Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krajowa Rada Sądownictwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krajowa Rada Sądownictwa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 listopada 2017

I co teraz, panie Prezydencie?

Panie Prezydencie, albo chce Pan reformy sądownictwa, albo nie. Pora na męską decyzję.


I. Obstrukcja KRS

30 października Krajowa Rada Sądownictwa odrzuciła wszystkich 265 asesorów sądowych przedstawionych przez Zbigniewa Ziobrę jako kandydaci do pełnienia obowiązków sędziego. Swoją decyzję motywowała uchybieniami formalnymi, takimi jak brak zaświadczeń o stanie zdrowia. To oficjalnie, bo nieoficjalnie jest to oczywiście kolejna odsłona „sędziowskiego rokoszu” w jaki bawią się luminarze wymiaru sprawiedliwości. Jak podnoszą w swym oświadczeniu asesorzy, KRS procedowała w sposób uniemożliwiający uzupełnienie dokumentacji, stosując (to już dodam od siebie) ewidentną obstrukcję mającą na celu niedopuszczenie do orzekania rzekomych „pisowskich sędziów”. Haczyk polegał na tym, że postępowanie przed KRS powinno toczyć się w oparciu o dokumenty będące w systemie informatycznym Ministerstwa Sprawiedliwości – tych jednak do tegoż systemu nie wprowadzono. Jednak ministerstwo natychmiast po otrzymaniu od KRS informacji o brakach, wysłało w trybie pilnym niezbędne dokumenty w wersji papierowej. Potwierdza to rzecznik prasowy KRS Waldemar Żurek, jednakże wspomniana okoliczność nie powstrzymała członków Rady przed wyrażeniem, jak to ujęto, „skutecznego sprzeciwu” wobec nominatów resortu sprawiedliwości.

A teraz najlepsze. Otóż, wbrew temu, co można by sądzić na podstawie stronniczych doniesień, Zbigniew Ziobro nie wyciągnął sobie z dnia na dzień asesorów z kapelusza. To są ludzie, którzy kształcili się (m.in. w Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury) oraz praktykowali w sądach w latach 2009-2016 – czyli większość ich ścieżki zawodowej przypada na okres rządów PO. Egzaminy zdawali przed niezależnymi sędziami, a nie przed przedstawicielem Ministerstwa Sprawiedliwości. W oświadczeniu asesorzy podkreślają: „na liście przesłanej przez Ministra Sprawiedliwości znaleźli się wszyscy aplikanci, którzy uzyskali pozytywny wynik egzaminu i nie podjęli decyzji o rezygnacji z asesury, nie zaś osoby wybrane przez Ministra. To samo dotyczy znajdujących się na liście asystentów sędziów i referendarzy sądowych – zresztą, jedynie ich dotyczył wymóg składania zaświadczeń o stanie zdrowia. Krótko mówiąc, rola Ministra Sprawiedliwości sprowadzała się do odebrania ślubowania i przekazania listy do KRS. Minister nie ma wpływu na jej kształt, nie może również odwołać asesora, czy wskazać konkretnego sądu w którym będzie pracował. Nie przeszkodziło to jednak Waldemarowi Żurkowi pleść andronów o „ciągu technologicznym” ministra w produkowaniu sędziów i „asesorach ze stemplem konkretnego ministra sprawiedliwości” - za co, moim skromnym zdaniem, powinien dożywotnio rozstać się z sędziowską togą, chociażby ze względu na rażące upolitycznienie i ignorancję w zakresie procedury powoływania asesorów sądowych. Teraz najprawdopodobniej cała heca oprze się o Sąd Najwyższy – tyle, że po uprawomocnieniu się decyzji KRS stosunek służbowy asesora automatycznie wygasa. Krótko mówiąc, pięć lat studiów, lata aplikacji i ciągłych egzaminów może pójść psu w gardło.


