Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odszkodowania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odszkodowania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 października 2018

Czy Grecja sprocesuje Niemcy?

Wyprocesowane od Berlina reparacje stanowiłyby znakomitą poduszkę bezpieczeństwa, zapewniając nam miękkie lądowanie poza euro-kołchozem.

I. Wyrównać rachunki

Jak doniósł „Der Spiegel”, Grecja od listopada ma rozpocząć polityczną ofensywę w sprawie niemieckich reparacji za II wojnę światową. Sygnał dał kilka tygodni temu premier Aleksis Tsipras, podkreślając, iż sprawa odszkodowań to „historyczny obowiązek”, co niedawno potwierdził prezydent Prokopis Pawlopulos podczas obchodów upamiętniających ofiary hitlerowskiej okupacji. Stosowny raport w tej sprawie został przygotowany już w sierpniu 2016 r., jednak ze względu na trudne położenie zbankrutowanej Grecji i konieczność układania się z wierzycielami, trzymano go do tej pory w zamrażarce. Teraz jednak sytuacja się zmieniła – Grecja z końcem sierpnia zakończyła realizację ostatniego, trzeciego planu pomocowego, budżet (po odjęciu kosztów obsługi długu) zaczyna wychodzić na prostą, więc rząd w Atenach zapalił zielone światło. Raport o reparacjach ma zostać poddany w parlamencie pod głosowanie, a równolegle wystartuje kampania informacyjna. Jak twierdzi „Spiegel”, kolejnym etapem będzie przedstawienie greckiego stanowiska na forum międzynarodowym: przed Parlamentem Europejskim, Radą Europejską, ONZ, a także w samych Niemczech. Następny krok to oficjalne zaprezentowanie roszczeń niemieckiemu rządowi, a wobec spodziewanego odrzucenia żądań – wytoczenie procesu przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze.

Kwota o którą toczy się gra jest niebagatelna: niemal 280 mld. euro (dokładnie 279,8 mld.), z czego 269,5 mld. przypada na odszkodowania, zaś 10,3 mld. euro to obecna wartość nieoprocentowanego kredytu, jakiego okupowana Grecja została zmuszona udzielić III Rzeszy. Warto tu dodać, że formalnie rzecz biorąc Niemcy wypłaciły już Grecji reparacje – stało się tak wskutek dwustronnej umowy zawartej w 1960 r., na mocy której Grecja otrzymała 115 mln. marek. Co więcej, do umowy włączono wówczas klauzulę, że suma ta zaspokaja wszystkie roszczenia. Jednak zważywszy, iż sama pożyczka z 1942 r. opiewała na 476 mln. reichsmarek, niemieckie „odszkodowanie” było wręcz śmiesznie niskie – szczególnie jeśli dodać zniszczenia wojenne i okupacyjny rabunek kraju. Dziś zatem rząd w Atenach postanowił wyrównać rachunki.


II. Zemsta za „bratnią pomoc”

Termin nie jest bynajmniej przypadkowy, bowiem w wyniku kryzysu finansowego Grecja padła po raz kolejny ofiarą niemieckiego dyktatu – tym razem w kwestii przyjęcia „pomocy międzynarodowej” i zablokowania możliwości wyjścia ze strefy euro. Nie od rzeczy będzie przypomnienie, jak się to odbywało. Po pierwsze, Grecja nie powinna była zostać przyjęta do strefy euro – zrobiono to wyłącznie na skutek presji Niemiec, dla których wspólna waluta stała się narzędziem ekonomicznej eksploatacji kontynentu i blokowania konkurencyjności słabszych gospodarek. Zatem Grecji (ale też i Włochom) „podrasowano” odpowiednie wskaźniki (z pełnym błogosławieństwem władz UE i organów finansowych) i wciągnięto do eurolandu, wskutek czego grecka gospodarka z dnia na dzień utraciła konkurencyjność (euro było silniejsze od drachmy, co odbiło się na możliwościach eksportowych). W efekcie Grecja została sprowadzona do roli rynku zbytu dla wyżej rozwiniętych krajów, głównie Niemiec – i to na kredyt. Wzrost gospodarczy w tamtym okresie napędzany był długiem, a wierzycielami w znacznej mierze były niemieckie instytucje finansowe. W takich warunkach wystarczyło globalne tąpnięcie, by cała piramida zawaliła się z hukiem.

I wtedy nastąpił drugi akt greckiej tragedii – pozostająca pod wpływem Berlina „trojka” (Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Europejski Bank Centralny i Komisja Europejska) narzuciły Grecji „plan pomocowy” polegający... na dalszym zadłużeniu kraju (bo cala ta „pomoc”, to nic innego jak kolejne pożyczki). Ówczesny grecki minister finansów Janis Warufakis miał plan wyjścia ze strefy euro (w innym wariancie – wprowadzenia greckiej „waluty pomocniczej” równoległej do euro), zaś premier Tsipras zapowiedział referendum w sprawie przyjęcia uzależniającej na dekady finansowej „bratniej pomocy”. To jednak oznaczałoby, że Niemcy nie zobaczą większości swoich pieniędzy utopionych w greckich papierach dłużnych. „Dyktator” EBC Mario Draghi odpowiedział więc wstrzymaniem kroplówki dla greckich banków, co spowodowało ich czasowe zamknięcie i wybuch społecznej paniki. Poskutkowało - wystraszeni Grecy zaaprobowali „pomocowy dyktat”, premier Tsipras grzecznie podpisał to, co mu kazano, Janis Warufakis musiał podać się do dymisji – a Grecja przyjmując wsparcie zaczęła w ekspresowym tempie nabijać swój dług publiczny i wyprzedawać majątek narodowy. Na dodatek, cała „pomoc” opierała się na fikcyjnej inżynierii finansowej (teoretycznie EBC nie może wspierać niewypłacalnych państw strefy euro) – otóż, by uzasadnić wypłatę kolejnych transzy EBC przyjął założenie, że „zabezpieczeniem” będą... greckie obligacje. Innymi słowy, iluzję wypłacalności bankruta miały podtrzymywać jego „śmieciowe” papiery wartościowe – udzielono więc kredytu pod zastaw... poprzednich długów – wszystko po to, by wypłacone pieniądze mogły poprzez grecki budżet wrócić do Niemiec i uratować tamtejsze banki. W ten sposób „przepompowano” ok. 300 mld. euro, które Grecja ma spłacić, co w praktyce jest oczywiście niewykonalne.

