Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Michalkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stanisław Michalkiewicz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 listopada 2019

Nobel dla Tokarczuk – nagroda czy wynagrodzenie?

Nobel dla Olgi Tokarczuk to inwestycja w toczącą się w Polsce wojnę kulturową.

I. „Miasto w lustrach”

W pierwszych słowach niniejszego artykułu chciałbym pogratulować... nie, wcale nie Oldze Tokarczuk lecz znakomitemu publicyście Stanisławowi Michalkiewiczowi, który już ponad dwa lata temu w zamieszczonym na łamach „Polski Niepodległej” felietonie pt. „Wyścigi starozakonne” przewidział, iż pani Tokarczuk najwyraźniej rychtowana jest na laureatkę literackiego Nobla. Używając często cytowanej przez pana Stanisława zagłobowskiej frazy - „proroctwa go wspierały”! W drugich słowach natomiast pragnąłbym pogratulować... samemu sobie, bowiem należę do nielicznego grona osób, które przeczytały cokolwiek naszej świeżo upieczonej noblistki od początku do końca. Wprawdzie nie była to rzecz wielka, ale za to unikalna. Otóż proszę sobie wyobrazić, że gdzieś tak na przełomie lat 80. i 90. trafił mi w ręce numer pisma społeczno-kulturalnego „Okolice” wydawanego przez jakąś socjalistyczną organizację młodzieżową – nie pamiętam już dokładnie, ale było to chyba ZSMP. W każdym razie, do pisma w charakterze osobnej wkładki został dołączony niewielki, kilkunastostronicowy tomik wierszy Olgi Tokarczuk zatytułowany „Miasto w lustrach”. Jak udało mi się teraz doczytać, zbiorek ten zawierał poezje zamieszczane uprzednio w „Życiu Literackim”. Jeszcze wcześniej natomiast Olga Tokarczuk publikowała pod pseudonimem „Natasza Borodin” opowiadania w „Na przełaj” - zaczęła w 1979 r., a więc miała wtedy raptem 17 lat (ur. w 1962 r.). Ładne osiągnięcie. Wracając jednak do tomiku – jest to pierwszy „druk zwarty” późniejszej noblistki, więc śmiało mogę powiedzieć, że czytałem jej pełnowymiarowy debiut. Co więcej, wiersze te nigdy nie doczekały się wznowienia w formie osobnego wydawnictwa, więc dziś „Miasto w lustrach” jest swoistym białym krukiem, nie do kupienia w normalnym obrocie – jeżeli już, to może zalega w jakichś bibliotecznych archiwach. A więc, brawo ja – czytałem coś, czego nie przeczytał niemal nikt inny, mogę zadawać szyku.

Dlaczego sądzę, że „Miasto w lustrach” mogła przeczytać raptem garstka osób? Bo tych całych „Okolic” praktycznie nikt nie kupował. W moim miasteczku periodyk ten kurzył się wciśnięty gdzieś na tyły witryny kiosku „Ruchu” całymi miesiącami – aż w końcu skuszony anonsowanym na okładce „arkuszem literackim” zdecydowałem się go kupić. I wiecie co? Nie żałuję. Pamiętam bowiem, że wiersze te wywarły na mnie – wówczas nastoletnim pochłaniaczu różnorakiej literatury – naprawdę spore wrażenie. W szczególności utkwił mi w pamięci poemat pt. „Oddział psychogeriatryczny”, świadczący o niepospolitej wrażliwości dwudziestoparoletniej autorki, potrafiącej wczuć się w położenie starych ludzi, cierpiących na różne związane z podeszłym wiekiem zaburzenia świadomości. Dziś chętnie podrzuciłbym ten wiersz różnym Pszoniakom i innym specjalistom od „świrowania”. Czuć było przez skórę, że Olga Tokarczuk wie o czym pisze – dopiero znacznie później dowiedziałem się, że skończyła psychologię i z zawodu jest psychoterapeutką, a Wikipedia podaje, że na studiach udzielała się jako wolontariuszka opiekując się osobami chorymi psychicznie. Ślady tych doświadczeń są w jej ówczesnej poezji nader wyraźne.

Później jakoś zniknęła z mojego czytelniczego radaru, a gdy zrobiło się o niej głośno – już jako o powieściopisarce - jakoś mi wychłódło, na co zapewne miała wpływ jej prezentowana publicznie postawa i poglądy oraz fakt, że stała się literacką ikoną lewackich salonów. Ale nie tylko. Jej wiersze nie były bowiem łatwą lekturą. Trochę trwało zanim się z nimi oswoiłem i przetrawiłem, stwierdziłem więc, że zapewne w podobnym stylu uprawia swoje pisarstwo – a brnięcie przez kilkaset stron „poetyckiej prozy” prezentującej „strumień świadomości” trąciło mi nieco masochizmem. Co innego wiersz, a co innego napisana w ten sposób powieść. Zmusiłem się do przeczytania Prousta – i wystarczy. To moje maksimum czytelniczego samoumęczenia.

Pocieszam się, że nie jestem jedyny, bo najwyraźniej do identycznych wniosków doszedł sam prof. Gliński, który jak wyznał, nie doczytał żadnej z książek Olgi Tokarczuk do końca. Czuję się więc usprawiedliwiony. Czekam, aż min. Gliński ogłosi, że szczęśliwie dotarł do ostatniej strony któregoś z jej dzieł, to może wtedy zacisnę zęby i zabiorę się za jakichś „Biegunów” - póki co, zadowalam się błogą świadomością, że czytałem Olgę Tokarczuk zanim stało się to modne.