II. Polityczna odpowiedzialność Andrzeja Dudy

Przejdźmy do tytułowego pytania, które nie bez powodu kieruję bezpośrednio do prezydenta Andrzeja Dudy. Awantura z asesorami pokazuje jasno nieuleczalną złą wolę sędziowskiej wierchuszki i jednoznacznie upolitycznione stanowisko w opozycji do legalnego, polskiego rządu. To pełzająca anarchizacja państwa w ramach której Krajowa Rada Sądownictwa dla swej prywatnej wojenki z nielubianym ministrem gotowa jest poświęcić dobro wymiaru sprawiedliwości cierpiącego na braki kadrowe i przewlekłość postępowań. Decyzja KRS dotyka nie tylko 265 młodych ludzi, blokując im wejście do zawodu, lecz przede wszystkim odbije się negatywnie na tysiącach „klientów” polskich sądów. Wszystko to dla KRS nie ma znaczenia – Rada postanowiła zachować się niczym partia polityczna, byle tylko zagrać na nosie rządzącym.

Powyższe nie byłoby możliwe, gdyby nie poczucie bezkarności i nieodpowiedzialności – bo do tego sprowadza się „niezawisłość” w rozumieniu sędziowskiego establishmentu, którego zbiorową personifikacją jest KRS. A ową bezkarność zagwarantował członkom KRS nie kto inny, tylko prezydent Andrzej Duda wetując ustawy reformujące wymiar sprawiedliwości – gdyby nie to, reforma już dawno weszła by w życie i podobny sabotaż byłby nie do pomyślenia. Trzeba powiedzieć sobie jasno – w momencie, gdy prezydent zdecydował się na weto, wziął tym samym na siebie polityczną odpowiedzialność za wszelkie kolejne wyskoki „totalnej opozycji” w sędziowskich togach. Również opisywana chryja z asesorami obciąża polityczne konto Andrzeja Dudy. Nie tak dawno na tych łamach w artykule „Pół-reforma Dudy” stwierdziłem, że prezydent najwyraźniej próbuje się spozycjonować, jako nieformalny polityczny patron władzy sądowniczej. Do tego bowiem sprowadza się jego projekt ustawy o KRS przewidujący zaporową większość 3/5 głosów, niezbędną do wyłonienia przez Sejm członków Rady. Dodatkowo, przypomnijmy, projekt dawałby prezydentowi prawo do mianowania członków KRS w przypadku nie uzyskania sejmowej większości, co z kolei wymaga zmiany konstytucji. Oba rozwiązania są niemożliwe do przeprowadzenia przy obecnym układzie sił w parlamencie, a prawdopodobnie również i w kolejnej kadencji.

Nic dziwnego, że ludzie pokroju sędziego Żurka poczuli wiatr w żaglach, gdyż upieranie się przez prezydenta przy tych kluczowych zapisach projektu ustawy jest najlepszą gwarancją, że zabetonowany układ w wymiarze sprawiedliwości będzie trwał w najlepsze. A zatem, chcąc nie chcąc, to prezydent stał się politycznym ojcem wojenki wytoczonej przez rozgrzaną sędziokrację polskiemu rządowi. Od tej pory za każdy przejaw anarchii w wydaniu „nadzwyczajnej kasty”, każdy skandaliczny wyrok, każdego sędziego przyłapanego na kradzieży sklepowej, będę obarczał osobistą odpowiedzialnością prezydenta – podobnie jak uczynił to Krzysztof Wyszkowski dedykując Andrzejowi Dudzie kuriozalny wyrok w kolejnej odsłonie sprawy „Bolka”.


III. Groteskowa telenowela

A tymczasem mamy ciągnącą się, coraz bardziej groteskową telenowelę na linii PiS – Pałac Prezydencki. Doszło mianowicie do kolejnej, czterogodzinnej rozmowy – tym razem przewodniczący sejmowej komisji sprawiedliwości, Stanisław Piotrowicz, negocjował z prezydenckim ministrem Pawłem Muchą. Ponoć, wedle słów Piotrowicza, „obszar rozbieżności” „nieznacznie się zmniejszył”.