W kontekście powyższego, trudno nie odnieść wrażenia, że podniesienie sprawy reparacji jest swoistą zemstą za tamtą, narzuconą siłą „bratnią pomoc”. Zwróćmy uwagę, że owe 280 mld. euro wojennych odszkodowań niemal wystarczyłoby na odwrócenie skutków międzynarodowej interwencji i pozwoliło Grekom złapać oddech – a może nawet wymiksować się z eurolandu. Warto zatem całej sprawie bacznie się przyglądać.


III. Sojusz poszkodowanych

Jednak sprawa greckich roszczeń może być kluczowa również ze względu na nasze roszczenia reparacyjne – tym bardziej, że mamy solidniejsze podstawy prawne niż Grecy, a i straty wojenne ponieśliśmy nieporównywalnie większe. Wg ustaleń politologa Grzegorza Kostrzewy-Zorbasa mogą one sięgać ok 845 mld. dolarów (stan na rok 2014) – a po doliczeniu odsetek za zwłokę jeszcze więcej. Możemy więc mówić nawet o kwocie w okolicach biliona dolarów. Sporządzona we wrześniu 2017 r. opinia prawna Biura Analiz Sejmowych podkreśla m.in., że słynna deklaracja rządu PRL z 1953 r. zrzekająca się odszkodowań dotyczyła jedynie NRD i nie miała podstaw w ówczesnej konstytucji – umowy międzynarodowe leżały bowiem w gestii Rady Państwa. Dodatkowo, ustalenia poczdamskie, w myśl których mieliśmy zaspokajać swoje roszczenia z puli ZSRR są nader wątpliwe, bowiem w zamian za „odszkodowania” zmuszeni byliśmy dostarczać ZSRR kontyngenty węgla po zaniżonych cenach, co stawia pod znakiem zapytania charakter owych świadczeń. W późniejszych latach sprawę roszczeń wobec RFN przedstawiciel PRL podnosił chociażby na XXI i XXII sesji Komisji Praw Człowieka ONZ – ponadto, nigdy nie zawarliśmy z niemieckim rządem umowy zamykającej ten temat (chociażby na wzór umowy z 1929 r., regulującej sprawę odszkodowań za I wojnę światową). No i wreszcie, prawo międzynarodowe nie przewiduje przedawnienia odnośnie zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości oraz roszczeń z ich tytułu.

Podsumowując, sądzę, że warto z Grekami zawrzeć nieformalny „sojusz poszkodowanych”, który obejmowałby wzajemne wspieranie się na arenie międzynarodowej – a może nawet z Namibią, która również walczy o sprawiedliwość za ludobójstwo rdzennej ludności z czasów kolonialnych (lata 1904-1908). Póki co bowiem, Niemcy stali się prawdziwymi mistrzami świata w epatowaniu „moralnymi rozliczeniami” przy jednoczesnym unikaniu materialnej odpowiedzialności za swe zbrodnie. Poza wszystkim, wielkimi krokami zbliża się moment, gdy trzeba będzie opuścić brukselski grajdół, obcinający metodą salami naszą suwerenność – tym bardziej, że i finansowo obecność w UE staje się coraz mniej opłacalna. Wyprocesowane od Berlina reparacje stanowiłyby wówczas znakomitą poduszkę bezpieczeństwa, zapewniając nam miękkie lądowanie poza euro-kołchozem.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Namibia a sprawa polska

Zbrodnie niemieckiego kolonializmu

Od reparacji do „polexitu”

Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?

Reparacje – polska broń atomowa

Teutońska buta

Reparacje – polska odpowiedź


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 41 (12-18.10.2018)

piątek, 15 września 2017

Reparacje – polska broń atomowa

Prawo jest po naszej stronie. Nie zawahajmy się go użyć – bo w końcu, jak nie teraz, to kiedy?



I. Papierowy „Tygrys” Bundestagu
Nie ma co – na wieść o samej możliwości zgłoszenia przez Polskę roszczeń odszkodowawczych za II wojnę światową Niemcom powiało po tyłku nieprzyjemnym chłodem. Przecież nie tak miało być – obszar Europy Środkowej stanowić miał jako Mitteleuropa gospodarczo-polityczne zaplecze dla niemieckiej hegemonii na kontynencie, Polska zaś w tym układzie winna pozostawać swoistą „perłą w koronie” - niczym Indie u szczytu kolonialnej potęgi Wielkiej Brytanii. Tymczasem ewentualny sukces Polski przed np. „sądem państw” (czyli ONZ-owskim Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze), wywracałby ten układ do góry nogami – to Niemcy spętane liczoną w setkach miliardów (może nawet w bilionach) euro kontrybucją, stałyby się de facto naszym lennikiem. Słowem, sytuacja z berlińskiego punktu widzenia nie do odwrócenia bez uciekania się do wojny, co oznaczałoby z kolei niemieckie zbrojenia na miarę Hitlera – to zaś w obecnych warunkach nie byłoby możliwe, no chyba, że znów znaleźliby się hojni sponsorzy z wiadomych kręgów, niczym finansowi opiekunowie wujka Adolfa z lat trzydziestych XX wieku. Póki co jednak, taki scenariusz jest mało realny, czemu przy okazji „zagrożenia praworządności” dał wyraz niemiecki eurodeputowany Elmar Brok melancholijnie stwierdzając: „przecież nie możemy wjechać czołgami do Polski”.
Wobec powyższego, Niemcy postanowiły wystawić na wszelki wypadek papierowego „Tygrysa” – w miejsce historycznego imiennika chrzęszczącego gąsienicami i straszącego lufą kaliber 88 mm. Mowa o analizie wysmażonej w ekspresowym tempie przez Służbę Naukową Bundestagu na zlecenie wiceprzewodniczącego Bundestagu Johannesa Singhammera. Warto tu zwrócić uwagę na pewną dysproporcję. Przypomnę, że u nas o podobną ocenę zwrócił się do Biura Analiz Sejmowych szeregowy poseł Arkadiusz Mularczyk i kwestia ponoć okazała się „zbyt skomplikowana”, by rozwikłać ją do tej pory. A Niemcy? Reaguje druga osoba w parlamencie - zamawiasz i masz, w ciągu kilku dni, od ręki. (przypis – ze względu na cykl wydawniczy tygodnika artykuł powstawał jeszcze przed publikacją opinii Biura Analiz Sejmowych, która ukazała się 11 września 2017 r. - GG).
Jak można się było spodziewać, dokument Bundestagu jednoznacznie oddala polskie hipotetyczne roszczenia (piszę „hipotetyczne”, bo wszak są one u nas wciąż przedmiotem publicznych dywagacji, nie zaś konkretnych posunięć prawno-dyplomatycznych) – czemu ochoczo przyklasnęła rodzima V kolumna złożona z medialnych, politycznych tudzież naukowych folksdojczów i jurgieltników. Wszystko na zasadzie: skoro Berlin przemówił, to sprawa jest rozstrzygnięta - Berlin locuta, causa finita. Czyżby?

