Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Targowica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Targowica. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 grudnia 2017

Gorze zdrajcom!

Dziś zdrajcy kabotyńsko układają się na pluszowych krzyżach, konsumując jurgielt z niemieckich i sorosowskich fundacji.


I. Widmo Targowicy

Narodowcy z ONR, Młodzieży Wszechpolskiej i Ruchu Narodowego zorganizowali 26 listopada w Katowicach pikietę-happening podczas której powiesili na atrapach szubienic zdjęcia szóstki eurodeputowanych PO, głosujących za antypolską rezolucją Parlamentu Europejskiego: Michała Boniego, Danuty Hubner, Róży von Thun und Hohenstein, Danuty Jazłowieckiej, Barbary Kudryckiej i Julii Pitery. Ta symboliczna akcja wymierzona w jawnych zdrajców została oczywiście okrzyknięta „nienawistną”, a lewacki publicysta Jakub Majmurek spytał dramatycznie na łamach „Wyborczej”: „Czy obudzimy się, kiedy zaczną wieszać naprawdę?”. Nie dziwię się, że rodzimym targowiczątkom zrobiło się na widok szubienic słabo – oni sami najlepiej wiedzą, ile mają za uszami; wiedzą również, że gorliwe zabieganie w Brukseli i Berlinie o kolejne wrogie wobec Polski kroki jest jednoznacznie potępiane przez społeczną większość. Zdają sobie także sprawę z tego, że kulturowo są tutaj ciałem obcym i jedyną drogą, by powrócili do wpływów i dawnego znaczenia jest obca interwencja – może nie tyle militarna (dziś raczej trudno sobie to wyobrazić), ale w formie permanentnego nacisku i międzynarodowego grillowania obecnego rządu.

Tymczasem, narodowcy dali po prostu adekwatną i zgodną z historycznym kontekstem odpowiedź – dawno bowiem nawiązania do Konfederacji Targowickiej nie były w naszym życiu publicznym tak czytelne. Dotyczy to zarówno szukania pomocy u obcych potęg – z zastrzeżeniem, że dzisiaj Moskwa i Berlin zamieniły się miejscami i obecna caryca Katarzyna rezyduje w Berlinie, a stary Fryc w Moskwie - jak i uzasadniania narodowego zaprzaństwa. Każdy, kto zechciałby wyszukać treść aktu Targowicy, musiałby się zadumać nad jego aktualnością. Gdyby tylko uwspółcześnić język i realia, mielibyśmy propagandę obecnych mediów w skali 1:1. W akcie konfederacji aż roi się od wyrazów troski o państwo, mamy odniesienia do zagrożenia swobód obywatelskich i rysujące się widmo rzekomej tyranii – wypisz wymaluj, nagłówki z „Wyborczej” czy funkcjonujących nad Wisłą niemieckich gazet dla Polaków. Przekaz zagranicznych ośrodków także pokrywa się z tym z okresu rozbiorów – Polacy to ciemny, nietolerancyjny motłoch i dla dobra nich samych oraz Europy powinni zostać wzięci pod kuratelę „oświeconych” władców, dziś uosabianych przez Komisję Europejską. Międzynarodowa histeria rozpętana po Marszu Niepodległości na tle kilku transparentów mówi tu sama za siebie – i ma podobny cel: zohydzenie i pacyfikację polskich narodowych aspiracji idących pod prąd interesów możnych tego świata.


II. Rachunek za zdradę

Pozostając jeszcze przy historycznych analogiach. Polacy „podziękowali” targowiczanom podczas Insurekcji Kościuszkowskiej. 25 kwietnia 1794 r. w Wilnie przed ratuszem miejskim powieszony został hetman wielki litewski Szymon Kossakowski. 9 maja tegoż roku na Rynku Starego Miasta w Warszawie straceni zostali Piotr Ożarowski (hetman wielki koronny), Józef Ankwicz (marszałek Rady Nieustającej), Józef Zabiełło (hetman polny litewski), do tego przed kościołem św. Anny zawisł biskup inflancki Józef Kazimierz Kossakowski po uprzednim zdjęciu święceń kapłańskich. Wymienieni zawiśli po procesach sądowych, lecz 28 czerwca 1794 r. warszawski lud sam wymierzył sprawiedliwość kolejnym sprzedawczykom. Przed kościołem św. Anny zadyndali wówczas na powrozie m.in.: Ignacy Massalski (biskup wileński), Antoni Czetwertyński (kasztelan przemyski), szambelan Stefan Grabowski czy rosyjski szpieg Marceli Piętka.

Dodać trzeba, że targowicka „wierchuszka” w osobach Stanisława Szczęsnego Potockiego, Franciszka Ksawerego Branickiego, Stanisława Rzewuskiego i innych uniknęła śmierci, w porę uciekając przed sprawiedliwością. Wyrok na nich został wykonany „in effigie” - czyli poprzez powieszenie na szubienicy ich portretów. Taka „zastępcza egzekucja” była przyjęta w ówczesnym porządku prawnym, gdy skazany był nieosiągalny dla wymiaru sprawiedliwości. I do tych właśnie konotacji historycznych odwołali się narodowcy podczas wspomnianej na wstępie demonstracji w Katowicach. Dziś nikt przy zdrowych zmysłach nie broni historycznych zdrajców – nawet tych, którzy padli ofiarą samosądu rozgniewanego tłumu. I jestem przekonany, że potomni należycie ocenią również dzisiejszych sprzedawczyków, którzy zarzuty o „współczesną targowicę” zwykli zbywać w poczuciu bezkarności ironicznym śmiechem, na zmianę z teatralnymi atakami histerii.


