Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fronda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fronda. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 sierpnia 2015

Komu świeczkę, a komu ogarek?

Dokąd polityka świeczki i ogarka zaprowadzi Kościół i wiernych? Ba, to jest naprawdę dobre pytanie...

I. Liturgiczna feta

6 sierpnia odbędą się w Warszawie dwie ważne uroczystości religijne. Z jednej strony Archidiecezja Warszawska wraz z nową prezydencką kancelarią organizuje Mszę Św. inaugurującą kadencję Andrzeja Dudy, z drugiej zaś w kościele Wizytek na Krakowskim Przedmieściu będzie mieć miejsce zamówiona przez „licznych wiernych” uroczysta koncelebra w intencji Bronisława Komorowskiego i jego Małżonki, sprawowana w podziękowaniu za jego służbę narodowi i o Boże Błogosławieństwo na przyszłość dla całej prezydenckiej rodziny. W związku z tą liturgiczną fetą na cześć naszego Wuja Narodowego podniosły się po prawej stronie głosy oburzenia, które oczywiście doskonale rozumiem, choć przyznam, że mnie samemu trudno już wykrzesać z siebie jakiekolwiek żywsze emocje związane z przedstawicielami ustępującej ekipy. Niemniej faktem jest, że podpisując konwencję antyprzemocową sformułowaną w ideologicznym duchu wojującego genderyzmu, a ostatnio ustawę o in vitro wbrew jednoznacznemu stanowisku episkopatu, prezydent Komorowski pozostaje – o ile mi wiadomo - w stanie grzechu ciężkiego. Jestem więc ciekaw, czy przy okazji owej celebry pan Komorowski przystąpi do Komunii Św., dokładając do swej hipoteki świętokradztwo – a jeżeli tak, to czy ksiądz Aleksander Seniuk, rektor kościoła Wizytek, mu tejże Komunii udzieli. No chyba, że wcześniej Komorowski, jako skruszony penitent pójdzie do sakramentu pokuty, wypełniając zarazem wszystkie warunki dobrej spowiedzi, wśród których (o ile to, czego uczono mnie na lekcjach religii wciąż obowiązuje) znajduje się nie tylko rachunek sumienia, żal za grzechy itd. – ale również zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźnim.

W relacje na linii Pan Bóg – Bronisław Komorowski nie wnikam, natomiast co do zadośćuczynienia „bliźnim” to mleko już się rozlało. Ustawa podpisana, Komorowski nawet gdyby się nagle opamiętał, swojego podpisu wycofać nie może i teraz wszystko w rękach Trybunału Konstytucyjnego, który znając życie, ową ustawę pisaną pod dyktando lobby przemysłu inseminacyjnego, „klepnie”. Zatem, jak widać, zadośćuczynienie „bliźnim” staje się już obiektywną niemożliwością, zaś tymi „bliźnimi” są przede wszystkim istoty ludzkie powołane do życia pod rządami eugenicznych przepisów, które w stadium zarodkowym będą selekcjonowane, mrożone, wszczepiane do macic, odrzucane przez organizmy surogatek i tak dalej. Rozwijać się będą często z licznymi wadami wykrywanymi sukcesywnie podczas badań prenatalnych, zaś matki-surogatki żądać będą aborcji i łamania lekarskich sumień, z czego przedsmakiem mieliśmy do czynienia przy okazji sprawy prof. Bogdana Chazana. Media bombardujące opinię publiczną opisami deformacji „płodu”, którego uśmiercenia odmówił profesor, skrzętnie bowiem pomijają informację, iż dziecko to zostało poczęte właśnie metodą in vitro i była to któraś z kolei „nieudana” ciąża kobiety pragnącej za wszelką cenę „samorealizować się” poprzez prawo do posiadania potomstwa.

II. Czarne Oceany

Na marginesie, zapłodnienie metodą tradycyjną zdaje się być na salonach kompletnie passe, jako że wymaga ono, jak by nie patrzeć, rozłożenia nóg przed jakąś „męską szowinistyczną świnią”, co dla starych lesb organizujących „dyskurs intelektualny” jest perspektywą gorszą od śmierci. Z drugiej strony, nawet jeśli jakaś gorącokrwista działaczka przypadkiem jest hetero, to sukcesywna selekcja doprowadziła do drastycznego niedoboru jurnych „męskich szowinistycznych świń” w jej otoczeniu na rzecz gwałtownego przyrostu osobników „metroseksualnych” o fizycznej i psychicznej konsystencji śniętego śledzia, co prowadzi do różnych żenujących sytuacji. Jeśli przypomnimy sobie publiczne pranie alkowiano-finansowych brudów przez panią Kingę Dunin i aspirującego pisarczyka Ignacego Karpowicza, to widzimy wyraźnie, że owi salonowi nadwrażliwcy pójdą do łóżka z kobietą wyłącznie dla pieniędzy i kariery (a wtedy może być to nawet pani Dunin, jeśli akurat poszukuje jakiegoś, mówiąc jej językiem, „chłopczyka”), jednak poza tym wolą oddawać się – jak pan Karpowicz – np. Juliuszowi Kurkiewiczowi, zupełnym przypadkiem sekretarzowi kapituły nagrody literackiej „Nike”. Taka sytuacja...