To jest, proszę państwa, kpina w żywe oczy. Najpierw było weto ewidentnie podyktowane względami ambicjonalnymi i z osobistym sporem Andrzeja Dudy ze Zbigniewem Ziobrą w tle. Nadmieńmy, że uzasadniane w żenujący sposób opinią Zofii Romaszewskiej, pod wpływem której rzekomo prezydent zdecydował się na weto. W międzyczasie mieliśmy też naciski na prezydenta ze strony środowisk prawniczych, w tym jego wykładowców z UJ - i śmiem podejrzewać, że to właśnie one (prócz wspomnianych kwestii ambicjonalno-personalnych) odegrały decydującą rolę, zaś spódnica Zofii Romaszewskiej miała jedynie przykryć przed opinią publiczną rzeczywiste przyczyny prezydenckiej decyzji. Na horyzoncie majaczy również 45-minutowa rozmowa z kanclerz Merkel, której wiodącym tematem wg komunikatu strony niemieckiej była „kwestia praworządności” w Polsce. Następnie, po dwóch miesiącach otrzymaliśmy zapowiadane projekty ustaw – całkiem sensowny o Sądzie Najwyższym i nie do przyjęcia o KRS, czyli organie odpowiadającym za sędziowskie kadry. Potem nastąpiła seria spotkań z prezesem Kaczyńskim z równoległą medialną aktywnością prezydenckiego „Czerepacha” - rzecznika Krzysztofa Łapińskiego – podgrzewającego atmosferę prowokacyjnymi wypowiedziami. Efektów, czyli reformy, jak nie było, tak nie ma.

Słowem – klincz ocierający się o celową obstrukcję. Panie prezydencie, najwyższy czas przestać kluczyć i chować się za spódnicą pani Romaszewskiej oraz szumem produkowanym przez różnych „Czerepachów”. To od Pana zależy zakończenie tego szkodliwego serialu – albo chce Pan tej reformy, albo nie. Pora na męską decyzję.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Pół-reforma Dudy

Między wojną, a hańbą

Merkel i Duda, czyli caryca Katarzyna i król Stasio


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 45 (10-16.11.2017)

niedziela, 1 października 2017

Pół-reforma Dudy

Zaprezentowane projekty czynią prezydenta niejako arbitrem na linii parlament-sądownictwo i kimś w rodzaju „patrona trzeciej władzy”.



I. Patron trzeciej władzy
W przedstawionych przez Andrzeja Dudę założeniach do ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa wyraźnie widać podstawową tendencję: o ile zawetowane ustawy PiS znacząco zwiększały zakres uprawnień ministra sprawiedliwości, o tyle zaprezentowane właśnie projekty poszerzają w ogromnym stopniu prerogatywy prezydenta, czyniąc go niejako arbitrem na linii parlament-sądownictwo i kimś w rodzaju „patrona trzeciej władzy”.
Jeśli chodzi o projekt ustawy o Sądzie Najwyższym, nie jest najgorzej. Sędziowie mają przechodzić w stan spoczynku w wieku 65 lat – z możliwością dwukrotnego zwrócenia się do prezydenta o przedłużenie orzekania na okres 3 lat. Maksymalnie mogliby zatem odwlec przeniesienie w stan spoczynku o 6 lat, do ukończenia 71 roku życia – dziś wiek „emerytalny” wynosi 70 lat z opcją przedłużenia o 2 lata za zgodą I Prezesa SN. W obecnej sytuacji oznacza to wygaszenie kadencji ok. 40 proc. sędziów SN – 29 już ukończyło 65 lat, zaś kolejnych dwoje (w tym prezes Małgorzata Gersdorf) wejdzie w wiek emerytalny w tym roku. Jednolity wiek emerytalny dla obu płci jest ewidentną odpowiedzią na zarzuty Timmermansa, który uznał zróżnicowanie pod tym względem za „dyskryminację”. Pozostaje pytanie, jak w tym kontekście przedstawia się kwestia kadencji prof. Małgorzaty Gersdorf (piastować ma swą funkcję do 2020 r.) - czy w przypadku uchwalenia ustawy w obecnym kształcie prezydent Duda nie skorzysta ze swych uprawnień, by przedłużyć jej okres orzekania... W każdym razie, mamy tu projekt znacząco łagodniejszy od wcześniejszych rozwiązań, wg których kadencja sędziów SN wygasała natychmiast, za wyjątkiem wskazanych przez ministra sprawiedliwości.
Kolejny punkt, to powołanie Izby Dyscyplinarnej SN, co jest zgodne z wcześniejszymi zamiarami PiS – tu kontrowersji nie ma, potrzebę powołania takiego organu widzi chyba każdy poza samymi sędziami. Dodatkowo dobrym pomysłem jest udział czynnika społecznego, czyli ławników zgłaszanych przez obywateli lub organizacje społeczne, a wybieranych przez Senat na czteroletnią kadencję. Wątpliwości budzi jedynie możliwość ustalania liczby ławników przez Kolegium Sądu Najwyższego – znając niechęć sędziów do kontroli społecznej i pogardę środowiska prawniczego dla „amatorów” spoza branży, można się spodziewać prób ograniczania liczby ławników i dobierania sobie tych najbardziej „posłusznych”.
No i wreszcie postulat powołania Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych rozpatrującej skargi nadzwyczajne – czyli rodzaj specjalnej instytucji odwoławczej od prawomocnych orzeczeń sądów w przypadku, gdy te w ocenie skarżącego w sposób rażący naruszyły prawo. Tu jednak wymagani będą pośrednicy, czyli m.in. Prokurator Generalny, Rzecznik Praw Obywatelskich oraz inne urzędy w zakresie swych właściwości, lub grupa 30 posłów bądź 20 senatorów – najprawdopodobniej zatem wspomniane instytucje będą pełniły funkcje „sita” selekcjonującego wstępnie skargi. W Izbie Kontroli Nadzwyczajnej również zasiadać będą ławnicy.
Podsumowując ten element reformy – z grubsza jest pozytywnie, choć z pewnością nie tak radykalnie, jak proponował zawetowany projekt ministerstwa sprawiedliwości.

