dwie godziny jakieś drętwe i łzawe kostiumowe romansidło udające film historyczno-wojenny. Do czegokolwiek nadawały się może dwie sekwencje: szarża pod Rokitną i atak na bagnety pod Kostiuchnówką - w sumie chyba jakieś 15 - 20 minut. Wszystko to przy zaangażowaniu 4 scenarzystów (błąd identyczny jak przy „Smoleńsku” - zaprzyjaźnieni literaci musieli zarobić?) i z budżetem 27 mln. zł. W dodatku prawicowe media bulwersują się, że „Legiony” nie zgarnęły żadnej nagrody na festiwalu w Gdyni. Cóż, nagradzano tam gorsze gnioty i „Legiony” pominięto ewidentnie z przyczyn politycznych (jako film „pisowski”), ale trzeba też uczciwie powiedzieć, że ten film obiektywnie na żadne nagrody nie zasługuje. No, jeśli tak mają wyglądać nasze „hollywoodzkie” produkcje promujące Polskę i naszą historię, to ja dziękuję, postoję. Na „Piłsudskiego” zwyczajnie nie pójdę - niech „nasi” nauczą się w końcu robić dobre filmy, zamiast szantażować publikę „patriotyczną” tematyką, myśląc, że to samo z siebie nabije im frekwencję.


*

Z tej samej, filmowej beczki. Na festiwalu w Gdyni wybuchła awantura o film „Solid Gold” Jacka Bromskiego. Kurczę, ten facet to nielichy cwaniak. Najpierw napisał „pisowski” scenariusz o aferze Amber Gold i poszedł po kasę do Kurskiego – a potem, by wywinąć się od środowiskowego ostracyzmu, podczas montażu jak gdyby nigdy nic zmasakrował własne dzieło, wycinając kluczowe sceny (w tym słynnych peowskich „burłaków” ciągnących samolot OLT Express po płycie lotniska). TVP, jako producent musiała zareagować i próbowała wycofać pocięty film z festiwalu. I to dało Bromskiemu znakomity pretekst by pozować na męczennika i „niezależnego twórcę” gnębionego przez pisowską cenzurę. „Środowisko” oczywiście podchwyciło temat i Bromski z miejsca stał się „bojownikiem o wolność twórczą”, czemu dawano wyraz podczas różnych egzaltowanych wystąpień. Słowem, majstersztyk manipulacji. Bromskiemu w Gdyni należy się pomnik – jako wzorcowemu przykładowi towarzyskiego konformizmu i „świadomej autocenzury”. A swoje i tak zarobił. Mistrz.


*

Z weselszych wieści. Tutejsze celebryctwo postanowiło wspomóc totalną opozycję podróbką pamiętnej akcji „zabierz babci dowód” i pojechało z „profrekwencyjną” akcją „Nie świruj, idź na wybory” w ramach której m.in. Pszoniak z Łukaszewiczem postanowili wykonać przed kamerą własne wersje tańca św. Wita. Tym samym, niechcący obnażyli przed publicznością swój stan ducha – oni po prostu zwariowali z nienawiści do PiS i wreszcie im się „ulało”. Teraz już cała Polska wie, jak reaguje Wojciech Pszoniak, gdy przypadkiem zobaczy w telewizji Jarosława Kaczyńskiego.


*

Z wieści jeszcze weselszych. Odbył się XI Kongres Kobiet i feministki jak zwykle dostarczyły wiele tzw. „lol-contentu”. W ramach bloku tematycznego „Centrum Praw Zwierząt” odbyły się panele: „Przemoc ma płeć – życie samic zwierząt hodowlanych” oraz „Zoopolis: o szacunek dla istot ludzkich i pozaludzkich”. Omawiano w nich takie problemy, jak „sztuczna inseminacja, wymuszone i przerwane macierzyństwo, spieniężona laktacja i niechciana starość”, tudzież „podobne” pozycje społeczne... kobiet i zwierząt, a także „siostrzeństwo ponadgatunkowe” - bo „uprzedmiotowienie samic zwierzęcych” ma mieć związek z traktowaniem kobiet w społeczeństwie. Ponadto niezawodna Sylwia Spurek „wkręcona” przez youtubera z Pyta.pl oznajmiła, iż „krowy są gwałcone”. Ehem, to ostatnie ponoć faktycznie niekiedy się zdarza w myśl dewizy „każdy rolnik postępowy sam zapładnia swoje krowy”. A więc Kongres Kobiet szowinistycznym krowo...om mówi twarde „nie”!


