Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rewolucja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rewolucja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 lipca 2017

„Ludowa rewolucja” kontra rokosz elit

Jeśli na ulice ruszyło się młode, wielkomiejskie pokolenie, to trzeba ogłosić, że od tej pory PiS już ma z kim przegrać.


I. Chór kanalii

Przy okazji trwającej właśnie wojny o sądy mamy do czynienia z kolejnym etapem „rokoszu elit”. Rokoszu, który prócz doraźnych interesów sprowadzających się do obrony status quo tam, gdzie tylko jest to możliwe, ma również głębokie, emocjonalne podglebie. Bynajmniej nie chodzi tu tylko o poczucie zagrożenia, że jak PiS opanuje sądy, to zacznie masowo wsadzać „totalną opozycję” do lochów, czego widomym znakiem był histeryczny happening senatora Rulewskiego w więziennym drelichu. Nie chodzi również wyłącznie o pozycję i partykularny interes prawniczego establishmentu, tudzież innych sitw czujących, że grunt usuwa się im spod nóg. Ten strach i wściekłość każące sięgać po najniższe chwyty w obronie skompromitowanej w oczach społeczeństwa „nadzwyczajnej kasty ludzi” i orkiestrować istny „chór kanalii”, wywołane są świadomością, że oto PiS rozpoczął realizację kolejnego etapu swoistej „ludowej rewolucji”. A to właśnie ów „lud” wywołuje u naszych „obrońców demokracji” odruch niekontrolowanego obrzydzenia. By to bliżej wyjaśnić, odwołam się do słynnej wypowiedzi prof. Sadurskiego, który tak się składa, jest m.in. również prawnikiem: „O to mam największe pretensje do Kaczyńskiego, że z cynicznych powodów dał nieoświeconemu plebsowi poczucie dostępu do władzy”.

Tu ich boli. Otóż Sadurskiego i jego formację cechuje głębokie przeżywanie własnej elitarności - przynależność do „lepszego towarzystwa” stanowi wręcz podstawę ich wysokiej samooceny. Dlatego, gdy ktoś tę elitarność i płynącą z niej redystrybucję prestiżu w jakiejkolwiek formie zaneguje, choćby głosując nie tak jak trzeba, traktują to jako osobisty policzek, obrazę – głosowanie wbrew ich wskazówkom odbierają bowiem jako symboliczną odmowę uznania ich przywódczego statusu. W konsekwencji, nie przyjmują do wiadomości wyników „niesłusznych” wyborów, uznając je za z zasady nieważne, za rodzaj uzurpacji ze strony „plebsu”. To zaś powoduje dysonans poznawczy i pogłębiający się rozdźwięk między własnymi wyobrażeniami, a rzeczywistością, co z kolei wywołuje rosnące napięcie, którego wykwitem bywają właśnie takie nieprzytomne bluzgi jak Sadurskiego, ale też np. Mikołejki perorującego o „Edkach” siedzących „z piwskiem w łapie i w gaciach do kolan”.


II. Demokracja bez demosu

Mówiąc pół żartem, pół serio - oni są wyznawcami specyficznego modelu harmonii, czegoś co określiłbym mianem zwulgaryzowanego platonizmu z jego „państwem filozofów”, połączonego z czymś na kształt lewackiej odmiany konfucjanizmu, gdzie każdy ma trwale przypisane sobie miejsce. Wedle tego wzorca „demokracja” ma polegać na przywództwie elit kierujących masami, dlatego wszelkie rozstrojenie owej „harmonii” sprawia, że ze wszystkich sił próbują ją oraz należną sobie pozycję w jej ramach - przywrócić. To jest ich główna i bazowa motywacja - zaś krzyki o Trybunale, sądownictwie, konstytucji i praworządności, są jedynie wtórną racjonalizacją tego pierwotnego poczucia przyrodzonego ładu. To wizja ściśle hierarchiczna, klasowa, w swej istocie nie mająca nic wspólnego z demokracją czy jakąkolwiek odmianą republikanizmu - ale właśnie ją uważają za demokrację i to jeszcze w dodatku – liberalną.

