Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sławomir Sierakowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sławomir Sierakowski. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 października 2019

Polityczny cynizm, czy zdrowy rozsądek?

Wyborcy pokazują w tym badaniu, że twardo stąpają po ziemi, wiedzą czym jest polityka, a swych wybrańców traktują często użytkowo – mają im załatwiać określone sprawy. I uważam, że jest to całkiem zdrowa, podmiotowa relacja.

I. Socjologia kontra „najgłupsza opozycja świata”

Niedawno otrzymaliśmy do rąk kolejny ciekawy raport socjologiczny przedstawiający postawy elektoratów partii politycznych – to Polityczny cynizm Polaków autorstwa Przemysława Sadury i Sławomira Sierakowskiego, zrealizowany jako koprodukcja trzech lewicowych podmiotów: Fundacji „Pole Dialogu”, Instytutu Studiów Zaawansowanych oraz „Krytyki Politycznej”. Jeżeli kogoś odrzuca lewacka proweniencja organizatorów badania, to od razu powiem – niesłusznie. Jest to bowiem pogłębiona analiza dalece wykraczająca poza medialne schematy, jakimi zwykło się opisywać wyborców poszczególnych „plemion politycznych” i co więcej – wnioski płynące z lektury opracowania niejednokrotnie zaprzeczają utartym stereotypom, jakimi zwykło się opisywać poszczególne grupy wyborców. Autorzy nie wahają się iść pod prąd narracji medialnego mainstreamu i chwała im za to. Szlak niewątpliwie przetarło tu pionierskie badanie zespołu dr. Macieja Gduli o tzw. „Miastku” z 2017 r., o którym również miałem przyjemność pisać na tych łamach w artykule „Miastko, czyli prawica pod lupą”. Przypomnijmy, że Gdula wraz ze współpracownikami wybrał się w polski interior do miejscowości (najprawdopodobniej Sochaczewa) w której PiS w wyborach parlamentarnych osiągnął niemal 50-proc. poparcie. Efektem była analiza „ludu pisowskiego” obalająca całą mitologię narosłą wokół ciemnej „dziczy” głosującej na prawicę. Badanie wywołało sporo zamieszania – na szczęście jednak ani „najgłupsza opozycja świata”, ani sprzyjające jej ośrodki medialne nie raczyły wyciągnąć z badań, które miały przed oczami żadnych praktycznych wniosków i po chwilowej konsternacji utrzymanej w stylu „to na prowincji też żyją biali ludzie?” gładko powróciły do tradycyjnej, propagandowej nawalanki i języka pogardy dehumanizującego obce, polityczne „plemię”. O czytelnikach udzielających się na forum „Gazety Wyborczej” czy artystyczno-celebryckim półświatku w ogóle szkoda gadać – ci bowiem zwyczajnie odmówili przyjęcia raportu z „Miastka” do wiadomości, wskutek czego liberalne media idąc za głosem swej publiki również prędziutko o wszystkim zapomniały. Trzeba powiedzieć, że z tak impregnowaną na rzeczywistość, zamkniętą w sobie i swoich fobiach, tudzież ogólnie niekumatą opozycją, PiS ma niebywałe wręcz szczęście.

Jestem niemal pewien, że podobnie będzie z raportem Sadury i Sierakowskiego, którzy śladem zespołu Gduli wyruszyli w lipcu i sierpniu tego roku w Polskę, by przeprowadzić szerzej zakrojone badania (w Puławach, Skierniewicach, Toruniu i Warszawie) obejmujące elektoraty PiS, PO-KO, Lewicy i PSL. Po badaniu „Miastka” (oraz wcześniejszych analizach również lewackiego Centrum Badań nad Uprzedzeniami dotyczących postaw osób deklarujących prawicowe poglądy) wyrażałem obawę, że „tamci” mają nas rozpracowanych, co może poskutkować jakimiś działaniami osłabiającymi wyborczą bazę „dobrej zmiany” i szerzej – obozu patriotyczno-niepodległościowego. Teraz już takich obaw nie mam – skamieliny III RP są po prostu do takich ruchów niezdolne, natomiast materiał badawczy może całkiem nieźle posłużyć „naszym”, inspirując ich do kolejnych kroków ofensywnych i sięgania po nowe grupy wyborców. Szkoda tylko, że tego wszystkiego dowiadujemy się od lewaków – prawicowe think-tanki wydają się nie być zainteresowane taką działalnością badawczą. No chyba, że robią to na wewnętrzny użytek PiS, a wyniki są skrzętnie skrywane pod korcem...


II. Potencjały mobilizacyjne PiS-u i opozycji

Tyle tytułem wstępu – teraz, do rzeczy. Autorzy, by oszacować maksymalny zasięg danego ugrupowania podzielili poszczególne elektoraty na dwa segmenty: elektorat rdzeniowy (czyli, w przybliżeniu „twardy” - wyborcy deklarujący zdecydowane poparcie dla danej partii i mający zamiar głosować na nią w jesiennych wyborach parlamentarnych) oraz elektorat rezerwuarowy - osoby unikające jednoznacznej deklaracji wyborczej, lecz w pewnych warunkach skłonne zagłosować na daną partię, bo już głosowały na nią w przeszłości (licząc od wyborów w 2015 r.), traktują określone ugrupowanie jako partię drugiego wyboru lub deklarują przynajmniej częściowe zaufanie do jakiegoś obozu politycznego.

Biorąc pod uwagę obie grupy, na dzień dzisiejszy największym potencjałem mobilizacyjnym dysponuje (i tu nie ma zaskoczenia) PiS. Elektorat rdzeniowy tego ugrupowania to 35 proc., a elektorat rezerwuarowy – dalsze 20 proc. Oznacza to, że maksymalny zasięg wyborczy PiS w warunkach pełnej mobilizacji twardych i potencjalnych wyborców wynosi 55 proc. Dla Koalicji Obywatelskiej (PO plus przystawki) to odpowiednio 25 i 22 proc. - czyli łącznie 47 proc., natomiast dla Lewicy – 8 i 12 proc., co daje pułap potencjalnego poparcia w wysokości 20 proc. Ponadto twardy elektorat PiS jest o wiele bardziej lojalny i związany ze swoją partią – wyborcy tej partii najczęściej deklarują, że „mają na kogo głosować” (76 proc.) i PiS jest dla nich partią jedyną, nie czują potrzeby zaistnienia „partii drugiego wyboru” (71 proc.). Na tym tle, twardy elektorat PO-KO jest o wiele bardziej chwiejny i częściej deklaruje, że „nie ma na kogo głosować” (40 proc.), przy czym mniej niż połowa jej wyborców deklaruje zaufanie do własnej partii (zaufanie dla PiS wyraża ponad 2/3 wyborców). Żeby było jeszcze ciekawiej – elektoraty PO i Lewicy są do siebie dość podobne i w znacznej mierze przenikają się między sobą, co powoduje, że obie siły polityczne „kanibalizują” sobie nawzajem ten sam zasób wyborców. Inne, istotne spostrzeżenie – wyborcy PO nie określają poprzez fakt popierania tej partii własnej tożsamości, w przeciwieństwie do twardych wyborców PiS, którzy swój wybór traktują często właśnie w kategoriach tożsamościowych. Procentuje tu wyrazistość partii Jarosława Kaczyńskiego, a Platformie odbijają się czkawką jej wieczne wolty programowo-światopoglądowe i ogólne wizerunkowe rozmamłanie.