*

Ale, powyższe ma swoje reperkusje. Czy od tej pory zwrócenie się do feministki „ty krowo”, będzie oznaczało afirmację ponadgatunkowego siostrzeństwa? A skoro mówimy o inseminacji i gwałceniu krów – co z bykami zmuszanymi do dawania nasienia? To przecież takie upokarzające! No chyba, że zawołanie „samiec – twój wróg” przekłada się również na jakże skomplikowany obszar relacji międzygatunkowych. Eko-feministkom proponuję zatem hiszpański przysmak – bycze jądra, których konsumpcja będzie słuszną ideologicznie zemstą na szowinistycznym, zwierzęcym patriarchacie.


*

Poza wszystkim – pani Spurek wraz z „siostrami” w swej eko-szajbie zaprezentowała modelowe podejście animistyczne, charakterystyczne, przypominam, dla dzieci i ludów prymitywnych. Tylko patrzeć, jak ogłoszą oficjalny kult Matki Ziemi... a nie, wróć – już to zrobiły. W ramach „Centrum Duchowego” na Kongresie odbyły się „warsztaty” z „głębokiej ekologii” pn. „Przywróćmy miłość do Matki Ziemi”.


*

Z myślenia magicznego. Nagłówek w gazeta.pl: „Rozbierają się, a lodowce przykrywają kołderkami. Lód i tak się topi”. To o „ratowaniu” szwajcarskich lodowców – w jego ramach fotograf Spencer Tunick robi fotki tabunom nagich ludzi zagnanych na alpejskie lodowce. Mnie robi się zimno od samego patrzenia i „artysta” pewnie liczy na podobny efekt – gdy lodowiec zobaczy stado zmarzniętych golasów, to z pewnością wskutek empatii też zrobi mu się chłodniej i przestanie topnieć.


*

Lewacka maligna w pełnej okazałości. Arcypostępowy premier Kanady, Justin Trudeau okazał się kryptorasistą! Wydało się, że 20 lat temu wystąpił na balu kostiumowym przebrany za Alladyna z wysmarowaną na brązowo facjatą! Od razu się przyznam – w dzieciństwie bawiłem się w Indian i malowałem sobie na twarzy „barwy wojenne”. O, Wielki Manitou, przepraszam! Tylko co na to wszystko Jacek Hugo-Bader, który na Marszu Niepodległości wypastował się na Makumbę?


*

Pośmialiśmy się, a teraz wkraczamy w brudny i ponury świat polityki pełen mrocznych tajemnic. Oto prof. Wojciech Sadurski podczas nasiadówki z działaczami Obywateli RP objawił swój rodzinny dramat: „moja siostra głosuje na PiS!”. Tragedia ma jednak i drugą stronę – brat siostry Sadurskiego głosuje na PO! Komuż tu bardziej współczuć, ach komu?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 39 (27.09-03.10.2019)

piątek, 28 lipca 2017

„Ludowa rewolucja” kontra rokosz elit

Jeśli na ulice ruszyło się młode, wielkomiejskie pokolenie, to trzeba ogłosić, że od tej pory PiS już ma z kim przegrać.


I. Chór kanalii

Przy okazji trwającej właśnie wojny o sądy mamy do czynienia z kolejnym etapem „rokoszu elit”. Rokoszu, który prócz doraźnych interesów sprowadzających się do obrony status quo tam, gdzie tylko jest to możliwe, ma również głębokie, emocjonalne podglebie. Bynajmniej nie chodzi tu tylko o poczucie zagrożenia, że jak PiS opanuje sądy, to zacznie masowo wsadzać „totalną opozycję” do lochów, czego widomym znakiem był histeryczny happening senatora Rulewskiego w więziennym drelichu. Nie chodzi również wyłącznie o pozycję i partykularny interes prawniczego establishmentu, tudzież innych sitw czujących, że grunt usuwa się im spod nóg. Ten strach i wściekłość każące sięgać po najniższe chwyty w obronie skompromitowanej w oczach społeczeństwa „nadzwyczajnej kasty ludzi” i orkiestrować istny „chór kanalii”, wywołane są świadomością, że oto PiS rozpoczął realizację kolejnego etapu swoistej „ludowej rewolucji”. A to właśnie ów „lud” wywołuje u naszych „obrońców demokracji” odruch niekontrolowanego obrzydzenia. By to bliżej wyjaśnić, odwołam się do słynnej wypowiedzi prof. Sadurskiego, który tak się składa, jest m.in. również prawnikiem: „O to mam największe pretensje do Kaczyńskiego, że z cynicznych powodów dał nieoświeconemu plebsowi poczucie dostępu do władzy”.