II. Obrońca „nadzwyczajnej kasty”
Na tym jednak plusy się kończą, bowiem projekt ustawy o KRS trudno ocenić inaczej, niż jako sabotaż – a to właśnie KRS jest organem decydującym o doborze sędziowskich kadr, natomiast z kolei kadry – że zacytuję klasyka - „decydują o wszystkim”. Przede wszystkim, prezydencki projekt podtrzymuje zaporową większość wyboru członków KRS przez Sejm – 3/5 głosów. Takiej większości PiS nie ma i mieć nie będzie, a na współpracę któregokolwiek z ugrupowań opozycyjnych trudno liczyć. Co więcej, inicjatywa prezydenta zakłada, że w przypadku niemożności wyboru przez Sejm, członków KRS wskaże spośród kandydatów prezydent – rzecz w tym, że takie rozwiązanie wymaga zmiany konstytucji. Nawet zakładając, że PiS zgodziłoby się na propozycję prezydenta, zwyczajnie nie uzbiera niezbędnej do nowelizacji ustawy zasadniczej większości 2/3 głosów. Co więcej, prezydent zagroził, że w przypadku dokonania przez Sejm znaczących zmian w projekcie znów zawetuje ustawę. Czyli mamy ewidentną obstrukcję – pod pozorem chęci reformy zaproponowane rozwiązania są w praktyce nie do przeforsowania. A więc trzon sędziowskiego establishmentu pozostanie nienaruszony. W tej sytuacji „prodemokratyczny” pomysł zgłaszania kandydatów przez grupy 2 tys. obywateli jest pustą błyskotką.
I tu mamy dwa aspekty wspomnianego wyżej pozycjonowania się Andrzeja Dudy w roli arbitra i patrona władzy sądowniczej – formalny i nieformalny. Formalny polega na poszerzeniu prerogatyw prezydenta w postaci wskazywania nominatów do Krajowej Rady Sądownictwa (gdyby jakimś cudem udało się przepchnąć odnośne regulacje prawne). Aspekt nieformalny zaś sprowadza się do prezydenckiego parasola ochronnego nad sędziowską korporacją polegającego na symulowaniu chęci zmian, a w istocie - obronie status quo. W ten sposób ocalony zostanie najtwardszy rdzeń układu – i mam wrażenie, że właśnie o to chodziło. Duda wyraźnie puszcza tu oko do zasiedziałego prawniczego mainstreamu – jestem po waszej stronie. Ponieważ jednak musiał się pokazać jako zwolennik zmian, więc wykonał gambit – poświęcił (w ograniczonym zakresie) Sąd Najwyższy, by uratować kluczową pozycję, jaką jest KRS. Znamienne są powściągliwe reakcje „totalnie opozycyjnych” mediów z „Wyborczą” na czele, tudzież nagle pojednawczy ton Fransa Timmermansa – oni już wiedzą, że przyczółki zostały obronione.