II. Polska nie zrzekła się reparacji!
Zrelacjonujmy pokrótce stanowisko Berlina. Otóż po pierwsze, odnosząc się do słynnej deklaracji rządu PRL z 1953 r. o zrzeczeniu się roszczeń wobec NRD, dowiadujemy się, iż Polska Rzeczpospolita Ludowa była państwem „suwerennym”, zaś jej decyzje są „wiążące”. Rymuje się to z wcześniejszą wypowiedzią zastępczyni rzecznika niemieckiego rządu Ulrike Demmer z 2 sierpnia 2017, kiedy to stwierdziła, że rezygnacja z roszczeń dotyczyła „całych Niemiec”. Kolejna rzecz, to potwierdzenia deklaracji z 1953 r., jakie padły ze strony Polski w 1970 i 2004 r. oraz brak podejmowania kwestii reparacji na przestrzeni minionych dziesięcioleci, co świadczyć ma o „rezygnacji” Polski z odszkodowań. Mamy również stwierdzenie o przedawnieniu polskich roszczeń. Argumentem koronnym natomiast ma być „Traktat 2+4” z 1990 r. umożliwiający zjednoczenie Niemiec i ponoć ostatecznie zamykający etap II wojny światowej. Innymi słowy, Niemcy Zachodnie dokonując za zgodą USA, ZSRR, Wielkiej Brytanii i Francji anschlussu NRD, „odziedziczyły” w spadku po niej dobrodziejstwo braku konieczności wypłacania odszkodowań Polsce.
Na pozór brzmi to logicznie i wiarygodnie. Tyle, że to g... prawda. Nic nie jest rozstrzygnięte, zaś analiza organu Bundestagu świadczy jedynie o braku realnych argumentów. Wszystkie powyższe elukubracje mają na celu jedynie rozmydlenie sedna sprawy.
Zacznijmy od deklaracji z dn. 23 sierpnia 1953 r. Faktycznie, rząd PRL zrzekał się w niej dalszych odszkodowań. Uprzednio pobieraliśmy je za pośrednictwem ZSRR na podstawie „Umowy o wynagrodzeniu szkód” z 16 sierpnia 1945 r. - za co „w podzięce” płaciliśmy ZSRR haracz m.in. w postaci obowiązkowych dostaw węgla zarzynających naszą powojenną gospodarkę. Jednak 22 sierpnia 1953 r. ZSRR i NRD zawarły układ w którym ZSRR rezygnował z pobierania reparacji – a dzień później, w niedzielny wieczór, Bierut zwołał nadzwyczajne posiedzenie władz owocujące wspomnianym oświadczeniem. Teoretycznie wszystko jest jasne - zrzekliśmy się rekompensat, sprawa zamknięta.
Problem w tym, że w świetle ówczesnej konstytucji ani rząd, ani Rada Państwa nie miały prawa wydać takiej deklaracji. Artykuł 25 p.7 głosił jedynie, iż Rada Państwa (forma kolegialnej „prezydentury”) „ratyfikuje i wypowiada umowy międzynarodowe” - w całej PRL-owskiej konstytucji nie ma ani słowa o jednostronnych deklaracjach zaciągających (czy to przez „rząd”, czy to przez „Radę Państwa”) na Polskę zobowiązania międzynarodowe, w rodzaju oświadczenia z 23 sierpnia 1953 r. Wspomniana deklaracja zatem była rażącym deliktem konstytucyjnym i jako taka jest od początku nieważna - nie niesie za sobą żadnych skutków prawnych, nawet w „porządku prawnym” PRL! Jest to sytuacja podobna jak z dekretem o stanie wojennym, kiedy to Rada Państwa również przekroczyła swoje konstytucyjne prerogatywy – bo nie miała prawa wydawać dekretów z mocą ustawy podczas trwającej sesji Sejmu. Co za tym idzie, wszelkie późniejsze „potwierdzenia” na jakie powołuje się Służba Naukowa Bundestagu (wiceministra spraw zagranicznych Józefa Winiewicza podczas negocjacji układu PRL-RFN z 1970 r. oraz rządu III RP z 2004 r.) również nie mają żadnej mocy prawnej. Czyli - na gruncie prawa międzynarodowego do niczego się nie zobowiązaliśmy.
Więcej – rząd PRL zaniechał wysłania oficjalnej noty do rządu NRD w powyższej sprawie, co odkrył podczas kwerendy po rządowych archiwach powołany przez prezydenta Warszawy śp. Lecha Kaczyńskiego zespół przygotowujący drugą część raportu o stratach wojennych Warszawy (dziwnym trafem, owa druga część, skupiająca się na zagadnieniach prawnych związanych z odszkodowaniami, jest nie do znalezienia w internecie). A zatem, rzekome zrzeczenie się przez Polskę reparacji nie ma żadnego odzwierciedlenia w układach bilateralnych. Inaczej mówiąc, to wszystko było „na gębę”. Z kolei Grzegorz Kostrzewa-Zorbas w 2014 r. odkrył, iż deklaracja władz PRL z 23 sierpnia 1953 r. nie została zarejestrowana w Sekretariacie ONZ. I tu już Niemcom robi się konkretnie mokro, bo na akty prawnomiędzynarodowe nie notyfikowane przy ONZ nie można się powoływać podczas postępowań przed organami Organizacji Narodów Zjednoczonych – a takim jest Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze do którego należałoby ostateczne rozstrzygnięcie.
Cóż więc pozostaje Niemcom? Mogą się powoływać na bierność kolejnych rządów PRL i III RP oraz na „przedawnienie”. Tyle, że w prawie międzynarodowym nie ma sztywno zdefiniowanej instytucji przedawnienia. Jeżeli już, to ma ono formę niedookreślonego prawnie zwyczaju, ale tu ocena, czy zaszło owo niby-przedawnienie i czy Polska zrzekła się roszczeń poprzez zaniechanie, należy do trybunału w Hadze - a ten może równie dobrze orzec na naszą korzyść, jak i Niemców. Lecz by to sprawdzić, należy wnieść tam stosowny, dobrze przygotowany i udokumentowany pozew.
No i wreszcie kwestia „Traktatu 2+4”. Ów traktat był taką bardziej cywilizowaną formą Jałty – dopuszczono nas jedynie do rozmów odnośnie polskich granic. Polska nie miała możliwości podjęcia w procesie negocjacyjnym odszkodowań wojennych. Rząd Mazowieckiego z ministrem Skubiszewskim zresztą nawet tego nie próbowali – i tu, paradoksalnie, ich tchórzostwo wychodzi nam dziś na dobre, bo możemy powiedzieć, że decyzje zostały podjęte bez naszego udziału i ponad naszymi głowami. To, co USA, ZSRR, Wlk. Brytania i Francja sobie uzgodniły z Niemcami – to ich sprawa. My, jeśli chodzi o reparacje, do niczego się nie zobowiązaliśmy.