III. Gorze zdrajcom!

Warto nadmienić, że insurekcyjne procesy były możliwe dzięki zajęciu archiwum rosyjskiej ambasady, gdzie czarno na białym skrupulatnie odnotowano, kto, kiedy, ile i za co przyjął od ościennej potęgi. Teraz wszystko odbywa się „na legalu”. Współczesne jurgielty wypłacane są w postaci grantów, możliwości kariery, stanowisk w fundacjach, suto opłacanych publikacji itp. - co nie czyni zdrady mniej odrażającą. Ludzie ci dali wielokrotnie dowody zaniku elementarnych państwowych instynktów. Wystarczy wspomnieć, kto wspierał ubiegłoroczny „ciamajdan”, kto podżegał do siłowej rozprawy z legalnym rządem i kto słał wiernopoddańcze listy do obcych ośrodków, zachęcając do szczucia na własny kraj. Weźmy dla przykładu publicystę „Wyborczej”, Bartosza T. Wielińskiego, który słynie z tego, że w żadnej spornej sprawie nie staje po stronie Polski. To on w styczniu 2016 r. na łamach niemieckiego dziennika „Sueddeutsche Zeitung” wzywał „Nie milczcie, proszę”, prosząc „europejską rodzinę” o interwencję – trzeźwo przy tym zauważał, że zostanie okrzyknięty „folksdojczem”, lecz poczytywał to sobie za „wyróżnienie”, wyrażając zarazem żal, że niemieccy politycy „obawiają się napominać Polskę głośno”. Uspokajam pana Bartosza – od tego Angela Merkel ma swych politycznych kundli w Brukseli, z Verhofstadtem, Timmermansem, Junckerem i Tuskiem na czele, by wysługiwać się nimi przy tego typu brudnej robocie. Tenże dziennikarz po ostatnim sabacie w Strasburgu nawoływał polityków Platformy, by „podnieśli czoło i robili swoje”, dodając, że trzeba przywyknąć do nazywania zdrajcami, bo dziś to jest „komplement”. Wcześniej z kolei na łamach „New York Timesa” wzywał prezydenta Trumpa, by zbeształ polski rząd w swym warszawskim przemówieniu.

To od takich jak on popłynęły po Marszu Niepodległości sygnały skwapliwie podchwycone przez światowe ośrodki propagandowe głoszące że w Polsce rodzi się „faszyzm”, a ulicami Warszawy przeszło „60 tys. nazistów” i „zwolenników supremacji białej rasy”. Tu przypomnę, że w październiku 2010 r. zupełnie poważnie projekt swoistej „kulturowej segregacji” i „wewnątrzpolskiego apartheidu”, zgłosił salonowy politolog, prof. Radosław Markowski w rozmowie z Agnieszką Kublik. „Nie jest nam potrzebna sztuczna jedność. Trzeba pracować nad tym, żeby się skutecznie instytucjonalnie podzielić. Razem się już nie da” - stwierdził, postulując, że skoro „oświeceni” i „mohery” muszą już dzielić wspólne terytorium, to niech mają swoje oddzielne instytucje i niech osobno płacą na nie podatki. Mamy tu totalne wyobcowanie z poczucia narodowej wspólnoty i ten typ myślenia jest wciąż aktualny – dla „drugiej strony” Polska w której odsunięci są od wpływów nie jest ich Polską i skłonni są usprawiedliwić każde przeniewierstwo i zdradę, o ile ma ona na celu przywrócenie naturalnego w ich osądzie porządku rzeczy. Przekonanie to zresztą podzielają razem z europejskimi lewackimi elitami, z którymi czują powinowactwo bliższe i głębsze, niż z rodzimym „ciemnogrodem”, niczym komunistyczni internacjonaliści ze Związkiem Sowieckim.

Dziś kabotyńsko układają się na pluszowych krzyżach, konsumując jurgielt z niemieckich i sorosowskich fundacji i dostając spektakularnych spazmów, gdy ktoś im pomacha przed nosem widmem targowickiej historii. Powiem tak – gdyby któregoś dnia zrewoltowany tłum wtargnął do tych wszystkich sprzedajnych redakcji i gabinetów, wywlókł na ulice ich rezydentów i udekorował nimi okoliczne latarnie, nawet nie drgnęła by mi powieka. Gorze zdrajcom!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Zdradzieckie mordy najgorszego sortu


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 (01-07.12.2017)

piątek, 4 sierpnia 2017

Timmermans – lewacki burak roku

Uznanie Fransa Timmermansa za persona non grata, jest na początek absolutnym minimum.


I. Euro-burak

Gdy 19 maja br. „Gazeta Wyborcza” przyznawała Fransowi Timmermansowi tytuł „Człowieka Roku”, można było tę groteskę skwitować zgryźliwym uśmiechem i co najwyżej przez chwilę zadumać się nad skalą upadku michnikowszczyzny, gotowej w swym starczym zacietrzewieniu uhonorować każdego łajdaka, który obsika nogawki Kaczyńskiemu. Owacja urządzona człowiekowi nie ustającemu w atakach na polski rząd i nawet nie skrywającemu, że angażuje się po jednej ze stron politycznego sporu, była widowiskiem tyleż śmiesznym, co żenującym – oto podupadająca lewacka gadzinówka nadwiślańskich folksdojczów fetuje brukselskiego vice-gauleitera jako „wielkiego przyjaciela Polski”. Swoją drogą, dlaczego nie przyznali nagrody od razu Junckerowi? To przecież co najmniej nasz równie „wielki przyjaciel” jak Timmermans – szczególnie po kielichu, kiedy wchodzi w stadium miłości do całego świata i nawet Orbana tytułuje pieszczotliwie „dyktatorem”. Zostawiają go sobie na przyszły rok?

