Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerzy Targalski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerzy Targalski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 lipca 2016

Wołyńskie korowody

Rozbestwiliśmy i rozchamiliśmy kijowskie elity, które nie bez podstaw uznały, że poparcie Warszawy mają bezwarunkowo i za darmo, w związku z czym nie muszą się nami przejmować.


I. Polska wersja negacjonizmu

Przy okazji kolejnej rocznicy Krwawej Niedzieli i partyjno-sejmowych wołyńskich korowodów ze szczytem NATO w tle, napisano i powiedziano już chyba wszystko – i na temat ukraińskich uroszczeń wobec polskiej polityki historycznej, i o żenującym kunktatorstwie PiS – w tym również względem amerykańskich życzeń co do naszego układania sobie relacji z sąsiadem zza miedzy. Z drugiej strony zaś tradycyjnie było o „ruskiej agenturze” i „pachołkach Putina”. A jednak dodam i ja swoje trzy grosze, jako że zostaliśmy w międzyczasie uraczeni pewnym niespotykanym dotąd novum w ramach wołyńskiej narracji. Oto sączyć zaczęto – wbrew podstawowym faktom - polską mutację tezy lansowanej niekiedy na Ukrainie, jakoby ludobójstwa na Kresach dokonały oddziały sowieckiej partyzantki podszywające się pod UPA, co jak można domniemywać, miało przynieść efekt w postaci „bratobójczej wojny” polsko-ukraińskiej o której prawi konsekwentnie w ramach forsowania fałszywej symetrii szef ukraińskiego IPN Wołodymyr Wiatrowycz.

Polska wersja owego negacjonizmu wołyńskiego objawiona nam przez Jarosława Sellina z sejmowej trybuny brzmi: gdyby nie Sowieci, którzy wspólnie z Niemcami zniszczyli II RP, to ludobójstwa by nie było. Owszem, słuszna racja, ale nie dlatego, że ukraińscy nacjonaliści by go nie chcieli – bo „oczyszczenie” terenów z „niepożądanych” elementów planowali już przed wojną – tylko dlatego, że nie mieliby takiej możliwości. Wybuch wojny stworzył jedynie dogodną okazję do wyrżnięcia grup etnicznie obcych z Polakami na czele oraz „schłopiałych” Ukraińców. Doprawdy, Sowieci mają na sumieniu wiele zbrodni i ludobójstw – ale akurat nie tę i uprawianie tego rodzaju łamańców tylko ośmiesza autorów. Powtórzmy – warunki wojenne jedynie stworzyły okazję do tego, co banderowcy od dawna chcieli zrobić.

Wiceminister Sellin stwierdził również, że „niezależnie od Wołynia uważamy, że w dzisiejszej sytuacji trzeba państwu ukraińskiemu pomóc przetrwać (...)”, bo „z kim mamy dialogować, jeśli nie przetrwa państwo ukraińskie?”. I to już jest demagogia czystej wody, gdyż przetrwanie Ukrainy w najmniejszym stopniu nie zależy od tego, czy i w jaki sposób będziemy czcić ofiary rezunów i jakie podejmiemy w związku z tym uchwały w polskim parlamencie. Ukraina – powtórzę swą konstatację z wcześniejszych tekstów – jest państwem upadłym, bankrutem pod międzynarodowym protektoratem lub zgoła zarządem komisarycznym i o jej losie zadecydują potęgi rozgrywające tam swoją partię dwa piętra ponad naszymi głowami. W obecnej sytuacji to Ukrainie winno zależeć na przyjaźni z nami, jeśli chce mieć w swoim bezpośrednim otoczeniu jakiegokolwiek życzliwego sąsiada.