II. Upadek prestiżu

Ale też umówmy się – w tej całej wrzawie wokół Nobla literatura odgrywa zupełnie marginalną rolę, więc nie ma najmniejszego powodu, by akurat przy tej okazji roztrząsać artystyczną wartość twórczości pani Olgi. Tak się bowiem składa, że literacki Nobel od dawna już przestał mieć cokolwiek wspólnego z jakąkolwiek aktywnością twórczą – stanowi ona jedynie dogodny pretekst by uhonorować laureata za poglądy. Jest to, inaczej mówiąc, wewnątrzśrodowiskowa nagroda lewackich salonów, które drogą cierpliwego „marszu przez instytucje” skutecznie skolonizowały szwedzką Akademię i obecnie wyróżnia się nią postępowych aktywistów, zasłużonych na polu walki z cywilizacją łacińską, na zmianę z afirmowaniem różnych egzotycznych kultur – o których, w przeciwieństwie do tradycyjnej kultury i wartości Zachodu - nie można powiedzieć złego słowa.

Niepisane reguły dystrybuowania literackiego Nobla coraz bardziej przypominają dawną „Nagrodę Stalinowską” - a i laureaci światopoglądowo nierzadko zbliżeni są do takich tuzów pióra jak Aleksiej Tołstoj czy Ilja Erenburg. Oczywiście, jeśli dany autor potrafi przy okazji pisać, to tym lepiej, ale nie jest to warunek konieczny – czego widomym przykładem są Noble dla włoskiego komunistycznego trefnisia Dario Fo czy przelanych na papier sadomasochistycznych obsesji Elfriede Jelinek. Osobiście przypuszczam zresztą, że wkrótce doczekamy się literackiego Nobla przyznanego analfabecie – chociażby jakiemuś szamanowi z afrykańskiej wioski, potrafiącemu „ekspresyjnie wyrażać siebie” poprzez sugestywne rytualne tańce lub tatuaże. W końcu, nie można nikogo dyskryminować tylko za to, że przynależy do innego kręgu kulturowego. A wyszykowanie uzasadnienia w stylu: „za wyobraźnię narracyjną, która z encyklopedyczną pasją reprezentuje przekraczanie granic jako formę życia” - ileż to roboty? I niech ktoś się potem spiera na temat „narracyjnej wyobraźni” i „przekraczania granic jako formy życia” w wydaniu nagrodzonego szamana...

Tak więc, czasy gdy Nobla otrzymywali Sienkiewicz i Reymont, a nawet Czesław Miłosz, odeszły bezpowrotnie. Dziś zwyczajnie nie sposób sobie wyobrazić, by ta nagroda powędrowała do kogokolwiek, kto nie wylegitymowałby się odpowiednim światopoglądem. Niemożliwością jest, by nagrodzony został, dajmy na to, Jean Raspail – autor proroczego „Obozu świętych” czy natchnionego „Pierścienia Rybaka”. Inna sprawa, czy ten pryncypialny monarchista przyjąłby lewackie trofeum. Więcej – szwedzcy akademicy najwyraźniej wychodzą z założenia, że „wiara bez uczynków jest martwa” i sama twórczość, choćby najwybitniejsza, nic nie znaczy, jeśli nie jest poparta odpowiednią dawką aktywizmu w przestrzeni publicznej. Nie bez kozery przy okazji nagradzania wymienionych wyżej Dario Fo i Jelinek z lubością podkreślano komunistyczne zaangażowanie pierwszego i feminizm drugiej. Krótko mówiąc – chcesz dostać Nobla, musisz „świergolić” niezgorzej od socrealistycznych propagandystów. Podobnie rzecz się ma z Noblem pokojowym – taki Barack Obama dostał go na zachętę tylko dlatego, że nie był znienawidzonym przez światową lewicę Georgem W. Bushem. W przeszłości nagradzano również jakieś aktywistki od sadzenia drzew i aż dziw bierze, że w tym roku nie wyróżniono Grety Thunberg – może zostawiono ją sobie na później? Nawet „Noble” ekonomiczne (własc. Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla) podlegają modom – był czas, gdy nagradzano gospodarczych liberałów pokroju Miltona Friedmana, teraz z kolei najczęściej nagradza się ekonomistów lewicowych, co moim skromnym zdaniem potwierdza tezę, że ekonomia nie jest nauką ścisłą. Efektem ubocznym jest jednak postępujący upadek prestiżu nagrody – czy ktokolwiek, spoza siedzących w branży zawodowców, jest w stanie wymienić noblistów sprzed dwóch - trzech lat?


III. Reguły gry

Ubiegający się o Nobla kandydaci doskonale zdają sobie sprawę z reguł gry. U nas, zanim noblowskim „papabile” stała się Olga Tokarczuk, dyżurnym pretendentem był poeta Adam Zagajewski, który nie przepuścił żadnej okazji do rytualnego wyrażania odrazy, jaką napawa go polski ciemnogród i prawica utożsamiana przezeń z PiS-em. Czynił to wytrwale, zarówno w mediach polskich, jak i zagranicznych, stwierdzając chociażby w wywiadzie dla niemieckiego „Tagesspiegel”, iż „ukradziono nam nasz kraj” oraz ubolewając nad brakiem „ducha postępu” i „wewnętrznym konserwatyzmem” sporej części polskiego społeczeństwa. Najwyraźniej jednak Adam Zagajewski to już w oczach noblowskiego komitetu przebrzmiała melodia – może mimo jasno deklarowanych sympatii i antypatii jest zbyt mało wyrazisty? Nie rokuje na przyszłość? Co innego Olga Tokarczuk – stosunkowo jeszcze młoda eko-feministka z dreadami, zaangażowana lewicowa działaczka, uczestniczka wszelkich możliwych „manif”, „czarnych protestów” i „marszy równości”, pryncypialnie chłoszcząca polską historię i teraźniejszość. Ta jest perspektywiczna, ta się nada – tym bardziej, że sama zainteresowana przy wsparciu wydawców czyniła wszystkie niezbędne kroki, by dać się poznać z właściwej strony.