Warto przypomnieć, że nie jest to pierwsze wyróżnienie przyznane holenderskiemu politykowi – w 2014 r. otrzymał od Bronisława Komorowskiego Krzyż Wielki Orderu Zasługi RP, zaś w 2006 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył go Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP – za upamiętnianie żołnierzy generała Maczka. Teraz Timmermans „odwdzięcza się” Polsce rządzonej przez partię polityczną z której wywodził się tenże Lech Kaczyński i na której czele stoi jego brat, co zakrawa na ponury chichot historii. Nawiasem, ciekawi mnie, co skłoniło pana Fransa do oddawania czci polskim „Czarnym Diabłom” - wszak z jego socjalistycznego punktu widzenia muszą się oni jawić jako „nacjonaliści”. Patriotyczne motywacje sytuują ich raczej obok polskiej prawicy, a nie chociażby Donalda Tuska dla którego „polskość to nienormalność” - garb z radością odrzucony zaraz po przeflancowaniu go przez Angelę Merkel do Brukseli. No chyba, że filtrując rzeczywistość historyczną przez swój lewacki światopogląd, uznał polskich żołnierzy z 1. Dywizji Pancernej za jakichś internacjonalistów w rodzaju Brygad Międzynarodowych walczących z bliżej nieokreślonymi „nazistami”...

W każdym razie, o ile do niedawna można było Timmermansa zbywać machnięciem ręki jako aroganckiego półgłówka, jakich całe tabuny przewalają się po brukselskich korytarzach, o tyle teraz – po ogłoszeniu wobec Polski ultimatum – należy jasno mu pokazać, gdzie jest jego miejsce. Została bowiem przekroczona granica – unijny urzędnik wprost przypisał sobie prawo do ingerowania w nasze wewnętrzne sprawy i szanujące się państwo nie może podobnej uzurpacji pomijać milczeniem. Ujadanie kundla zza płotu można od biedy tolerować i lekceważyć, ale na próby gryzienia należy odpowiedzieć tęgim kijem, inaczej ten lewacki euro-burak naprawdę gotów uwierzyć, że jest jakimś Breżniewem Europy. Tu nadmieńmy, aby nie było, że rzucam bluzgami na oślep, iż „burak” to ktoś, kto postępuje po chamsku, jest osobą ograniczoną intelektualnie a przy tym pogrążoną w niezmiennym samozadowoleniu, zaś rozmaite deficyty kompensuje agresją. Słowem – wykapany Timmermans.


II. Breżniew Europy

Przypomnijmy, że we wtorek 25 lipca (data jest istotna o tyle, że było to już po podwójnym vecie prezydenta Dudy), Frans Timmermans ogłosił, iż polski rząd ma miesiąc na „rozwiązanie problemów z sądownictwem” - w przeciwnym razie uruchomiony zostanie art. 7 Traktatu Lizbońskiego, w którego konsekwencji Polska może zostać pozbawiona prawa głosu w Radzie Unii Europejskiej.

Powyższa procedura dotyczy naruszenia „wartości unijnych” zapisanych w art. 2 traktatu – rzecz w tym, iż owe „wartości” ujęte są tak ogólnikowo, że można sobie z nich wyinterpretować niemal wszystko w zależności od politycznego zapotrzebowania. W naszym przypadku chodzi o „państwo prawne”, którego zasady ma jakoby naruszać reforma sądownictwa. Z wypowiedzi Timmermansa oraz innych unijnych bonzów wynika jasno, że za naruszenie „państwa prawa” automatycznie uznana zostanie jakakolwiek zmiana obecnego stanu rzeczy. W dość zgodnej opinii komentatorów stanowisko kolegium komisarzy prezentowane przez Timmermansa wyglądało na przygotowane zawczasu i skrojone pod przewidywane podpisanie przez Andrzeja Dudę całego „trójpaku” ustaw o sądownictwie. To, że prezydenckie veto odsyłające do kosza dwie spośród trzech ustaw nie doprowadziło do wycofania się Unii z szantażu, ewidentnie świadczy o politycznej woli „postawienia Polski do kąta” - tym bardziej, że miesięczny termin jest zwyczajnie nierealny. Innymi słowy, sięgnięcie po „opcję atomową” jak nazywany jest art.7 Traktatu o Unii Europejskiej, zostało już wcześniej postanowione i czekano jedynie na pretekst, by ukarać Polskę za całokształt – a przede wszystkim za to, że Polacy wybrali sobie rząd, który nie pasuje eurokratom, bowiem w odróżnieniu od poprzedników poważnie traktuje kwestię państwowej suwerenności.

Timmermans jako totalniacki lewak i nadęty własnym gazem mandaryn-eurokrata jest zatem w swoim żywiole. Można domniemywać, że napędza go również pragnienie osobistej zemsty, bowiem ślimacząca się operetkowa „kontrola praworządności” w sprawie Trybunału Konstytucyjnego stała się obiektem kpin z brukselskiej impotencji, zaś on sam musiał wysłuchiwać od min. Waszczykowskiego uwag, że rozmowy mają dotyczyć konstytucji a nie tego jakie Timmermans ma o niej wyobrażenie. Nie udało się Polski zdyscyplinować „zawstydzaniem” na unijnym forum, więc nadszedł czas na otwartą ingerencję. Timmermans pozuje tutaj na współczesnego Breżniewa – sowiecki gensek zasłynął jako twórca tzw. „doktryny Breżniewa” zakładającej prawo do interwencji w państwach Układu Warszawskiego w przypadku odstępstwa od jedynie słusznej linii, co na własnej skórze przetestowała Czechosłowacja w 1968 r. Pytanie, czy pozostałym państwom członkowskim UE, zwłaszcza tym mniejszym, uśmiecha się taki precedens – przecież za chwilę pod byle pretekstem same mogą paść ofiarami autokratycznych uroszczeń brukselskiego „politbiura” okupowanego przez oligarchów bez demokratycznego mandatu – wszak Partia Pracy Timmermansa w ostatnich wyborach zaliczyła totalną klapę i w holenderskim parlamencie ma raptem 9 miejsc, a głosowało na nią zaledwie 5,7 proc. wyborców.