III. Polska broń atomowa
Konkludując – nigdy i niczego nie zrzekliśmy się w sposób wiążący na gruncie prawa międzynarodowego. Ani w PRL, ani w III RP. Natomiast Niemcy, owszem, jak najbardziej traktatowo zgodziły się na obecne polskie granice. I tu jest ten haczyk z którego Berlin zdaje sobie sprawę, dlatego tak nerwowo oznajmia raz za razem, że sprawa reparacji jest „ostatecznie załatwiona” - jak raczył niedawno oznajmić rzecznik niemieckiego rządu Steffen Seibert. Jeśli zatem Niemcy uruchamiają dziś papierowego „Tygrysa” i grożą równie papierową „bombą atomową” w postaci uruchomienia wobec Polski artykułu 7 Traktatu Lizbońskiego („nie możemy trzymać języka za zębami” - te słowa Merkel są ewidentną reakcją na podniesienie przez nas sprawy reparacji) – to wiedzmy, że w odróżnieniu od przeciwników, mamy na podorędziu prawdziwą bombę. Prawo jest po naszej stronie. Nie zawahajmy się go użyć – bo w końcu, jak nie teraz, to kiedy?

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?

Od reparacji do „polexitu”

Zbrodnie niemieckiego kolonializmu

Namibia, a sprawa polska

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 37 (13-19.09.2017)


niedziela, 27 sierpnia 2017

Od reparacji do „polexitu”

Dopiero w momencie otrzymania reparacji będziemy mogli powiedzieć, że wygraliśmy II wojnę światową. Póki co bowiem wciąż pozostajemy w gronie przegranych.



I. Reparacyjna gorączka
Zważywszy, iż temat wojennych reparacji jakie należą się nam od Niemiec rozgrzał do białości nie tylko tutejszych folksdojczów, którzy nieustannie pozostają w stanie wzmożonego alertu, lecz również – co zrozumiałe – patriotyczną część opinii publicznej, sądzę, że nie od rzeczy będzie zamieścić kilka uwag nieco mitygujących owo wzmożenie. Oczywiście, nie ulega dla mnie wątpliwości, że odszkodowania nam się należą - ale jakie realnie mamy perspektywy na sukces? Tu ważne zastrzeżenie – mam nadzieję, że Jarosław Kaczyński nie rzucił kwestii odszkodowań ot tak sobie, jako tematu zastępczego w celu rozhuśtania opinii publicznej, bądź w charakterze politycznej demonstracji, aby dać prztyczka w nos Berlinowi za mieszanie się w nasze sprawy. To rzecz zbyt wielkiej wagi na takie figle, o czym świadczy błyskawiczne uruchomienie przez Niemcy wszystkich „pasów transmisyjnych” mających zdezawuować polskie roszczenia. Dalej będę więc pisał zakładając, że jednak mamy do czynienia z inicjatywą poważną.