Tu ich boli. Otóż Sadurskiego i jego formację cechuje głębokie przeżywanie własnej elitarności - przynależność do „lepszego towarzystwa” stanowi wręcz podstawę ich wysokiej samooceny. Dlatego, gdy ktoś tę elitarność i płynącą z niej redystrybucję prestiżu w jakiejkolwiek formie zaneguje, choćby głosując nie tak jak trzeba, traktują to jako osobisty policzek, obrazę – głosowanie wbrew ich wskazówkom odbierają bowiem jako symboliczną odmowę uznania ich przywódczego statusu. W konsekwencji, nie przyjmują do wiadomości wyników „niesłusznych” wyborów, uznając je za z zasady nieważne, za rodzaj uzurpacji ze strony „plebsu”. To zaś powoduje dysonans poznawczy i pogłębiający się rozdźwięk między własnymi wyobrażeniami, a rzeczywistością, co z kolei wywołuje rosnące napięcie, którego wykwitem bywają właśnie takie nieprzytomne bluzgi jak Sadurskiego, ale też np. Mikołejki perorującego o „Edkach” siedzących „z piwskiem w łapie i w gaciach do kolan”.


II. Demokracja bez demosu

Mówiąc pół żartem, pół serio - oni są wyznawcami specyficznego modelu harmonii, czegoś co określiłbym mianem zwulgaryzowanego platonizmu z jego „państwem filozofów”, połączonego z czymś na kształt lewackiej odmiany konfucjanizmu, gdzie każdy ma trwale przypisane sobie miejsce. Wedle tego wzorca „demokracja” ma polegać na przywództwie elit kierujących masami, dlatego wszelkie rozstrojenie owej „harmonii” sprawia, że ze wszystkich sił próbują ją oraz należną sobie pozycję w jej ramach - przywrócić. To jest ich główna i bazowa motywacja - zaś krzyki o Trybunale, sądownictwie, konstytucji i praworządności, są jedynie wtórną racjonalizacją tego pierwotnego poczucia przyrodzonego ładu. To wizja ściśle hierarchiczna, klasowa, w swej istocie nie mająca nic wspólnego z demokracją czy jakąkolwiek odmianą republikanizmu - ale właśnie ją uważają za demokrację i to jeszcze w dodatku – liberalną.

Ta kastowa wizja społeczeństwa dotyczy również w ogromnej mierze środowiska sędziowskiego. Oni też czują się współprzewodnikami stada, co widać niekiedy w moralizatorskich uzasadnieniach wyroków, dalece wykraczających poza interpretację przepisów i zamieniających się nierzadko w publicystykę (sędzia Łączewski, Tuleya). Stąd też antykonstytucyjne w swej wymowie słowa prof. Popiołka, że suwerenem są wartości zapisane w prawie których strażnikiem są sądy - a nie jacyś tam „wyborcy”. Czyli mamy demokrację bez rządów demosu. A to oznacza, że pod jej pozorami dostajemy oligarchię, gerontokrację lub jeszcze coś innego.


III. Przebudzenie „symetrystów”

Teraz są sprowadzani na ziemię - a to boli. Dlatego tak entuzjastycznie reagują na ostatnie demonstracje, na których poza dyżurną „kodowszczyzną” zaczęli się pojawiać również tzw. zwykli obywatele, bo to w ich mniemaniu oznacza, że tłum za ich plecami jeszcze nie całkiem się przerzedził, że jeszcze są zdolni kogoś poprowadzić. Mylą się, bo ci ludzie przychodzą niezależnie od ich nawoływań - ale to właśnie powinno poważnie zaniepokoić obóz „dobrej zmiany”.