Wrócę tu jeszcze na chwilę do wspomnianego na wstępie profetycznego felietonu Stanisława Michalkiewicza. Otóż opisał on Międzynarodowe Targi Książki w Londynie podczas których promowano „Księgi Jakubowe”, zauważając iż autorka historię XVIII-wiecznego żydowskiego szarlatana Jakuba Franka wykorzystuje „w charakterze pretekstu do obnażenia prawdziwego i co tu ukrywać – odrażającego wizerunku mniej wartościowego tubylczego narodu polskiego, który nie tylko »kolonizował«, ale w dodatku straszliwie uciskał »mniejszości«, a zwłaszcza – tę najważniejszą”, zatem „nic dziwnego, że zarządcy stajni właśnie ją wystawili w Londynie do wyścigów starozakonnych. Jeśli się sprawdzi, to może nawet wystawią ją do gonitwy o nagrodę Nobla, dzięki czemu kiedyś dostąpi zaszczytu zajęcia miejsca w samym centrum łona Abrahama (...)”. Efektem tych zabiegów była nagroda Bookera w 2018 r. - i gdyby nie skandal w szwedzkiej Akademii, być może już wtedy otrzymałaby Nobla, o czym świadczy fakt, że nagrodę dostała właśnie za 2018 rok. Rok temu bowiem literackiego Nobla nie przyznano z powodu afery przeciekowo-seksualnej. Mianowicie, mąż jednej z członkiń kapituły Katariny Frostenson, niejaki Jean-Claude Arnault, miał wynosić na zewnątrz ustalenia Komitetu, a na dodatek molestować lub zgoła zgwałcić osiemnaście kobiet, w tym następczynię tronu, księżniczkę Wiktorię. Wskutek skandalu Akademię opuściło szereg członków i potrzeba było czasu, by uzupełnić szeregi. W tym roku więc nadrobiono zaległości.


IV. Inwestycja w wojnę kulturową

Zważywszy na te zaszłości, nie sądzę by akurat chęć wpłynięcia na wybory w Polsce była bodźcem dla szwedzkich akademików. Oni patrzą znacznie szerzej. Nobel dla Olgi Tokarczuk to inwestycja w toczącą się w Polsce wojnę kulturową. Tak się bowiem składa, że nasz kraj pozostaje dla postępowej Europy istnym utrapieniem – nie chcemy przyjmować „uchodźców”, opieramy się multi-kulti, a genderyzm, feminizm, ideologia LGBT i skrajne eko-szajby również jakoś nie chcą się zbytnio przyjmować na naszym gruncie. Do tego jeszcze dający się zaobserwować renesans narodowej dumy, przywiązania do tradycji i chrześcijańskich wartości, połączony z odrzuceniem pedagogiki wstydu. Nawet jeśli ktoś nie jest przesadnie religijny, to i tak na ogół hołduje, nazwijmy to, „zdroworozsądkowemu konserwatyzmowi”. Słowem, Polska wciąż nie chce odmawiać lewackiego pacierza. Rządy PiS w tym kontekście, to z punktu widzenia europejskiego lewactwa jedynie powierzchowny objaw głębszej, społecznej choroby, z której Polaków należy „wyleczyć”. I taka jest wymowa tego Nobla – wspomożenie ideologicznych pobratymców w ich antycywilizacyjnej krucjacie.

Tokarczuk znakomicie nadaje się w tej batalii na symbol. Chwyta w lot co, kiedy i komu należy mówić i jest na tyle inteligentna, by importowane lewackie schematy dostosować do lokalnej specyfiki. Skąd np. wzięły się wypominane jej dziś słowa o polskich „kolonizatorach” i „posiadaczach niewolników”? To lekko zmodyfikowana kalka lewicowego dyskursu z zachodnich kampusów. Zachód, jak wiadomo, kaja się po dziś dzień za epokę kolonializmu i eksploatacji niewolniczej siły roboczej. Olga Tokarczuk sprytnie podpięła się pod tę narrację – a że Polska nie miała kolonii? Nie szkodzi – nazwiemy „koloniami” obszary na wschodzie, a „niewolnikami” - chłopów pańszczyźnianych. Zagajewski na to nie wpadł – a ona, owszem.

Wystarczy przejść do porządku dziennego nad tym, że Polska nikogo nie podbiła, tylko połączyła się z Litwą (i zajętymi wcześniej przez nią ziemiami ruskimi) w drodze dobrowolnej unii, a rzekomi „kolonizatorzy”, czyli magnackie rody, wywodzili się z litewskiego i rusińskiego bojarstwa – a więc swoi „kolonizowali” swoich; że alternatywą dla tych ziem było trafienie pod władzę moskiewskiej despotii; że pańszczyzna była wówczas europejskim standardem, a mimo to nie doświadczyliśmy u nas krwawych wojen chłopskich na skalę, jaka była udziałem np. Niemiec; że zakres swobód i religijnej tolerancji w Polsce był ewenementem na skalę Europy... O tym wszystkim zwyczajnie nie należy mówić – na Zachodzie i tak nie będzie się tego chciało nikomu sprawdzać, za to tenże umoczony w zbrodnie kolonializmu Zachód chętnie posłucha, że Polacy wcale nie byli lepsi i jeszcze na dodatek mordowali Żydów. Taka „narracja” warta jest nawet Nobla...