III. Gra o reelekcję
Na powyższe nakłada się starcie ze Zbigniewem Ziobrą, dążącym do niepodzielnej dominacji nad wymiarem sprawiedliwości. Tu trzeba przypomnieć, że Duda był niegdyś protegowanym Ziobry, który „zdradził” swego protektora zostając w PiS po secesji Solidarnej Polski. Dziś role się odwróciły – Ziobro jest twarzą próby zaordynowania radykalnej kuracji przeczyszczającej środowisku sędziowskiemu (z błogosławieństwem prezesa Kaczyńskiego), a Duda wszedł w rolę rozbijacza jednolitego dotąd frontu i hamulcowego zmian. Oczywiście, Ziobro przy okazji stara się wzmocnić swą pozycję polityczną i zakres władzy – dążąc wręcz do ręcznego sterowania sądami na wzór prokuratury. Duda natomiast za wszelką cenę nie chce do tego dopuścić, samemu zgłaszając roszczenia do wpływu na wymiar sprawiedliwości – nawet za cenę zablokowania kluczowej reformy i potencjalnie destrukcyjnej wojny domowej w obozie „dobrej zmiany”. Do pełnego obrazu należy jeszcze dodać konflikt z Antonim Macierewiczem i Witoldem Waszczykowskim – czyli próbę „rozepchnięcia się” w ramach konstytucyjnych prerogatyw w obszarach sił zbrojnych i polityki zagranicznej. Słowem, Andrzej Duda, emancypując się z partyjnego gorsetu i wybijając się na niezależność rozsadza dotychczasową strukturę władzy. Dodatkowo, w tle wciąż majaczy 45-minutowa rozmowa z 18 lipca z kanclerz Angelą Merkel, której głównym tematem wg komunikatu rzecznika niemieckiego rządu była kwestia praworządności w Polsce.
Najwyraźniej prezydent uznał, że odium „marionetki” i poplecznika pisowskich „radykałów” stanowi zagrożenie dla jego reelekcji. Postanowił zatem zerwać partyjne wędzidła i rozpocząć własną grę – tyle, że będzie potrzebował w niej sojuszników. I właśnie zaczął ich sobie kaptować – na początek wśród „nadzwyczajnej kasty ludzi”, kreując się na odpowiedzialnego i umiarkowanego reformatora, dufny w sondażowe wskaźniki popularności i licząc przy tym na to, że PiS nie mając wyjścia poprze jego kandydaturę w 2020 r. Może się przeliczyć, bo jeżeli Jarosław Kaczyński uzna, że Duda zdradził „dobrą zmianę”, to prezydent zostanie bez zaplecza, struktur i pieniędzy – a właśnie tym, a nie ulotnymi słupkami zaufania i poparciem skompromitowanych w oczach społeczeństwa elit wygrywa się wybory. Jak by nie patrzeć, teraz zarówno „totalna opozycja”, jak i zagranica wiedzą, że słabym punktem obozu rządzącego jest pałac prezydencki.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 39 (29.09-05.10.2017)

niedziela, 30 lipca 2017

Między wojną, a hańbą

Gra podjęta przez prezydenta Dudę, to gorzej niż zbrodnia, to błąd. I za ten błąd Polska zapłaci wysoką cenę.


I. Appeasement Dudy

Mieli do wyboru wojnę lub hańbę, wybrali hańbę, a wojnę będą mieli i tak” - ten komentarz Winstona Churchilla, podsumowujący politykę appeasementu wobec Hitlera, jak rzadko pasuje do podwójnego veta prezydenta Dudy dotyczącego ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym.

Owszem, można podnosić, że reforma sądownictwa procedowana była w „trybie pendolino”, wręcz przepychana kolanem z użyciem różnych regulaminowych wybiegów. Tyle, że ten nadzwyczajny pośpiech ewidentnie był podyktowany chęcią ograniczenia strat. Używając militarnej analogii – PiS zdecydowało się na blitzkrieg, by uniknąć wyczerpującej wojny pozycyjnej w jaką nieuchronnie musiałyby się zmienić prace nad ustawami przeprowadzane w normalnym tempie. Wyobraźmy sobie tę ciągnącą się w nieskończoność małpiarnię w Sejmie – a do czego „opozycja totalna” jest zdolna, mieliśmy okazję nie raz się przekonać. Wyobraźmy sobie również permanentne demonstracje i próby „puczu 2.0” wspomagane nieustannym „astroturfingiem” - lepiej przygotowane niż w grudniu 2016, z profesjonalną oprawą medialną w wydaniu największych firm PR i domów mediowych, najprawdopodobniej za pieniądze Sorosa, nie mówiąc już o tym, że letnia pogoda bardziej sprzyja wystawaniu na ulicach. No i wreszcie – nieustanne łomotanie ze strony Berlina i Brukseli. Z dwojga złego, Kaczyński zdecydował się na jedno cięcie – nie powiem, że „chirurgiczne”, bo bardziej przypominające cios siekierą między oczy, ale mające ten walor, że załatwiające sprawę.