Z „trzeciej strony” jednakże, te same środowiska nie ustają w propagowaniu wszelkiej maści rozwiązłości, szczególnie wśród dziatek, nad czym czuwają rozmaite „Pontony” indoktrynujące kwiat młodzieży podczas Akademii Sztuk Przepięknych na woodstockowym spędzie Jerzego Owsiaka. Brzmi atrakcyjnie, bo któżby nie chciał się poedukować w ramach przyśpieszonego kursu ars amandi z jakąś koleżanką i może jeszcze otrzymać za to pamiątkowy dyplom? Tyle, że przy okazji fajnie byłoby, gdyby koleżanka była w miarę urodziwa – a cóż przyjdzie począć, jeśli srodzy seksedukatorzy z „Pontona” wydadzą rozkaz zaspokojenia koleżanki brzydkiej, by uniknąć „lookizmu”, czyli dyskryminacji na tle wyglądu zewnętrznego, lub zgoła rozchylić pośladki przed jakimś zblazowanym pedrylem, któremu – jak pani Kindze Dunin – zachciało się nagle „chłopczyka”? Na dodatek, edukatorzy bardzo dbają, by seks był „bezpieczny”, zupełnie jak praca przy materiałach wybuchowych, mając na celu jak sądzę, w długofalowym planie, oddzielenie ciupciania od prokreacji i nagonienie tym samym klienteli weterynarzom od in vitro. Stąd już tylko krok do rzeczywistości opisanej w powieści Jacka Dukaja „Czarne Oceany”, gdzie istoty ludzkie od poczęcia na szkle „dojrzewają” w inkubatorach, zaś akt płciowy między ludźmi poprzedzony jest każdorazowo deklamowaniem prawniczych formułek mających zabezpieczyć jego uczestników przed oskarżeniem o gwałt, sama akcja łóżkowa przebiega natomiast pod czujnym okiem kamer należących do wyspecjalizowanych kancelarii przechowujących zapis wideo dla ewentualnych celów procesowych.

III. Polityka świeczki i ogarka

Wracając jednak do kościelnej fety na cześć państwa Komorowskich. Oto Warszawska Kuria Metropolitarna w swym sprostowaniu artykułu zamieszczonego w serwisie „Pch24.pl” stwierdziła, iż ksiądz ma obowiązek przyjąć KAŻDĄ intencję mszalną, a jego rola sprowadza się do tego, by tę intencję odpowiednio i poprawnie pod względem teologicznym sformułował”. Innymi słowy, mamy biuro usług religijnych dosztukowujące „teologiczne uzasadnienie” na obstalunek klienta. Zastanawiam się jakież to uzasadnienie teologiczne będzie przyświecało podziękowaniom za „służbę narodowi” Arcybolesnego Bronisława, którą to „służbę” zakończył otwierając wrota piekieł? Rad bym posłuchać. Tak poza tym, skoro Komorowski w pełni świadomie postąpił wbrew nauczaniu Kościoła, to warto zadać pytanie – po kiego ta Msza jest mu potrzebna? Przypuszczam, że „liczni wierni” zamawiający Mszę chcieli wykazać, że nie cały Kościół jest „pisowski”, że są jeszcze księża nie dający się ponieść „fali nienawiści”, nie mówiąc już o własnym dobrostanie psychicznym, który domaga się zagłuszenia wyjącego sumienia biciem kościelnych dzwonów.

Przy okazji tej całej żenady nie mogę opędzić się od kilku wspomnień. Otóż w Święto Niepodległości 11 Listopada 2010 Bronisław Komorowski publicznie zbeształ kapelana Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego ks. płk. Sławomira Żarskiego za „nieprawomyślną” treść homilii, w której ks. Żarski mówił m.in. o tym, że Polska budowana jest na „antywartościach”. Kazanie tak dojadło prezydentowi, iż ten w ekspresowym tempie wymógł na władzach kościelnych odwołanie księdza Żarskiego i zastąpienie go kapłanem bardziej „konstruktywnym”. Od tej pory Komorowski wraz ze swą Dziadzią mogli już spokojnie sobie spać w kościele bez obaw, że jakiś zuchwały klecha podniesie im ciśnienie. Inny obrazek, to podpisanie w 2012 roku przez abp. Józefa Michalika i agenta KGB, patriarchę Cyryla I „Wspólnego Przesłania do Narodów Polski i Rosji” będącego jednym ze szczytowych osiągnięć słynnego polsko-rosyjskiego „resetu” dokonywanego na smoleńskich trumnach. Akt ten został zresztą entuzjastycznie przyjęty przez „portal poświęcony” Fronda.pl, która to „Fronda” dziś zajmuje się gorliwym wykrywaniem „ruskich agentów” w każdej szafie. Sam abp. Michalik w wywiadzie dla KAI z rozbrajającą szczerością przyznał „jestem absolutnie przekonany, że na obecnym etapie nie możemy tego kroku nie uczynić”. Przechowuję również we wdzięcznej pamięci wycofanie się biskupów z honorowego komitetu marszu protestacyjnego po sfałszowanych wyborach samorządowych 2013 roku w zamian za rządową dotację na Świątynię Opatrzności Bożej, oraz uroczysty kościelny pogrzeb generała Jaruzelskiego ku uciesze licznie zgromadzonych trzech pokoleń ubeków.

Nie dziwi mnie zatem koncelebra dziękczynna ku czci Komorowskiego. Jeśli natomiast ktoś chce tu widzieć jedynie wymiar religijny, to odpowiem, że doczesna działalność Kościoła, chcąc nie chcąc, ma również znaczenie stricte polityczne. Tak było od wieków, jest i będzie – i aspekt ten w pełni podlega osądowi i krytyce. Dokąd polityka świeczki i ogarka zaprowadzi Kościół i wiernych? Ba, to jest naprawdę dobre pytanie...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2177-pod-grzybki-14

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 29 (29.07-04.08.2014)

 

czwartek, 5 lutego 2015

Prezydent – monarchista?

Tegoroczne wybory są istotne tylko z jednego względu – skali, na jaką zostaną przekręcone i czy machloje zaowocują buntem społecznym.

Grzegorz Braun, odpowiadając na wezwanie społecznego komitetu poparcia, ogłosił zamiar kandydowania w tegorocznych wyborach prezydenckich. Trzeba powiedzieć, że spośród kandydatur niszowych, ta jest z pewnością najbardziej barwna. Korwin ze swoimi ekstrawagancjami już się cokolwiek przejadł, zresztą jest dla mnie od dawna nieakceptowalny ze względu na swoje rusofilskie wyskoki, czym wpisuje się w ogólnoeuropejską tendencję partii radykalnych – od francuskiego Frontu Narodowego sponsorowanego przez oligarchę Romana Popowa począwszy, a na niemieckiej Pegidzie skończywszy. Putin gra na tego typu ruchach, tak jak niegdyś ZSRR grało na ugrupowaniach lewackich z pokolenia '68, natomiast u nas ma po prawej stronie swojego Korwina oraz część endecji starszego, paxowskiego pokolenia – i oby tylko ich.