II. Warunki sukcesu
Zacznę od oczywistości. Zanim strona polska wystąpi z jakimikolwiek oficjalnymi żądaniami, musimy perfekcyjnie odrobić pracę domową. To nie mogą być gazetowe wyliczenia w których fruwają sobie swobodnie różne kwoty – a to 3, to znów 5 czy nawet 6 bilionów euro. Wzorem powinna być tutaj praca zespołu powołanego przez prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego szacującego straty wojenne stolicy (ogółem ponad 45,3 mld. dol. w 2004 r.). Efekty badań zostały opublikowane w postaci dwuczęściowego raportu – część druga skupiła się na materiałach źródłowych dowodzących, że Polska nie zrzekła się skutecznie reparacji wojennych. ŚP. Lech Kaczyński nie ukrywał, iż jest to reakcja na działalność Eriki Steinbach i Związku Wypędzonych oraz Powiernictwa Pruskiego. Podobne oszacowania poczyniono również w innych miastach – teraz należy tę operację rozszerzyć do skali ogólnopolskiej, do czego punktem wyjścia mogłyby być wyliczenia przedstawione na Międzynarodowej Konferencji Reparacyjnej w Paryżu w roku 1946 (Polska wówczas wyceniła straty na 16,9 mld ówczesnych dolarów, można jednak domniemywać, iż te szacunki są dalece niepełne).
Analogicznie rzecz się ma w przypadku opracowania podstaw prawnych – tu również nie może być najmniejszej fuszerki, tak by Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze nie miał pretekstu by oddalić sprawę z powodu jakichś rażących niedoróbek. To nie może być prawny bubel jakie produkuje się niefrasobliwie w Sejmie, by potem w pocie czoła je nowelizować. Pamiętajmy – mamy jedno podejście i cios musi być nokautujący.
Kolejna rzecz – w kwestii reparacji nie możemy liczyć na regionalne sojusze. Grupa Wyszehradzka ani reszta „Trójmorza” nie pomoże nam, a to z tego względu, że większość państw regionu najchętniej o II wojnie światowej by zapomniała. Czechosłowacja poddała się bez walki unikając większych zniszczeń, na dodatek III Rzesza wykroiła z niej marionetkowe, faszyzujące słowackie państewko ks. Tiso. Węgry, Bułgaria, Rumunia to również dawni „satelici” hitlerowskich Niemiec, zaś Chorwacja ma na sumieniu „państwo ustaszów”. Obywatele państw nadbałtyckich sympatyzowali z III Rzeszą, a Łotysze mieli nawet swoje oddziały SS. Słowem, jako jedyni w regionie postawiliśmy się Hitlerowi i ponieśliśmy za to cenę, która po dziś dzień nie została przez Niemcy spłacona.
Następny punkt – porzućmy z góry nadzieję na wywalczenie czegokolwiek poprzez dwustronne negocjacje z Berlinem. Przekonała się już o tym Namibia od trzech lat prowadząca bezowocne rozmowy w sprawie odszkodowań (30 mld. euro) za ludobójstwo na plemionach Herero i Nama z czasów kolonialnych (lata 1904-1908, ponad 100 tys. ofiar). Rząd w Berlinie zaoferował jedynie powołanie „funduszu pomocowego” w wys. 100 mln. euro, odżegnując się przy tym od używania terminu „odszkodowania”, by nie tworzyć niebezpiecznego precedensu. W efekcie rząd namibijski zdecydował się wystąpić z pozwem do Trybunału w Hadze. Nie znaczy to, że z Niemcami nie należy rozmawiać – należy, jak najbardziej, choćby po to, by wysondować jakie mają w ręku karty i demonstrować przed światem wolę „polubownego” załatwienia sprawy. Jednak zasadnicza batalia rozegra się w Hadze - co polecam pod rozwagę wszystkim rozgorączkowanym kibicom, którym się wydaje, że wystarczy machnąć papierami i tupnąć nogą, a Niemcy wyskoczą z kasy. Nie, to będą lata żmudnych zmagań w gabinetach i na salach rozpraw - i trzeba być na to psychicznie przygotowanym, zwłaszcza pod kątem utrzymania przez cały ten czas spokojnej, lecz żelaznej konsekwencji.
No i wreszcie sprawa podnoszona tu i ówdzie – czyli zaangażowanie do współpracy organizacji żydowskich, zaprawionych w egzekwowaniu miliardowych sum w ramach odszkodowań za holocaust. To rzecz śliska. Z jednej strony przedstawiciele wspomnianych tu namibijskich plemion Herero i Nama wnosząc (niezależnie od władz Namibii) przeciw Niemcom pozew przed amerykańskim sądem, zaangażowali prawnika reprezentującego wcześniej ofiary holocaustu (w ogóle, zalecałbym naszemu rządowi uważne przyjrzenie się sprawie Namibii) – ale między Namibią a Żydami nie ma kwestii spornych. Tymczasem od nas organizacje „holocaust industry” domagają się 65 mld. dolarów za pożydowskie mienie - na bazie prawa plemiennej współwłasności, bo przecież nie na podstawie cywilizowanego prawodawstwa cywilnego - co dla nas jest rzecz jasna nie do przyjęcia. Gdybyśmy zaoferowali im prosty układ – odbierzecie sobie te 65 mld. z tego co wydębimy od Niemców, to tym samym przyznalibyśmy, że ich roszczenia są zasadne. Skończyć mogłoby się tym, że od Niemiec nic byśmy nie dostali, a zostalibyśmy z oficjalnie uznanymi żydowskimi roszczeniami do spłaty. Tutaj zatem zaproponowałbym formułę... prowizji. Należy zawrzeć deal – dostaniecie te 65 mld., ale jako prowizję za wykonaną usługę. Przykładowo – 65 mld. dol. to ok. 55,3 mld. euro, co stanowi 1,106 proc. z kwoty 5 bln. euro jakie mamy otrzymać od Niemiec. I na taką, określoną procentowo prowizję się umawiamy. Jeśli nie pomożecie nam skutecznie wydusić ze szkopów kasy – zostaniecie z niczym. Układ jasny – każdy dostaje swoje, jesteśmy kwita.

III. Reparacje a „polexit”
Nade wszystko jednak musimy sobie uzmysłowić, że oficjalne wystąpienie z roszczeniami reparacyjnymi na forum dwustronnym i międzynarodowym oznacza wojnę z Niemcami – może tylko „zimną”, ale wojnę. W konsekwencji, definitywnie już nie będziemy mieli czego szukać w zarządzanej z Berlina Unii Europejskiej, bo Niemcy zrobią wszystko, by nas w tej Unii zwyczajnie zgnoić. Dzisiejsze przekomarzania z Komisją Europejską na tle „praworządności” to przy tym małe miki. To zaś oznacza konieczność „polexitu” – ale nie ma po czym płakać, bo obecna tendencja przejawiająca się coraz dalej idącymi hegemonistycznymi zapędami tandemu Berlin-Bruksela w połączeniu z różnymi „prędkościami” i tak sprawia, że wyjście z UE stanie się prędzej czy później koniecznością. Rzecz w tym, iż „exit” wiąże się z nader bolesnym finansowo „rachunkiem rozwodowym” o czym przekonuje się właśnie Wlk. Brytania, od której Unia żąda jakichś nieprzytomnych miliardów – padają kwoty 40. a nawet 100 mld. euro. Cel jest jasny – dać Londynowi słoną nauczkę, a zarazem lekcję potencjalnym naśladowcom, unaoczniając im z jaką ceną wiąże się opuszczenie „europejskiej rodziny”. I tu naszą „polisą” stają się odszkodowania od Niemiec. To właśnie niemieckimi pieniędzmi będziemy mogli spłacić „rachunek rozwodowy”, który byłby dla nas trudny do udźwignięcia bez „odszkodowawczego” wspomagania. Do tego, niemieckie reparacje zapewnią nam miękkie lądowanie, stając się odpowiednikiem obecnych eurofunduszy.
Biorąc pod uwagę zarysowane tu uwarunkowania, kwestia wojennych odszkodowań staje się dla nas absolutnie kluczowa. A poza wszystkim - dopiero w momencie otrzymania reparacji będziemy mogli powiedzieć, że wygraliśmy II wojnę światową. Póki co bowiem wciąż pozostajemy w gronie przegranych.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:
Zbrodnie niemieckiego kolonializmu