Ta kastowa wizja społeczeństwa dotyczy również w ogromnej mierze środowiska sędziowskiego. Oni też czują się współprzewodnikami stada, co widać niekiedy w moralizatorskich uzasadnieniach wyroków, dalece wykraczających poza interpretację przepisów i zamieniających się nierzadko w publicystykę (sędzia Łączewski, Tuleya). Stąd też antykonstytucyjne w swej wymowie słowa prof. Popiołka, że suwerenem są wartości zapisane w prawie których strażnikiem są sądy - a nie jacyś tam „wyborcy”. Czyli mamy demokrację bez rządów demosu. A to oznacza, że pod jej pozorami dostajemy oligarchię, gerontokrację lub jeszcze coś innego.


III. Przebudzenie „symetrystów”

Teraz są sprowadzani na ziemię - a to boli. Dlatego tak entuzjastycznie reagują na ostatnie demonstracje, na których poza dyżurną „kodowszczyzną” zaczęli się pojawiać również tzw. zwykli obywatele, bo to w ich mniemaniu oznacza, że tłum za ich plecami jeszcze nie całkiem się przerzedził, że jeszcze są zdolni kogoś poprowadzić. Mylą się, bo ci ludzie przychodzą niezależnie od ich nawoływań - ale to właśnie powinno poważnie zaniepokoić obóz „dobrej zmiany”.

Otóż w ramach protestów po raz pierwszy na ulice wyszli „symetryści”. To już nie są jakieś groteskowe „diduszki” wyciągnięte z kazamatów „Krytyki Politycznej”, lecz autentyczni młodzi ludzie, którzy wprawdzie nie przepadają za złodziejami z PO, banksterami z „Nowoczesnej” i „gerontami III RP” od Michnika, lecz zarazem nie chcą zmiany a la PiS. Dotąd byli zdystansowani wobec obu stron politycznego sporu, za co zagniewani geronci zarzucali im „jazdę na gapę”. Zatem skoro teraz dali się jednak namówić, by protestować razem z beneficjentami III RP, to robi się nieciekawie. Dopóki przekrój demonstrantów był taki, jak na manifestacjach KOD, czy podczas grudniowego puczu pod Sejmem, PiS mogło spać spokojnie. Jeśli jednak na ulice ruszyło się młode, wielkomiejskie pokolenie, to trzeba ogłosić, że od tej pory PiS już ma z kim przegrać. O symetryzmie i symetrystach pisałem tu całkiem niedawno, więc nie będę powtarzał tamtej analizy, dodam tylko, iż jest to pokolenie autentycznych, integralnych lewicowców w najgorszym stylu: zwolenników obyczajowego postępu, wprawdzie wrażliwych społecznie lecz zarazem nieodwracalnie skażonych np. antyklerykalizmem i kosmopolityzmem - i to właśnie oni mogą stać się kluczową grupą wyborców w 2019 r. Bo skoro wyszli na ulice, to znaczy, że pójdą też do urn - i do wyborów ruszy ich wielokrotnie więcej niż na manifestacje w Warszawie czy we Wrocławiu. Czy PiS to dostrzega i czy zdaje sobie sprawę, że ma bardzo mało czasu, by rozbroić tę tykającą społeczną bombę? Niestety, wątpię.