A więc ów Nobel, to nie tyle nagroda, ile wynagrodzenie – i motywacja na przyszłość. Zostało to zresztą prawidłowo zrozumiane przez tutejszą lewicę. Symptomatyczne są tu słowa publicystki „Wysokich Obcasów” Aleksandry Klich: „Nobel dla Olgi Tokarczuk to znak, że świat nas nie zostawił, patrzy na nas, wie, co się dzieje w Polsce. I znak kierunku, w którym powinniśmy iść”. To nie jest Nobel dla Polski. To jest Nobel przyznany jednej z wojujących ze sobą opcji światopoglądowych. Radykalna lewica w Polsce dostała z rąk Komitetu Noblowskiego swoją świętą – bardziej ogarniętą i samodzielną w formułowaniu myśli niż Greta Thunberg i zarazem w dziedzinie prowokacji ulepszoną intelektualnie wersję Klaudii Jachiry. Od tej pory kwestionowanie lewackiej dogmatyki, każdy konserwatywny przekaz, każda próba polemiki będzie mogła zostać podciągnięta pod „atakowanie noblistki”. Przedsmak tego mieliśmy tuż po wyborze, gdy lewackie salony, nawet nie ukrywając, że uważają tego Nobla za swoją kolektywną własność, na wyprzódki zaczęły wyciągać kto tam kiedyś powiedział coś złego na „naszą noblistkę”. Oni wycisną tego Nobla do imentu, a i sama laureatka jasno pokazała, że nie zamierza poprzestać na literackich splendorach i będzie przekuwała otrzymane wyróżnienie na polityczny oręż. Na szczęście, zarówno ze względu na mniejsze niż niegdyś znaczenie nagrody, jak i na ogólną odporność jaką nabyli Polacy na lewicowe miazmaty, jej przekaz będzie oddziaływał głównie na już przekonanych – a gdy ktoś zaciekawiony sięgnie po książki, to w dziewięciu przypadkach na dziesięć odpadnie jak Gliński.

Na koniec jeszcze słówko o rzekomym „męczeństwie” Olgi Tokarczuk – zresztą, jak widzimy, sowicie wynagrodzonym. Otóż jestem skłonny zgodzić się, że artyście wolno więcej – przekraczać granice i prowokować. Ale z drugiej strony, artysta dokonując transgresji niejako podpisuje weksel in blanco, wyrażając z góry zgodę na to, że jego akcja może się spotkać z reakcją. Tymczasem nasze artystyczne pieszczochy domagają się gwarancji prowokowania bez ryzyka. I tu się mylą – tak lekko nie ma i nie będzie. Nobel nie może oznaczać knebla, immunitetu na krytykę. Podstawa, to nie dać się zwariować i nie ulegać szantażowi „na noblistkę”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 12 (Listopad 2019)

niedziela, 28 kwietnia 2019

Na krótkiej smyczy

Oczekuję od rządu jednoznacznej deklaracji, że nie wprowadzi pod żadnym pozorem zmian legislacyjnych umożliwiających realizację bezprawnych żydowskich roszczeń.

I. „Definitywne rozwiązanie kwestii restytucji”

W ubiegłym tygodniu sporo zamieszania (głównie w internecie, bo media tradycyjne milczały jak zaklęte) wywołała notatka ze spotkania ambasadora Jacka Chodorowicza z przedstawicielem amerykańskiego Departamentu Stanu Thomasem K. Yazdgerdim. Nie bez powodu, gdyż dokument ujawniony przez znanego publicystę Stanisława Michalkiewicza jasno pokazuje, że w sprawie majątkowych roszczeń organizacji żydowskich Polska trzymana jest na bardzo krótkiej smyczy. Przypomnę na początek w czym rzecz (informacje za treścią notatki opublikowaną na stronach internetowych „Najwyższego Czasu”). Ambasador Jacek Chodorowicz jest pełnomocnikiem ministra spraw zagranicznych ds. kontaktów z diasporą żydowską, zaś Thomas K. Yazdgerdi jest jego amerykańskim odpowiednikiem, stojącym na czele delegacji USA przy International Holocaust Remembrance Alliance (IHRA, Międzynarodowy Sojusz na rzecz Pamięci o Holocauście). Do spotkania doszło 25 października 2018 r. - i jak wynika z relacji, Thomas K. Yazdgerdi sformułował w jego trakcie szereg jednoznacznych i daleko posuniętych oczekiwań wobec Polski. Otóż w związku z uchwaleniem przez amerykański Kongres ustawy JUST Act (tzw. ustawa 447/1226), zobowiązującej Sekretarza Stanu do monitorowania kwestii zwrotu pożydowskiego mienia (w tym również „mienia bezdziedzicznego”) oraz dorocznego raportowania Kongresowi postępów w tej materii, amerykański wysłannik oznajmił, iż oczekuje od strony polskiej, by ta „w konkretny sposób posunęła kwestię restytucji do przodu.

T. K. Yazdgerdi podkreślił, iż zdaje sobie sprawę z polskich uwarunkowań politycznych – szczególnie tego, że na jesieni 2019 r. odbędą się wybory parlamentarne. Z drugiej strony jednak przypomniał, że wg JUST Act termin przedstawienia raportu przez Sekretarza Stanu przypada na październik 2019 r., dodając przy tym, że kadencja obecnego sekretarza (Mike'a Pompeo) upływa już w sierpniu 2019 r. i w związku z tym będzie on chciał ukończyć prace nad raportem jeszcze przed tą datą. Biorąc to pod uwagę, Yazdgerdi zarysował wprawdzie ogólny „horyzont czasowy” na 2019 rok, lecz jednocześnie nalegał, by konkretne efekty działań strony polskiej pojawiły się nie tylko przed wyborami, lecz również zanim raport Sekretarza Stanu zostanie przekazany do odpowiednich komisji Kongresu. Wynika z tego zatem, że pierwszy postawiony przed nami deadline przypada na sierpień tego roku – tak, by Mike Pompeo mógł się pochwalić przed Kongresem jakimiś namacalnymi dokonaniami.

Co do tego momentu mielibyśmy zrobić? Przede wszystkim przystąpić do rokowań z organizacjami żydowskimi, głównie w kwestiach finansowych, co miałoby na celu „ustalenie konkretnych kwot możliwych rekompensat, które, jego zdaniem, mogą mieć częściowy charakter”. Określone jest to w dokumencie jako „przystąpienie przez stronę polską do procesu prowadzącego do definitywnego rozwiązania kwestii restytucji”. Amerykanie na tym etapie nie oczekują jeszcze od nas działań legislacyjnych, uważają natomiast za możliwe „konkretne rozmowy i działania nie mające wymiaru publicznego i formalnego”. Z powyższego płynie wniosek, że pora na „publiczne i formalne” działania legislacyjne ma przyjść po jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu.