Otóż w ramach protestów po raz pierwszy na ulice wyszli „symetryści”. To już nie są jakieś groteskowe „diduszki” wyciągnięte z kazamatów „Krytyki Politycznej”, lecz autentyczni młodzi ludzie, którzy wprawdzie nie przepadają za złodziejami z PO, banksterami z „Nowoczesnej” i „gerontami III RP” od Michnika, lecz zarazem nie chcą zmiany a la PiS. Dotąd byli zdystansowani wobec obu stron politycznego sporu, za co zagniewani geronci zarzucali im „jazdę na gapę”. Zatem skoro teraz dali się jednak namówić, by protestować razem z beneficjentami III RP, to robi się nieciekawie. Dopóki przekrój demonstrantów był taki, jak na manifestacjach KOD, czy podczas grudniowego puczu pod Sejmem, PiS mogło spać spokojnie. Jeśli jednak na ulice ruszyło się młode, wielkomiejskie pokolenie, to trzeba ogłosić, że od tej pory PiS już ma z kim przegrać. O symetryzmie i symetrystach pisałem tu całkiem niedawno, więc nie będę powtarzał tamtej analizy, dodam tylko, iż jest to pokolenie autentycznych, integralnych lewicowców w najgorszym stylu: zwolenników obyczajowego postępu, wprawdzie wrażliwych społecznie lecz zarazem nieodwracalnie skażonych np. antyklerykalizmem i kosmopolityzmem - i to właśnie oni mogą stać się kluczową grupą wyborców w 2019 r. Bo skoro wyszli na ulice, to znaczy, że pójdą też do urn - i do wyborów ruszy ich wielokrotnie więcej niż na manifestacje w Warszawie czy we Wrocławiu. Czy PiS to dostrzega i czy zdaje sobie sprawę, że ma bardzo mało czasu, by rozbroić tę tykającą społeczną bombę? Niestety, wątpię.

Warto sobie w związku z powyższym uświadomić jedną rzecz. Mianowicie, okupujący kamery i mikrofony „liderzy” pokroju Schetyny, Petru czy Frasyniuka nie są ważni – dlatego zamiast zajmować się poczynaniami tych zużytych figur woskowych, należy spojrzeć szerzej i głębiej, by zorientować się jakie społeczne procesy zachodzą na zapleczu. A tam, niepostrzeżenie, wyrosła cała nowa generacja obecnych dwudziestoparo- i trzydziestolatków stanowiących niejako rewers młodzieży patriotycznej. Zachwyceni młodymi ludźmi w koszulkach z żołnierzami wyklętymi i husarią, przegapiliśmy ich rówieśników, przeważnie rekrutujących się z nowej, wielkomiejskiej klasy średniej. Fakt, dotąd niespecjalnie rzucali się w oczy, byli dość wycofani jeśli chodzi o publiczne zaangażowanie, co najwyżej ograniczając się do lokalnych ruchów miejskich. Teraz jednak zaczynają zabierać głos – może niekoniecznie w duchu, który spodobałby się Michnikowi, bo ich krytyka III RP i dorobku transformacji jest dość miażdżąca, ale – co ważne – jest to krytyka z pozycji radykalnego lewicowego liberalizmu. Może nie tak lewackiego jak „Razem” Zandberga i spółki, ale ideowe afiliacje są jednoznaczne. Przykładowo, ich główny zarzut wobec rządów PO, prócz złodziejstwa oraz uderzającego w nich bezpośrednio sprekaryzowania rynku pracy, to zaniechanie wprowadzenia homomałżeństw i liberalizacji aborcji. Słowem, Platforma jest dla nich zbyt zachowawcza obyczajowo.


IV. Bunt młodych?

Do tej pory „totalna opozycja” wraz ze swym zapleczem intelektualnym nie potrafiła zagospodarować tych rodzących się po lewej stronie społecznych emocji, tkwiąc w nabzdyczonym stuporze. Jednak jakaś siła polityczna się pojawi (zawsze się pojawia) i zaabsorbuje ten „symetryczny” potencjał sprzeciwu zarówno wobec PiS-u, jak i „pokolenia Magdalenki”, bo takie procesy się stopniowo, po cichu kumulują i wybuchają w najmniej oczekiwanych momentach – tak jak „bunt gówniarzy” (jak ich określił Michnik) wybuchł w twarze salonu w 2015 r. Ale rok 2015 to już przeszłość – w 2019 r. może z kolei nastąpić „bunt symetrystów”. Tymczasem politycy zwykli w swej imaginacji „zamrażać” wyborców w takim stanie, w jakim owi wyborcy na nich głosowali. A to tak nie działa. Wyborcy ewoluują, społeczeństwo się zmienia - to jest dziki, żywy, nieokiełznany organizm. Dlatego jeśli PiS nie zadba o odpowiednią społeczną komunikację i chociażby wyjaśnienie, dlaczego zmiany w sądownictwie są potrzebne i warto je nawet „przepchnąć kolanem”, to szeregi niezadowolonych będą rosnąć, a odpowiedni specjaliści ów narastający „bunt symetrystów” przejmą i powiodą przeciw Polsce. A wtedy nastąpi taki „odpał”, takie odbicie wahadła w lewą stronę, że się nie pozbieramy.