II. Polsko-ukraińska asymetria

Najwyraźniej jednak Ukraińcom kompletnie na tym nie zależy. Postawili na banderyzm jako mit założycielski i fundament wspólnoty narodowej, w czym ośmielała ich do tej pory tchórzliwa bierność polskich rządów spętanych na dodatek mentalnie giedroyciowską mitologią polityczną. Mamy tu rażącą asymetrię – my obchodzimy się z Ukrainą jak ze śmierdzącym jajkiem, bo inaczej się obrazi i pójdzie do ruskich (oczywisty nonsens, zwłaszcza teraz), Ukraińcom natomiast nasza wrażliwość historyczna wisi kalafiorem i konsekwentnie robią swoje. Podkreślmy to – Polska do tej pory swą ugodową polityką i kurczowym zaciskaniem oczu przez kolejne rządy nie ugrała kompletnie nic. Więcej – rozbestwiliśmy i rozchamiliśmy kijowskie elity, które nie bez podstaw uznały, że poparcie Warszawy mają bezwarunkowo i za darmo, w związku z czym nie muszą się nami przejmować.

Dodatkowym czynnikiem jest nasza wasalna polityka uprawiana z nadania kolejnych patronów – czy to Moskwy, czy to Berlina, czy Waszyngtonu – z których każdy, choć z nieco innych powodów, chciał mieć „spokój na dzielnicy” i nie życzył sobie, byśmy podnosili publicznie „kwestie drażliwe”. Tak jest i dzisiaj. Ukraińcy dufni poparciem USA mogą pozwolić sobie na ewidentne prowokacje w rodzaju ustawy gloryfikującej UPA, czy nadania reprezentacyjnej ulicy Kijowa imienia Bandery – doskonale wiedząc, że wystarczy prewencyjnie naskarżyć na nas Amerykanom, by ci stłumili w zarodku jakąkolwiek reakcję z naszej strony. Spektakularnym przykładem była randka marszałka Sejmu, Marka Kuchcińskiego, z ukraińskim odpowiednikiem - Andrijem Parubijem w asyście Jurija Szuchewycza, podczas której solennie obiecał, że przed szczytem NATO nie będzie żadnych sejmowych uchwał w sprawie Wołynia. Wszystko pod ewidentnym naciskiem Waszyngtonu. Honor starał się uratować Senat swoją uchwałą apelującą do Sejmu o należyte uczczenie ofiar, my zaś na osłodę dostaliśmy kabotyński gest Poroszenki klękającego przed pomnikiem wołyńskim – praktycznie bez udziału ukraińskich dziennikarzy, toteż na Ukrainie niemal tego nie odnotowano.

Przyjęta przez Sejm uchwała ws. kresowego ludobójstwa nie załatwia wszystkiego – po pierwsze, w przeciwieństwie do ustawy, nie ma ona mocy powszechnie obowiązującej; po drugie – nie da się zapomnieć dotychczasowych krętactw i obijania się od ściany do ściany. PiS chciałoby bowiem zjeść ciastko i mieć ciastko – z jednej strony nie drażnić Ukrainy i Stanów Zjednoczonych, z drugiej zaś – nie stracić elektoratu Kresowian i wszystkich tych, którym upamiętnienie kresowego ludobójstwa leży na sercu (i którym w kampanii złożono stosowne obietnice). Skoro można było ustawowo uczcić Żołnierzy Wyklętych, to można również oddać ustawą hołd ofiarom banderyzmu.


III. Panie Targalski, ochłoń Pan

W tym miejscu muszę przejść do polemiki z tezami wygłaszanymi zarówno w mediach elektronicznych, jak i np. w komentarzach na portalu „Nasze Blogi” przez Jerzego Targalskiego. Jest to bowiem smutny przykład, jak błyskotliwy człowiek, którego analizy na wszelkie inne tematy potrafią być naprawdę inspirujące, potrafi z iście nieprzytomnym zacietrzewieniem rzucać się na każdego, kto podnosi sprawę kresowego ludobójstwa.

Mówi nam red. Targalski, że współczesny banderyzm jest antyrosyjski, nie antypolski. Otóż nie – nie da się wskrzesić wampira częściowo. To, że obecnie eksponowany jest element antyrosyjski jest wyłącznie wynikiem doraźnej potrzeby politycznej ze względu na wojnę z Rosją (ta wojna to zresztą dla Polski błogosławieństwo i oby trwała jak najdłużej). W momencie, gdy sytuacja w Donbasie się nieco uspokoi i znormalizuje, z równą łatwością będzie można uaktywnić polakożercze oblicze banderyzmu, które podskórnie wciąż jest obecne i jak najbardziej żywe. Wszystko zależne jest jedynie od bieżącego zapotrzebowania.