III. Małpa Merkelowej

Poza wszystkim innym, zachowanie Timmermansa świadczy o typowej dla lewackich buraków impregnacji na rzeczywistość. Oni wciąż zwyczajnie nie przyjmują do wiadomości wyników wyborów z 2015 i uważają obecny stan rzeczy za przejściowy. Sądzą, że jeżeli tylko odpowiednio mocno wyeskalują konflikt i z pomocą miejscowej targowicy rozhuśtają nastroje polityczne w Polsce, to doprowadzą do zmiany władzy. To jest ich pojmowanie demokracji - zachowują się jak twardogłowi aparatczycy z Moskwy rezerwujący sobie prawo do interwencji w imię zachowania swych interesów i wpływów. Dla nich w Polsce istnieje tylko elektorat PO i Nowoczesnej. Reszta - nawet jeśli jest to większość - nie ma wg nich praw do politycznej reprezentacji, a już na pewno do rządzenia państwem, bo nie podziela właściwych, postępowych poglądów. Oto „liberalna demokracja” a la Bruksela w pełnej okazałości. Należy stwierdzić jasno – tu nie chodzi o praworządność, tylko podporządkowanie Polski widzimisię unijnych urzędników, którym się uroiło, że są władcami Europy - i docelowo obalenie rządu PiS. To jest prywatna wojenka Timmermansa ubrana w szaty unijnych procedur.

Rzecz jasna, nie byłby w stanie uprawiać swoich harców bez zezwolenia Berlina. Niemieckie media, mające to do siebie, że są ustami tamtejszego establishmentu i mówią to, czego nie wypada powiedzieć politykom, właśnie doniosły na łamach „Die Welt”, iż Angela Merkel szykuje Tuska do powrotu na stanowisko premiera w Polsce. W tym celu mobilizuje wszystkie swoje małpy – w Polsce są to odsuwani od wpływów i pieniędzy renegaci, zaś na forum unijnym jej małpą nr 1 jest Frans Timmermans, mający nad Junckerem tę przewagę, że mniej pije. Sama pozostaje w cieniu, by nie spłoszyć Polaków zbytnią ostentacją w okazywaniu swych hegemonistycznych zapędów. Plan jest oczywisty – obalić rząd polskimi rękami. To wyprowadzona na ulicę agentura i zmanipulowana część Polaków, przy profesjonalnym wsparciu mediów i agencji PR oraz brukselskiego ośrodka nacisku, ma sprawić, by Tusk na białym koniu znów zaprowadził „porządek w Warszawie”. Hierarchia jest więc jasna – Merkel jako europejski fuhrer w spódnicy, Timmermans jako brukselski gauleiter i Tusk w charakterze polskojęzycznego folksdojcza zarządzającego nadwiślańską kolonią. Ultimatum Timmermansa jest częścią składową tego scenariusza.

Na tę próbę rozegrania nas od wewnątrz polski rząd powinien zareagować z całą stanowczością. Sądzę, że uznanie Fransa Timmermansa za persona non grata, jest na początek absolutnym minimum. A dalej? Cóż, obecna sytuacja ma tę zaletę, że skutkować będzie wzrostem eurosceptycznych nastrojów – i w razie konieczności należy tę społeczną legitymizację ewentualnego „polexitu” skrupulatnie wykorzystać.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (26.07-01.08.2017)

Pod-Grzybki 108

Horror na polskich plażach! Oto niewinnych wczasowiczów postanowiła nagabywać ekipa Borysa Budki w ramach psudo-luzackiego eventu „Wakacje z Europą”. To jest dokładnie ten sam poziom żenady, co pamiętne wyczyny Migalskiego i Jakubiakowej z kampanii prezydenckiej 2010 roku. Pamiętamy to, prawda? Spóźnione o pokolenie dzieci-kwiaty w barwnych fatałaszkach zawodzące „Give PiS a Chance”. Budka ze swoim towarzychem postanowił natomiast pokokietować elektorat turniejami piłki plażowej okraszonymi zajęciami z polit-gramoty. Swoją drogą, to jest pocieszające, że oni zatrzymali się na poziomie, jaki prawica prezentowała siedem lat temu.


*

Ostrzeżenie dla plażowiczów: jeżeli z nadmorskich chaszczy wyłoni się nagle jakieś monstrum w slipach, ze śladami poparzeń słonecznych i odłażącą całymi płatami skórą, proszę zachować spokój. To nie jest lato żywych trupów, tylko poseł Budka polujący na samotne ofiary, by pogadać choć chwilę o konstytucji.


*

Po podwójnym vecie prezydenta Dudy rozgorzały spekulacje dotyczące powstania jakiejś partii prezydenckiej. To zadziwiające, że poprzednie efemerydy w rodzaju „Lewicy i Demokratów”, którym patronować miał Aleksander Kwaśniewski, niczego naszych rozgrzanych komentatorów nie nauczyły – podobnie jak losy różnych secesjonistów z PiS. Jeżeli Duda pójdzie na ten lep, to sam będzie sobie winien i nie uronię nad nim jednej łzy. A on sam nielicho się zdziwi, gdy na koniec okaże się, że głosowali na niego tylko Ziemkiewicz z Warzechą, a prezydentem został Marek Suski.