Kraczę? Przesadzam? Oby - naprawdę chciałbym się mylić. Jednak warto zwrócić uwagę, że w ostatnich latach to właśnie młodzież była motorem zmian politycznych. Przypomnę, że to młodzi ludzie zmanipulowani akcją „zmień kraj, idź na wybory” zadecydowali w 2007 r. o oddaniu władzy PO na osiem lat. To młodzi w 2015 zagłosowali na PiS i Kukiza – i to młodzi zadecydują o zmianie w najbliższych bądź kolejnych wyborach.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Symetryzm i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (26.07-01.08.2017)

poniedziałek, 30 listopada 2009

Racjonalizm „po Sadursku”.


Czy Wojciech Sadurski czytał Chestertona?

Sprawa z zeszłego tygodnia, ale jakoś nie daje mi spokoju, jak raz bowiem nadaje się na kolejny wypis z Antycywilizacji Postępu.

Było tak: Polskie Stowarzyszenie Racjonalistów, na temat którego niżej podpisany miał okazję powyzłośliwiać się przy okazji tzw. cudu w Sokółce (link poniżej), natchnięte werdyktem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w kwestii krzyży we włoskich szkołach, zapragnęło wysłać list do prezydenta w palącej racjonalistyczne dusze kwestii obecności krzyży w polskich klasach. W odpowiedzi prezydencki minister, Paweł Wypych, puścił na łamach „Rzeczpospolitej” żarcik o zmianie nazwy placu Trzech Krzyży, usunięciu krzyża z Giewontu tudzież likwidacji skrzyżowań.

Kontra liberała.

Zabolało to Wojciecha Sadurskiego, który w tejże gazecie przystąpił do zbrojnego kontrataku (link poniżej) i postanowił podrzeć sobie łacha z Wypychowej wypowiedzi, dokładając mimochodem także Wildsteinowi. Uczynił to lekko i filuternie, udając że nie wie o co toczy się gra. Po tym facecjonackim wstępie przystąpił do oddawania salw z cięższej, merytorycznej artylerii.

W.S. pisze m.in.:

„Wyrok mieści się zatem na przecięciu dwóch zasad. Po pierwsze – zasady neutralności światopoglądowej państwa wymagającej, by – jak ujął to amerykański Sąd Najwyższy – państwo nie wysyłało symbolicznego komunikatu, że wspiera swym autorytetem jakąkolwiek religię. Państwo to nie jest po prostu "sfera publiczna", w której mieści się i plac Trzech Krzyży, i krzyż na Giewoncie: to narzędzie władzy, a zatem i przymusu, funkcjonujące w interesie i z mandatu nas wszystkich – wszystkich obywateli i podatników. Co innego katedra na placu miejskim, a co innego krucyfiks w urzędzie.


Czyżby? Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że Wojciech Sadurski przemawia nie jak prawnik, lecz jak ideolog?

Po pierwsze, nie wiem na jaki konkretnie wyrok amerykańskiego Sądu Najwyższego pan Sadurski się powołuje, ale tablice z dekalogiem przed gmachami sądów, czy odmawianie modlitw w szkołach były do niedawna w USA na porządku dziennym. Po drugie, rugowanie tych symboli z amerykańskiej przestrzeni publicznej, to efekt ostatnich lat – zmasowanej inwazji postępowych barbarzyńców wspartych przez równie postępową, jak to nazywa Wildstein, „sądokrację”. Obywateli nikt o zdanie nie pytał.

W efekcie dochodziło do takich incydentów, jak ten w amerykańskiej szkole: uczeń przyniósł na lekcję zeszyt z okładką na której było 10 przykazań. Nauczyciel widząc to religianckie zboczenie, podarł zeszyt i cisnął go do kosza, wrzeszcząc, że Dekalog to „mowa nienawiści”. Nie poniósł żadnych konsekwencji. Przy wsparciu lewackich organizacji, tudzież postępowych mediów stał się laickim bohaterem. Zwalczał wszak ciemnotę i zabobon.

Ślepa plamka.