` Polska wg Targalskiego ma szansę stać się poważnym, regionalnym graczem, ale tylko wówczas, jeśli nie będzie postrzegana (jak rozumiem, przez USA) jako „rozsadnik chaosu” (czyli, nie będzie zadrażniać stosunków z Ukrainą gadaniem o Wołyniu). Znów – nie. Polska abdykująca pod cudze dyktando z kształtowania własnej, oficjalnej pamięci historycznej nie będzie żadnym „graczem”, tylko popychadłem. Tak jak za Tuska, któremu też kadzono, że w Europie „gra z największymi” i był poklepywany w Berlinie i Brukseli. Zmienimy jedyne protektora, bez żadnej różnicy jakościowej jeśli chodzi o podmiotowość polityczną. Nawiasem - Ukraińcom jakoś nie przeszkadza, że kultywując banderyzm i prowokując Polskę, mogą stać się „rozsadnikami niepokojów”.

No i wreszcie zarzuty formułowane wobec Kresowian: że są na pasku Putina i gotowi są poświęcić Polskę, byle dokopać Ukraińcom, wreszcie – że przemilczają sowieckie zbrodnie na Polakach. Tu już redaktor Targalski walczy – dodajmy, w wyjątkowo obrzydliwy i nieuczciwy sposób – z wykreowanymi przez siebie fantomami. Środowiska, które straciły z rąk banderowców bliskich, przez dziesięciolecia traktowane były po macoszemu. Dziś, przez lata zwodzone przez polityków obiecankami, dopominają się głośno o pamięć i godne uczczenie ofiar. Sprowadzanie wszystkiego do kwestii „milczeć, bo Putin” to obsesja i prymitywny szantaż moralny – podobny zresztą usiłowali uprawiać przedstawiciele ukraińskich elit w niedawnym „liście do Polaków”. Nikt nie milczy o sowieckich zbrodniach, nie ma żadnych przeciwwskazań, by uczcić zarówno Wołyń 11 lipca, jak i ludobójstwo sowieckie 17 września – więcej, tak właśnie należy zrobić, bo mieszanie tych dwóch zbrodni jest ordynarnym fałszowaniem historii. Insynuowanie zaś agenturalności to prostacka obelga i tani chwyt erystyczny obliczony na zdeprecjonowanie adwersarza.

Tymczasem, najskuteczniejszym rozwiązaniem, wyjmującym narzędzia z rąk ewentualnych agentów/prowokatorów usiłujących grać na społecznych emocjach, jest podniesienie do rangi ustawowej 11 lipca jako Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP i elementarna równowaga w polityce historycznej. Kresowego ludobójstwa nie da się już schować z powrotem do kazamatów niepamięci. Trzeba przeciąć ten nabrzmiewający wrzód – nawet jeśli redaktor Targalski będzie do wyplucia płuc wrzeszczał ze swojego fotela o „ruskiej agenturze”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (27.07-02.08.2016)

środa, 27 kwietnia 2016

„Dobra zmiana” do poprawki

Władza musi czuć na plecach oddech wyborców, inaczej ugrzęźnie w marazmie, ze szkodą dla nas wszystkich i dla Polski.

I. Prawicowa autocenzura

Kierowane przez Jerzego Targalskiego stowarzyszenie „Ruch Kontroli Wyborów – Ruch Kontroli Władzy” (dalej - „RKW-RKW”) wydało niedawno ważne „Oświadczenie w sprawie »Dobrej Zmiany«”. Oświadczenie ukazało się... i nic. Poza dość ożywioną dyskusją na „Naszych Blogach”, odpowiedzią była głucha cisza. Sprawa nie zainteresowała wiodących prawicowych mediów i czołowych publicystów „obozu patriotyczno-niepodległościowego”, którzy wolą skoncentrować się na komentowaniu co też pani Iks powiedziała panu Igrek w telewizji i co pan Igrek na to. Zatem skoro poruszone w „Oświadczeniu” problemy ich nie obchodzą, to ja postaram się do nich odnieść i nagłośnić w miarę swych skromnych możliwości.

