Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IIIRP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IIIRP. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Przyszła koalicja: PO-SLD



Ostatnie poczynania Platformy Obywatelskiej to przygotowywanie gruntu pod przyszłą koalicję z SLD.



I. Oczyszczanie przedpola.


Pamiętają może Państwo ile to było niedawno wrzasku w reżimowych mediodajniach, że PiS planuje po jesiennych wyborach koalicję z SLD? Mówiąc pół żartem pół serio, trudno o lepszy przykład psychologicznego mechanizmu przeniesienia, czyli przypisania własnych intencji przeciwnikowi. Mówiąc zaś zupełnie poważnie, była to operacja mająca na celu wymuszenie na PiS deklaracji, że takowa koalicja nie jest brana pod uwagę, po to by oczyścić sobie przedpole. Na podobnej zasadzie Michnik i jego środowisko pryncypialnie gromiło wszelkie inicjatywy podjęcia rozmów z PZPR wychodzące z konkurencyjnych podziemnych środowisk, by następnie samemu dogadać się z komunistami i stać się jedynymi po stronie „opozycyjnej” beneficjentami owoców „okrągłego stołu”.


Cóż – Platforma to typowa bezideowa partia władzy (w języku propagandy IIIRP mówi się o takich - „pragmatycy”), więc różne wolty i zakręty nie szkodzą jej tak, jak ugrupowaniom podkreślającym tradycjonalną ideowość (tacy w języku propagandy IIIRP zwani są dla odmiany „populistami”). W tym kontekście przestaje więc dziwić platformiany zwrot w lewo, zaś zmiana retoryki ma tu służyć wyłącznie przygotowaniu gruntu pod powyborczą koalicję z SLD. Ma oswoić elektoraty obu partii z myślą o przyszłym sojuszu, tak by ten mariaż był do przełknięcia dla opinii publicznej i jawił się jako naturalna konsekwencja przebytej politycznej drogi.


II. Zapateryzm light.


Opisywany ideowy fikołek PO przejawia się przede wszystkim ukłonami pod adresem tzw. lewicy kulturowej. Nagle okazało się, że „związki partnerskie” są OK, nie wyklucza się możliwości adopcji dzieci przez homoseksualistów, zaczęło się podszczypywanie Kościoła (słynne „nasz rząd nie będzie klękał przed księdzem”). Ten zapateryzm w wersji light, lub bardziej swojsko - złagodzony palikotyzm, wprawiał początkowo fanów PO w pewne zakłopotanie, bowiem Platforma chciała uchodzić do tej pory za ugrupowanie umiarkowane, unikające ostrych konfrontacji cywilizacyjno-światopoglądowych, czego wyrazem był bezwład decyzyjny w kwestii zapłodnień in vitro i kokietowanie Kościoła rekolekcjami w Łagiewnikach.


Lewicowy zwrot uzyskał oficjalne potwierdzenie na sobotniej konwencji Platformy, tym bardziej, że został wsparty konkretnymi transferami takich ludzi jak Arłukowicz czy Rosati oraz liberalnej obyczajowo Kluzik-Rostkowskiej. Dodajmy do tego decyzje o wstawianiu na dobre miejsca działaczy SdPl na listach wyborczych, co budzi zresztą niezadowolenie terenowych struktur PO, które czują się wykorzystane (na zasadzie - my tu orzemy w terenie, a miejsca na listach dostają „obcy”). Jeżeli rysowany tu scenariusz się sprawdzi, to po wyborach może się okazać, że różni lewicowi „dysydenci” wcale nie odeszli od swych macierzystych ugrupowań tak daleko...


III. A co z Gowinem?


Charakterystyczna jest w tym kontekście postępująca marginalizacja platformerskich konserwatystów. Na konwencji Platformy zabrakło Gowina (formalnym powodem absencji była hospitalizacja jego wnuka), co trudno interpretować inaczej niż jako sprzeciw wobec obranego przez partię kursu. Zresztą, jak się zdaje nikt z działaczy nie płakał z powodu jego nieobecności, bowiem w tworzącej się konfiguracji Gowin i jego zwolennicy nie są już nawet listkiem figowym, tylko wręcz zawalidrogami.