Profesor Sadurski uporczywie nie chce widzieć, że orzeczenie Trybunału dmuchnęło przyjaznym wiatrem w żagle ekstremistycznych „racjonalistów”, w rodzaju PSR. Bez tego kuriozalnego werdyktu inicjatywa równie kuriozalnego „adresu” do prezydenta nie zaistniałaby. A skoro padły przykłady przenominowania Placu Trzech Krzyży, likwidacji krzyża na Giewoncie i „dekrucyfikacji” skrzyżowań, to i do nich się odniosę. Tak się bowiem składa, iż całkiem niedawno popełniłem notkę (link poniżej) na temat włoskiego Związku Ateistów, Agnostyków i Racjonalistów (UAAR), która to organizacja stanowiąca jedno ze źródeł inspiracji racjonalistów nadwiślańskich, wysuwa właśnie tego typu postulaty i konsekwentnie poszerza swe wpływy.

Otóż wzmiankowana organizacja zrzeszająca, jak pozwoliłem sobie określić, „talibów laicyzmu” protestuje właśnie przeciw krzyżom w górach, kapliczkom, biciu w kościelne dzwony (określając te ostatnie mianem „zanieczyszczeń akustycznych”). Że co, niby nasi „racjonaliści” niczego takiego się nie domagają? Na razie… Dać im palec…itd.

Wojciech Sadurski nie dostrzegł (lub, jak powiedział pewien komentator sportowy „dostrzegł lecz nie zauważył”), że we współczesnym świecie to nie katolicyzm jest siłą ofensywną. Natarcie prowadzi szeroko rozumiana Antycywilizacja Postępu, w tym konkretnym przypadku odziana w zbroję wojującego laicyzmu. Chrześcijaństwo spychane jest do coraz głębszej defensywy. Profesor Sadurski natomiast zachowuje się tak, jakby to współczesnych wolnomyślicieli należało bronić i chronić przed chrześcijańską opresją. Ot, taka liberalna „ślepa plamka” w oku Pana Profesora.

Wypis z Chestertona.

A teraz przejdźmy do skrzyżowań. Nie wiem, czy Paweł Wypych czytał „Kulę i Krzyż” Gilberta Keitha Chestertona, ale intuicyjnie nawiązał do tej powieści. Jest w niej zawarta powiastka o obsesyjnym ateuszu, który wojował z Krzyżem tak uporczywie, że zaczął dostrzegać ów nienawistny symbol dosłownie wszędzie: ramy okienne – krzyż, sprzęty domowe – krzyż, płot w którym poziome belki przecinają pionowe sztachety – rząd krzyży! Konstrukcja domu, to samo – wszędzie czają się krucyfiksy! Facet marnie skończył (wybaczcie, już nie pamiętam, czy zginął, czy odwieźli go do wariatkowa – książkę czytałem dość dawno; jeśli dopuściłem się jakichś nieścisłości, pogalopuję do biblioteki i odświeżę materiał). W każdym razie, upatrywanie w kątach prostych przedmiotu religijnej opresji nie wydaje się zbyt odległe od sposobu myślenia i mentalności naszych hunwejbinów Postępu.

A czy pan Sadurski Chestertona czytał? Czy też, wśród liberalnych uniesień Rozumu, zabrakło czasu?

Dusza racjonalisty.

Na zakończenie kilka słów o domniemanych motywacjach antyreligijnych obsesjonatów.

We wstępnej partii tekstu, zawarłem pozornie niezręczną frazę „w palącej racjonalistyczne dusze kwestii”. Wiem, że racjonaliści w istnienie duszy nie wierzą. Ale jednak mają tę Boską cząstkę w swym jestestwie, czy to im się podoba, czy nie. I, moim skromnym zdaniem, właśnie owa niechciana dusza ich uwiera, drąży podświadomość, wywołuje psychiczny dyskomfort. To poczucie wewnętrznego rozstrojenia każe rzucać się z wrzaskiem na Krzyż, w nadziei, że kiedy ów symbol zniknie z zasięgu wzroku, powróci psychofizyczna równowaga.

Nic z tego. Nie sposób zabić duszy i sumienia. Boga nie da się spędzić niczym niechciany płód. Nawet gdy z przestrzeni publicznej znikną ostatnie ślady chrześcijaństwa.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

www.rp.pl/artykul/9157,396686_Sadurski__Skrzyzowania.html

www.niepoprawni.pl/blog/287/irracjonalni-racjonalisci

www.niepoprawni.pl/blog/287/talibowie-laicyzmu