Z redaktorem Targalskim zdarzało mi się polemizować, nawet dość ostro, przede wszystkim w kwestii ukraińskiej, jednak co do jednego jak sądzę, panuje między nami zgoda: patrzeć na ręce należy każdej władzy – niezależnie od tego, czy jest ona „nasza”, czy „nie nasza”. I taka intencja przyświecała powołaniu „RKW-RKW”, powstałemu na bazie części niesformalizowanego „pospolitego ruszenia” wolontariuszy monitorujących przebieg ostatnich wyborów. Założenie powyższe stało się zresztą jedną z przyczyn środowiskowego podziału, część liderów bowiem uznała, że misja Ruchu Kontroli Wyborów wyczerpała się na dopilnowaniu procesu wyborczego, teraz natomiast, po zwycięstwie „naszych” należy „nie przeszkadzać”, co w praktyce przekłada się na autocenzurę i powstrzymywanie się od krytyki, nawet jeśli są do takowej realne powody. Działa tu prosty mechanizm – skoro w „nasz” rząd walą na odlew i z reguły kłamliwie media obozu III RP, różnej maści lewactwo, KOD, Komisja Wenecka, partie opozycyjne i Bruksela, to przynajmniej my nie dołączajmy do tego „chóru wujów”. Jest to szantaż emocjonalny w czystej postaci, skonstruowany na zasadzie: skoro krytykujesz, to stajesz w jednym szeregu z Kijowskim, TVN-em, „Wyborczą” i generalnie – szkodzisz sprawie i „dobrej zmianie”. Taka postawa jest z gruntu szkodliwa, bowiem władza zawsze ma tendencje do popadania w samozadowolenie, a stojący za nią aparat partyjny, zwłaszcza wyposzczony po latach opozycji, ma skłonności do przedkładania własnego, partykularnego interesu ponad dobro publiczne. Konsekwencją jest odrealnienie i utrata więzi z wyborcami – skoro krytykują nas wyłącznie „tamci”, to znaczy, że byczo jest, róbmy dalej swoje, naród z nami, a kto się wyłamuje, ten szkodnik, renegat i zdrajca.

II. Lista zaniechań

Tyle tytułem wstępu, a teraz do rzeczy. „Oświadczenie w sprawie »Dobrej Zmiany«” punktuje szereg zaniechań PiS-u w wielu obszarach, które jeszcze do niedawna Prawo i Sprawiedliwość niosło na sztandarach, a które jakoś tak niepostrzeżenie zniknęły z agendy. Spójrzmy (zaznaczam, że w niektórych punktach dopisuję również własne zastrzeżenia).

1) Pozostawienie w szeregu instytucji państwowych złogów starego systemu, nominacje dla osób niekompetentnych, lub wręcz związanych z obozem beneficjentów III RP. Tu szczególnie bulwersujące są ruchy kadrowe w MSZ – np. Piotr Puchta, były funkcjonariusz wojskowych służb specjalnych PRL, klasyczne „resortowe dziecko” (syn Janusza Puchty, byłego wiceszefa WSI) został dyrektorem Departamentu Afryki i Bliskiego Wschodu. Placówki dyplomatyczne jawnie wspierają aktywność KOD-u przy kompletnej bierności ministerstwa, na stanowiskach pozostają nominaci Radka Sikorskiego (choćby Ryszard Schnepf) – długo by wymieniać. Polecam w tej materii chociażby obszerny tekst Krzysztofa Balińskiego z niedawnej „Warszawskiej Gazety” - włos się jeży.

2) Nie uchylono „ustawy 1066” - mimo że, nadmienię na marginesie, PiS w poprzedniej kadencji głosowało przeciw.

3) Nie zwrócono się do NATO o pomoc w wyjaśnieniu Smoleńska.

4) Nie ujawniono, mimo zapowiedzi, zbioru zastrzeżonego IPN ani Aneksu do raportu ws. rozwiązania WSI. Jeżeli Aneks „zniknął” - należało wyciągnąć odpowiednie konsekwencje. Nie ujawniono agentury komunistycznej wśród Polonii.