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 34 (25-31.08.2017)

Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?

Oświadczenie z 1953 r. było jedynie pustym politycznym gestem nie rodzącym dla Polski (nawet dla PRL!) żadnych skutków prawnomiędzynarodwych.



Na początek mała podróż w czasie. Mamy dzień 9 maja 2005 roku. Prezydent Warszawy Lech Kaczyński wraz ze współpracownikami prezentuje drugą część „Raportu o stratach wojennych Warszawy”, będącą uzupełnieniem opublikowanej rok wcześniej części pierwszej zawierającej szczegółowe wyliczenia zniszczeń i ofiar w ludziach, jakie dotknęły stolicę w wyniku niemieckiej okupacji. Część druga „Raportu” koncentruje się natomiast na tekstach źródłowych: mamy w niej umowy międzynarodowe, porozumienia, akty prawne krajowe i międzynarodowe - słowem, wszystko, co od strony prawnej dotyczy zagadnienia reparacji z tytułu strat wojennych. Materiały poddano analizie z punktu widzenia ich mocy wiążącej dla Polski. Wnioski są jednoznaczne: Polska nigdy nie zrzekła się praw do niemieckich odszkodowań za II wojnę światową. Początkowo PRL miała pobierać „swoją” część reparacji za pośrednictwem Związku Radzieckiego, który egzekwował je ze swojej strefy okupacyjnej (późniejszej NRD) – regulowała to „Umowa o wynagrodzeniu szkód” z 16 sierpnia 1945 r. Ostatecznie Związek Radziecki w 1953 r. „po uzgodnieniu” z rządem PRL rezygnuje z dalszego pobierania odszkodowań z dniem 1 stycznia 1954 r. - co z kolei znajduje odzwierciedlenie w umowie zawartej między ZSRR a NRD 22 sierpnia 1953 r. Dzień później, 23 sierpnia 1953 r., rząd PRL podejmuje uchwałę – deklarację o zrzeczeniu się reparacji od Niemiec. Dziś przeciwnicy naszych żądań odszkodowawczych podają ją w charakterze koronnego argumentu na rzecz bezzasadności podnoszenia polskich roszczeń.
Jest tylko mały szkopuł. To wszystko było „na gębę”, bez dochowania przewidzianych prawem międzynarodowym procedur. Grzegorz Kostrzewa-Zorbas przypomniał już pod koniec 2014 r., że deklaracja władz Polski Ludowej nie została notyfikowana w Sekretariacie ONZ – co ma znaczenie o tyle, że na akty prawne nie zarejestrowane w Sekretariacie nie można się powoływać w postępowaniach przed organami ONZ. A zatem, w przypadku wniesienia przez Polskę sprawy przed Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze (będący organem sądowym ONZ) strona niemiecka nie mogłaby się powołać na wspomnianą deklarację.
Może zatem uchwała obowiązuje przynajmniej w bilateralnych stosunkach polsko-niemieckich? I tu też pudło – PRL-owskie władze bowiem nie pofatygowały się, by przekazać ją formalnie rządowi NRD. Oddajmy głos Józefowi Menesowi kierującemu pracami zespołu powołanego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego: „Dotychczasowe poszukiwania w archiwach wskazują, że polskie MSZ nigdy nie przesłało do władz byłej NRD noty dyplomatycznej, w której rząd polski zrzekałby się roszczeń z tytułu strat wojennych. Nie ma również noty zwrotnej rządu NRD. Tym samym brak jest podstaw prawnych do przyjęcia, że rozliczenie wartości dostaw reparacyjnych między PRL i ZSRR jest tożsame z rozliczeniem między PRL i Niemcami”. Pozostaje tylko do ustalenia, czy rząd PRL oficjalnie upoważnił ZSRR do reprezentowania go w „negocjacjach” z NRD i zawarcia również w jego imieniu umowy z 22 sierpnia 1953 r. Najprawdopodobniej nie, o czym świadczą słowa Bieruta podczas zebrania na którym uchwalono deklarację:również Rząd PRL powinien ustosunkować się do sprawy odszkodowań niemieckich” - po co miałby się dodatkowo „ustosunkowywać”, jeśli wcześniej scedowałby na ZSRR prowadzenie rozmów z NRD?
Jeżeli zatem takowego upoważnienia nie było, to nie ma o czym mówić, tym bardziej, że są wątpliwości co do legalności samej uchwały. Konstytucja PRL w art. 25 p.7 głosiła jedynie, iż Rada Państwa „ratyfikuje i wypowiada umowy międzynarodowe” - a zatem jednostronna deklaracja zaciągająca na Polskę zobowiązania międzynarodowe była przekroczeniem konstytucyjnych prerogatyw tego organu. Co za tym idzie, wszystkie późniejsze „potwierdzenia”, zarówno kolejnych rządów PRL, jak i III RP (ostatnie z 2004 r. głosiło, iż „oświadczenie rządu PRL z 23 sierpnia 1953 r. o zrzeczeniu się przez Polskę reparacji wojennych rząd RP uznaje za obowiązujące”) nie mają żadnej mocy prawnej.
Tym samym, można rozwiać obawy tych, którzy podnoszą, że jeśli „zdelegalizujemy” PRL, to straci swoją moc także umowa z 1970 r. o normalizacji stosunków z RFN uznająca granicę Polski na Odrze i Nysie. Niczego nie trzeba „delegalizować” - w odróżnieniu od deklaracji z 1953 r. układ PRL-RFN został podpisany i ratyfikowany przez obie strony i ma moc wiążącą. Natomiast oświadczenie z 1953 r. było jedynie pustym politycznym gestem nie rodzącym dla Polski (nawet dla PRL!) żadnych skutków prawnomiędzynarodwych. I odnoszę wrażenie, że Niemcy zdają sobie sprawę na jak kruchych podstawach oparte jest ich stanowisko, wg którego „kwestię reparacji uznajemy za ostatecznie uregulowaną” - inaczej nie zareagowałyby tak nerwowo na pojawienie się tego tematu w przestrzeni publicznej. Tymczasem nic nie jest „uregulowane” - i to, czy Polska zdecyduje się ostatecznie na formalne wystąpienie z roszczeniami jest wyłącznie kwestią kalkulacji politycznych zysków i strat.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:
Zbrodnie niemieckiego kolonializmu
Od reparacji do „polexitu”