*

Nawiasem, prezydent Duda swoje veto ogłosił 24 lipca - a to dość symboliczna data. Otóż 24 lipca 1792 r. król Stanisław August Poniatowski przystąpił do Targowicy...


*

Poczytałem sobie o tym, jak SKW próbowała zwerbować kolegę z łamów „Gazety Finansowej”, czyli redaktora Łukasza Pawelskiego – i, co tu dużo mówić, poczułem ukłucie zazdrości. Najwyraźniej jestem za mało ważny, by Sauron raczył zawiesić na mnie swe oko. Ale cóż, w takim razie trzeba się zareklamować i w związku z tym przedstawiam zapytanie ofertowe. Zwracam się niniejszym do wszystkich służb tajnych, widnych i dwupłciowych, których mamy obecnie w Polsce, o ile dobrze liczę, dziesięć, z propozycją nawiązania współpracy. Moim atutem jest elastyczność – jestem w stanie współpracować z każdą z osobna i wszystkimi naraz – SWW, SKW, ABW i ile tam was jest – mnie tam bez różnicy. Gwarantuję donosy pisane bez błędów ortograficznych – pod tym względem takiego „Bolka” wyprzedzam już na starcie. Oczywiście, prócz splendoru z jakim wiąże się dla mnie podjęcie współpracy z tak prominentnymi instytucjami, moja motywacja ma również charakter finansowy – tak więc proszę o zabezpieczenie zawczasu stosownego funduszu operacyjnego. Swoich danych nie podaję, bo z pewnością takie asy wywiadu, jak ten oficer „podchodzący” red. Pawelskiego, są w stanie ustalić je sobie sami. Tylko poważne oferty. Czekam z utęsknieniem na kontakt - wasz agent 0-700.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (26.07-01.08.2017)

czwartek, 7 kwietnia 2016

W przededniu wojny domowej

Wisi nad nami widmo anarchizacji Polski.

I. Rokosz trybunalski

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego jest nie tylko polityczną robótką na zamówienie opozycji (choć to, ma się rozumieć, również). To przede wszystkim podkładka na użytek zagranicy, ze szczególnym uwzględnieniem Komisji Europejskiej, mająca dać pretekst do dalszych wrogich kroków wobec Polski. Zarówno prezes Rzepliński, jak i reszta składu orzekającego w zasadzie poniechała jakichkolwiek pozorów bezstronności, jawnie pozycjonując się jako jedna ze stron politycznego sporu. Ciąg wydarzeń jest bowiem następujący: najpierw sędzia Rzepliński pisze „pod siebie” nową ustawę o TK, następnie koalicja PO-PSL metodą faktów dokonanych wybiera pięciu sędziów z czego dwóch nielegalnie nawet w świetle ówcześnie obowiązujących przepisów (koniec kadencji dwójki sędziów, profesorów Zbigniewa Cieślaka i Teresy Liszcz, przypadał na okres już po wyborach parlamentarnych – odpowiednio 2 i 8 grudnia). Nowa większość sejmowa postanawia odpłacić pięknym za nadobne i unieważnia uchwałą wybór całej piątki, powołując w jej miejsce innych kandydatów, następnie zaś uchwalając nową ustawę o TK, której Trybunał pod przewodnictwem sędziego Rzeplińskiego zwyczajnie nie przyjmuje do wiadomości, odmawiając jej domniemania konstytucyjności. Wskutek powyższego Trybunał obradując pod rządami dotychczasowej, „rzeplińskiej” ustawy, uznaje ustawę „pisowską” za niekonstytucyjną. W międzyczasie, jak się okazuje, sentencja końcowego orzeczenia konsultowana jest z politykami PO – na co najmniej dwa tygodnie przed ostateczną rozprawą i formalnym ogłoszeniem wyroku.

Mamy zatem nową jakość – jawny rokosz trybunalski. TK otwarcie postawił się ponad jakąkolwiek władzą, w tym władzą ustawodawczą Sejmu dysponującego demokratycznym mandatem. Od tej pory TK może w zasadzie przechodzić do porządku dziennego nad kolejnymi aktami prawnymi przyznając bądź odbierając im „po uważaniu” walor domniemania konstytucyjności. Jest to więc de facto wykreowanie nowej sytuacji ustrojowej – „trybunałokracji”, w której jeden z organów państwa samowolnie ustala swe kompetencje. Wszystko to poza porządkiem konstytucyjnym, bowiem obecna konstytucja zwyczajnie nie przewidziała takiego rozwoju wypadków. W tych okolicznościach Polsce de facto grozi dwuwładza – parlament będzie uchwalać ustawy zatwierdzane przez prezydenta i wdrażane przez rząd, natomiast Trybunał ostentacyjnie sprzymierzając się z opozycją – tak parlamentarną, jak i „uliczną” (KOD) - będzie je po kolei „uchylał” pod byle pretekstem, czego z kolei nie będzie uznawał rząd, odmawiając drukowania wyroków. Trybunał w konsekwencji zapewne stanie na stanowisku, że jego werdykty obowiązują „same z siebie” niezależnie od formalnego ogłoszenia w dziennikach urzędowych. Rodzi to naturalne pytanie, jak w takiej sytuacji będą zachowywały się sądy – wedle których przepisów zechcą orzekać? A administracja publiczna? Krótko mówiąc, wisi nad nami widmo anarchizacji Polski.