Jakby nie patrzeć, wyrazistość opinii pana Grzegorza i bezkompromisowość w ich głoszeniu sprawia, iż z pewnością będzie interesująco. Osobiście, ostrzę sobie zęby na klipy wyborcze – znając talent reżyserski Brauna, możemy oczekiwać małych perełek. Jeżeli jego zapatrywania pójdą „w lud” w szerszym zakresie niż do tej pory, będzie to korzyścią samą w sobie i formą ominięcia cenzorskiego zapisu na nazwisko jakiemu jest poddany. Smaczku kandydaturze dodają zarówno monarchistyczne przekonania, jak i reszta spektrum głoszonych przezeń poglądów idących zazwyczaj w poprzek głównego nurtu - i to zarówno tego salonowo-rządowego, jak i prawicowo-opozycyjnego. Oczywiście powstaje pytanie, na ile sam Braun wierzy w realny wyborczy sukces, a ile w jego decyzji jest swoistego happeningu politycznego i okazji do upowszechnienia swojego przekazu – o tym jednak przekonamy się już wkrótce, w trakcie trwania kampanii.

Na marginesie warto odnotować atak politycznej wścieklizny jakiego dostał na wieść o kandydowaniu Brauna właściciel portalu „Fronda.pl”, Tadeusz Grzesik. Człowiek ów najwyraźniej postawił sobie za punkt honoru przerobienie „portalu poświęconego” już nawet nie w prawicowy odpowiednik „Gazety Wyborczej”, co wręcz w „Trybunę Ludu”. Jego narrację w skrócie można sprowadzić do zasady – wszystko co nie jest PiS-em, to ruska agentura i wedle tego strychulca „rozkminia” w tekście „Lustracja Grzegorza Brauna” różne publiczne wypowiedzi reżysera. Jak się okazuje, by zostać agentem Putina wystarczy mieć odmienne poglądy na kwestię wydarzeń na Ukrainie, polskiego zaangażowania w konflikt, sprzeciwiać się żydowskim roszczeniom majątkowym, czy krytycznie odnosić się do powstań narodowych (zupełnie jakby odwieczny spór o polski insurekcjonizm nie był częścią naszej historyczno-kulturowej tradycji). Aż przykro patrzeć, co się wyrabia z bardzo dobrym i szanowanym niegdyś portalem. Kolejny dowód na to, że jednoznacznie partyjne afiliacje mogą zabić nawet najlepsze medium, o czym świadczy również malejąca sprzedaż „Gazety Polskiej” (przy okazji – portal Niezależna.pl pominął newsa o kandydaturze Brauna wymownym milczeniem). Innymi słowy: media tożsamościowe, nawet w pewnym stopniu sprzyjające jakiemuś ugrupowaniu – tak, media partyjne, czy wręcz sekciarskie – nie, bo to droga do klęski.

W każdym razie, w pierwszej turze wyborów zamierzam zagłosować na Grzegorza Brauna. Wybory zapewne i tak zostaną sfałszowane, więc można się nie przejmować terrorem „zmarnowanego głosu”, a z dwojga złego lepiej pójść do urny, by fałszerze mieli się nad czym trudzić, niż zostać w domu, co po ostatnich wyborach samorządowych deklarują niektórzy przeciwnicy reżimu. Tegoroczne wybory są bowiem istotne tylko z jednego względu – skali, na jaką zostaną „przekręcone” i czy machloje zaowocują buntem społecznym. Pan Andrzej Duda na mój ewentualny głos będzie musiał zaczekać do drugiej tury, bo do tej pory nie zrobił w zasadzie nic, by się o ten głos postarać. Powiem więcej – jego reakcja na zajścia w PKW, to gwałtowne odcięcie się i ton potępienia „warchołów” sprawiły, że zarobił u mnie potężnego „minucha” i ów „minuch” jeszcze się nie zatarł. Ciekawe, na co on, jego sztab i partia czekają – że zwycięstwo samo przyjdzie? Póki co bowiem obserwuję pewną polityczną schizofrenię – z jednej strony głosi się, że wybory zostały sfałszowane, co oznacza, że polska demokracja jest nie tyle ułomna, co jej po prostu nie ma i żyjemy w warunkach zakamuflowanej dyktatury. Z drugiej natomiast opozycja sprawia wrażenie, jakby ten rząd dało się odsunąć od władzy za pomocą normalnych, demokratycznych procedur. Na dodatek kampania kandydata PiS prowadzona jest póki co potwornie drętwo i niemrawo. Samo podkreślanie, że był współpracownikiem śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego to o wiele za mało. Ordynans Piłsudskiego nie jest Piłsudskim, niestety. Tak więc w pierwszej turze spokojnie możemy dać opozycyjnemu monopoliście prztyczka w nos, a w drugiej, cóż – należy maksymalnie utrudnić zadanie fałszerzom, czyli głosować na zasadzie każdy, byle nie Komorowski. Może być nawet zupa Ogórkowa.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 5 (30.01 – 05.02.2015)

niedziela, 21 września 2014

Katocelebryta Terlikowski

Terlikowski nie tyle „chodzi po peryferiach”, ile radośnie skacze w sam środek szamba wielce ukontentowany, że właśnie jego kopnął w cztery taki zaszczyt.