Gorsza wiadomość dotyczy elektoratów rezerwuarowych obu głównych obozów politycznych. Otóż „rezerwowi” wyborcy PO częściej biorą udział w wyborach od „rezerwowych” wyborców PiS i w przeszłości częściej oddawali głos na któreś z ugrupowań obecnej koalicji PO-KO, niż „rezerwowi” wyborcy PiS na partię Jarosława Kaczyńskiego. Tutaj, na finiszu kampanii czeka PiS ostra orka nad mobilizacją potencjalnych wyborców, zaś w dalszej perspektywie – wytężona praca u podstaw nad generalną aktywizacją elektoratu.


III. PiS i anty-PiS

No dobrze, ale co napędza, co motywuje wyborców? Dlaczego np. wyborcy PO chcą tę partię popierać, mimo że słabo się z nią identyfikują i cieszy się ich mizernym zaufaniem? I tu robi się jeszcze bardziej interesująco. Główną emocją w wyniku której obóz PO dokonuje swych wyborów jest „anty-PiS”. Innymi słowy, zagłosują na każdego, kto będzie w stanie odsunąć PiS od władzy. W tym sensie, można powiedzieć, że wyborcy PO bardziej nienawidzą PiS-u, niż kochają Platformę. Odwrotnie niż w przypadku wyborców PiS – ci z kolei bardziej identyfikują się ze swoją partią, niż nienawidzą Platformy. Otwarcie deklarują się jako „PiS-owcy”. Jak zauważają autorzy - „PiS-owiec” to identyfikacja, „platformers” to przezwisko. Powyższe stanowi zresztą potwierdzenie wcześniejszych ustaleń Centrum Badań Nad Uprzedzeniami pt. „Polaryzacja polityczna w Polsce. Jak bardzo jesteśmy podzieleni?”. Z tamtych badań wynikało, że postawy zwolenników partii opozycyjnych wobec zwolenników PiS są bardziej negatywne, niż postawy zwolenników PiS wobec zwolenników opozycji”, ponadto zwolennicy „anty-PiS” częściej dehumanizują i mają mniejsze zaufanie do „PiS-owców”, niż na odwrót. Ta prawidłowość sprawdza się również w określaniu swojego otoczenia – zwolennicy PiS częściej mają kontakt ze zwolennikami opozycji, niż zwolennicy opozycji ze zwolennikami PiS. Wyłania się z tego obraz całkowicie odmienny od utrwalonych medialnych klisz – to „PiS-owcy” są bardziej otwarci, zaś obóz „anty-PiS” częściej zamyka się we własnej „bańce” towarzyskiej, światopoglądowej i medialnej. A zatem, narracja o dwóch politycznych „plemionach” bardziej pasuje do zwolenników PO-KO, niż PiS-u.

No właśnie, skoro już wspomnieliśmy o mediach. Badanie Sadury i Sierakowskiego zadaje kłam innemu, rozpowszechnionemu mitowi – jakoby zwolennicy PiS-u byli oczadziałą tłuszczą, zmanipulowaną przez propagandę TVP Kurskiego. Nic z tych rzeczy – przekaz TVP działa im na nerwy swą toporną, jednostronną propagandą niemal równie silnie, jak dzieje się to w przypadku wyborców PO. W wywiadzie ze strony jednego z respondentów pada np. taka wypowiedź: „Boże, jak oni, za przeproszeniem, wchodzą PiS-owi w dupę”. Inne głosy domagają się chociażby „samokrytycyzmu trochę też, bo to nie jest tak idealnie, że sam miód płynie”. Polecam to rozwadze pana Jacka Kurskiego i jego mocodawców. To jednak nie koniec – wyborcy PiS częściej deklarują, że starają się „zdywersyfikować” źródła informacji. Prócz „Wiadomości” TVP włączają również „Fakty” TVN czy „Wydarzenia” Polsatu. Wyborcy PO o wiele częściej poprzestają na TVN, co znów potwierdza większą otwartość elektoratu PiS.

Jaka jest natomiast samoidentyfikacja elektoratu PO – skoro nie jest nią partia na którą głosują? O „anty-PiS” już mówiliśmy lecz jest to czynnik niejako wtórny wobec innej, bardziej pierwotnej emocji. Tożsamość twardego rdzenia „platformersów” zasadza się „na satysfakcji z posiadania wyższego statusu społecznego, wielkomiejskości i europejskości”, zaś do wyborców Prawa i Sprawiedliwości na ogół mają stosunek pogardliwy. To wiele mówi – zwycięstwo pogardzanych „pisiorów” musieli uznać za osobistą zniewagę i symboliczne zakwestionowanie ich wspomnianego wyżej „wyższego statusu”. Jedyne, co imponuje im w PiS-ie, to skuteczność i pragnęliby, aby ich partia była równie sprawcza. Jak zauważają autorzy, brak wyrazistości PO i związanej z nią wiarygodności oraz poczucia, że będzie w stanie realnie spełnić oczekiwania wyborców może zadziałać na elektorat Platformy demobilizująco.


IV. Cynizm czy pragmatyzm?

Teraz przejdźmy do tytułowego „politycznego cynizmu”, który jakoby wyłania się z badań. Od razu powiem, że ja nazwałbym to raczej „zdrowym rozsądkiem” lub „pragmatyzmem”. Przede wszystkim, wyborcy – i to z obu stron podziału – zachowują wyjątkową trzeźwość w podejściu do swych partii. Przykładowo, wyborcy PiS przeważnie wcale nie pragną dla swej partii władzy absolutnej – i to jest pewne zaskoczenie. Nie są entuzjastami chociażby większości konstytucyjnej dla PiS. Ogólnie rzecz biorąc, uważają, że byłoby to „za dużo”, co obala kolejny mit – o „pisiorach” jako zwolennikach „zamordyzmu”. Więcej – formułują potrzebę zaistnienia silnej opozycji, która dyscyplinowałaby rządzących i patrzyła im na ręce. Jednocześnie wyborcy – tak z „prawa”, jak i z „lewa” - prezentują dość daleko posunięte polityczne wyrachowanie. Wyborców PiS i PO kompletnie „nie ruszają” jakieś podejrzane zagrywki, bo doskonale zdają sobie sprawę, że polityka to nie bukiecik fiołków. Dla wyborcy PiS np. zrozumiałe jest, że polityk czasem musi zagrać nieczysto – pod jednym warunkiem: musi to być w interesie partii, a nie z egoistycznych, osobistych pobudek. To tłumaczyłoby, dlaczego odpalenie przez „Wyborczą” afery ze „Srebrną” i „wieżami Kaczyńskiego” było kulą w płot i nie poderwało poparcia dla partii rządzącej. Elektorat PiS doskonale wie, że Kaczyński nie chciał budować wieżowców po to, żeby się wzbogacić, tylko by ugruntować finansowe zaplecze własnej partii. Dla ankietowanych wyborców aferą pozostaje „Amber Gold”, a nie jakieś tam sądy czy „dwie wieże”.