5) Nie pociągnięto do odpowiedzialności winnych represji politycznych wobec różnych środowisk z czasów rządów PO-PSL. Wymienić można tu chociażby strzelanie do górników, szykany wobec kibiców, prowokacje na Marszach Niepodległości, bezprawne zatrzymania, areszty, „rozgrzane sądy” itd.

6) Zamieciono pod dywan sprawę sfałszowanych wyborów samorządowych 2014 roku – tym samym milcząco zalegalizowano fałszerstwa. W efekcie, potężną część władzy sprawują w Polsce układy wyłonione w wyniku wyborczego oszustwa, co może skutkować cichym sabotażem poczynań rządu (choćby programu 500+). Od siebie dodam, że przez struktury samorządowe (np. sejmiki wojewódzkie) przepływa znaczący strumień unijnych funduszy. Co z zapowiadanym powtórnym przeliczeniem głosów i kontrolą protokołów wyborczych na poszczególnych szczeblach?

7) Jeśli chodzi o Państwową Komisję Wyborczą pozostawiono stan dotychczasowy – zarówno jeśli chodzi o skład personalny, jak i podstawy prawne jej funkcjonowania. Jak bardzo są one wadliwe, świadczy podany wyżej przykład wyborów samorządowych.

8) Przygotowana ustawa o obrocie ziemią nadaje zbyt daleko idące kompetencje Agencji Nieruchomości Rolnych – organowi skorumpowanemu i skompromitowanemu, co wykazały np. kontrole NIK.

9) Zarówno Prezydent jak i rząd milczą w sprawie referendum zakazującego sprzedaży ziemi i lasów w ręce cudzoziemców. Pod wnioskiem o referendum zebrano 2,6 mln podpisów. W „Oświadczeniu” podkreślono, że decyzja w sprawie sprzedaży ziemi i lasów nie powinna leżeć w gestii ministra (władza zawsze może się zmienić), lecz kwestia ta winna zostać zabezpieczona konstytucyjnie.

10) Pozostawiono w dotychczasowym kształcie spółki węglowe – siedlisko rozlicznych patologii, jakimi obrosło polskie górnictwo. Mafia węglowa pozostaje nietykalna.

11) Poparto kandydaturę Marka Belki na szefa Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Belka został zarejestrowany jako KO „Belch”, jawnie sprzyja obecnej antypaństwowej opozycji (a jak wiemy z „taśm prawdy” nie wykluczał uruchomienia środków NBP, by zapewnić zwycięstwo wyborcze Platformie). Można zakładać, że na stanowisku EBOiR będzie się kierował wszystkim, tylko nie polską racją stanu. Dodam, że dzieje się to w sytuacji, gdy PO utrąciła w Parlamencie Europejskim kandydaturę Janusza Wojciechowskiego do Europejskiego Trybunału Obrachunkowego.

12) Część lokalnych działaczy PiS zblatowana jest z miejscowymi układami. Skutkuje to blokowaniem jakichkolwiek zmian w istniejącym status quo.

13) Zmiany w mediach publicznych mają charakter pozorowany. Wymieniono „twarze” na wizji i ogólną narrację bez zmian strukturalnych. Dodatkowo, „na stanowiska prezesów i dyrektorów zostały często powołane osoby niekompetentne i skompromitowane w środowisku nie tylko dziennikarskim”.