II. W szponach „holocaust industry”

Tym samym potwierdziły się obawy, że ustawa 447 nie została bynajmniej uchwalona „sobie a muzom”, lecz stanowi narzędzie obligujące amerykańską administrację do wywierania na Polskę nacisków w kwestii zaspokojenia wymuszeń rozbójniczych żydowskich organizacji spod znaku „holocaust industry”. Na dodatek, po stronie polskiej najwyraźniej nie ma politycznej woli, by owym bezpodstawnym roszczeniom się przeciwstawić. Świadczy o tym postawa ambasadora Chodorowicza, który w żadnym momencie rozmowy nie zdecydował się na wyartykułowanie jakiegokolwiek sprzeciwu – ograniczył się jedynie do poinformowania T. K. Yazdgerdiego, iż polskie MSZ przygotowało „Białą Księgę” odnośnie „problematyki mienia przejętego przez Polskę po II wojnie światowej oraz niektórych działań związanych z zadośćuczynieniem i upamiętnieniem ofiar wojny”, która ma prezentować nas w „zasadniczo dobrym” świetle. Innymi słowy – nie bijcie, robimy co możemy. Co więcej, aktywnie kooperujemy, bowiem Yazdgerdi powołał się na wcześniejszą rozmowę z wicemarszałkiem Senatu Adamem Bielanem, który zaznaczył, iż „kwestie restytucyjne wymagają odpowiedniego przygotowania politycznego - a częścią owych przygotowań ma być zmiana postrzegania spraw restytucyjnych jako dotyczących wyłącznie Żydów i mienia żydowskiego, podczas gdy obejmują one znacznie szersze grono osób. Czyli, nawet nie śmiemy podważać samej zasadności roszczeń – zastanawiamy się już tylko jak przeprowadzić całą operację, tak by zminimalizować straty polityczne.

Postawę cytowanego w notatce Adama Bielana warto zapamiętać, gdyż rzuca ona światło na sposób w jaki „restytucja” zostanie przeprowadzona. Najprawdopodobniej po jesiennych wyborach w przypadku wygranej PiS zostanie przedstawiona „kompleksowa” ustawa reprywatyzacyjna – rzecz generalnie słuszna, tyle, że w gąszczu szczegółowych przepisów zostaną poukrywane różne „zatrute cukierki”, umożliwiające wypłatę rekompensat nie tylko prawnym spadkobiercom, lecz również odszkodowań za „mienie bezdziedziczne”. Całość zostałaby przedstawiona i procedowana tak, by nikt się nie zorientował w rzeczywistym charakterze ustawy, dopóki nie będzie za późno. W rezultacie, zaspokojenie bezprawnych roszczeń hien cmentarnych do nie przysługującego im mienia odbędzie się w ramach ogólnej reprywatyzacji. Nie dziwi więc, że Yazdgerdi podczas rozmowy ostro skrytykował projekt ustawy Patryka Jakiego, ograniczający grono uprawnionych do obywateli polskich i to spośród kręgu najbliższych spadkobierców – stanowiłaby ona bowiem tamę dla żydowskich roszczeń. Równie symptomatyczne jest, że strona polska po wrzaskach organizacji restytucyjnych schowała tę ustawę do szuflady.

Podobnych, bulwersujących „smaczków” jest w rozmowie więcej – np. Yazdgerdi uznał, że propozycja wypłaty 20 proc. wartości utraconego mienia wydaje mu się „konstruktywna”. Policzmy. Światowa Organizacja Restytucji Mienia Żydowskiego wystosowała w sierpniu 2018 r. pismo do Ministerstwa Finansów, w którym oceniała wartość pożydowskiego majątku na 330 mld. dol. Dwadzieścia procent od tej sumy daje... 66 mld. dolarów – czyli niemal dokładnie kwotę przewijającą się od lat w kontekście żydowskich roszczeń.


III. Żadnych negocjacji!

Biorąc powyższe pod uwagę, wiemy już dlaczego Mike Pompeo podczas niesławnego szczytu bliskowschodniego w Warszawie wezwał Polskę, do „kompleksowego” uregulowania sprawy zwrotu mienia. To nic innego, jak pokłosie omawianego tu spotkania i konieczności złożenia raportu przed Kongresem. Wiemy również, dlaczego stojący obok minister Czaputowicz nie zareagował ani słowem. Równie charakterystyczna jest reakcja czynników rządowych i okołorządowych na ujawnioną notatkę. Usłyszeliśmy jedynie tradycyjne zapewnienia, że „ustawa 447” nie rodzi w Polsce skutków prawnych i nie jest też źródłem prawa międzynarodowego – w związku z tym, na obecnym gruncie prawnym wypłata odszkodowań za mienie bezspadkowe jest niemożliwa. Tyle, że nie w tym rzecz. Cały amerykańsko-żydowski dyktat sprowadza się bowiem do tego, byśmy dostosowali nasze prawo do wymogów JUST Act! Dlatego nie oczekuję od rządu PiS deklaracji co do obecnego prawa. Oczekuję natomiast od rządu publicznej, twardej, stanowczej i jednoznacznej deklaracji, że nie wprowadzi pod żadnym pozorem zmian legislacyjnych umożliwiających realizację bezprawnych żydowskich roszczeń – a także, że nie będą w tej sprawie podejmowane żadne rozmowy i negocjacje, nie wspominając już o jakichkolwiek zobowiązaniach.

A swoją drogą, warto będzie w sierpniu przyjrzeć się raportowi złożonemu w Kongresie przez sekretarza Mike'a Pompeo. Coś mi mówi, że będziemy mogli się dowiedzieć z niego więcej, niż od własnego rządu.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

„Ustawa 447”, czyli ofensywa „holocaust industry”

Gra o bilion złotych

Hieny cmentarne z „holocaust industry”

Miliardy do Izraela

Miliardy do Izraela – ciąg dalszy

Miliardy do Izraela – eureka!