Gowinowi nie zazdroszczę – będzie musiał bowiem niedługo dokonać trudnego wyboru: albo tkwić w oficjalnie zblatowanej z postkomunistami Platformie i tracić resztki twarzy, albo zrobić rozłam i wzbogacić pejzaż politycznego planktonu, tworząc co najwyżej koalicję z Prawicą RP Marka Jurka czy resztkami po PJN. Teoretycznie możliwe byłoby przejście do Prawa i Sprawiedliwości, lub jakaś forma współpracy, ale tylko pod warunkiem przełamania pewnych barier psychologicznych po obu stronach.


IV. Domknięcie systemu.


W tej układance nie można oczywiście pominąć Pałacu Prezydenckiego wokół którego odtwarza się środowisko polityczne dawnej Unii Demokratycznej, której idee fixe od zawsze był „historyczny kompromis” między „światłą” częścią dawnej solidarnościowej opozycji a „liberałami” wywodzącymi się z PZPR. Przy błogosławieństwie Pałacu, tudzież wsparciu służb „tajnych widnych i dwupłciowych” oraz mediów ten scenariusz jest bliższy realizacji niż kiedykolwiek.


W ten oto sposób system polityczny IIIRP zostanie ostatecznie domknięty i nawet powstanie PJN plus dalsza ewolucja w stronę przystawki PO (mimowolnie lub nie) wpisuje się w ten obrazek. Tak się bowiem składa, że w czasach, kiedy powstawały PiS i Platforma, licytujące się do pewnego momentu w radykalnej krytyce Trzeciej i postulatach budowy Czwartej RP, wielu ludzi znalazło się w każdym z tych ugrupowań „przypadkowo”. Taki Poncyliusz czy Kluzik-Rostkowska zdecydowanie bardziej pasują do Platformy, zaś pewnie w PO znalazłoby się trochę osób bardziej nadających się do Prawa i Sprawiedliwości. Jeżeli PJN zostanie do reszty zwasalizowane, lub się rozpadnie na tych którzy pójdą w ślady Kluzik-Rostkowskiej i tych, którzy wdzieją wór pokutny i powrócą do PiS-u, zaś platformerscy „konserwatyści” zdecydują się na secesję, to porządkowanie sceny politycznej znajdzie swój logiczny finał. Będzie „centrolew” z PO i SLD kontra „centroprawica” reprezentowana przez PiS i plankton, zaś między nimi obrotowy koalicjant, czyli PSL reprezentujące lobby „agrarne”.


V. Orkiestra czeka. Czy może czekać Polska?


Na zakończenie zwrócę uwagę, że to co w wydaniu Prawa i Sprawiedliwości miało być szczytem politycznego cynizmu i wyrachowania (owa mityczna koalicja z SLD), w wykonaniu Platformy przedstawiane jest jako odpowiedzialne działanie respektujące demokratyczną wolę obywateli. Tak się bowiem składa, że TVP, jakby reagując na nową, prolewicową linię Partii i Rządu, przeprowadziła sondaż zaprezentowany w niedzielnych (dzień po konwencji PO) „Wiadomościach” i skwapliwie przedrukowany na stronach internetowych „Wyborczej”, z którego wynika, że większość obywateli życzy sobie koalicji PO-SLD. Jest to wyraźny sygnał, że propagandowa orkiestra czeka tylko na znak, by przystąpić do szturmu na świadomość wyborców.


Co z tym wszystkim ma zrobić PiS? Dobre pytanie. Póki co nie zanosi się bowiem na miażdżącą wygraną w stylu Orbana. Owszem, PiS może czekać na ostateczny krach wszystkiego, jeszcze przed końcem następnej kadencji i zgarnięcie całej puli, pamiętając doświadczenia z poprzednimi koalicjantami będące wynikiem błędnej decyzji o nierozpisywaniu przedterminowych wyborów przy okazji „kryzysu budżetowego”. Osobiście obstawiam, że spodziewane załamanie nastąpi – z różnych przyczyn - po Euro 2012, a więc niedługo. Tak więc PiS może ten rok-dwa poczekać. Pytanie, czy może czekać Polska.


Gadający Grzyb

poniedziałek, 9 maja 2011

Dlaczego zagłosuję na PiS?


Piszę o tym raz, jeden – świadomie na kilka miesięcy przed wyborami, bo słabo wychodzi mi płodzenie partyjnych agitek.