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 34 (25-31.08.2017)

piątek, 25 sierpnia 2017

Zbrodnie niemieckiego kolonializmu

Niemcy to prawdziwi mistrzowie świata w wybaczaniu samym sobie, a ich ofiary wychodzą każdorazowo na pazernych, małostkowych niewdzięczników.


I. Mistrzowie samorozgrzeszenia

Od momentu, kiedy Jarosław Kaczyński poruszył temat reparacji wojennych za II WŚ, obserwujemy wzmożony alert wśród niemieckiego lobby nad Wisłą. Widać, że Berlin w tak żywotnej dla siebie sprawie postawił na nogi wszystkich swoich jurgieltników, co ma dla nas tę zaletę, że możemy oszacować liczebność i wpływy tej współczesnej V kolumny w szeroko rozumianej sferze publicznej. Dowiedzieliśmy się więc, że żądanie odszkodowań zrujnuje nasze relacje nie tylko ze „strategicznym sąsiadem”, lecz wręcz z całą Europą, że Niemcy już dawno zrewanżowali się nam wpuszczając Polskę do Unii, a poza tym łożą na euro-fundusze z których korzystamy, no i wreszcie, że Kaczyński chce w ten sposób wyprowadzić nas z UE. Niemcy ze swej strony poinformowały lakonicznie, że kwestię reparacji uważają za zamkniętą. Resztę roboty tradycyjnie odwala za niemiecki rząd tamtejsza prasa.
To jest zresztą dość charakterystyczne dla postępowania Berlina. Najpierw po dokonaniu jakiejś zbrodni Niemcy udają, że nic się nie stało, wykorzystując to, że poszkodowany nie czuje się na siłach upomnieć o swoje. Następnie, gdy sprawa zaczyna wychodzić na światło dzienne, padają jakieś zdawkowe przeprosiny, okraszone czasem finansowym ochłapem nijak mającym się do rzeczywistych szkód – w międzyczasie zaś na obszarze dawnych zbrodni trwa ofensywa niemieckiego kapitału przedstawiana jako niemal altruistyczne dobrodziejstwo podnoszące z ruin zacofaną gospodarkę dawnej ofiary. W końcu zaś, gdy na porządku dziennym staje problem realnego zadośćuczynienia, Niemcy robią wielkie oczy: teraz? po tylu latach? Przecież te sprawy mamy już dawno za sobą - przeprosiliśmy, dostaliście pieniądze, dzięki naszym inwestycjom wasz kraj się rozwija... czego jeszcze chcecie? Słowem, Niemcy to prawdziwi mistrzowie świata w wybaczaniu samym sobie. Więcej – stawiają się za wzór rozliczeń z „trudną przeszłością”, szantażując tym moralnie inne narody: macie się rozliczyć ze swych win, tak jak zrobiliśmy to my, Niemcy. W efekcie, ich ofiary domagając się sprawiedliwości wychodzą każdorazowo na pazernych, małostkowych niewdzięczników. Powtarzam – mistrzostwo świata.