Warto sobie w związku z powyższym uświadomić jedną rzecz. Mianowicie, okupujący kamery i mikrofony „liderzy” pokroju Schetyny, Petru czy Frasyniuka nie są ważni – dlatego zamiast zajmować się poczynaniami tych zużytych figur woskowych, należy spojrzeć szerzej i głębiej, by zorientować się jakie społeczne procesy zachodzą na zapleczu. A tam, niepostrzeżenie, wyrosła cała nowa generacja obecnych dwudziestoparo- i trzydziestolatków stanowiących niejako rewers młodzieży patriotycznej. Zachwyceni młodymi ludźmi w koszulkach z żołnierzami wyklętymi i husarią, przegapiliśmy ich rówieśników, przeważnie rekrutujących się z nowej, wielkomiejskiej klasy średniej. Fakt, dotąd niespecjalnie rzucali się w oczy, byli dość wycofani jeśli chodzi o publiczne zaangażowanie, co najwyżej ograniczając się do lokalnych ruchów miejskich. Teraz jednak zaczynają zabierać głos – może niekoniecznie w duchu, który spodobałby się Michnikowi, bo ich krytyka III RP i dorobku transformacji jest dość miażdżąca, ale – co ważne – jest to krytyka z pozycji radykalnego lewicowego liberalizmu. Może nie tak lewackiego jak „Razem” Zandberga i spółki, ale ideowe afiliacje są jednoznaczne. Przykładowo, ich główny zarzut wobec rządów PO, prócz złodziejstwa oraz uderzającego w nich bezpośrednio sprekaryzowania rynku pracy, to zaniechanie wprowadzenia homomałżeństw i liberalizacji aborcji. Słowem, Platforma jest dla nich zbyt zachowawcza obyczajowo.


IV. Bunt młodych?

Do tej pory „totalna opozycja” wraz ze swym zapleczem intelektualnym nie potrafiła zagospodarować tych rodzących się po lewej stronie społecznych emocji, tkwiąc w nabzdyczonym stuporze. Jednak jakaś siła polityczna się pojawi (zawsze się pojawia) i zaabsorbuje ten „symetryczny” potencjał sprzeciwu zarówno wobec PiS-u, jak i „pokolenia Magdalenki”, bo takie procesy się stopniowo, po cichu kumulują i wybuchają w najmniej oczekiwanych momentach – tak jak „bunt gówniarzy” (jak ich określił Michnik) wybuchł w twarze salonu w 2015 r. Ale rok 2015 to już przeszłość – w 2019 r. może z kolei nastąpić „bunt symetrystów”. Tymczasem politycy zwykli w swej imaginacji „zamrażać” wyborców w takim stanie, w jakim owi wyborcy na nich głosowali. A to tak nie działa. Wyborcy ewoluują, społeczeństwo się zmienia - to jest dziki, żywy, nieokiełznany organizm. Dlatego jeśli PiS nie zadba o odpowiednią społeczną komunikację i chociażby wyjaśnienie, dlaczego zmiany w sądownictwie są potrzebne i warto je nawet „przepchnąć kolanem”, to szeregi niezadowolonych będą rosnąć, a odpowiedni specjaliści ów narastający „bunt symetrystów” przejmą i powiodą przeciw Polsce. A wtedy nastąpi taki „odpał”, takie odbicie wahadła w lewą stronę, że się nie pozbieramy.

Kraczę? Przesadzam? Oby - naprawdę chciałbym się mylić. Jednak warto zwrócić uwagę, że w ostatnich latach to właśnie młodzież była motorem zmian politycznych. Przypomnę, że to młodzi ludzie zmanipulowani akcją „zmień kraj, idź na wybory” zadecydowali w 2007 r. o oddaniu władzy PO na osiem lat. To młodzi w 2015 zagłosowali na PiS i Kukiza – i to młodzi zadecydują o zmianie w najbliższych bądź kolejnych wyborach.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Symetryzm i postpopulizm – nowe zaklęcia liberałów


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (26.07-01.08.2017)

piątek, 20 września 2013

Pawlik Morozow i młyńskie kamienie

Biedny Piątek – niedoszły Pawka Morozow - trafił między młyńskie kamienie kapitału i te kamienie go zmiażdżyły.