I. Prawica wyśniona kontra „partia drugiego wyboru”.


Tak więc, jak w tytule: dlaczego zagłosuje na PiS? Też mi nowina, mógłby wzruszyć ramionami Czytelnik znający jako-tako moją blogerską publicystykę. Otóż, wbrew pozorom, sprawa nie jest tak oczywista, bowiem dla mnie Prawo i Sprawiedliwość jest klasyczną „partią drugiego wyboru”. Docelowo pragnąłbym widzieć w Polsce prawicę zbliżoną do modelu anglosaskiego – Torysów doby Margaret Thatcher, czy Republikanów czasów Reagana. Prawicę konserwatywną światopoglądowo, przywiązaną do tradycji, antykomunistyczną (czytaj też - antyagenturalną) i wolnorynkową.


Wolnorynkową – tu ważne zastrzeżenie – nie w sensie tzw. „neoliberalizmu”, pod którą to nazwą kryje się oligopol żyjących w symbiozie z władzą wielkich korporacji, tylko wspierającą przedsiębiorczość tzw. „zwykłych ludzi”. Wspierającą, czyli – nie utrudniającą działalności. Tyle i aż tyle. Swojego czasu napisałem w notce „Oligarchowie kontra klasa średnia”: „Samodzielna firma rodzinna jest większą wartością, niż ta sama rodzina pracująca w międzynarodowych koncernach.” Byłaby to również partia obywatelska – z prawyborami, w których bierze udział nie tylko partyjny „aktyw”, ale również zarejestrowani sympatycy – choćby członkowie różnych stowarzyszeń i inicjatyw „otorbiających” to moje wyśnione ugrupowanie.


Do pewnego momentu swe nadzieje wiązałem z UPR (teraz możecie się śmiać, sam chętnie się z tego śmieję). Zmarnowałem mnóstwo kartek wrzucanych do urny na tę partię, bądź na Korwina osobiście. Inna sprawa, że alternatywa była, jaka była. PiS nadal, jak wspomniałem, jest dla mnie „drugim wyborem”... tylko co począć, jeżeli po „odkochaniu się” w Korwinie, wciąż „pierwszego wyboru” nie mam, a zakochiwać się po raz drugi w jakiejkolwiek partii czy polityku nie mam zamiaru?


II. Z pełną świadomością wad...


Otóż, w najbliższych wyborach zagłosuje na Prawo i Sprawiedliwość z pełną świadomością wszystkich wad tego ugrupowania. Mimo tego, że jako wiodąca siła opozycyjna PiS radzi sobie, hmm, średnio. Mimo słabego refleksu (przykładowo, o kontrakcie gazowym i rurze na torze podejściowym do Świnoujścia zaczęli krzyczeć gdy było już po ptokach); mimo marazmu struktur terenowych; mimo dworu wokół lidera złożonego z BMW; mimo nieporadności wizerunkowej; mimo nieufności wobec niezależnych inicjatyw; mimo głosowania za nowelą ustawy medialnej próbującą założyć tylnymi drzwiami kaganiec na internet... można by te grzechy mnożyć, znamy je wszyscy. Jedynie w sprawie katastrofy smoleńskiej, skupiającej jak w soczewce tragiczny stan naszego państwa, PiS trzyma rękę na pulsie (jeszcze tego by brakowało, gdyby nie).


No cóż... Będę teraz plótł banały, niemniej PiS jest jedyną liczącą się siłą polityczną otwarcie kontestującą postokrągłostołowy, kartoflany system, który przez jego apologetów i beneficjentów utożsamiany jest z demokracją jako taką (szerzej o tym utożsamianiu pisałem w „Anatomii propagandy strachu”). I proszę mi tu nie wyskakiwać z tekstami, że Kaczyńscy też byli przy „okrąglaku”. Jarosław Kaczyński traktował bowiem „okrągły stół” jako taktyczny etap, nie jako zaklepanie systemu na wieki wieków. Dlatego utworzył partię polityczną – PC i dlatego związał się z Wałęsą, który w jego ówczesnej kalkulacji (błędnej, jak się okazało) „rokował” na zerwanie z wyklarowanym w magdalenkopodobnych okolicach „układem”. Co się stało po wygraniu przez „Wałka” prezydentury – wiemy. „Bolesław” pogonił „kaczorów” w diabły, zwalił na nich winę za swój kampanijny radykalizm i ani myślał realizować przedwyborczych obietnic (pogonienie komuchów „w skarpetkach” i takie tam). Kulminacją „wałkowszczyzny” była nocna zmiana i obalenie rządu Jana Olszewskiego.