I. Dziewczynka z zapałkami

Pastwienie się nad Tomaszem Terlikowskim to jak kopanie dziewczynki z zapałkami. Niby można, ale jakoś głupio. Małe toto, zasmarkane i popiskuje żałośnie próbując z poziomu chodnika wcisnąć komuś te swoje zapałczyny – czyli w tym przypadku „ewangelizować” przechodniów z wiecznie zbolałą miną sierotki. No, ale czasem udaje się jej wcisnąć pęczek zapałek jakiemuś podpitemu frajerowi, który zapłaci i nawet nie zgwałci w ramach samowolnej promocji. Zresztą, choćby i zgwałcił, to tylko troszeczkę. Lecz kiedy już ta dziewczynka poczuje w rąsi kasę, to nagle zaczyna jej odbijać – każe się mianować katocelebrytką i generalnie wydaje się jej bógwico. I w tym momencie możemy już śmiało przystąpić do glanowania bez zbędnych skrupułów i wyrzutów sumienia.

A okazja jest jak mało kiedy. Terlikowi bowiem zwróciło się wreszcie grzeczne wysiadywanie w korytarzach TVN-u, gdy ważniejszy gość nie chciał z nim gadać i właśnie wycelebrycił się u Powiatowego, wypił brudzia, buzia, dupcia... Na dodatek był na tyle bezczelny, by z tej okazji zasłonić się autorytetem papieża Franciszka, który ponoć namawia nas by „chodzić po peryferiach”. Tylko, że Terlikowski nie tyle „chodzi po peryferiach”, ile radośnie skacze w sam środek szamba wielce ukontentowany, że właśnie jego kopnął w cztery taki zaszczyt. W tym kontekście ustawianie papieża w charakterze listka figowego jest szczytem obłudy, bo przecież nawet ślepy widzi, że chodziło wyłącznie o dogodzenie miłości własnej i spełnienie potrzeby parcia na szkło. O zaspokojenie niewyżytego celebrytyzmu inaczej mówiąc. Jeśli jest inaczej, to czekam na świadectwo choćby jednego nawróconego telewizyjnymi występami Terlikowskiego u Lisa, Olejnik czy Wojewódzkiego. Albo elukubracjami pani Terlikowskiej w „Wyborczej” z których pół Polski darło łacha.

II. Prezio Terlik

No a teraz dotarła do nas wesoła nowina, że tenże Terlikowski zastąpi Bronisława Wildsteina w fotelu szefa TV Republika. Może zaprosi Wojewódzkiego na rewizytę i znowu pogadają o seksie. To będzie istny katolicki hardkor, prawdziwe chodzenie po peryferiach, Franciszek niech się schowa. Swoją drogą, ciekawa powtórka z rozrywki. Niegdyś Wildstein był za mało sterowny dla PiS-u w TVP, bowiem wbrew oczekiwaniom nie okazał się prezesem na telefon i zastąpiono go panem Pontonem, którego jedynym trwałym dorobkiem okazał się program Lisa w prime-timie z wynagrodzeniem umożliwiającym spłatę kredytu za nowy dom, co bez żenady wyznał sam Urbański. Nie ma to jak mieć rękę do ludzi... Dziś z kolei ten sam Wildstein przeszkadzał głównemu inwestorowi, panu Lucjanowi Siwczykowi, bo nie chciał pod jego dyktando układać programu stacji.

Na marginesie, jest to w sumie niezła wiadomość dla różnych oddolnych, blogerskich przedsięwzięć medialnych, które od startu Republiki zaczęły jakby dołować. Terlikowski bowiem jako prezes telewizji może zagwarantować jedno – że stacja szybko padnie, a sam Terlik spokojnie zgasi światło i z powrotem pójdzie wycierać korytarze w TVN robiąc za dyżurnego taliba medialnego. Ale zanim do tego dojdzie, czeka nas jak sądzę istna orgia stręczenia nam „judeochrześcijaństwa” wedle którego chrześcijaństwo jest jedynie dziczką wszczepioną w judaizm, jak to obwieścił pan Tomasz podczas pamiętnej debaty w Roninie. Nawet na Frondzie czytelnicy słabo znoszą takie terlikowe pitolenie i zapewne widzowie Republiki również szybko pożałują kasy wyłożonej na akcje i abonament. Może jeszcze porąbie i spali na wizji kilka talii tarota bełkocząc coś o diable, żeby, wiecie, była dynamika, napięcie i akcja. Nie sądzę, by podskoczył wyżej niż tego typu numery.

III. Sztampa niepokorności

Od strony politycznej natomiast stacja ze szczętem ugrzęźnie w sztampie niepokorności wedle jednego zadekretowanego strychulca, co widać choćby po kierunku w jakim od pewnego czasu dryfuje Fronda. Embargo na cytowanie Michalkiewicza na wyraźne żądanie „Wyborczej”, której ponadto Terlikowski uznał za stosowne się tłumaczyć to tylko jeden z przykładów giętkości pana redaktora. Można z góry założyć, że pan Siwczyk nie będzie miał z prezesem Terlikowskim takich problemów jak z Wildsteinem, podobnie jak nie ma z Terlikowskim problemów pan Grzesik na portalu poświęconym. Pytanie tylko czy widzom starczy cierpliwości by znosić jego drewnianą publicystykę. Otrzymamy zatem telewizję poświęconą z panem katocelebrytą w roli głównej – będzie mógł się do woli wylaszczać na wizji bez konieczności zabiegania o względy funkcjonariuszy z TVN-u. Do czasu oczywiście, bo w końcu wszystko się zawali, ale co się chłopak podlansuje to jego.

Swoją drogą, to jest naprawdę niesamowite, jak prawica potrafi rozwalać nawet nieźle się zapowiadające inicjatywy medialne. I nie chodzi tylko o brak kasy, bo jak pamiętamy Telewizja Familijna zawiadująca TV Puls na brak pieniędzy i strategicznych sponsorów czyli spółek Skarbu Państwa nie narzekała, a i tak koniec końców poszła z torbami w dymie procesów sądowych. Wszystko wskazuje na to, że TV Republika podzieli los swej poprzedniczki.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

O Terliku nieco więcej:

http://blog-n-roll.pl/pl/terlikowski-ty-pipo#.VByVAFfqWSo

 

piątek, 17 stycznia 2014

Terlikowski, ty pipo...