Z kolei wyborcy PO i Lewicy w pełni akceptują składanie fałszywych obietnic wyborczych – o ile będzie to służyło wygranej z PiS. W wypowiedziach respondentów pojawia się np. wątek, że PO powinna podtrzymać postulaty socjalne PiS, a nawet dodać coś od siebie aby przekonać „roszczeniowy” elektorat – a po wyborach ów „socjal” ograniczyć, a nawet wręcz skasować. Co ciekawe, taka postawa „antyrozdawnicza” jest silniejsza wśród wyborców... Lewicy, którzy bardziej koncentrują się na liberalnej „obyczajówce”. Ale, tu znów uwaga – ta „obyczajówka” kończy się w momencie, gdy pada kwestia obcych kulturowo imigrantów, oraz adopcji dzieci przez pary homoseksualne. Krótko mówiąc: legalizacja homo-związków – tak, adopcja dzieci – stanowcze NIE. Aborcja? Większość elektoratu lewicowo-liberalnego jest za utrzymaniem obecnego „kompromisu aborcyjnego”. Żeby pogłębić ten galimatias – lewicowe kobiety uważają, że na czele ich partii powinien stać... mężczyzna, nawet jeśli deklarują, że głosując, zawsze wybierają na listach kobiety. Co więcej, nawet wśród wyborców PO i Lewicy (zwłaszcza w „miękkiej” części elektoratu pochodzącej z mniejszych ośrodków) polityka socjalna państwa odgrywa mimo wszystko ważną rolę (jedynie 1/3 odrzuca zdecydowanie 500+, zaś dla 40 proc. podtrzymanie 500+ jest istotne z punktu widzenia decyzji wyborczej). Inni z kolei chcą jedynie ograniczenia 500+ (np. by trafiało do określonych grup społecznych, np. rodzin w których pracuje minimum jedna osoba i z pominięciem najbogatszych – ten pogląd podziela zresztą spora część wyborców PiS) lub by pomoc państwa przeznaczyć raczej na inwestycje prorozwojowe i podniesienie standardu usług publicznych. Platforma będzie miała z tymi sprzecznościami nielichy problem – tym bardziej, że jej „miękki” elektorat deklarował, że w przeszłości głosował a to na Kukiza, to PSL, to Samoobronę, a nawet na narodowców.

Tu jeszcze uwaga o elektoracie PiS. Dzieli się on dość wyraźnie na dwie grupy - „starą”, czyli ludzi którzy głosowali na PiS od zawsze i „nową”, która przyszła po 2015 r. O ile „starzy” głosują głównie z pobudek ideowych, o tyle „nowi” są bardziej „interesowni” - przekonuje ich głównie polityka socjalna i konkretne pieniądze w kieszeni, a Platformy nie tyle nienawidzą, co się jej boją – bo może im odebrać „zdobycze socjalne”. To ostatnie dotyczy również „miękkich” elektoratów innych partii. Otwartym tekstem wyrażane jest oczekiwanie, że politycy by zyskać ich głos, musieliby ich „kupić”. Interesujący jest też stosunek do Kościoła – bynajmniej nie bezkrytyczny. Wyborcy PiS doskonale odróżniają Kościół od PiS-u. Rozumieją, że politycy ich partii muszą być z Kościołem blisko „bo tak trzeba” lecz zarazem potrafią ostro wypowiadać się w temacie skandalu pedofilskiego (pada nawet żądanie podania się Episkopatu do dymisji). To rozróżnienie pokazuje, dlaczego film Sekielskich, który poprzez Kościół miał uderzyć w partię rządzącą, nie spełnił pokładanych oczekiwań.


V. Polski zdrowy rozsądek

Wnioski? Dla PiS – orać w elektoracie socjalnym (tu są dwa pola ekspansji – PSL i... wyborcy PO z mniejszych miejscowości), nie zaniedbując jednak „starych”, tożsamościowych zwolenników, stanowiących 35-procentowy trzon wyborczego zaplecza. Należy jedynie zachować spójność i wiarygodność, a droga do trwałej zmiany Polski stanie otworem. W trudniejszej sytuacji jest PO – próbuje łączyć ogień z wodą, co nie zadowala w pełni ani elektoratu wielkomiejskiego (bardziej liberalnego), ani małomiasteczkowego (bardziej socjalnego). To może się skończyć tym, że ten pierwszy w końcu przepłynie do Lewicy, a drugi – do PiS. Z kolei jedynym atutem pominiętego tu, bo stopniowo marginalizowanego PSL-u, jest zakorzenienie w terenie działaczy oraz... proeuropejskość bardzo ceniona przez elektorat ludowców (zapewne za sprawą transferów eurofunduszy na wieś i do małych miast) – ich od PiS-u odrzuca głównie zbyt konfrontacyjny ton w relacjach z Brukselą (wedle ludowej mądrości – nie kąsa się ręki, która karmi).

A wniosek generalny? Nie traktować ludzi jak bezwolnej masy, bo oni doskonale zdają sobie sprawę, z kim mają do czynienia. Czy to cynizm, jak chcą autorzy raportu? Nie, pragmatyzm jak cholera, w jak najlepszym rozumieniu tego pojęcia. Wyborcy pokazują w tym badaniu, że twardo stąpają po ziemi, wiedzą czym jest polityka, a swych wybrańców traktują często użytkowo – mają im załatwiać określone sprawy. I uważam, że jest to całkiem zdrowa, podmiotowa relacja.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Miastko, czyli prawica pod lupą

Polska bastionem... zdrowego rozsądku


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 11 (Październik 2019)

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Lewactwo na żebrach

Lewactwo może działać wyłącznie w przyjaznym finansowym habitacie, którego nieodłączną częścią jest suty sponsoring i budżetowe dotacje.

I. Bieda kawiorowej lewicy

Na niespełna tydzień przed świętami Bożego Narodzenia skrajnie lewicowa „Krytyka Polityczna” postanowiła uwierzyć w Świętego Mikołaja i zaapelowała do swych czytelników o wsparcie. Z artykułu podpisanego przez redaktor naczelną internetowej strony „Krytyki” Agnieszkę Wiśniewską oraz członka zespołu redakcyjnego Michała Sutowskiego wynika, że wprawdzie na dzień dzisiejszy „KryPol” jakoś wiąże koniec z końcem, ale generalnie jest chudo – głównie za sprawą wyschnięcia źródełka w postaci publicznych dotacji. Co więcej, zagraniczni grantodawcy mają swoje wymagania – jak obrazowo wyjaśniają autorzy, na każdą otrzymaną złotówkę, sami muszą pozyskać dwie. Do niedawna, jak rozumiem, nie było z tym problemu – owe brakujące złotówki płynęły od instytucji publicznych, w tym Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz warszawskiego ratusza (chociażby wynajmowany po preferencyjnych stawkach lokal redakcyjny na Nowym Świecie – trudno o bardziej ekskluzywną „miejscówkę”). Teraz trzeba jednak wyciągnąć rękę do indywidualnych darczyńców - a z tym, jak się dowiadujemy, jest krucho. Okazuje się, że internetową „Krytykę” wspiera darowiznami zaledwie jeden na 13 tys. czytelników. Trzeba dodać, że zespół „KryPola” na 2019 rok ma ambitne plany, co skutkować będzie niemal podwojeniem wydatków. Hmm, podstawowa logika nakazywałaby raczej w trudnym okresie zaciskanie pasa i czekanie na lepsze czasy, względnie intensyfikację zabiegów o sponsoring – ale lewica, jak wiadomo, rządzi się alternatywną ekonomią. Swoją drogą, ciekawe, czy ktokolwiek z redakcji „Krytyki Politycznej” ma w swoim CV pracę w normalnym, działającym na rynkowych zasadach, wydawnictwie? Przypuszczam, że wątpię, jak mawiał Walery Wątróbka.