Finansowe HEART Izraela


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 17 (26-29.04.2019)

niedziela, 21 kwietnia 2019

Pod-Grzybki 156

Antysemityzm! Izraelska sonda kosmiczna „Beresheet” rozbiła się na Księżycu, który – nie oszukujmy się – mógł zrobić o wiele więcej, by sondę uratować, a kto wie, czy nie przyczynił się aktywnie do jej unicestwienia, celowo nadstawiając się twardszą stroną. W związku z tym, Izrael zażądał w ramach rekompensaty „uznania swojej suwerenności” nad Srebrnym Globem, a Światowa Organizacja Restytucji Mienia Żydowskiego wystosowała wobec Wszechświata roszczenie w wysokości kwadryliona $ za utracone mienie. Prezydent Donald Trump ma podpisać na dniach stosowny dekret, nad wykonaniem którego czuwać będzie Departament Stanu.


*

Ale, nie koniec na tym. Jak wieść niesie, pierwsze pozwy zostaną skierowane przeciwko Polsce, bowiem zachodzi graniczące z pewnością podejrzenie, że w zniszczeniu żydowskiego mienia brał czynny udział znany powszechnie polski antysemita – Pan Twardowski. Nad stosowną pracą badawczą pochylają się już profesorowie J. Grabowski, J.T. Gross, B. Engelking oraz P. Śpiewak. Grant na publikację opiewający na 1 mln. zł. wyasygnowało Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


*

Z cyklu „wstawania z kolan”. IPN odwołał zaplanowaną ekshumację na terenie byłego obozu koncentracyjnego Treblinka I. Stało się tak na żądanie amerykańskiego Departamentu Stanu, który zażyczył sobie, by ewentualna ekshumacja odbyła się po „konsultacji” ze środowiskami żydowskimi. Wprawdzie obóz Treblinka I został utworzony dla Polaków, ale wystarczyło, że Żydzi wyrazili przypuszczenie, iż „mogą” znajdować się tam również szczątki żydowskie, by strona polska pokornie schowała dudy w miech. Słusznie – jeszcze by się okazało, że w obozach nie ginęli wyłącznie Żydzi, a wszak samo wysnuwanie takiej rewizjonistycznej hipotezy dowodzi faszyzmu, antysemityzmu i onanizmu. Może więc skończyć z tą ciuciubabką, tylko oficjalnie uznać zwierzchność „ludu Izraela” nad wszystkimi miejscami pamięci? Nasz wielki przyjaciel Jonny Daniels byłby z pewnością zadowolony.


*

Wstawania z kolan ciąg dalszy. Stanisław Michalkiewicz ujawnił na swoim videoblogu notatkę ze spotkania ambasadora Jacka Chodorowicza (pełnomocnika MSZ ds. kontaktów z diasporą żydowską) ze swym odpowiednikiem z ramienia Departamentu Stanu USA Thomasem Yazdgerdim, do którego doszło 25 października 2018 r. W skrócie – Amerykanie każą rządowi PiS dogadać się „po cichu” do czasu jesiennych wyborów z Żydami w sprawie „odszkodowań”, a po wyborach przekuć uzgodnienia w konkretne działania legislacyjne. Jak to leciało? „Ustawa 447 nie wywoła w Polsce żadnych skutków prawnych”? Oczekuję, że ci, którzy wmawiali nam te brednie obetną sobie teraz języki i zeżrą je na surowo.


*

Z życia „europejczyków”. Na inauguracji Tuskowego „Ruchu 4 Czerwca” miał wystąpić Barack Obama – niestety, okazało się, że Obama liczy sobie za taką uprzejmość 400 tys. dolarów i „europejczykom” wychłódło. To Tusk, ze swoimi zarobkami „króla Europy” nie chciał się dorzucić? A to sknera!

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 16 (19-25.04.2019)

czwartek, 23 lipca 2015

Pod-Grzybki 12

Ewa Kopacz wypuściła spot wyborczy na którym psiapsiółki z Szydłowca wspominają z rozrzewnieniem jaka to z niej była dobra kobita i generalnie najwyraźniej bardzo żałują, że teraz jest tam gdzie jest. Ulżyjmy tej żałości – pani Ewa faktycznie na stanowisku premiera się zwyczajnie marnuje. Pozwólmy jesienią wrócić jej do Szydłowca, koleżanek i wyuczonego zawodu – nawet jeśli pani minister Piotrowska będzie z tego powodu ciut zazdrosna. Ale nic to – jeśli kocha, to wybaczy.

*

Nie ustają dociekania, po co służby odpaliły aferę podsłuchową. Mam pewną hipotezę. Otóż nadzór nad bezpieką sprawuje wspomniana wyżej minister Piotrowska – w cywilu katechetka. Jest więc to nadzór, nazwijmy to, spirytualny. Zapewne na którejś z ministerialnych odpraw pani Piotrowska rzuciła coś w stylu „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” i bezpieka nieoczekiwanie wzięła sobie tę biblijną maksymę do serca. To ci dopiero ewangelizacja!

*

Jak tu nie zgodzić się z Michalkiewiczem, że najweselszy w „Wyborczej” jest dział religijny? Właśnie przeczytałem uroczy reportaż o byłym pastorze, którzy w amerykańskim „Pasie Biblijnym” założył kościół dla ateistów – Kaplica Misji Wspólnoty. Cóż, „Bible Belt” ma swoją specyfikę i nawet ateizm musi mieć tam formę quasi-religijną, co zresztą jest poniekąd logiczne – wszak jest to żarliwa wiara w nieistnienie Boga. Najlepsze jest jednak w jaki sposób ów pastor przeszedł na ateizm. Otóż ukazał mu się Bóg i powiedział: „nie istnieję”. Od tej pory były zielonoświątkowiec stal się duszpasterzem ateistycznym. No proszę, to całkiem jak świeccy księża z „Tygodnika Powszechnego” i „Wyborczej”. Kiedy Bartoś, Lemański, Obirek i inni nie będą wiedzieli co ze sobą zrobić, to ścieżka dalszej kariery właśnie została przed nimi nakreślona.