Strach połączony z parciem na szkło sprawia, że Terlikowski może być koncertowo rozgrywany przez byle mainstreamową szczekaczkę.
 



I. Płaczek poświęcony

Wszedłem sobie w czwartek, proszę ja Was, na portal „Frondy” - a tam sam redaktor naczelny portalu poświęconego Tomasz Terlikowski kaja się i przeprasza. Za co? Za przedruk felietonu Stanisława Michalkiewicza z serwisu „prawy.pl”. Oświadczenie jest tak kuriozalne, że zamieszczę je tu w całości, by nie zniknęło, kiedy już redaktor Terlikowski ochłonie z drżączki i zda sobie sprawę z rozmiarów swej kompromitacji.

„Tekst Stanisława Michalkiewicza, przedrukowany z portalu Prawy.pl, nie powinien znaleźć się na naszych stronach. Jego opublikowanie i przytoczenie skandalicznych słów o czasowo zamkniętych obozach koncentracyjnych było poważnym błędem, za który przepraszam. Gdy tylko dotarła do mnie informacja o tym tekście natychmiast podjąłem decyzję o jego usunięciu.

Zapewniam, że tego typu poglądy nigdy nie były bliskie portalowi poświęconemu, i że w przyszłości nie będą na nim prezentowane. Nie będziemy już także przedrukowywać tekstów redaktora.

Wszystkich oburzonych i zaskoczonych jeszcze raz przepraszam.

Tomasz P. Terlikowski”

O co poszło? Otóż, w swym felietonie „Zdrada panowie, ale stójcie cicho!”, Stanisław Michalkiewicz postawił tezę, że pompowanie WOŚP i Owsiaka ma na celu medialne „przykrycie” sesji Knesetu „w chwilowo nieczynnym obozie zagłady w Oświęcimiu” do której ma dojść w 69 rocznicę wyzwolenia obozu. Rzecz w tym, że nie wiadomo, czy izraelski parlament został przez władze Polski oficjalnie zaproszony, czy też po prostu oznajmił wolę odbycia takiego posiedzenia na terytorium innego, nominalnie suwerennego kraju. No i parlamentarzystów z Izraela ochraniać będą izraelskie służby specjalne. Przyznajmy, że jeżeli w warunkach pokoju parlament jakiegoś państwa obraduje na obcym terenie i to w asyście własnych formacji zbrojnych, to mamy do czynienia z wydarzeniem zgoła bez precedensu.

Michalkiewicz skomentował ów fakt we właściwym sobie stylu – ani mniej, ani bardziej aluzyjno-ironicznym niż czyni to zazwyczaj - ale Terlikowskiego ni stąd ni zowąd szlag trafił. Ewentualnie, dostał skądś telefon zwracający mu uwagę na harce redakcji wyczyniane za jego plecami (fragment: „Gdy tylko dotarła do mnie informacja o tym tekście (...)”). Efektem było usunięcie tekstu Michalkiewicza i „zapis na nazwisko”.

Na marginesie - jeśli chodzi o sformułowanie „chwilowo nieczynny obóz zagłady”, to każdy kto choćby pobieżnie śledzi publicystykę Michalkiewicza wie, że stałym jej motywem jest „scenariusz rozbiorowy” realizowany wobec Polski przez siły zewnętrzne oraz krajowych kolaborantów i w tym kontekście – przestrogi, co może się wydarzyć, gdy „scenariusz rozbiorowy” wejdzie w fazę ostatecznej realizacji - należy te słowa rozpatrywać.

II. Ewangelizator bata

Ale nie będę się bawił w adwokata Michalkiewicza, bo on sam świetnie daje sobie radę i nie sądzę, by zaordynowany przez Terlikowskiego „ban” szczególnie go przejął.

Ja tu zwrócę uwagę na co innego – otóż Terlikowski po raz kolejny spektakularnie daje ciała, co zresztą zostało odnotowane w komentarzach czytelników pod jego oświadczeniem (komentarz: „wstyd, że Pan zamieścił takie przeprosiny” należy do najłagodniejszych). On po prostu panicznie się boi, że ktoś mógłby go posądzić choćby o cień antysemityzmu i ten strach połączony z parciem na szkło sprawia, że może być koncertowo rozgrywany przez byle mainstreamową szczekaczkę.

Zrekonstruujmy sobie – Terlikowski „zostaje poinformowany” (przez kogo?), że na Frondzie ktoś zamieścił tekst TEGO MICHALKIEWICZA (nie pierwszy raz zresztą, tylko poprzednio może nie było nic o Żydach); następnie, tego samego dnia (środa, 15.I.2014), na gwałtu-rety usuwa felieton z portalu, zaś nazajutrz (czwartek, 16.I.2014, godz. 17:01) dodatkowo smaruje samokrytykę („było poważnym błędem”) i składa deklarację prawomyślności oraz odcina się od inkryminowanego „redaktora”. Najwyraźniej uznał, że jest to konieczne, by nadal zapraszano go do Lisa i TVN-u, a jego żonę do „Wyborczej”. Tej samej „Wyborczej”, która i tak nie odmówiła sobie przyjemności opisania całej sprawy. W tekście na stronach „GW” podana jest taka oto wypowiedź Terlikowskiego:

- Jak tylko doszła do mnie informacja o tym tekście, podjąłem decyzję, by natychmiast go usunąć. Przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni tym skandalicznym sformułowaniem o obozie w Oświęcimiu - mówi naczelny Fronda.pl Tomasz Terlikowski. I zaznacza, że kierowany przez niego portal nigdy nie współpracował ze Stanisławem Michalkiewiczem, a jego nieliczne teksty ukazywały się na Frondzie dzięki umowie o współpracy i wymianie treści z portalem prawy.pl.” (wytłuszczenia moje – GG)