III. Furia partyjnych kiboli

Uff... Teraz jeszcze kilka słów o reakcjach – wielce symptomatycznych. Pod „Oświadczeniem” na „Naszych Blogach” zaktywizowało się, jak zwykle w takich razach, stado rozemocjonowanych kretynów, zarzucających Jerzemu Targalskiemu szkodnictwo, awanturnictwo, a nawet kierowanie się jakimiś mętnymi ambicyjkami. To jest właśnie ten rodzaj partyjnego kibolstwa, które nieodmiennie mnie drażni – milczeć i „ruki po szwam”, a kto się wychyla – ten sabotażysta i dywersant. Widzę tu objawy mentalnego zniewolenia i zacietrzewienia, jakie obserwujemy na marszach KOD-u – tylko o przeciwstawnym wektorze sympatii politycznych. Kodowcy wygwizdali przedstawicieli „Zielonych”, usiłujących przeprowadzić choćby szczątkowe rozliczenie społecznych kosztów transformacji ustrojowej, zaś „nasi” kibole usiłują zakrzyczeć Targalskiego, bo wyrwał się nie w porę. Otóż nigdy nie będzie „dobrej pory” - zawsze będzie jakiś KOD, Platforma, Nowoczesna, zewnętrzne naciski itd. Podobnie było, gdy PiS znajdowało się w opozycji – dość przypomnieć analogiczne reakcje na słynny list prof. Andrzeja Nowaka. Podniosły się również głosy, że PiS rządzi zaledwie od pół roku – racja, ale jeśli nie będziemy konsekwentnie naciskać już teraz, to z tego pół roku zrobi się niepostrzeżenie rok, dwa lata... aż nastaną kolejne wybory, które mogą się skończyć niemiłą niespodzianką. Pierwsze oznaki demobilizacji już widać – odwołanie „marszu miliona” jest sygnałem co najmniej niepokojącym. Władza musi czuć na plecach oddech wyborców, inaczej ugrzęźnie w marazmie, ze szkodą dla nas wszystkich i dla Polski. Jeśli PiS zatrzyma się w pół kroku, uwikła w jakieś taktyczne układanki ze starym systemem, to prędzej czy później „dobra zmiana” zostanie pokonana przez opór materii.

Oświadczenie RKW-RKW kończy się słowami: „Pragniemy zwrócić uwagę, że obywatele wiele oczekują od obecnych władz. Jeśli zostaną zawiedzeni, odwrócą się od PIS. Będzie to sytuacja bardzo niebezpieczna dla Polski, bo podobnej politycznej alternatywy w obecnej sytuacji na razie nie widać, a powrót do władzy poprzedniej ekipy oznaczałby zwycięstwo Targowicy ze wszystkimi tego analogiami i konsekwencjami”. Nic dodać, nic ująć.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3702-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 14 (06-12.04.2016)

wtorek, 14 stycznia 2014

Leksykon III RP – tom pierwszy

Kontrowersje na tle personalnym dość skutecznie przesłoniły w publicznej debacie istotę przekazu „Resortowych dzieci”.


I. Beneficjenci neo-PRLu

„Resortowe dzieci. Media” (wyd. „Fronda”) Doroty Kani, Jerzego Targalskiego i Macieja Marosza wywołały burzę – i to nie tylko w Obozie Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, jak można by się było spodziewać. Nożyce, co ciekawe, odezwały się również po drugiej stronie barykady, bowiem w książce zahaczono kilku znajomych królika, którzy aktualnie są wielce „niepokorni” i „nasi”. Publikują w niepokornych gazetach, zadają się z niepokornym środowiskiem... cóż taki mają akurat etap, będący w dużej mierze efektem zawirowań na prasowym rynku po pacyfikacji „Presspubliki”. Te kontrowersje na tle personalnym dość skutecznie przesłoniły generalną wymowę książki, która bynajmniej nie sprowadza się do wyszukiwania przodków w KPP i późniejszych mutacjach kompartii, tylko polega na pokazaniu - poprzez pryzmat życiorysów i pochodzenia opisywanych postaci - genezy medialnego mainstreamu IIIRP, który na długie lata zdominował publiczną debatę (a w zasadzie publiczny monolog) współczesnej Polski.

Sam tytuł „Resortowe dzieci”, jeśli odczytywać go dosłownie, jest mylący. Bo faktycznie, niektórym osobom – ich symbolem stał się Jacek Żakowski - „resortowego” pochodzenia w sensie ścisłym przypisać nie sposób. Autorzy przy doborze „bohaterów dramatu” zastosowali inny klucz: jest nim stosunek do postmagdalenkowego systemu, czyli przynależność do formacji określanej przeze mnie mianem Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. Stąd też w książce obecność ludzi z zacnymi opozycyjnymi biografiami, a którzy po 1989 doszlusowali do wspomnianego Obozu. Może gdyby książka nosiła tytuł „Beneficjenci neo-PRLu” czy jakoś podobnie, to dałoby się uniknąć wielu nieporozumień i nie trzeba by zaklejać Jacka Żakowskiego na okładce, bo do takiego tytułu pasowałby jak ulał.