*

Kanclerzyca Angela Merkel poskromiła zbuntowaną prowincję Cesarstwa – Helladę. Wprawdzie premier Tsipras urządził referendalny cyrk, odgrażał się jak to nie odda Niemcom nawet guzika od marynarki i ogólnie pajacował, ale wystarczyło małe tete-a-tete z kanclerzycą Merkel i Tuskiem w charakterze przyzwoitki, by oddał nie tylko guziki, ale i ostatnie kalesony. Mam tu dwa morały. Po pierwsze, tak się skutecznie buduje IV Rzeszę, czego nie rozumiał ten idiota Hitler i dlatego „musiał odejść” niczym Balcerowicz, a po drugie – każdy naród ma takiego Orbana na jakiego sobie zasłużył.

*

Pozostając przy Niemcach i „Wyborczej” - oto organ czerskich przy okazji rocznicy Bitwy pod Grunwaldem objawił nam ileż to cywilizacyjnych dobrodziejstw zawdzięcza Polska Krzyżakom, z postawą wyprostowaną i przeciwstawnym kciukiem włącznie. Do tego oznajmiono nam, iż „według najnowszych badań” tzw. przywilej kruszwicki Konrada Mazowieckiego (fałszywka, którą Zakon uzasadniał swe pretensje terytorialne) to jednak autentyk. No i proszę – któż śmie twierdzić, że „Wyborcza” jest wrogiem polityki historycznej? Oczywiście, pod warunkiem, iż jest to jedynie słuszna, postępowa i prawdziwie europejska polityka niemiecka.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (22-28.07.2015)

piątek, 17 stycznia 2014

Terlikowski, ty pipo...

Strach połączony z parciem na szkło sprawia, że Terlikowski może być koncertowo rozgrywany przez byle mainstreamową szczekaczkę.
 



I. Płaczek poświęcony

Wszedłem sobie w czwartek, proszę ja Was, na portal „Frondy” - a tam sam redaktor naczelny portalu poświęconego Tomasz Terlikowski kaja się i przeprasza. Za co? Za przedruk felietonu Stanisława Michalkiewicza z serwisu „prawy.pl”. Oświadczenie jest tak kuriozalne, że zamieszczę je tu w całości, by nie zniknęło, kiedy już redaktor Terlikowski ochłonie z drżączki i zda sobie sprawę z rozmiarów swej kompromitacji.

„Tekst Stanisława Michalkiewicza, przedrukowany z portalu Prawy.pl, nie powinien znaleźć się na naszych stronach. Jego opublikowanie i przytoczenie skandalicznych słów o czasowo zamkniętych obozach koncentracyjnych było poważnym błędem, za który przepraszam. Gdy tylko dotarła do mnie informacja o tym tekście natychmiast podjąłem decyzję o jego usunięciu.

Zapewniam, że tego typu poglądy nigdy nie były bliskie portalowi poświęconemu, i że w przyszłości nie będą na nim prezentowane. Nie będziemy już także przedrukowywać tekstów redaktora.

Wszystkich oburzonych i zaskoczonych jeszcze raz przepraszam.

Tomasz P. Terlikowski”

O co poszło? Otóż, w swym felietonie „Zdrada panowie, ale stójcie cicho!”, Stanisław Michalkiewicz postawił tezę, że pompowanie WOŚP i Owsiaka ma na celu medialne „przykrycie” sesji Knesetu „w chwilowo nieczynnym obozie zagłady w Oświęcimiu” do której ma dojść w 69 rocznicę wyzwolenia obozu. Rzecz w tym, że nie wiadomo, czy izraelski parlament został przez władze Polski oficjalnie zaproszony, czy też po prostu oznajmił wolę odbycia takiego posiedzenia na terytorium innego, nominalnie suwerennego kraju. No i parlamentarzystów z Izraela ochraniać będą izraelskie służby specjalne. Przyznajmy, że jeżeli w warunkach pokoju parlament jakiegoś państwa obraduje na obcym terenie i to w asyście własnych formacji zbrojnych, to mamy do czynienia z wydarzeniem zgoła bez precedensu.

Michalkiewicz skomentował ów fakt we właściwym sobie stylu – ani mniej, ani bardziej aluzyjno-ironicznym niż czyni to zazwyczaj - ale Terlikowskiego ni stąd ni zowąd szlag trafił. Ewentualnie, dostał skądś telefon zwracający mu uwagę na harce redakcji wyczyniane za jego plecami (fragment: „Gdy tylko dotarła do mnie informacja o tym tekście (...)”). Efektem było usunięcie tekstu Michalkiewicza i „zapis na nazwisko”.

Na marginesie - jeśli chodzi o sformułowanie „chwilowo nieczynny obóz zagłady”, to każdy kto choćby pobieżnie śledzi publicystykę Michalkiewicza wie, że stałym jej motywem jest „scenariusz rozbiorowy” realizowany wobec Polski przez siły zewnętrzne oraz krajowych kolaborantów i w tym kontekście – przestrogi, co może się wydarzyć, gdy „scenariusz rozbiorowy” wejdzie w fazę ostatecznej realizacji - należy te słowa rozpatrywać.

II. Ewangelizator bata

Ale nie będę się bawił w adwokata Michalkiewicza, bo on sam świetnie daje sobie radę i nie sądzę, by zaordynowany przez Terlikowskiego „ban” szczególnie go przejął.