Z powyższego wynika, że Terlikowski został przez „Wyborczą” wezwany na przesłuchanie, tj. „poproszony o wypowiedź” i uznał za stosowne się tłumaczyć. I w ten prosty sposób, drodzy Państwo, głównonurtowe mediodajnie mogą pięknie rozprowadzać naszych gierojów i dyktować im agendę. Terlikowski musi odbyć spowiedź wedle gazetowyborczego obrządku, gdyż inaczej zostałby pozbawiony możliwości „ewangelizacji” masowej publiki u Lisa w konwencji „trzech na jednego”, robiąc z siebie każdorazowo idiotę. Ja już nie mam siły o tym pisać, robiłem to wielokrotnie, ale powtórzę: chodzenie do wrażych mediodajni jest przeciwskuteczne, bo tam są macherzy, którzy zadbają, by Terlikowski przypadkiem nikogo nie „zewangelizował”, tylko swoją obecnością uwiarygodnił Lisa czy inną „walterownię”, pomagając za sprawą swej obecności tworzyć pozory „pluralizmu prezentowanych opinii” na antenie.

Tekst „Gazety” spuentowany jest wypowiedzią prof. Nałęcza, który wyzywa Michalkiewicza od wariatów („Interpretacją tej wypowiedzi powinien zająć się psychiatra, to byłby najlepszy specjalista w tej sprawie.”). Proszę, jak ładnie Terlikowskiego załatwili – najpierw pozwolili mu się wyspowiadać w gazetowyborczym obrządku, a na koniec za nieprawomyślny przedruk Michalkiewicza i tak – jak na urągowisko - dosrali mu Nałęczem. W umysłach gawiedzi pozostanie właśnie ta nałęczowska końcówka. I po co było gadać z mediodajniami?

Cała ta sytuacja przypomina tę z TVN-u, kiedy w olejnikowej „Kropce nad i” Ireneusz Krzemiński nie chciał gadać z Terlikowskim w jednym studio, a Terlikowski zamiast wyjść rzucając grubym słowem, „polemizował” z Krzemińskim pozwoliwszy uprzednio usadzić się na korytarzu. Tak bowiem nakazywała mu chrześcijańska pokora, jak sądzę. Trudno o lepszą ilustrację powiedzonka o dialogu d...y z batem. Tyłek bata nie „zewangelizuje”, Panie Redaktorze.

III. „Cojones” naczelnego

Ta zawstydzająca uległość udrapowana w szaty chrześcijańskiej pokory (wszak Terlikowski cierpi dla Sprawy, nie inaczej), objawiła się po raz kolejny w przypadku okoliczności „frondowego” zapisu na Michalkiewicza. I nie chodzi tu o poglądy – niech sobie Terlikowski będzie najszczerszym filosemitą, który podczas debaty w Klubie Ronina pokrzykuje, by „bić się we własne piersi”. Niech się bije aż do krwiaków i połamania żeber, co mi tam, choć uważam, że takie podejście, to nie „dialog”, tylko sadomasochizm, bo jakoś nie zaobserwowałem w tym „biciu się w piersi” analogicznej postawy z drugiej strony.

Ale niech nie będzie przy tym tchórzem i hipokrytą. Przedruki z Michalkiewicza, bądź klipy z jego wystąpień, pojawiały się na „Frondzie” wielokrotnie – czy wtedy Terlikowski nie wiedział kim jest Stanisław Michalkiewicz i jakie ma poglądy? Teraz go oświeciło? Nie przeszkadzało mu, gdy materiały popularnego wśród internautów Michalkiewicza robiły jego portalowi „popularkę”, a zaczęły przeszkadzać, gdy jakiś „starszy i mądrzejszy brat” zagrzmiał mu nad uchem?

Poza wszystkim – jak rany, przecież każdy redaktor naczelny dysponujący odrobiną „cojones” - gdyby ktoś usiłował mu narzucać prezentowane treści, to choćby dla higieny i pokazania kto tu rządzi wysłałby natręta na drzewo.

Terlikowski, ty pipo...

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2013/09/zydzi-izrael-polska-polemika.html

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

 

wtorek, 14 stycznia 2014

Leksykon III RP – tom pierwszy

Kontrowersje na tle personalnym dość skutecznie przesłoniły w publicznej debacie istotę przekazu „Resortowych dzieci”.


I. Beneficjenci neo-PRLu

„Resortowe dzieci. Media” (wyd. „Fronda”) Doroty Kani, Jerzego Targalskiego i Macieja Marosza wywołały burzę – i to nie tylko w Obozie Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, jak można by się było spodziewać. Nożyce, co ciekawe, odezwały się również po drugiej stronie barykady, bowiem w książce zahaczono kilku znajomych królika, którzy aktualnie są wielce „niepokorni” i „nasi”. Publikują w niepokornych gazetach, zadają się z niepokornym środowiskiem... cóż taki mają akurat etap, będący w dużej mierze efektem zawirowań na prasowym rynku po pacyfikacji „Presspubliki”. Te kontrowersje na tle personalnym dość skutecznie przesłoniły generalną wymowę książki, która bynajmniej nie sprowadza się do wyszukiwania przodków w KPP i późniejszych mutacjach kompartii, tylko polega na pokazaniu - poprzez pryzmat życiorysów i pochodzenia opisywanych postaci - genezy medialnego mainstreamu IIIRP, który na długie lata zdominował publiczną debatę (a w zasadzie publiczny monolog) współczesnej Polski.