No cóż, „Krytyce” powraca czkawką butna wypowiedź Sławomira Sierakowskiego, który w swoim czasie raczył oznajmić na antenie agorowego radiowęzła TOK FM, że „Kaczyński może nam skoczyć”, bo 90 proc. funduszy jego organizacja pozyskuje zza granicy. Tu anegdotka na marginesie: tenże Sierakowski zasłynął w 2011 r. tym, że spławił Grzegorza Napieralskiego, gdy ten przyszedł do niego na polityczną rozmowę. Ówczesny lider SLD dla przełamania lodów przyniósł ze sobą butelkę wina za 100 zł. Szef „Krytyki Politycznej” po uważnym przestudiowaniu etykiety rzucił: „Takich tanich to ja nie piję, sorry”. Ech, gdzie te beztroskie czasy „wrażliwej społecznie” kawiorowej lewicy...


II. Soros i Niemcy

Ale i dziś dzielni lewicowcy bynajmniej nie wydłubują kitu z okien. Snop światła rzuca tu kolejny artykuł pt. „Ile kosztuje krytykapolityczna.pl” autorstwa Michała Boruckiego. Członek zarządu Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego (wydawcy „Krytyki Politycznej”) postanowił „stanąć w prawdzie” i ujawnił strukturę dochodów i wydatków serwisu. Otóż miesięczny budżet internetowej „Krytyki” wynosił w 2018 r. blisko 60 tys. zł. (dokładnie – 59 959 zł.). Blisko połowa tej kwoty (28 750 zł.) to wynagrodzenia członków redakcji – na dzień dzisiejszy jest to pięć osób, więc z prostego rachunku wynika, że każdy z redaktorów przytula co miesiąc średnio 5 750 zł. - a więc grubo powyżej średniej krajowej. Daj Boże każdemu... Widać, że ideowi marksiści byle czego nie zjedzą. Gorzej traktowani są autorzy zewnętrzni, którzy za swoje teksty inkasują nie więcej niż 300 zł. - w ciągu miesiąca daje to sumę 19 500 zł. Reszta to koszty administracyjne oraz promocja, fundraising itp.

Skąd na to wszystko pieniądze? Tak jak szczerze wyznał Sławek Sierakowski – zza granicy. 70 proc. kosztów pokrywa grant od Open Society Foundation (George Soros), dalej zaś mamy m.in. Fundację im. Friedricha Eberta (afiliowaną przy niemieckiej SPD) czy Fundację im. Róży Luksemburg działającą przy również niemieckiej, skrajnie lewicowej partii Die Linke. Krótko mówiąc – Soros i Niemcy. Ale najwyraźniej ostatnimi czasy sponsorzy się zbiesili i zażądali od swych polskich utrzymanków jakichś wymiernych efektów działalności – bo przejadać granty i produkować idącą w próżnię propagandę każdy potrafi. I stąd nagły ból, bo lewactwo musi podnieść się od kawiarnianych stolików i zweryfikować swą działalność poprzez realny, społeczny odzew w postaci datków od czytelników – a z tym nie jest dobrze (jak na lewicowe standardy), bowiem obecnie „Krytyka” od darczyńców otrzymuje „zaledwie” 5 tys. zł. miesięcznie. Jak dramatycznie pisze Michał Borucki „(...) same granty to za mało. Zresztą granty są też uzależnione i będą coraz bardziej od waszych wpłat – do każdej złotówki od OSF (Open Society Foundation – przyp. PL) musimy zdobyć 2 złote z innych źródeł. Nie są to już środki z Ministerstwa Kultury, nigdy nie będą od spółek skarbu państwa. Mamy tylko was”. Czysta rozpacz.

No i jeszcze te wspomniane wyżej plany „rozwojowe” – by w 2019 budżet „Krytyki” się spinał (a planowane jest poszerzenie składu redakcyjnego, podniesienie stawek dla autorów zewnętrznych oraz ponad czterokrotne zwiększenie wydatków na „promocję, grafikę i fundraising”) naszym lewakom będzie brakowało, bagatela, 42 075 zł. miesięcznie. W skali roku – grubo ponad pół miliona złotych. Wszystko to mają pokryć czytelnicy. By żyło się lepiej.


III. Jak żyć?

Każdy, kto choć otarł się o oddolne społeczne inicjatywy, szczególnie prawicowe, widzi, że mówimy tu o kwotach dla przeciętnego zjadacza chleba niewyobrażalnych. Wszystkie „nasze” przedsięwzięcia, zapoczątkowane często jeszcze za rządów PO, w skrajnie nieprzyjaznych warunkach, miały i mają jedną, podstawową cechę wspólną – robione były „po kosztach”, w wolontariacie, dzięki składkom i darowiznom od wiernych sympatyków – nie stał za nimi hojny „wujek George” z workami pieniędzy. I wiele z nich funkcjonuje do tej pory – bo są ludziom potrzebne. Biorąc to pod uwagę, trzeba naprawdę nielichego tupetu, by biadolić nad obcięciem publicznych dotacji i sięgać ludziom do kieszeni, jak czyni to dziś „Krytyka Polityczna”. Powyższe pokazuje, że lewactwo może działać wyłącznie w przyjaznym finansowym habitacie, którego nieodłączną częścią jest suty sponsoring i budżetowe dotacje. W takich warunkach „ruszanie z posad bryły świata” staje się całkiem wygodnym sposobem na życie. Gdy jednak ktoś (jak zrobili to grantodawcy „KryPola”) powie „sprawdzam”, okazuje się, że dookoła naszych wypasionych neomarksistów wieje pustką. Po raz kolejny potwierdza się moja teza, że obecna szeroko rozumiana opozycja powtarza los prawicy z czasów, gdy ta była zepchnięta na margines – tyle, że w przypadku niedawnych pieszczochów i beneficjentów systemu, historia powtarza się jako farsa.

Przypadek „Krytyki Politycznej” to jednak nie wszystko. Już niemal dwa lata temu red. Roman Imielski z „Wyborczej” zaapelował w wywiadzie dla portalu „Euractiv.com”, by Unia Europejska wspomagała grantami „prawilne” gazety, jako „bardzo ważną część życia publicznego i demokracji”. „Możemy oczekiwać, że Unia o nas nie zapomni, że nie zapomni o Polsce” - załkał Imielski. Serce się kraje... Z kolei całkiem niedawno na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung” Jan Jakub Chromiec z Fundacji Batorego wraz z Franziską Brantner z niemieckich „Zielonych” postulowali, aby z unijnych funduszy wspierać organizacje „walczące o demokrację” w Polsce i na Węgrzech. Mówiąc wprost – mamy do czynienia z jawną żebraniną o jurgielt.