` Dlatego też nietrafione są zarzuty, że Autorzy nie zaprezentowali biografii i rodzinnych powiązań ludzi kontestujących porządek III RP, a z partyjnymi korzeniami – jak Antoni Zambrowski czy sam współautor Jerzy Targalski. Oni bowiem nie uczestniczyli w budowie obecnego systemu PRL-bis i nie firmują go swoimi twarzami w przeciwieństwie do wspomnianego Żakowskiego, czy np. Tomasza Lisa. Zresztą, nie ma zakazu, by taką książkę prześwietlającą partyjne zaszłości Targalskiego czy, dajmy na to, Marcina Wolskiego napisać – i nie musi tego koniecznie robić ktoś ze stajni Lisa czy Michnika. Mogą to równie dobrze być Mazurek z Zarembą i Michałem Karnowskim na dokładkę.

II. Geneza przemysłu pogardy

Jeśli natomiast ktoś nie poprzestałby na oburzonym zachłyśnięciu się tytułem i przypasowywaniem do niego kolejnych nazwisk, tylko zadał sobie trud dotarcia choćby do spisu treści zamieszczonego na początku książki, to może doznałby iluminacji odnośnie istoty zawartego w niej przekazu. Kolejne rozdziały traktują bowiem o: pochodzeniu luminarzy III RP („Aleja Przyjaciół”); drodze Michnika i jego środowiska do roli ober-autorytetów i treserów ludności autochtonicznej („Nadzorca społeczeństwa”); demaskacji mitu „Polityki” jako „wewnątrzpartyjnej opozycji” w PRL i przyczynach jej bałwochwalczego stosunku do „republiki Okrągłego Stołu” („Marsz intelektualistów ku III RP”); genezie postmagdalenkowego medialnego rozdania na gruzach RSW Prasa-Książka-Ruch („Dzielenie prasowego tortu”); początkach prywatnego rynku telewizyjnego („Wojna służb. Koncesja dla Polsatu”); rzeczywistej roli radiowej Trójki – kuźni odpowiednich „młodych kadr” dla mediów III RP („Trójka – wentyl bezpieczeństwa”); historii i teraźniejszości komuszej skamieliny – TVP („Propaganda w natarciu – TVP”); wreszcie, naczelnej szczekaczce obecnego systemu w segmencie mediów elektronicznych – TVN („Telewizja służbowa”).

Powtórzę – nawet rzut oka na spis treści pokazuje, że mamy do czynienia z próbą kompleksowego opisu świata głównonurtowych mediów, których podstawowym wyróżnikiem jest bezwzględna lojalność wobec postpeerelowskiej rzeczywistości i urabianie w tymże duchu społeczeństwa. Media te są integralną częścią wygenerowanych i petryfikowanych przez tę rzeczywistość układów, stanowiąc propagandowe ramię Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. „Resortowe dzieci” prześwietlając biografie, tudzież powiązania rodzinno-towarzyskie co bardziej prominentnych postaci tego półświatka dają odpowiedź, dlaczego oficjalny przekaz medialny składa się z kłamstw, półprawd, przemilczeń i zbiorowych nagonek na każdego kto mógłby choćby potencjalnie im zagrozić. Przemysł pogardy nie wziął się znikąd – on funkcjonował w permanencji od początku III RP w odniesieniu do całych grup społecznych oraz ich reprezentantów i był w prostej linii kontynuacją roli mediów peerelowskich, tak w warstwie przekazu, jak i personalnej.

III. Czerwone dynastie

No i te personalia – jednak wróćmy do nich na chwilę. Jak nie TW to KO, jak nie SB to WSW, jak nie partyjny to z komuszej, bądź wręcz resortowej rodziny... I wszyscy oni w zwartej grupie przeszli suchą nogą do nowego systemu tworząc medialną elitę determinującą wiodący przekaz w sferze komunikacji publicznej. Po drodze odpadło zaledwie kilka najbardziej skompromitowanych jednostek - może paru mundurowych spikerów DTV, może kilku z przyczyn wieku... Reszta ma się dobrze, robi za „nowe pokolenie, nie skażone komunizmem” i hoduje następców. To pokazuje, jak naiwny był rozpowszechniony swego czasu pogląd, iż komuna sama odejdzie ze względów biologicznych, a nowe pokolenie nie skażone PRL-em urządzi lepszą Polskę. Tak się nie stanie, bo ten układ jest jak mafia – uzupełnia się przez kooptację (jak to ujął kiedyś Andrzej Gwiazda) i reprodukuje w ramach „czerwonych dynastii”.