Sam tytuł „Resortowe dzieci”, jeśli odczytywać go dosłownie, jest mylący. Bo faktycznie, niektórym osobom – ich symbolem stał się Jacek Żakowski - „resortowego” pochodzenia w sensie ścisłym przypisać nie sposób. Autorzy przy doborze „bohaterów dramatu” zastosowali inny klucz: jest nim stosunek do postmagdalenkowego systemu, czyli przynależność do formacji określanej przeze mnie mianem Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. Stąd też w książce obecność ludzi z zacnymi opozycyjnymi biografiami, a którzy po 1989 doszlusowali do wspomnianego Obozu. Może gdyby książka nosiła tytuł „Beneficjenci neo-PRLu” czy jakoś podobnie, to dałoby się uniknąć wielu nieporozumień i nie trzeba by zaklejać Jacka Żakowskiego na okładce, bo do takiego tytułu pasowałby jak ulał.

` Dlatego też nietrafione są zarzuty, że Autorzy nie zaprezentowali biografii i rodzinnych powiązań ludzi kontestujących porządek III RP, a z partyjnymi korzeniami – jak Antoni Zambrowski czy sam współautor Jerzy Targalski. Oni bowiem nie uczestniczyli w budowie obecnego systemu PRL-bis i nie firmują go swoimi twarzami w przeciwieństwie do wspomnianego Żakowskiego, czy np. Tomasza Lisa. Zresztą, nie ma zakazu, by taką książkę prześwietlającą partyjne zaszłości Targalskiego czy, dajmy na to, Marcina Wolskiego napisać – i nie musi tego koniecznie robić ktoś ze stajni Lisa czy Michnika. Mogą to równie dobrze być Mazurek z Zarembą i Michałem Karnowskim na dokładkę.

II. Geneza przemysłu pogardy

Jeśli natomiast ktoś nie poprzestałby na oburzonym zachłyśnięciu się tytułem i przypasowywaniem do niego kolejnych nazwisk, tylko zadał sobie trud dotarcia choćby do spisu treści zamieszczonego na początku książki, to może doznałby iluminacji odnośnie istoty zawartego w niej przekazu. Kolejne rozdziały traktują bowiem o: pochodzeniu luminarzy III RP („Aleja Przyjaciół”); drodze Michnika i jego środowiska do roli ober-autorytetów i treserów ludności autochtonicznej („Nadzorca społeczeństwa”); demaskacji mitu „Polityki” jako „wewnątrzpartyjnej opozycji” w PRL i przyczynach jej bałwochwalczego stosunku do „republiki Okrągłego Stołu” („Marsz intelektualistów ku III RP”); genezie postmagdalenkowego medialnego rozdania na gruzach RSW Prasa-Książka-Ruch („Dzielenie prasowego tortu”); początkach prywatnego rynku telewizyjnego („Wojna służb. Koncesja dla Polsatu”); rzeczywistej roli radiowej Trójki – kuźni odpowiednich „młodych kadr” dla mediów III RP („Trójka – wentyl bezpieczeństwa”); historii i teraźniejszości komuszej skamieliny – TVP („Propaganda w natarciu – TVP”); wreszcie, naczelnej szczekaczce obecnego systemu w segmencie mediów elektronicznych – TVN („Telewizja służbowa”).

Powtórzę – nawet rzut oka na spis treści pokazuje, że mamy do czynienia z próbą kompleksowego opisu świata głównonurtowych mediów, których podstawowym wyróżnikiem jest bezwzględna lojalność wobec postpeerelowskiej rzeczywistości i urabianie w tymże duchu społeczeństwa. Media te są integralną częścią wygenerowanych i petryfikowanych przez tę rzeczywistość układów, stanowiąc propagandowe ramię Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. „Resortowe dzieci” prześwietlając biografie, tudzież powiązania rodzinno-towarzyskie co bardziej prominentnych postaci tego półświatka dają odpowiedź, dlaczego oficjalny przekaz medialny składa się z kłamstw, półprawd, przemilczeń i zbiorowych nagonek na każdego kto mógłby choćby potencjalnie im zagrozić. Przemysł pogardy nie wziął się znikąd – on funkcjonował w permanencji od początku III RP w odniesieniu do całych grup społecznych oraz ich reprezentantów i był w prostej linii kontynuacją roli mediów peerelowskich, tak w warstwie przekazu, jak i personalnej.

III. Czerwone dynastie

No i te personalia – jednak wróćmy do nich na chwilę. Jak nie TW to KO, jak nie SB to WSW, jak nie partyjny to z komuszej, bądź wręcz resortowej rodziny... I wszyscy oni w zwartej grupie przeszli suchą nogą do nowego systemu tworząc medialną elitę determinującą wiodący przekaz w sferze komunikacji publicznej. Po drodze odpadło zaledwie kilka najbardziej skompromitowanych jednostek - może paru mundurowych spikerów DTV, może kilku z przyczyn wieku... Reszta ma się dobrze, robi za „nowe pokolenie, nie skażone komunizmem” i hoduje następców. To pokazuje, jak naiwny był rozpowszechniony swego czasu pogląd, iż komuna sama odejdzie ze względów biologicznych, a nowe pokolenie nie skażone PRL-em urządzi lepszą Polskę. Tak się nie stanie, bo ten układ jest jak mafia – uzupełnia się przez kooptację (jak to ujął kiedyś Andrzej Gwiazda) i reprodukuje w ramach „czerwonych dynastii”.

A propos „Czerwonych dynastii” - warto przypomnieć tę prekursorską w stosunku do „Resortowych dzieci” pracę prof. Jerzego Roberta Nowaka. Był pierwszy i kto wie, czy nie stanowił dla autorów „Dzieci” inspiracji. Przewagą „Resortowych dzieci” jest jednak masowy zasięg – łączna sprzedaż pewnie z czasem przekroczy 100 tys egzemplarzy i ta moc rażenia

jest przyczyną furii demaskowanego w książce mainstreamu. Niepodważalną siłą książki jest również kondensacja faktów – wiele z opisywanych postaci i wydarzeń było już omawianych na różnych łamach, ale były to publikacje rozproszone, rozłożone w czasie, często w niszowych gazetach, co obniżało ich pole oddziaływania tak, że wiodące mediodajnie mogły je spokojnie ignorować. Z „Resortowymi dziećmi” tak już się nie da – nie sposób „zamilczeć ich na śmierć”. Tutaj otrzymujemy skondensowaną pigułę skutecznie wybudzającą z polityczno-medialnego Matrixu. Dopiero zebrane w jednym miejscu kompleksowe informacje o mediach i ludziach je tworzących pozwalają ogarnąć skalę postkomunistycznej degrengolady w jakiej od samego początku pogrążona jest współczesna Polska.