Nie ukrywam, że opisuję te paroksyzmy ze sporą dawką schadenfreude. Latami oglądaliśmy zadowolone z siebie facjaty lewaków przyssanych do różnych, przepraszam, cyców – perorujących na dodatek, jak to prawicowe media i organizacje nie potrafią dać sobie rady na „rynku”. Dziś widać, co to za „rynek” i skąd wzięła się dominacja lewicowego przekazu w przestrzeni publicznej – stała za tym (i wciąż stoi) potężna sieć międzynarodowych fundacji i polityka grantowa instytucji publicznych. Teraz słyszymy płacz i zgrzytanie zębów, bo trzeba będzie zaoszczędzić na wegańskiej paszy i sojowym latte. Doprawdy, jak w takich warunkach walczyć o „nowy, wspaniały świat”? Jak tu w ogóle żyć?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 01 (04-10.01.2019)

niedziela, 24 czerwca 2018

Zdrajcy i szantażyści z PO

Totalni” sądzą Polaków swoją miarą, przypisując społecznemu ogółowi własne cechy – zdegenerowanych, wyzutych z sumienia, sprzedajnych kanalii.

I. Szantaż

Na początek słynny już cytat z wywiadu Rafała Trzaskowskiego (PO) dla Radia Zet: Mówię jasno: panowie, wycofajcie się z najbardziej rażących przykładów łamania praworządności, to te pieniądze nie będą mrożone. Na szczęście dzięki naszym staraniom te pieniądze nie przepadają, tylko będą mrożone. W związku z tym jak my wygramy kolejne wybory, to te pieniądze zostaną odmrożone i Warszawa skorzysta wtedy z olbrzymich pieniędzy na inwestycje. Natomiast jak dalej będzie rządził PIS, przez kolejne lata, i dalej będzie łamał Konstytucję, to wszyscy w Polsce muszą sobie zdawać sprawę z konsekwencji takich, że nie będzie pieniędzy na inwestycje przez tych awanturników”.

Chciałoby się napisać w tym miejscu, że maski opadły – tyle, że strategia „totalnej opozycji” polegająca na powrocie do władzy dzięki zagranicznym naciskom od dawna jest przed opinią publiczną obnażona w całym swym bezwstydzie. Wypowiedź kandydata PO na prezydenta Warszawy jedynie kontynuuje politykę odwoływania się do zewnętrznych ośrodków w celu zastraszenia rządu, a nade wszystko – polskiego społeczeństwa. Warto tu sobie przypomnieć spot wyborczy z czasów, gdy Platforma była jeszcze u władzy – Janusz Lewandowski z miną szczodrego wujka obiecywał, że w przypadku zwycięstwa na Polskę spadnie złoty deszcz pod postacią, o ile pamiętam, 300 mld. złotych. Przekaz był jasny: mamy „chody” w Brukseli, więc jeśli chcecie pieniędzy, to głosujcie na nas – natomiast jeżeli wybierzecie „oszołomów” z PiS, to Unia zakręci kurek z kasą. Wówczas, w 2011 r., „marchewka” zadziałała, bo unijny budżet jawił się Polakom jako Sezam dzięki któremu dokonamy skoku cywilizacyjnego. Dziś, gdy ta sama Platforma jest w opozycji i w jej szeregach pogłębia się frustracja, akcenty zostały odwrócone i w miejsce marchewki pojawił się bat – jeśli nie wrócimy do władzy, zrobimy wszystko, żebyście odczuli to na własnej skórze. Dlatego, durna hołoto kupiona za „pińćset”, lepiej sobie policzcie, co wam się bardziej opłaca. Taki jest rzeczywisty przekaz skierowany do wyborców, jeśli obedrzeć go z zasłony pięknych słówek i zaklęć o „praworządności”.


II. Służalczość, pycha i pogarda

Mamy w tym przekazie kilka warstw. Pierwsza, najbardziej widoczna, to lokajskie nawyki „totalnych”, które stały się ich drugą naturą do tego stopnia, że przestali nawet dostrzegać niestosowność w zabieganiu o cudze względy kosztem interesów własnego państwa. Ci mentalni folksdojcze zwyczajnie nie widzą niczego złego w oczernianiu swojego kraju za granicą, upokarzającym antyszambrowaniu w przedpokojach euromandarynów czy jawnym nawoływaniu do zastosowania wobec Polski unijnych sankcji. Suwerenność, podmiotowość a nawet zwykła ludzka godność są dla nich jedynie pustymi frazesami z których można zrezygnować za kilka euro więcej. O takich jak oni pisał Tuwim: „W twarz dadzą sobie napluć za tyle a tyle. Obetrą gębę ręką, a sumę przeliczą!”. Dobitnym przykładem powyższego było haniebne głosowanie w Parlamencie Europejskim, gdy przedstawiciele PO opowiedzieli się za otwarciem możliwości uruchomienia wobec Polski procedury z art. 7 Traktatu Lizbońskiego. Nie zapomnijmy tych nazwisk: Michał Boni, Róża Grafin von Thun und Hohenstein, Danuta Hübner, Danuta Jazłowiecka, Barbara Kudrycka, Julia Pitera. Nie jest też tajemnicą, że kolejne antypolskie sabaty w PE również były efektem skrzętnych zabiegów tej unijnej ekspozytury współczesnej Targowicy – i podobnie jak ich historyczni protoplaści, osłaniają swe zaprzaństwo grubą warstwą lepkiej obłudy, rozdzierając szaty nad utraconą „złotą wolnością”.

Warstwa druga, to głębokie przeświadczenie, wspólne dla całego obozu beneficjentów III RP, że władza nad Polską i dominująca pozycja społeczna należą im się w sposób niejako naturalny – zostali bowiem namaszczeni do pełnienia funkcji namiestników nadwiślańskiej kolonii przez berlińsko-brukselskie elity polityczne i biznesowe. A jeżeli lokalni aborygeni się zbuntują, to należy dołożyć wszelkich starań, by ich spacyfikować – w tym przypadku, odebrać unijne fundusze. Z przytoczonych na wstępie słów Trzaskowskiego jasno bowiem wynika, że korzystać z pieniędzy unijnych może jedynie władza „słuszna” - tj. pozytywnie odbierana przez zewnętrznych nadzorców. Na marginesie - środki te nie są żadną łaską ani jałmużną, lecz częściową i dalece niepełną rekompensatą za otwarcie na oścież naszej gospodarki na wszechstronną eksploatację – i to na długo przed akcesją do UE. Obecnie, wg premiera Morawieckiego, zagraniczne koncerny wyprowadzają z Polski dywidendy rzędu 100 mld. zł. rocznie, przy wpływach z unijnej kasy wynoszących ok. 25 mld. zł. Zatem w sensie przepływów finansowych Polska jest płatnikiem netto.

Warstwa trzecia wreszcie, to głęboka pogarda dla tubylczego „motłochu”, który w oczach „totalnej opozycji” ma być głęboko zdemoralizowany – sprzedajny, pazerny i chwiejny. Polaków wedle tej optyki można kupić obietnicami „300 miliardów” (jak we wspomnianym spocie J. Lewandowskiego) albo za „pińćset”, jeśli zaś to nie podziała – zaszantażować groźbą „zamrożenia” pieniędzy. Krótko mówiąc, „totalni” sądzą Polaków swoją miarą, przypisując społecznemu ogółowi własne cechy – zdegenerowanych, wyzutych z sumienia, sprzedajnych kanalii.