Można i trzeba było zwracać uwagę na różne legislacyjne niedoróbki w rodzaju głośnej sprzeczności „3=5” (w jednym artykule ustawy o SN I prezes miał być wybierany spośród 5 kandydatów, a w innym spośród 3). Na tym etapie sprawę ewidentnie zawalił resort Zbigniewa Ziobry przygotowujący projekty. Tyle, że to wszystko można było naprawić na etapie prac parlamentarnych – nawet wtedy, gdy ustawy były już w Senacie. Projekty były przecież jawne, prezydent Duda miał je na biurku. Zwróćmy zresztą uwagę – prezydent znalazł czas, by wczytać się w przepisy i zgłosić swoje poprawki w efekcie których część sędziowska KRS miała być wybierana większością 3/5 głosów (a nie zwykłą), zaś o przenoszeniu w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego decydować miał nie minister sprawiedliwości (jak pierwotnie zakładano) lecz prezydent. To wszystko parlamentarna większość (czyli de facto Jarosław Kaczyński) zaakceptowała (być może zgrzytając zębami), a Andrzej Duda w zamian za te ustępstwa miał ustawy podpisać – taka była umowa, sam prezydent to właśnie zadeklarował zgłaszając swoje nowelizacje. Cóż więc się stało, że ostatecznie zdecydował się jednak złamać dane słowo i postawić veto, którego obecna większość – z jego własnego obozu politycznego – nie będzie w stanie oddalić?


II. Bunt prezydenta

Jeszcze w niedzielę rzecznik prezydenta sygnalizował, że ustawa o SN zostanie przekazana do Trybunału Konstytucyjnego. Z perspektywy ogłoszonej nazajutrz decyzji o vecie okazało się, że była to klasyczna zasłona dymna. Pytanie, czy takim mydleniem oczu były także wcześniejsze prezydenckie poprawki i kiedy Andrzej Duda ostatecznie zdecydował się na najbardziej radykalny wariant? Porozmawiał z niedzieli na poniedziałek z Zofią Romaszewską i ta go przekonała? Nie bądźmy śmieszni. Złośliwie zapytam – czy prezydent zawsze podziela opinię ostatniej osoby z którą rozmawiał, czy też tak dobierał sobie konsultantów, by ci dostarczyli mu argumentów pod założoną z góry tezę?

Osobiście sądzę, że Andrzej Duda od dłuższego czasu szukał okazji, by wkroczyć do polityki jako samodzielny gracz. Po ludzku można go zrozumieć – mógł mieć dosyć kpin, że jest „marionetką Kaczyńskiego”, „długopisem” i poniewieranym „Adrianem”, który może co najwyżej wygłaszać ładne przemówienia. Więcej – obowiązująca konstytucja wręcz wymusza prędzej czy później konflikt na linii prezydent-rząd i większość parlamentarna – stąd te wszystkie znane z przeszłości „szorstkie przyjaźnie”. Jeżeli prezydent chce coś realnie znaczyć, musi się w ramach swych prerogatyw nieco „rozpychać”. Notabene – to kolejny argument za zmianą obecnej, dysfunkcyjnej ustawy zasadniczej. Kolejna rzecz – Duda zapewne dobrze sobie zapamiętał upokarzające wymuszenie na nim nocnego zaprzysiężenia sędziów Trybunału Konstytucyjnego i lekceważenie okazywane mu (dyskretnie, ale jednak) przez Jarosława Kaczyńskiego. Jednak zauważmy, iż Kaczyński potrafił się wykazać pragmatyczną elastycznością, przyjmując na wcześniejszym etapie poprawki prezydenta.