II. Bunt mainstreamu

Oczywiście, można teraz się zastanawiać, czy PiS-owi była potrzebna ta awantura – w swej początkowej fazie wyłącznie prestiżowa, bowiem nawet mianowanie pięciu sędziów nie dawało większości w 15-osobowym Trybunale. Czy nie lepiej było poprzestać na unieważnieniu wyboru dwójki sędziów, których kadencja upływała w grudniu? Najwyraźniej nie doceniono stopnia determinacji i politycznego zaangażowania sędziego Rzeplińskiego oraz stojącego za nim prawniczego establishmentu, przyzwyczajonego do samodzielnego ustalania reguł środowiskowych – nawet gdy dotyczą one nie tylko „prywatnych” korporacji, lecz również spraw sądownictwa i prokuratury. A że akurat w tej materii interes prawniczych luminarzy był zbieżny z interesem reszty odsuwanego właśnie od wpływów magdalenkowego mainstreamu – na zasadzie: dziś „pisowcy” wezmą się za nas, jutro za was, więc połączmy siły – toteż obserwowany obecnie wewnętrzny sojusz zjednoczonego obozu beneficjentów III RP w imię „obrony demokracji” narzucał się sam. Na powyższe nałożyły się antagonizmy, nazwijmy to, kastowo-kulturowe. Już samo podwójne zwycięstwo „pisiorów” pod wodzą „kurdupla” było dla dotychczasowej „klasy uprzywilejowanej” i jej społecznego zaplecza lubiącego siebie określać mianem „Polski jasnej” nie do zniesienia. Gdy zaś okazało się, że PiS ma zamiar na serio zabrać się za ich naturalne żerowiska, za nic mając ustalone przez ostatnie ćwierćwiecze hierarchie i nadęte autorytety, doszło do sprzężenia całkiem przyziemnych interesów z poczuciem urażonej godności. „Mohery” wkraczające z przytupem w zastrzeżone dotąd rewiry – to musiało zostać odebrane jako policzek i nieuprawnioną uzurpację. Szerzej ten typ emocji opisałem w świąteczno-noworocznym tekście „Portret KOD-owca” („Polska Niepodległa” nr 50-52 23.12.2015-12.01.2016) - polecam.

Kolejnym błędem, potencjalnie kosztownym politycznie, była „ucieczka do przodu” - czyli zaproszenie przez ministra Waszczykowskiego Komisji Weneckiej, co po czasie przyznał zresztą Jarosław Kaczyński. Mimo tego, że stanowisko Komisji ostatecznie wcale nie było tak miażdżące jak spodziewały się tego środowiska opozycyjne (Komisja przyznała m.in. że konstytucję naruszyła zarówno poprzednia jak i obecna władza, wezwała też obie strony w parlamencie do „znalezienia rozwiązania” kryzysu), to medialno-propagandowy przekaz na kraj i zagranicę oczywiście skoncentrował się tylko na elementach krytycznych wobec PiS. Reakcji różnych międzynarodowych gremiów tylko patrzeć.

III. W przededniu wojny domowej

Niezależnie jednak od wymienionych tu zastrzeżeń co do błędów Prawa i Sprawiedliwości, trzeba powiedzieć sobie jasno – za konsekwentne podgrzewanie atmosfery odpowiada Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP wraz z jego politycznymi emanacjami. Zresztą nic dziwnego, grają bowiem wedle schematu „im gorzej, tym lepiej”, czując za plecami poparcie płynące z obcych ośrodków, dla których obecny rząd dążący do odzyskania przez Polskę w kluczowych obszarach podmiotowości, stanowi zagrożenie różnorakich interesów. Toteż doprowadzenie do stanu wrzenia, wręcz wojny domowej, jest wspólnym celem uczestników „kodowskich” demonstracji, sił politycznych pozostających na obcym jurgielcie, Brukseli, Berlina, Moskwy, międzynarodowego biznesu... słowem – wszystkich, którym suwerenna Polska jest nie na rękę. Jak można sądzić po nagłaśnianych sygnałach zza Atlantyku, tyczy się to również Stanów Zjednoczonych – ktoś trafnie zauważył, że Waszyngton uwielbia przewerbowaną agenturę i zapewne chętniej widziałby w Warszawie kogoś pokroju Leszka Millera z czasów Starych Kiejkutów. Opcja niepodległościowa, pretendująca do samodzielności, stanowi tylko utrudnienie – i najwyraźniej w oczach USA PiS zaczęło za bardzo targać smyczą, choćby domagając się w zamian za poparcie gwarancji bezpieczeństwa w postaci stałych baz NATO.

Czeka nas zatem wiosenna wojna domowa połączona z obcą interwencją (oby tylko na polu dyplomatycznym i gospodarczym). Platforma, Nowoczesna, kodowcy itd. nawet nie ukrywają, że liczą właśnie na ingerencję – bo też, na podobieństwo Targowicy, silni są przede wszystkim zewnętrznym poparciem. Wyrok TK jest kolejnym krokiem na drodze do spodziewanej konfrontacji, dając wygodny asumpt do eskalowania wrogich działań w imię obrony „konstytucyjnego porządku” i „demokracji”. Wprawdzie Węgry ustami Viktora Orbana już zapowiedziały, że nie poprą żadnych sankcji przeciwko Polsce, ale zapewne Bruksela poszuka sposobów na ominięcie węgierskiego weta, tym bardziej, że Berlinowi zależy na zdyscyplinowaniu krnąbrnego wasala. Schetyna otwarcie mówi o „Majdanie w Warszawie”, a warto pamiętać, że taki Soros ma w organizowaniu i sponsorowaniu różnych „majdanów” spore doświadczenie. Możemy zatem spodziewać się chociażby ulicznych burd i prowokacji. KOD, który zdążył zarejestrować się jako stowarzyszenie, ma otwartą drogę do przyjmowania funduszy – zarówno oficjalnych, jak i nieoficjalnych, legalizowanych jako datki z „puszek”.