A propos „Czerwonych dynastii” - warto przypomnieć tę prekursorską w stosunku do „Resortowych dzieci” pracę prof. Jerzego Roberta Nowaka. Był pierwszy i kto wie, czy nie stanowił dla autorów „Dzieci” inspiracji. Przewagą „Resortowych dzieci” jest jednak masowy zasięg – łączna sprzedaż pewnie z czasem przekroczy 100 tys egzemplarzy i ta moc rażenia

jest przyczyną furii demaskowanego w książce mainstreamu. Niepodważalną siłą książki jest również kondensacja faktów – wiele z opisywanych postaci i wydarzeń było już omawianych na różnych łamach, ale były to publikacje rozproszone, rozłożone w czasie, często w niszowych gazetach, co obniżało ich pole oddziaływania tak, że wiodące mediodajnie mogły je spokojnie ignorować. Z „Resortowymi dziećmi” tak już się nie da – nie sposób „zamilczeć ich na śmierć”. Tutaj otrzymujemy skondensowaną pigułę skutecznie wybudzającą z polityczno-medialnego Matrixu. Dopiero zebrane w jednym miejscu kompleksowe informacje o mediach i ludziach je tworzących pozwalają ogarnąć skalę postkomunistycznej degrengolady w jakiej od samego początku pogrążona jest współczesna Polska.

IV. Leksykon III RP – propaganda faktu

Część z „resortowych” bohaterów powróci z pewnością w kolejnych częściach cyklu (o polityce, służbach specjalnych, biznesie, świecie nauki), bowiem sieć układów organizujących wielowymiarowo życie III RP stanowi zespół naczyń połączonych. Stąd właśnie tytuł notki - „Leksykon III RP – tom pierwszy”, nadany bynajmniej nie na wyrost, bowiem książka Kani, Targalskiego i Marosza z powodzeniem może pełnić taką funkcję. Czytelnikom proponuję prosty zabieg – jeśli chcemy się dowiedzieć czegoś więcej o którejś z wiodących postaci zaludniających reżimowe mediodajnie, wystarczy otworzyć książkę na kończącym ją „Indeksie osób” i przejść do wskazanych stron. Otrzymamy dossier pokazujące kto zacz i skąd jego ród. W połączeniu zaś z kolejnymi tomami będziemy mieli wkrótce do dyspozycji swoistą encyklopedię neo-peerelu.

Na koniec jeszcze jedna sprawa. Czy „Resortowe dzieci” są książką z tezą? Inaczej mówiąc – czy mamy do czynienia z propagandą? Ależ tak, naturalnie i nie ma potrzeby udawać, że jest inaczej. Tezą książki jest założenie, że III RP jest tworem założonym i kontrolowanym w swych zasadniczych obszarach przez te same czerwono-esbeckie kliki, które trzęsły peerelem i na jej poparcie otrzymujemy ponad czterysta stron faktów. Propaganda bowiem, wbrew utartemu mniemaniu, nie musi oznaczać operowania kłamstwem. Równie dobrze - a nawet jest to pożądane, gdyż zwiększa siłę oddziaływania – może operować prawdą. Zwróćmy uwagę, że krytycy książki, nawet ci najbardziej jazgotliwi, nie podważyli żadnej z podanych w niej informacji, wekslując nagonkę na kwestie drugorzędne – czy iksińskiego można nazwać „resortowym dzieckiem”, czy igrekowskiego wrzucono do książki słusznie czy niesłusznie, albo czy wolno było wyciągnąć kwity na koleżankę pani redaktor Jankowskiej. Niegdyś, pisząc notkę na temat „Wojny o pieniądz” Song Hongbinga, ukułem w odniesieniu do niej termin „propaganda faktu” - i „Resortowe dzieci” są znakomitym przykładem takiej propagandowo-demaskatorskiej roboty na najwyższym poziomie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/