Powyższe nie zmienia jednak faktu, że Andrzej Duda postanowił „wybić się na niepodległość” w najmniej odpowiednim momencie. Reforma wymiaru sprawiedliwości jest kwestią absolutnie fundamentalną – szczególnie, gdy samo środowisko prezentowało niezmienne samozadowolenie i ustami swych najbardziej prominentnych przedstawicieli wprost deklarowało się jako jeden z bastionów „totalnej opozycji”, dufne w swą kastową nietykalność. Mieliśmy od dłuższego czasu pełzający rokosz, a prowodyrzy sędziowskiej korporacji ostatnio tak się rozpolitykowali, tak rozdokazywali, że w końcu trzeba było zrobić z tym porządek - tak jak z tymi partyzantami ze starego kawału, których w końcu gajowy wyrzucił z lasu. Zmiana leżała zresztą w interesie samego środowiska sędziowskiego, któremu aktywność np. prezes Gersdorf odbierała resztki powagi i wiarygodności. Nie wątpię, że byli i są wśród sędziów, zwłaszcza tych niżej sytuowanych w hierarchii, ludzie porządni, chcący po prostu orzekać – z dala od polityki, za to w zgodzie z prawem i poczuciem sprawiedliwości.


III. „Adrian”, coś ty narobił...

To wszystko prezydent Duda uniemożliwił – i to zapewne na długo. Sam zapowiada, że w ciągu dwóch miesięcy przedstawi własne projekty zawetowanych ustaw – po szerokich konsultacjach. Pytanie, z kim będzie je konsultował – z prof. Gersdorf? Z przedstawicielami prawniczego establishmentu okupującymi uniwersyteckie katedry nierzadko od czasów PRL-u? Z prof. Strzemboszem, wedle którego sędziowie mieli „sami się oczyścić”? Powiem wprost – nie wierzę w to, bo mam w świeżej pamięci, co prezydent zrobił z zapowiadaną „ustawą frankową”. Po długich miesiącach i kolejnych, coraz bardziej pokracznych projektach, Kancelaria Prezydenta wypuściła kadłubkowego potworka, który i tak utknął w sejmowej komisji. Jeżeli Duda nie miał jaj, by postawić się bandzie banksterskich lobbystów, to jak niby ma pójść na frontalną konfrontację z „nadzwyczajną kastą ludzi”? A każda realna reforma będzie takie starcie wymuszała. Już to widzę – reforma tak, ale nie taka, nie tak ostra i może w ogóle nie teraz...

Poza tym – veto Dudy, to potężny cios w i tak chwiejną spoistość obozu „dobrej zmiany”. Teraz przecież to veto trafi pod obrady Sejmu. I co – PiS będzie głosowało przeciw i przegra? Przełknie porażkę i zagłosuje za vetem, co oznacza polityczną kompromitację? I na co liczy Duda? Że lewacka dzicz z ulicy na niego zagłosuje? A skąd pewność, że PiS po tym wszystkim w ogóle go wystawi jako kandydata? Przez cały dotychczasowy okres rządów wszystkie siły wrogie PiS-owi „macały”, gdzie jest jego słaby punkt – temu służyły demonstracje a to pod Sejmem, a to pod Senatem, a to pod Pałacem. Taki cel miały również nieustanne groźby i połajanki z Brukseli i medialny ostrzał z Berlina oraz ze strony tutejszych folksdojczów. Teraz już wiedzą – słabe ogniwo obozu rządzącego to Andrzej Duda. Opozycja zwietrzyła krew i po kilku zdawkowych pochwałach idzie za ciosem – domaga się trzeciego veta i głowy ministra Ziobro. Nie łudźmy się, od tej pory naciski spod znaku „ulica i zagranica” tylko się zwielokrotnią – i to przy każdej okazji, bo już wiedzą, że można liczyć na to, że Duda „wymięknie”. Mówiąc językiem z „Ucha prezesa” - „Adrian”, coś ty narobił...

Zacząłem cytatem z Churchilla, skończę cytatem z Talleyranda. Otóż gra podjęta przez prezydenta Dudę, to gorzej niż zbrodnia, to błąd. I za ten błąd Polska zapłaci wysoką cenę.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kaczyński tłumi rokosz

„Ludowa rewolucja” kontra rokosz elit


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 30 (28.07-03.08.2017)