I. Szpicel z powołania

Woody Allen w jednym ze swych opowiadań stworzył bohatera, który od najmłodszych lat marzył o tym, by zostać zawodowym donosicielem. Brał nawet lekcje wymowy, żeby wyraźniej kapować. „- Mój Boże, jak ja lubię donosić na ludzi” - mówi w pewnym momencie. Podobny syndrom „kapusia z powołania” dotknął najwyraźniej lewackiego pisarza i publicystę Tomasza Piątka, znanego m.in. z felietonów na stronach „Krytyki Politycznej”. Wyczytał on mianowicie, że naczelny „Do Rzeczy”, Paweł Lisicki, pochwalił we wstępniaku ustawę Putina zabraniającą homoseksualnej propagandy, zwłaszcza wobec nieletnich. Lisicki wprawdzie umiejscowił swą pochwałę w kontekście – jak Putin morduje swych przeciwników i fałszuje wybory to świat milczy; tenże postępowy świat budzi się dopiero, gdy rosyjska władza uderza w deprawacyjną działalność homolobby – ale tego już Tomasz Piątek nie dopowie, bo i po co?

W każdym razie, Piątek doznał rewolucyjnego wzmożenia i postanowił trochę podonosić do reklamodawców tygodnika, pytając m.in. „Czy świadomie wspierają Państwo swoimi pieniędzmi tygodnik, który popiera prześladowanie homoseksualistów przez Putina?” . Swoją drogą, jak to jest, że wśród sił postępu w obliczu kontrrewolucji niemal automatycznie włączają się atawizmy rodem już nawet nie z przywołanego opowiadania Woody'ego Allena, ale wręcz z Pawlika Morozowa? Bo warto w tym miejscu przypomnieć, iż podobny numer próbowało zastosować swojego czasu branżowe pismo „Press”, molestując reklamodawców starego „Uważam Rze”, czy nie przeszkadza im aby „wizerunek upolitycznionej i skrajnej w opiniach gazety”. Sam Tomasz Piątek zaś zasłynął po raz pierwszy na donosicielskiej niwie smarując list do „Guardiana”, by brytyjska gazeta zerwała współpracę z Andrzejem Krauze, który pozwolił sobie na „homofobiczny” rysunek w „Rzeczpospolitej” (facet w Urzędzie Stanu Cywilnego mówi do kozy w welonie „Jeszcze tylko ci panowie wezmą ślub i zaraz potem my!”). Brawo, towarzyszu Piątek, teraz pora na masówki w zakładach pracy.

II. Moralność rewolucyjna

No, ale jeden z reklamodawców wyciął Piątkowi numer i przekazał jego donos redakcji „Do Rzeczy”. Jednym słowem, sprawa się rypła, a Bronisław Wildstein odwinął się listem otwartym do „Krytyki Politycznej”, w którym nazwał Piątka „małym donosicielem”. Wyobrażam sobie, że w tym momencie „mały donosiciel” musiał doświadczyć poczucia najgłębszej zdrady. Relacja donosiciel-władza (a reklamodawcy są dla mediów swojego rodzaju „władzą”) jest bowiem relacją nader intymną, opierającą się na zaufaniu i przeświadczeniu, że bezpieczniacka etyka nigdy nie pozwoli zdekonspirować konfidenta. To tak, jakby NKWD zamiast rozstrzelać ojca Pawki Morozowa, pobiegła do niego z ostrzeżeniem jakiego to ma synalka. Widział kto takie rzeczy? Parszywe czasy...

Toteż z listu Tomasza Piątka do TokFM przebija krzywda, skarga, że ktoś zakapował kapusia. Przy czym Piątek w swych żalach wydaje się być absolutnie szczery – on chciał dobrze, nie ma sobie nic do zarzucenia, a tu jeszcze „Krytyka Polityczna” wywaliła go za drzwi. On - uwaga – praktykował jedynie „wolność słowa” i chciał sprowokować „bojkot konsumencki”. To swoją drogą ciekawe rozumowanie, które warto podrzucić wszystkim Tewusiom figurującym w papierach IPN – owszem, donosiłem do bezpieki, ale tak właśnie pojmuję wolność słowa i nikomu nic do tego!