III. Trzaskowski „pasem transmisyjnym” Verhofstadta

Trzeba nadmienić, iż Trzaskowski robi tu jedynie za „pas transmisyjny” przekazujący wolę samozwańczych „władców Europy”. Można się co najwyżej dziwić jego bezmyślnej ostentacji, bowiem w przypływie niewczesnej szczerości przyznał, że Platforma czynnie za takim stanowiskiem lobbowała – i co więcej, otrzymała od swych patronów stosowne gwarancje polityczne, co nosi wszelkie znamiona zdrady. Nieco wcześniej otwartym tekstem nastawienie europejskich elit wyłuszczył w lewicowo-liberalnym „Project Syndicate” Guy Verhofstadt. Przewodniczący frakcji liberałów w europarlamencie znany z niewybrednych ataków na Polskę napisał m.in., że „jest nie do przyjęcia”, by euro-fundusze szły na państwa rządzone przez siły „nieliberalne”, postulując uzależnienie wypłat z Funduszu Spójności od „przestrzegania i egzekwowania norm praworządności” nad czym miałaby czuwać „obiektywna procedura monitoringu. Innymi słowy: środki byłyby wypłacane z klucza politycznego i w każdej chwili mogłyby zostać pod byle pretekstem cofnięte. Później jest jeszcze ciekawiej, albowiem Verhofstadt zaproponował utworzenie z „zamrożonych” środków specjalnego funduszu „na wsparcie dla uniwersytetów, ośrodków badawczych i innych instytucji społeczeństwa obywatelskiego w tym państwie” - czyli, mówiąc wprost, na ośrodki propagandowej dywersji, mające destabilizować sytuację wewnętrzną w „państwach zbaczających z właściwej ścieżki”, jak określa Polskę i Węgry. Krok dalej na tych samych łamach poszedł Sławomir Sierakowski z „Krytyki Politycznej”, pisząc: „przecież PiS i węgierski Fidesz Viktora Orbana zostały demokratycznie wybrane. Pojawia się więc pytanie dlaczego Węgrzy i Polacy nie powinni być karani za swój wybór.

Moim zdaniem, odpowiedź polskiego rządu powinna być twarda i symetryczna. Widać wyraźnie, że dotychczasowa polityka łagodzenia, dążenia do „dialogu” i „kompromisu” nie dała rezultatu – nadęci własną pychą dygnitarze pokroju Verhofstadta czy Timmermansa zwietrzyli tylko krew i zaczęli jeszcze mocniej dokręcać śrubę. Nie łudźmy się – rząd PiS jest przez liberalne unijne władze odbierany jako „ciało obce” i będzie zwalczany z całą bezwzględnością, niezależnie od tego co zrobi. Dlatego też potrzebne jest „nowe otwarcie” polegające na stanowczym walnięciu w stół i np. ogłoszeniu, że w przypadku arbitralnego cofnięcia europejskich funduszy, Polska proporcjonalnie wstrzyma wpłacanie swojej składki członkowskiej. Środki te zostałyby wówczas przekierowane bezpośrednio na projekty, które miały być sfinansowane z unijnego budżetu. Poza wszystkim, nagle może się okazać, że bez unijnej mamony też istnieje życie. W każdym razie – czas uśmiechów się skończył.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Głosuj jak chcemy...

Rynki was nauczą...

Zdradzieckie mordy najgorszego sortu

Wszyscy płacimy za „optymalizację”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 25 (22-28.06.2018)

środa, 13 czerwca 2018

Rynki was nauczą...

Zabawa w demokrację kończy się tam, gdzie zaczyna się walka o pieniądze oraz polityczne interesy samozwańczych „przywódców Europy”.

Niemiecki komisarz UE ds. budżetu, Guenther Oettinger, popisał się w wywiadzie udzielonym „Deutsche Welle” iście teutońską butą. Odpytywany na okoliczność kryzysu politycznego we Włoszech (było to po utrąceniu przez prezydenta Mattarellę rządu Giuseppe Conte i desygnowaniu „technicznego” premiera Carlo Cottarelliego) stwierdził, używając formy pluralis maiestatis, iż „mamy zaufanie do prezydenta Włoch” oraz „nowego technokratycznego rządu”, a ponadto podkreślił wiarę, że „ewentualne wybory przyniosą taki wynik, by Włochy mogły być rządzone w duchu proeuropejskim”. Całość wieńczy spiżowe zdanie: „rynki wskażą włoskim wyborcom na kogo głosować”. Jak wiadomo, ostatecznie „technokrata” Cottarelli (były dyrektor wykonawczy MFW, odpowiedzialny we Włoszech za drakońskie cięcia finansowe) zrezygnował z formowania gabinetu, a nowym premierem zostanie jednak popierany przez Ligę i Ruch 5 Gwiazd Giuseppe Conte. Stało się tak w obawie, że Włosi w zemście za zignorowanie ich woli mogą w przedterminowych wyborach jeszcze liczniej zagłosować na „barbarzyńców”, jak medialno-polityczny mainstream nazwał zwycięskie ugrupowania. Jedynym znaczącym ustępstwem „populistów” było przesunięcie eurosceptycznego Paolo Savony (m.in. przeciwnika strefy euro) ze stanowiska ministra finansów na fotel... ministra ds. europejskich.

Niemniej, słowa Oettingera warto sobie zapamiętać, bowiem jak w soczewce skupiają one arogancję euromandarynów i ich przeświadczenie, że władni są meblować Europę wedle własnego uznania, nawet jeżeli oznacza to jawne pogwałcenie woli większości. To tyle, jeśli chodzi o „demokrację”, którą owo towarzystwo przy innych okazjach nieustannie wyciera sobie twarze. Schemat ich myślenia jest z gruntu totalitarny: wyborcy mają głosować na „właściwe” partie – a jeśli się zbuntują, zostaną przywołani do porządku. W przypadku Włoch takim instrumentem dyscyplinującym miałyby być „rynki” (czytaj – globalni spekulanci, agencje ratingowe i międzynarodowe instytucje finansowe), które poprzez wywindowanie rentowności obligacji doprowadziłyby do kryzysu finansowego w tym kraju (cyt.: „Oczekuję, że kolejne tygodnie pokażą, że rynki, obligacje i rozwój gospodarczy Włoch mogą być tak decydujące, że będzie to dla wyborców sygnałem, by nie głosować na prawicowych i lewicowych populistów”). Innymi słowy, mieliśmy próbę otwartej ingerencji w sprawy wewnętrzne kraju członkowskiego – i niemal się udało. Warto tu przypomnieć, że ostatnim włoskim premierem z naprawdę demokratyczną legitymacją był Silvio Berlusconi, zmuszony do ustąpienia jesienią 2011r. Wszyscy kolejni – aż do teraz – byli de facto brukselskimi figurantami, mającymi wdrażać zalecenia swych mocodawców. Taką marionetką jest również prezydent Sergio Mattarella, do ostatniej chwili usiłujący sabotować werdykt wyborczy włoskiego społeczeństwa, by stało się zadość oczekiwaniom person pokroju Oettingera – za co, nota bene, przywódca Ruchu 5 Gwiazd Luigi di Maio zagroził mu impeachmentem za zdradę stanu.