I tutaj dochodzimy do organizacji pozarządowych funkcjonujących w Polsce na zasadzie agentury wpływu podpiętej pod zagraniczne źródła finansowania – czasem, jak w przypadku darowizn z fundacji afiliowanych bądź przy CDU, bądź to przy SPD, wprost z niemieckiego budżetu. W tym kontekście nigdy dość przypominania o roli jaką odegrało założone przez Balcerowicza, a współpracujące m.in. z Fundacją Adenauera, Forum Obywatelskiego Rozwoju w kampanii wyborczej 2007 roku, co opisał śp. Jacek Maziarski („Rewizor”) w pamiętnym tekście „Jak zmanipulowano wybory 2007 roku” - FOR z akcją „Zmień kraj, idź na wybory” zmobilizowało „grupę docelową” 3 mln młodych wyborców, co otworzyło Platformie drogę do wygranej. Aktywizacja chociażby „Amnesty International” i innych NGO'sów, które za PO siedziały cicho, nie pozostawia złudzeń co do ich politycznego oblicza. Na dobrą sprawę, należałoby organizacje korzystające z zagranicznego sponsoringu uznać za obcych dywersantów i stosownie do tego traktować. W końcu, jak wojna – to wojna!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/wi%C4%99c-wojna

http://blog-n-roll.pl/pl/portret-kod-owca

http://niepoprawni.pl/blog/346/organizacje-pozarzadowe-jako-agentura-wplywu

http://niepoprawni.pl/blog/138/jak-zmanipulowano-wybory-2007-roku

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3521-pod-grzybk

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 11 (16-22.03.2016)

czwartek, 24 grudnia 2015

Targowiczątka proszą o bratnią pomoc

Wystarczy usiąść na brzegu rzeki i zaczekać na spływające nurtem polityczne trupy Merkel, Hollanda i reszty.

„Najpierw cię ignorują. Potem śmieją się z ciebie. Później z tobą walczą. Później wygrywasz” - ten cytat z Mahatmy Gandhiego idealnie pasuje do sytuacji Jarosława Kaczyńskiego. Zwróćmy uwagę, że dopóki w polityczno-medialnym przekazie dominowała szydera, PiS nie mogło liczyć na wygraną - dopiero gdy przeciwnicy zniecierpliwieni uporczywym trwaniem opozycji, która jakoś nie chciała ulec dezintegracji, zaczęli na serio straszyć „powrotem IV RP”, formacja ta zanotowała spektakularny, podwójny sukces. W międzyczasie zaś rozpoczął się spektakl donosów – najpierw do zagranicznych mediów, a następnie do międzynarodowych instytucji. Cóż, przypomnę tylko, że gdy PiS starało się o umiędzynarodowienie śledztwa smoleńskiego, oraz gdy na forum Parlamentu Europejskiego próbowało podnosić sprawę nieprawidłowości przy wyborach samorządowych, na partię spadła fala krytyki za „psucie zagranicznego wizerunku Polski”, a i na lokalnym rynku nie podniosło to notowań ówczesnej opozycji.

Podobnie będzie i tym razem w przypadku PO i Nowoczesnej, tyle że – co ciekawe – z zupełnie przeciwstawnych przyczyn. O ile wcześniej Polacy byli przewrażliwieni na punkcie opinii szeroko pojętej zagranicy na nasz temat i międzynarodową aktywność PiS odbierali w kategoriach „kompromitowania Polski”, o tyle od pewnego czasu rysuje się tendencja przeciwna – Polacy zaczynają się wyzbywać kompleksu niższości, a na połajanki zachodnich mediów i polityków (w szczególności niemieckich) reagują coraz częściej irytacją. Przyczynił się do tego w znacznej mierze kryzys migracyjny i próby siłowego narzucenia nam kwot imigrantów, których nasi rodacy w przytłaczającej większości nie chcą tutaj widzieć. Poza tym, podziwiane dotąd za porządek i dobrą organizację Niemcy pokazują swą bezradność wobec problemu, który same swą nieodpowiedzialną polityką ściągnęły na siebie i Europę. W efekcie, nasi zachodni sąsiedzi już nam tak bardzo nie imponują.

Poza wszystkim, Polacy są wyczuleni na postawy donosicielsko-konfidenckie i w tym kontekście należy zauważyć różnicę jakościową między działaniami PiS z opozycyjnych czasów, a tym, co robi obecnie PO. Otóż w przypadku działań byłej władzy i sprzyjających jej mediów mamy wprost do czynienia z proszeniem o interwencję, jakiś odpowiednik „bratniej pomocy” i wywarcie nacisku na legalnie, demokratycznie wybrane władze. W wersji łagodnej mówi się o ostracyzmie na arenie europejskiej, w wariantach ostrzejszych – o wstrzymaniu funduszy unijnych, a nawet „zawieszeniu członkostwa w UE”. Wszystko rzecz jasna w imię obrony zagrożonej demokracji. Brzmi to arcyznajomo, bo w naszej historii przerabialiśmy już podobną sytuację. Każdy kto wyszpera sobie w internecie tekst aktu Konfederacji Targowickiej ma prawo poczuć deja vu: po uwspółcześnieniu języka otrzymujemy tę samą patriotyczno-wolnościową retorykę, jaką szermują dziś cierpiące na pluszowych krzyżach „autorytety”, to samo łkanie nad utratą swobód i tyranią, podobne oglądanie się na „bratnią pomoc” - z tym, że Szczęsny Potocki i spółka spoglądali w kierunku Petersburga, a dzisiejsze „targowiczątka” - Berlina i Brukseli.