Ja tu zwrócę uwagę na co innego – otóż Terlikowski po raz kolejny spektakularnie daje ciała, co zresztą zostało odnotowane w komentarzach czytelników pod jego oświadczeniem (komentarz: „wstyd, że Pan zamieścił takie przeprosiny” należy do najłagodniejszych). On po prostu panicznie się boi, że ktoś mógłby go posądzić choćby o cień antysemityzmu i ten strach połączony z parciem na szkło sprawia, że może być koncertowo rozgrywany przez byle mainstreamową szczekaczkę.

Zrekonstruujmy sobie – Terlikowski „zostaje poinformowany” (przez kogo?), że na Frondzie ktoś zamieścił tekst TEGO MICHALKIEWICZA (nie pierwszy raz zresztą, tylko poprzednio może nie było nic o Żydach); następnie, tego samego dnia (środa, 15.I.2014), na gwałtu-rety usuwa felieton z portalu, zaś nazajutrz (czwartek, 16.I.2014, godz. 17:01) dodatkowo smaruje samokrytykę („było poważnym błędem”) i składa deklarację prawomyślności oraz odcina się od inkryminowanego „redaktora”. Najwyraźniej uznał, że jest to konieczne, by nadal zapraszano go do Lisa i TVN-u, a jego żonę do „Wyborczej”. Tej samej „Wyborczej”, która i tak nie odmówiła sobie przyjemności opisania całej sprawy. W tekście na stronach „GW” podana jest taka oto wypowiedź Terlikowskiego:

- Jak tylko doszła do mnie informacja o tym tekście, podjąłem decyzję, by natychmiast go usunąć. Przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni tym skandalicznym sformułowaniem o obozie w Oświęcimiu - mówi naczelny Fronda.pl Tomasz Terlikowski. I zaznacza, że kierowany przez niego portal nigdy nie współpracował ze Stanisławem Michalkiewiczem, a jego nieliczne teksty ukazywały się na Frondzie dzięki umowie o współpracy i wymianie treści z portalem prawy.pl.” (wytłuszczenia moje – GG)

Z powyższego wynika, że Terlikowski został przez „Wyborczą” wezwany na przesłuchanie, tj. „poproszony o wypowiedź” i uznał za stosowne się tłumaczyć. I w ten prosty sposób, drodzy Państwo, głównonurtowe mediodajnie mogą pięknie rozprowadzać naszych gierojów i dyktować im agendę. Terlikowski musi odbyć spowiedź wedle gazetowyborczego obrządku, gdyż inaczej zostałby pozbawiony możliwości „ewangelizacji” masowej publiki u Lisa w konwencji „trzech na jednego”, robiąc z siebie każdorazowo idiotę. Ja już nie mam siły o tym pisać, robiłem to wielokrotnie, ale powtórzę: chodzenie do wrażych mediodajni jest przeciwskuteczne, bo tam są macherzy, którzy zadbają, by Terlikowski przypadkiem nikogo nie „zewangelizował”, tylko swoją obecnością uwiarygodnił Lisa czy inną „walterownię”, pomagając za sprawą swej obecności tworzyć pozory „pluralizmu prezentowanych opinii” na antenie.

Tekst „Gazety” spuentowany jest wypowiedzią prof. Nałęcza, który wyzywa Michalkiewicza od wariatów („Interpretacją tej wypowiedzi powinien zająć się psychiatra, to byłby najlepszy specjalista w tej sprawie.”). Proszę, jak ładnie Terlikowskiego załatwili – najpierw pozwolili mu się wyspowiadać w gazetowyborczym obrządku, a na koniec za nieprawomyślny przedruk Michalkiewicza i tak – jak na urągowisko - dosrali mu Nałęczem. W umysłach gawiedzi pozostanie właśnie ta nałęczowska końcówka. I po co było gadać z mediodajniami?

Cała ta sytuacja przypomina tę z TVN-u, kiedy w olejnikowej „Kropce nad i” Ireneusz Krzemiński nie chciał gadać z Terlikowskim w jednym studio, a Terlikowski zamiast wyjść rzucając grubym słowem, „polemizował” z Krzemińskim pozwoliwszy uprzednio usadzić się na korytarzu. Tak bowiem nakazywała mu chrześcijańska pokora, jak sądzę. Trudno o lepszą ilustrację powiedzonka o dialogu d...y z batem. Tyłek bata nie „zewangelizuje”, Panie Redaktorze.

III. „Cojones” naczelnego

Ta zawstydzająca uległość udrapowana w szaty chrześcijańskiej pokory (wszak Terlikowski cierpi dla Sprawy, nie inaczej), objawiła się po raz kolejny w przypadku okoliczności „frondowego” zapisu na Michalkiewicza. I nie chodzi tu o poglądy – niech sobie Terlikowski będzie najszczerszym filosemitą, który podczas debaty w Klubie Ronina pokrzykuje, by „bić się we własne piersi”. Niech się bije aż do krwiaków i połamania żeber, co mi tam, choć uważam, że takie podejście, to nie „dialog”, tylko sadomasochizm, bo jakoś nie zaobserwowałem w tym „biciu się w piersi” analogicznej postawy z drugiej strony.

Ale niech nie będzie przy tym tchórzem i hipokrytą. Przedruki z Michalkiewicza, bądź klipy z jego wystąpień, pojawiały się na „Frondzie” wielokrotnie – czy wtedy Terlikowski nie wiedział kim jest Stanisław Michalkiewicz i jakie ma poglądy? Teraz go oświeciło? Nie przeszkadzało mu, gdy materiały popularnego wśród internautów Michalkiewicza robiły jego portalowi „popularkę”, a zaczęły przeszkadzać, gdy jakiś „starszy i mądrzejszy brat” zagrzmiał mu nad uchem?

Poza wszystkim – jak rany, przecież każdy redaktor naczelny dysponujący odrobiną „cojones” - gdyby ktoś usiłował mu narzucać prezentowane treści, to choćby dla higieny i pokazania kto tu rządzi wysłałby natręta na drzewo.

Terlikowski, ty pipo...

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2013/09/zydzi-izrael-polska-polemika.html

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/