Teraz pomyślmy – jeśli tak zamordystyczne kroki są podejmowane wobec członka-założyciela wspólnoty europejskiej i czwartej gospodarki UE, to co dopiero mówić o takich krajach, jak Polska? Nie tak dawno temu omawiałem tu artykuł Guya Verhofstadta zamieszony w „Project Syndicate”, gdzie otwartym tekstem wygrażał nam, że „jest nie do przyjęcia”, by europejskie fundusze wzmacniały kraje na czele których stoją „nieliberalne rządy”. Wychodzi na to, że ideologicznie pojmowany „liberalizm” (koniecznie lewicowy, bo z gospodarczym liberalizmem UE pożegnała się już dawno), stał się niepostrzeżenie oficjalną doktryną Unii – o czym jakoś dziwnie nie było mowy, gdy przystępowaliśmy do wspólnoty. Wzmiankowany na wstępie wywiad niemieckiego komisarza jedynie potwierdza te hegemonistyczne uzurpacje Brukseli.

Verhofstadt wprawdzie asekuracyjnie zastrzega, że obcięcie eurofunduszy nie ma na celu karania obywateli – lecz po pierwsze, gdyby budżet UE wszedł w życie w obecnym kształcie, to „ukaranie” dokonałoby się samo przez się; po drugie – groźby Oettingera wystosowane wobec Włochów, którym wybór mają wskazywać „rynki”, stanowią jawne zrzucenie maski; po trzecie wreszcie – są i tacy, którzy ukaranie niesubordynowanych społeczeństw postulują zupełnie jawnie. Oto Sławomir Sierakowski ze skrajnie lewicowej „Krytyki Politycznej” wtórując Verhofstadtowi na łamach „Project Syndicate” stwierdza: „przecież PiS i węgierski Fidesz Viktora Orbana zostały demokratycznie wybrane. Pojawia się więc pytanie dlaczego Węgrzy i Polacy nie powinni być karani za swój wybór”. Idę o zakład, że Sierakowski jedynie dopowiedział głośno to, co unijni politycy mówią między sobą – a to z kolei oznacza, że zabawa w demokrację kończy się tam, gdzie zaczyna się walka o pieniądze oraz polityczne interesy samozwańczych „przywódców Europy”. Problem w tym, że podobne kroki stanowią jedynie wodę na młyn tak wyklinanych „populistów” - ale euro-dygnitarze są zbyt zaślepieni własną pychą, by to zauważyć.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Głosuj jak chcemy...

Włochy w uścisku Brukseli


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 22 (08-14.06.2018)

sobota, 30 lipca 2016

Pod-Grzybki 60

W ramach nadwiślańskiego negacjonizmu wołyńskiego kręgi ukrainofilskie wyprodukowały taką oto „narrację”: kresowe ludobójstwo było winą sowieckiej agentury w szeregach OUN/UPA. No, chciałbym zobaczyć reakcję naszych braci-Ukraińców, gdy dojdą ich słuchy, że Polacy kolportują wieści, jakoby ich „heroje” byli bandą sowieckich agentów, kolaborantów i pożytecznych idiotów... Doprawdy, warto chwilę pomyśleć, zanim zaczniemy się zapędzać w lizusostwie, bo łatwo osiągnąć efekt przeciwny do zamierzonego.


*

Okazuje się, że specjalna linia kredytowa NBP dla ukraińskiego bankruta to za mało. Teraz będziemy również dostarczać Ukrainie sprzęt wojskowy. Mam nadzieję że chociaż nie za darmo, ani nie na kolejny kredyt na wieczne nieoddanie, bo gdyby tak było, to okazalibyśmy się jeszcze większymi frajerami, niż do tej pory.


*

Znany teolog Sławomir Sierakowski oznajmił, iż papież Franciszek jest obecnie jedynym przywódcą „globalnej lewicy”. Hmm, jak się dobrze zastanowić i wsłuchać w „nauczanie samolotowe” papieża, to najstraszniejsze w tej całej grotesce jest to, że Sierakowski może mieć rację...


*

PiS wzorem Platformy sprzed kilku lat uwierzyło, że „nie ma z kim przegrać” i postanowiło wdrożyć program „koryto plus” w którym oprócz podwyżek dla urzędników administracji centralnej (na ogół uzasadnionych), czyjaś ręka dopisała także podwyżki uposażeń poselskich. Cóż, pisałem już kiedyś w tym miejscu, że zdobycie mandatu to inwestycja rzędu najmarniej 100 tys zł – najczęściej na kredyt, bo jak kogoś stać na wyłożenie 100 tys. gotówką, to posłowanie nie jest mu do niczego potrzebne. W konsekwencji kadencję w Sejmie rozpoczyna najczęściej banda pozadłużanych gołodupców, którzy dążą do jak najszybszego zwrotu poniesionych nakładów, by w końcu zacząć wychodzić na swoje. Nie dziwmy się więc posłanko-redaktorce Lichockiej, że rzuciła się do szturmu na kasę, niczym Joanna d'Arc na Orlean. W końcu nie po to przecież przez tyle lat ofiarnie biedowała w „zonie wolnego słowa”, żeby teraz nic z tego nie mieć, prawda?


*

Swoją drogą, te osiem lat opozycyjnego postu musiało być naprawdę bolesne, skoro zaryzykowano taką wpadziochę wizerunkową. Cóż, potrzeby socjalne są, apetyty rosną w miarę jedzenia, a kadencja krótka. Zanim się człowiek obejrzy, znów trzeba będzie się gryźć o „biorące” miejsce na liście w jakimś Kaliszu czy innej Łomży – i to bez żadnej gwarancji sukcesu. A tu trzeba przecież jeszcze zaoszczędzić na kampanię, żeby nie ładować się w kolejny kredyt - desperacja, panie, desperacja...


*

Lobby lichwiarskie ma kolejny powód, by nienawidzić PiS. Otóż wskutek programu „500+” zmalała liczba udzielanych „chwilówek”. A przecież polska biedota miała wpędzać się w pętlę długów, tak by koniec końców można było przejąć jej mieszkania. Tymczasem, nie dość, że dojne bydło zaczęło kupować sobie buty i lepsze żarcie, to jeszcze nie chce się zapożyczać i lichwiarze muszą zwijać interes. Widział kto takie rzeczy?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (27.07-02.08.2016)

piątek, 20 września 2013

Pawlik Morozow i młyńskie kamienie

Biedny Piątek – niedoszły Pawka Morozow - trafił między młyńskie kamienie kapitału i te kamienie go zmiażdżyły.