Rzecz jasna, Europa będzie mogła sobie co najwyżej pogardłować, no może spotka Polskę kilka dyplomatycznych despektów, jak to bywało w przypadku Orbana – i tyle. Ponadto liberalny establishment ma kolejny ból głowy – zwycięstwo Frontu Narodowego we francuskich wyborach regionalnych, co zdaje się być przygrywką przed sięgnięciem również po władzę centralną. Dla nas jest to wprawdzie średnia wiadomość, bo tak się składa, że zachodni nacjonaliści są jeszcze bardziej prorosyjscy i proputinowscy niż tamtejszy mainstream, lecz jestem szalenie ciekaw, czy i w przypadku Francji eurokołchoz wykaże się podobnym pryncypializmem jak wobec Polski i Węgier.

Zwycięstwo francuskich narodowców jest kolejnym potwierdzeniem zwrotu społecznych nastrojów w Europie. Tu anegdota. Miałem ostatnio okazję poznać relację pewnego Polaka mieszkającego od 35 lat w Bawarii i prowadzącego tam własny biznes. Okazuje się, że propaganda tamtejszych mediów rozjeżdżają się z opiniami zwykłych ludzi w stopniu podobnym do tego co mamy tutaj. W skrócie – Niemcy (a przynajmniej Bawarczycy) są przerażeni najazdem i wściekli na Merkel, uważają, że wpuszczając migrantów zdradziła swój naród, popularna teoria spiskowa głosi, że Merkel, Putin i Obama to iluminaci, zaś politycznych idoli nasi sąsiedzi mają dwóch – Orbana i Kaczyńskiego. A warto dodać, że mówił to człowiek, który do niedawna uważał „Kaczora” za obciach. Tak więc, wystarczy usiąść na brzegu rzeki i zaczekać na spływające nurtem polityczne trupy Merkel, Hollanda i reszty. Ich następcy będą musieli już śpiewać z całkiem innego klucza.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3022-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 50 (11-17.12.2015)

Pod-Grzybki 31

Dobre: UE przekaże Turcji 3 mld euro na powstrzymanie fali migrantów. Innymi słowy - najpierw Turcja z premedytacją wypchnęła „uchodźców” ze swoich obozów do Europy, a teraz jeszcze od tejże Europy zainkasuje 3 mld „ojrosów”, żeby więcej tego nie robiła. Aha i jeszcze jedno - Polska dorzuci się do tej łapówki dla Turków kwotą 71,2 mln euro.

*

A co tam, idźmy na całość – ile miliardów łapówki trzeba będzie wręczyć sułtanowi Erdoganowi i politycznym cadykom z Izraela, żeby przestali kupować ropę od Państwa Islamskiego? Bo tak się składa, że Turcja i Izrael to najwięksi regionalni sponsorzy islamistycznych rezunów z PI. Może również my przestaniemy się obcyndalać i zamówimy sobie transport taniej ropy? Na potrzeby komunikacji zbiorowej w okresie zimowej kanikuły będzie jak znalazł.

*

Mediodajnie donoszą, że Niesiołowski odleciał i w chwili obecnej orbituje na „Sputniku”. To znaczy, udzielił wywiadu ruskiej propagandowej jaczejce „Sputnik Polska” w którym dawał upust swym obsesjom na tle Kaczyńskiego, PiS-u i Macierewicza. Cóż, szaleństwo Stefana jest faktem ogólnie wiadomym, ale akurat ten paroksyzm naznaczony jest charakterystyczną symboliką. Oni w ochronie własnych tyłków naprawdę gotowi są posunąć się do zdrady stanu – tyle, że tym razem nie wezwą na pomoc carycy Katarzyny, tylko cesarzową Angelę przy brukselskim błogosławieństwie.

*

Wypisy z prekursorów Komitetu Obrony Demokracji:

Bracia nasi, wołamy do was! Wznosimy ręce nasze do was, za tą wspólną Ojczyzną, która ginie, a którą wy zachować możecie, nie idzie tu o nas tylko, zginiecie i wy, gdy Rzczplta ginąc będzie, pomnijcie, iż gdzie się sadowi tyrania, tam na czas zwlec zgon swój można, ale go nie uniknąć, później czy prędzej wszystko, co tchnie wolnością, pod ciężarem despotyzmu upaść musi”. Jeśli ktoś się nie zorientował, wyjaśniam: to końcowy akapit aktu Konfederacji Targowickiej. Wystarczy uwspółcześnić język i mamy gotowca – podkładkę do „bratniej pomocy”. Tak tylko ostrzegam, żebyśmy się później nie zdziwili.

*

Pamiętają Państwo aferę ze zdjęciem z masakry w Lubinie w 1982 r., wykorzystanym w kampanii reklamowej producenta wódki? Okazało się, że panienka, która owo zdjęcie sobie „wyguglała” jest z wykształcenia... historykiem. Co więcej, fotografię ściągnęła ze strony IPN – i nic jej w pustym łebku nie zaświtało. Na dobrą sprawę, powinno się ją umieścić w klatce przed gmachem MEN jako żywy symbol „boomu edukacyjnego” III RP, którym tak chełpią się nasze elity.

*

Drodzy Państwo, poważna sprawa. Królowi Europy brukselskie rosoły uderzyły do głowy i pod ich wpływem delikatnie, bo delikatnie – ale jednak skrytykował w prasowym wywiadzie politykę imigracyjną Niemiec. Na szczęście, niemieckie media z miejsca rzuciły się mu do d..., przypominając że to nieładnie kąsać rękę, która karmi. Hmm, ponoć „każdy durak po swojemu s uma schodit” - zatem nasz europejski Król Julian postanowił najwyraźniej „zejść” na manię wielkości.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 48 (09-15.12.2015)