IV. Leksykon III RP – propaganda faktu

Część z „resortowych” bohaterów powróci z pewnością w kolejnych częściach cyklu (o polityce, służbach specjalnych, biznesie, świecie nauki), bowiem sieć układów organizujących wielowymiarowo życie III RP stanowi zespół naczyń połączonych. Stąd właśnie tytuł notki - „Leksykon III RP – tom pierwszy”, nadany bynajmniej nie na wyrost, bowiem książka Kani, Targalskiego i Marosza z powodzeniem może pełnić taką funkcję. Czytelnikom proponuję prosty zabieg – jeśli chcemy się dowiedzieć czegoś więcej o którejś z wiodących postaci zaludniających reżimowe mediodajnie, wystarczy otworzyć książkę na kończącym ją „Indeksie osób” i przejść do wskazanych stron. Otrzymamy dossier pokazujące kto zacz i skąd jego ród. W połączeniu zaś z kolejnymi tomami będziemy mieli wkrótce do dyspozycji swoistą encyklopedię neo-peerelu.

Na koniec jeszcze jedna sprawa. Czy „Resortowe dzieci” są książką z tezą? Inaczej mówiąc – czy mamy do czynienia z propagandą? Ależ tak, naturalnie i nie ma potrzeby udawać, że jest inaczej. Tezą książki jest założenie, że III RP jest tworem założonym i kontrolowanym w swych zasadniczych obszarach przez te same czerwono-esbeckie kliki, które trzęsły peerelem i na jej poparcie otrzymujemy ponad czterysta stron faktów. Propaganda bowiem, wbrew utartemu mniemaniu, nie musi oznaczać operowania kłamstwem. Równie dobrze - a nawet jest to pożądane, gdyż zwiększa siłę oddziaływania – może operować prawdą. Zwróćmy uwagę, że krytycy książki, nawet ci najbardziej jazgotliwi, nie podważyli żadnej z podanych w niej informacji, wekslując nagonkę na kwestie drugorzędne – czy iksińskiego można nazwać „resortowym dzieckiem”, czy igrekowskiego wrzucono do książki słusznie czy niesłusznie, albo czy wolno było wyciągnąć kwity na koleżankę pani redaktor Jankowskiej. Niegdyś, pisząc notkę na temat „Wojny o pieniądz” Song Hongbinga, ukułem w odniesieniu do niej termin „propaganda faktu” - i „Resortowe dzieci” są znakomitym przykładem takiej propagandowo-demaskatorskiej roboty na najwyższym poziomie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 11 stycznia 2009

Jeszcze o awanturze na Hradczanach.

Defenestracja praska

Dziś już tylko małe postscriptum – garść refleksji:

1) Pamiętacie może tę scenę z serialu „Alternatywy 4”, w której Anioł instruuje jedną z lokatorek, jakiego koloru zasłonki powinna wieszać w oknach? Przypomnę, że zasłony lokatorki: a) nie pasowały kolorystycznie do zasłonek gospodarza domu Anioła; b) psuły w związku z tym kolorystykę bloku, gdyż wyglądały, cytuję, „jak gówno w lesie”. Dokładnie ten poziom manier godnych towarzysza Anioła zaprezentowali Cohn – Bendit z Pötteringiem. Dodam jeszcze, że lokatorka zachowała się na poziomie Klausa, albo i lepiej, grzecznie lecz stanowczo wypraszając intruza za drzwi, radząc mu przy tym, by to on zmienił zasłonki. Nic dodać, nic ująć.

2) Żałuję, że nie żyjemy kilka stuleci wcześniej – Klaus mógłby bowiem, zgodnie z tradycją miejsca, zafundować wysłannikom europarlamentu małą defenestrację. Cóż, czasy teraz wielce ugrzecznione – czasami szkoda…

3) Zgadzam się w 100% z notką na blogu Andrzeja A. „Obieg informacji” – dopiero wzmożony ruch w Internecie po zamieszczeniu tłumaczenia na stronach „Frondy”, zmusił głównonurtowe przekaziory do zajęcia się sprawą (mam wrażenie, że na „Nie-poprawnych” dołożyliśmy swoją cegiełkę…), a i tak próbowano komentować zajście w stylu „Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek”, podejmując próby obrony tego, co jest nie do obronienia (np. komentarze Pawła Wrońskiego w TVN 24, czy wczorajsze wypowiedzi posła PO w wieczornej audycji TVP Info). Aha, nasz „tytan moralny” Radek Sikorski wił się jak piskorz nagabywany przez dziennikarzy o komentarz, bełkocąc coś „na okrągło”. Albo nasi korespondenci biorą pieniądze za nic i korzystają z uroków życia w Pradze, ograniczając się do przesyłania możliwie bezkonfliktowych przeglądów miejscowej prasy (a do tego nie trzeba przecież korespondenta, wystarczy jeden człowiek ze znajomością języka, który tu, w Polsce, zajrzałby raz na jakiś czas do Internetu), albo… pracują tez na innych, niejawnych, etatach…

4) Wreszcie – ton wypowiedzi zupełnie nie speszonego Cohn – Bendita, który zapowiedział podobną „jazdę” w stosunku do prezydenta Kaczyńskiego, jego obezwładniające tupeciarstwo i oszalałe tyrady, w zupełności kwalifikują go do honorowej nagrody „Euro – Niesioła Roku”. Obaj panowie są siebie godni.

I, jak mawiał Jan Tadeusz Stanisławski, „to by było na tyle”.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja 11.12.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/jeszcze-o-awanturze-na-hradczanach