I. Szpicel z powołania

Woody Allen w jednym ze swych opowiadań stworzył bohatera, który od najmłodszych lat marzył o tym, by zostać zawodowym donosicielem. Brał nawet lekcje wymowy, żeby wyraźniej kapować. „- Mój Boże, jak ja lubię donosić na ludzi” - mówi w pewnym momencie. Podobny syndrom „kapusia z powołania” dotknął najwyraźniej lewackiego pisarza i publicystę Tomasza Piątka, znanego m.in. z felietonów na stronach „Krytyki Politycznej”. Wyczytał on mianowicie, że naczelny „Do Rzeczy”, Paweł Lisicki, pochwalił we wstępniaku ustawę Putina zabraniającą homoseksualnej propagandy, zwłaszcza wobec nieletnich. Lisicki wprawdzie umiejscowił swą pochwałę w kontekście – jak Putin morduje swych przeciwników i fałszuje wybory to świat milczy; tenże postępowy świat budzi się dopiero, gdy rosyjska władza uderza w deprawacyjną działalność homolobby – ale tego już Tomasz Piątek nie dopowie, bo i po co?

W każdym razie, Piątek doznał rewolucyjnego wzmożenia i postanowił trochę podonosić do reklamodawców tygodnika, pytając m.in. „Czy świadomie wspierają Państwo swoimi pieniędzmi tygodnik, który popiera prześladowanie homoseksualistów przez Putina?” . Swoją drogą, jak to jest, że wśród sił postępu w obliczu kontrrewolucji niemal automatycznie włączają się atawizmy rodem już nawet nie z przywołanego opowiadania Woody'ego Allena, ale wręcz z Pawlika Morozowa? Bo warto w tym miejscu przypomnieć, iż podobny numer próbowało zastosować swojego czasu branżowe pismo „Press”, molestując reklamodawców starego „Uważam Rze”, czy nie przeszkadza im aby „wizerunek upolitycznionej i skrajnej w opiniach gazety”. Sam Tomasz Piątek zaś zasłynął po raz pierwszy na donosicielskiej niwie smarując list do „Guardiana”, by brytyjska gazeta zerwała współpracę z Andrzejem Krauze, który pozwolił sobie na „homofobiczny” rysunek w „Rzeczpospolitej” (facet w Urzędzie Stanu Cywilnego mówi do kozy w welonie „Jeszcze tylko ci panowie wezmą ślub i zaraz potem my!”). Brawo, towarzyszu Piątek, teraz pora na masówki w zakładach pracy.

II. Moralność rewolucyjna

No, ale jeden z reklamodawców wyciął Piątkowi numer i przekazał jego donos redakcji „Do Rzeczy”. Jednym słowem, sprawa się rypła, a Bronisław Wildstein odwinął się listem otwartym do „Krytyki Politycznej”, w którym nazwał Piątka „małym donosicielem”. Wyobrażam sobie, że w tym momencie „mały donosiciel” musiał doświadczyć poczucia najgłębszej zdrady. Relacja donosiciel-władza (a reklamodawcy są dla mediów swojego rodzaju „władzą”) jest bowiem relacją nader intymną, opierającą się na zaufaniu i przeświadczeniu, że bezpieczniacka etyka nigdy nie pozwoli zdekonspirować konfidenta. To tak, jakby NKWD zamiast rozstrzelać ojca Pawki Morozowa, pobiegła do niego z ostrzeżeniem jakiego to ma synalka. Widział kto takie rzeczy? Parszywe czasy...

Toteż z listu Tomasza Piątka do TokFM przebija krzywda, skarga, że ktoś zakapował kapusia. Przy czym Piątek w swych żalach wydaje się być absolutnie szczery – on chciał dobrze, nie ma sobie nic do zarzucenia, a tu jeszcze „Krytyka Polityczna” wywaliła go za drzwi. On - uwaga – praktykował jedynie „wolność słowa” i chciał sprowokować „bojkot konsumencki”. To swoją drogą ciekawe rozumowanie, które warto podrzucić wszystkim Tewusiom figurującym w papierach IPN – owszem, donosiłem do bezpieki, ale tak właśnie pojmuję wolność słowa i nikomu nic do tego!

„Prawo dziennikarza i nie tylko dziennikarza do zadawania pytań jest podstawowym elementem wolności słowa. Jak się ma do wolności słowa brutalne zastraszanie publicysty, który zadaje niewygodne pytania?” - pyta Piątek a propos listu Wildsteina. I do głowy mu nie przyjdzie, że czym innym jest publiczne formułowanie zarzutów, czy wzywanie do bojkotu, a czym innym potajemne donosicielstwo za plecami zainteresowanego. Dla Piątka nie ma tu różnicy, bo w walce z „kontrą” nie ma miejsca na burżuazyjną moralność. Moralne jest to, co służy Rewolucji, koniec kropka. W tym wypadku Piątkowi wydała się moralna akcja „z partyzanta” mająca zniechęcić reklamodawców wrażego medium. I gdyby sprawa nie wyszła na jaw, wciąż pisałby do „Krytyki Politycznej”, chwaląc się zapewne w środowisku swymi przewagami i zbierając od kolegów pochwały za swoje bezkompromisowe kozactwo.

III. I jak tu robić rewolucję?

Tak się jednak nie stało, „Krytyka” wyrzuciła go ze swych łamów, przy czym powody rozstania z Piątkiem są dość charakterystyczne. Otóż, „Krytyka Polityczna” twierdzi, iż Piątek nie uzgodnił z nimi swej „akcji”, bo gdyby ich uprzedził, to „moglibyśmy przedyskutować wspólnie jej celowość”. W innym miejscu redakcja zauważa: „Nawet z przeciwnikami nie walczyliśmy nigdy, namawiając do wyrzucenia ich z pracy, lokalu, odebrania dotacji państwowych lub reklam.” Czyli, niby „nie walczyliśmy”, ale „moglibyśmy przedyskutować”. Rozumiem, że kwestią priorytetową byłaby spodziewana skuteczność „dywersji” i prawdopodobieństwo utrzymania sprawy w tajemnicy, tak by nie musieli „za naszego autora przepraszać co miesiąc”...

A tak naprawdę poszło o pieniądze. Rozgoryczony Piątek pisze bowiem – i nie ma powodu, by mu nie wierzyć – że, cytuję, „Powiedziano mi, że zadając pytania reklamodawcom, zagroziłem bytowi 'Krytyki'. 'No bo jeśli my piszemy do ich reklamodawców, to oni zaczną pisać do naszych grantodawców'. Granty to stypendia, które "KP" uzyskuje na swoje działania od różnych instytucji.” No i wszystko jasne – nie zaglądamy sobie nawzajem do kasy i będzie dobrze. Jest wprawdzie różnica między prywatnymi sponsorami, a grantami z publicznych środków, ale zasada - „my nie ruszamy waszych, wy nie ruszacie naszych” tak czy inaczej musi być zachowana. I jak tu z takimi robić rewolucję?

Biedny Piątek – niedoszły Pawka Morozow - trafił między młyńskie kamienie kapitału i te kamienie go zmiażdżyły. Biedny Piątek, powtórzę - uwierzył, że to wszystko naprawdę, a tu okazało się, że chodzi tylko o to, by na koszt podatnika („grantodawców”) wypić, zakąsić i polansować się w lewackim duchu po kawiarniach. Naiwny - to predylekcja Sierakowskiego do drogich win nic mu wcześniej nie powiedziała? I tak ma pozostać, bo jak się urwie futrowanie kawiarnianej kontestacji przez państwo, to ten cały rewolucyjny pryncypializm będzie sobie można wraz tomami Lenina i rocznikami „Krytyki Politycznej” wsadzić tam, gdzie ludowe masy mogą pana Sierakowskiego w dupę pocałować.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/