III. „Otorbiać” krówki!


Wróćmy do współczesności. Przy wszystkich wadach, powtarzam, PiS pozostaje jedyną siłą pozwalającą realnie myśleć o IV RP rozumianej jako kompleksowa przebudowa państwa i likwidacja dręczących Polskę systemowych patologii. IV RP ma skutkować również (a może - przede wszystkim) zmianą nastawienia Polaków do Rzeczpospolitej – dobra wspólnego wszystkich obywateli. Kondycja państwa ma bowiem bezpośrednie przełożenie na to, czy Polakom „chce się chcieć”. Nie oznacza to, rzecz jasna, ślepego uwielbienia – choroby obecnego systemu politycznego nie ominęły również Prawa i Sprawiedliwości. Determinuje to m.in. system finansowania partii i ordynacja wyborcza. Dlatego tak istotne jest pilnowanie, jak nieustająco postuluje Chłodny Żółw, by nasze krówki – politycy nie właziły w szkodę.


Owo „pilnowanie krówek” może przybrać postać rozmaitych ruchów społecznych, obywatelskich, „otorbiających” partię. To już się dzieje, po 10.04.2010 widać wzmożenie (bez ironii), tyle że „polityczne krówki” - partyjny aktyw - liczą, iż owe ruchy zapewnią im bezwarunkowe poparcie, mięsko armatnie w czasach okołowyborczych. A potem, tych wszystkich „Solidarnych 2010”, blogerów i resztę tałatajstwa będzie można olać – do następnej kampanii.


Trzeba „krówki” wyprowadzić z błędu. Należy wysyłać czytelne sygnały, że poparcie nie jest udzielone bezwarunkowo i raz na zawsze. Że następnym razem „krówki” mogą tego poparcia nie uzyskać.


Jeżeli w perspektywie kilku następnych lat owe „otorbiające” ruchy okrzepną, istnieje szansa, że my - obywatele z opcji, hasłowo rzecz ujmując, „niepodległościowej” - zyskamy realny wpływ na programowo-polityczną linię partii. Grunt, to nie dać się zwasalizować, a z czasem może nawet doczekamy się opisanej na początku tekstu partycypacji w partyjnych prawyborach (lub czegoś podobnego, w wersji nieformalnej). Staniemy się istotnym głosem w politycznym życiu Polski. Wejdziemy w skład republikańskiego wielkiego namiotu.


IV. ŁŁ - nie ten target, nie te założenia.


Na zakończenie, nie mogę się nie odnieść do koncepcji Łażącego Łazarza – owego „ruchu”, „oddolnego” i „aktywizującego” na bazie „Nowego Ekranu”. Czynię to z czystego egoizmu - choćby dlatego, aby nie można było mi zarzucić chowania głowy w piasek. Otóż, nawet gdyby nie te wszystkie pałętające się w tle „sowy” i „pro militio” (nie rozstrzygam – Ścios pisze jedno, Łazarz drugie) to moment na start tego typu inicjatywy został wybrany fatalnie. Gdyby ów projekt został ogłoszony po październikowych wyborach, sympatyzowałbym z nim. Mógłby stać się kolejnym, ważnym elementem „otorbiania” PiS-u i uzyskiwania wpływu na linię polityczną naszych „krówek”.


Nie odmawiam Łazarzowi dobrych intencji, cenię go, ale sądzę, że w tym przypadku kombinuje nie w tą stronę.


No i jeszcze to założenie, iż jest to oferta skierowana do zniechęconych i niezaktywizowanych obywateli, którzy nigdy nie zagłosowaliby na PiS, ale mają też dosyć Platformy... w tym do 3 milionów obecnych/byłych wojskowych i ich rodzin... Cóż, trzeba było w takim razie założyć internetowy odpowiednik „NIE” w nowej szacie, a nie prawicowy „Nowy Ekran”. Tak się składa, że mam w dalszej rodzinie emerytowanego wojskowego kontrolera lotów i - o ile wiem - jest to osoba dość reprezentatywna dla tego środowiska. Prędzej padnie trupem, niż zagłosuje na cokolwiek trącącego prawicą.


A tak, jeżeli ta akcja w ogóle wypali, to może się skończyć urwaniem jakiegoś procenta głosów – z puli, którą dostałby PiS - i zamieszaniem. Para w gwizdek.


No, chyba, że to tylko taki chwyt marketingowy...


***


Khem, ponarzekałem sobie na Prawo i Sprawiedliwość, na Łazarza i zgłosiłem pobożne życzenie „otorbienia” PiS-u, podpierając się bez zapytania o zgodę Chłodnym Żółwiem. Nie ma co, wyszła mi ta agitka...


Gadający Grzyb