„Prawo dziennikarza i nie tylko dziennikarza do zadawania pytań jest podstawowym elementem wolności słowa. Jak się ma do wolności słowa brutalne zastraszanie publicysty, który zadaje niewygodne pytania?” - pyta Piątek a propos listu Wildsteina. I do głowy mu nie przyjdzie, że czym innym jest publiczne formułowanie zarzutów, czy wzywanie do bojkotu, a czym innym potajemne donosicielstwo za plecami zainteresowanego. Dla Piątka nie ma tu różnicy, bo w walce z „kontrą” nie ma miejsca na burżuazyjną moralność. Moralne jest to, co służy Rewolucji, koniec kropka. W tym wypadku Piątkowi wydała się moralna akcja „z partyzanta” mająca zniechęcić reklamodawców wrażego medium. I gdyby sprawa nie wyszła na jaw, wciąż pisałby do „Krytyki Politycznej”, chwaląc się zapewne w środowisku swymi przewagami i zbierając od kolegów pochwały za swoje bezkompromisowe kozactwo.

III. I jak tu robić rewolucję?

Tak się jednak nie stało, „Krytyka” wyrzuciła go ze swych łamów, przy czym powody rozstania z Piątkiem są dość charakterystyczne. Otóż, „Krytyka Polityczna” twierdzi, iż Piątek nie uzgodnił z nimi swej „akcji”, bo gdyby ich uprzedził, to „moglibyśmy przedyskutować wspólnie jej celowość”. W innym miejscu redakcja zauważa: „Nawet z przeciwnikami nie walczyliśmy nigdy, namawiając do wyrzucenia ich z pracy, lokalu, odebrania dotacji państwowych lub reklam.” Czyli, niby „nie walczyliśmy”, ale „moglibyśmy przedyskutować”. Rozumiem, że kwestią priorytetową byłaby spodziewana skuteczność „dywersji” i prawdopodobieństwo utrzymania sprawy w tajemnicy, tak by nie musieli „za naszego autora przepraszać co miesiąc”...

A tak naprawdę poszło o pieniądze. Rozgoryczony Piątek pisze bowiem – i nie ma powodu, by mu nie wierzyć – że, cytuję, „Powiedziano mi, że zadając pytania reklamodawcom, zagroziłem bytowi 'Krytyki'. 'No bo jeśli my piszemy do ich reklamodawców, to oni zaczną pisać do naszych grantodawców'. Granty to stypendia, które "KP" uzyskuje na swoje działania od różnych instytucji.” No i wszystko jasne – nie zaglądamy sobie nawzajem do kasy i będzie dobrze. Jest wprawdzie różnica między prywatnymi sponsorami, a grantami z publicznych środków, ale zasada - „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych” tak czy inaczej musi być zachowana. I jak tu z takimi robić rewolucję?

Biedny Piątek – niedoszły Pawka Morozow - trafił między młyńskie kamienie kapitału i te kamienie go zmiażdżyły. Biedny Piątek, powtórzę - uwierzył, że to wszystko naprawdę, a tu okazało się, że chodzi tylko o to, by na koszt podatnika („grantodawców”) wypić, zakąsić i polansować się w lewackim duchu po kawiarniach. Naiwny - to predylekcja Sierakowskiego do drogich win nic mu wcześniej nie powiedziała? I tak ma pozostać, bo jak się urwie futrowanie kawiarnianej kontestacji przez państwo, to ten cały rewolucyjny pryncypializm będzie sobie można wraz tomami Lenina i rocznikami „Krytyki Politycznej” wsadzić tam, gdzie ludowe masy mogą pana Sierakowskiego w dupę pocałować.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/