II. Pierwsze ludobójstwo XX w.

Polska nie jest jedynym obiektem takich zabiegów, bowiem i niemieckie zbrodnie nie ograniczają się bynajmniej do czasów II wojny światowej. Tak się składa, że odszkodowań (30 mld. euro) za zbrodnie z czasów kolonializmu od blisko trzech lat domaga się również Namibia (dawna Niemiecka Afryka Południowo-Zachodnia). W tym roku, zniechęcona bezskutecznością rokowań na poziomie międzyrządowym, zapowiedziała wniesienie pozwu do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze. I to jest dobry moment, by przyjrzeć się kolonialnemu dziedzictwu II Rzeszy – nie jest bowiem tak, że Hitler wziął się z powietrza i sam z siebie wymyślił rasistowską ideologię oraz metody masowej, przemysłowej eksterminacji. Wszystko to – z morderczym skutkiem - zostało uprzednio przetestowane przez kajzerowskie Niemcy w afrykańskich koloniach na początku XX wieku.
Namibijskie roszczenia dotyczą głównie okresu z lat 1904-1908, kiedy to (odpowiednio w r. 1904 i 1905) powstanie wznieciły miejscowe ludy Herero i Nama (Namaqoa) zwane przez Niemców Hotentotami. Poszło o ziemię – Herero i Nama to plemiona pasterskie, których tereny były bezwzględnie ograniczane przez władze kolonialne i oddawane niemieckim osadnikom. Wreszcie w 1903 r. ogłoszono powstanie rezerwatów dla ludności tubylczej, na wzór tych dla amerykańskich Indian. To był moment decydujący – autochtoni pod dowództwem Samuela Maharero chwycili za broń. W odwecie, przysłany do Afryki 15-tysięczny korpus ekspedycyjny pod dowództwem gen. Lothara von Trotha przystąpił do planowej eksterminacji obu plemion. 11 sierpnia 1904 r. wojska niemieckie dokonały rzezi Herero w bitwie na płaskowyżu Waterberg, zaś niedobitków zepchnięto na skraj pustyni Kalahari, odcinając im dostęp do źródeł wody, gdzie skazano ich na śmierć z głodu i pragnienia.
Lothar von Trotha prowadził świadomą politykę wyniszczenia rdzennej ludności, zaś całokształt działań stanowił pierwowzór rozwiązań zastosowanych później przez hitlerowską III Rzeszę na okupowanych terenach, ze szczególnym uwzględnieniem Europy Wschodniej. Resztki ludów Herero i Nama zamknięto w obozach koncentracyjnych (podpatrzonych u Anglików, którzy w ten sposób rozprawili się z Burami), gdzie umierali od wycieńczającej pracy i z głodu (do jedzenia dostawali surowy ryż bez możliwości ugotowania). Niezdolnych do pracy dobijano. Śmiertelność w obozach sięgała 60 proc. Lekarze dokonywali na więźniach zbrodniczych eksperymentów medycznych (np. próbując leczyć szkorbut poprzez wstrzykiwanie opium). Z upodobaniem oddawali się również preparowaniu czaszek oraz dokonywaniu „naukowych” pomiarów w celu uzasadnienia teorii „higieny rasowej”. Wprowadzono zakaz „mieszania się krwi”, zaś von Trotha w stosunku do autochtonów używał określenia „podludzie” („untermenschen”). Oba plemiona pozbawiono ziemi, którą przekazano niemieckim kolonistom – tu warto nadmienić, iż już wówczas święciła triumfy koncepcja „lebensraumu” („przestrzeni życiowej”) sformułowana przez geografa politycznego i etnologa Friedricha Ratzela, podobnie jak termin „herrenvolk” („naród panów”). Podobne rozwiązania podczas II Wojny Światowej III Rzesza planowała wdrożyć w ramach „Generalplan Ost”. Ba, w ludobójstwie czynny udział brał pierwszy gubernator Afryki Południowo-Zachodniej – Heinrich Goering, ojciec Hermana Goeringa. Podsumowując, w Namibii zastosowano wszystko to, co później spotkało nas, Polaków.
Przyjmuje się szacunkowo, że w sumie zginęło ok. 100 tys. Herero (80 proc. populacji) i 10 tys. Nama (ok. połowy). ONZ oficjalnie uznaje wydarzenia w Namibii za pierwsze ludobójstwo XX wieku. Sama Namibia dostała się po I Wojnie Światowej pod mandat Ligi Narodów, następnie zaś pod panowanie RPA. Niepodległość uzyskała ostatecznie w 1990 r.
Inną niemiecką zbrodnią jest chociażby krwawe stłumienie przez gubernatora Gustava Adolfa von Goetzen powstania Maji-Maji z lat 1905-1907 wszczętego przez 20 plemion zamieszkujących ówczesną Niemiecką Afrykę Wschodnią (obecnie Tanzania, Burundi i Rwanda). Tu również zastosowano taktykę pełnego wyniszczenia – masowe mordy i palenie wiosek (później w okupowanej Polsce zwane pacyfikacjami), niszczenie pól uprawnych, wywoływanie pożarów buszu. W efekcie większość rdzennej ludności wymarła z głodu – ocenia się, że było to łącznie ponad 300 tys. ludzi, zaś skutkiem ubocznym wywołanej sztucznej klęski głodu było rozprzestrzenienie się kanibalizmu. Dziś Tanzania zapowiada wniesienie własnych roszczeń przeciw Niemcom i pilnie przygląda się działaniom Namibii.

III. Niemieckie „nein”

Jaką odpowiedź maja Niemcy? Postępują zgodnie z opisanym na wstępie schematem. Gdy już nie dało się ukrywać faktu i rozmiarów ludobójstwa, zaczęli podnosić, że przecież od 1990 r. wypłacają Namibii „pomoc rozwojową” na łączną sumę 1 mld. euro. Ponadto inwestują w tamtejszą gospodarkę jako kluczowy partner i „dostawca” turystów chętnie odwiedzających dawną kolonię, w której wciąż można znaleźć np. ulicę Bismarcka. Ma to być wyrazem „historycznej i moralnej odpowiedzialności Niemiec”. Warto dodać, że gros terenów uprawnych wciąż należy do spadkobierców niemieckich kolonistów. W końcu, na odczepnego, rząd w Berlinie zaproponował utworzenie specjalnego funduszu w wysokości 100 mln. euro, co namibijski rząd ze wzgardą odrzucił.
Ach, zapomniałbym – w 2004 r. minister współpracy gospodarczej Heidemarie Wieczorek-Zeul „przeprosiła w imieniu Niemców” - oficjalnych przeprosin ze strony niemieckiego państwa jednak nie było, co nie dziwi, gdyż takowe stanowiłyby mocny argument na rzecz zasadności roszczeń. Zamiast tego Niemcy wydelegowały do „dialogowania” i „pojednania” swój Kościół Ewangelicki i zwróciły wypreparowane czaszki Herero, same zaś stoją na stanowisku, że konwencja ONZ z 1948 r. w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa nie działa wstecz. Unikają przy tym jak ognia terminu „odszkodowania”, by nie tworzyć precedensu umożliwiającego falę kolejnych roszczeń. Miast tego mówią ogólnikowo o „transferach finansowych”, zaś pełnomocnik ds. Namibii Ruprecht Polenz twierdzi, że powinno chodzić o „kwestie polityczno-moralne”, a nie o „fikcyjne szacunki szkód i zliczanie ich na przestrzeni stu lat”.
Jak widać, prędzej wyciśnie się wodę z kamienia, niż z Niemca pieniądze – no chyba, że jest się Żydem. I tym tropem poszli przedstawiciele ludów Herero i Nama, którzy wnieśli osobny pozew przed sądem amerykańskim, wynajmując adwokata Kena McCalliona, który wcześniej reprezentował ofiary holocaustu („Jedyna różnica jest taka, że Żydzi są biali, a my czarni” - argumentował wódz Herero, Sam Kambazembi). Może jest to i dla nas jakaś podpowiedź? W każdym razie, na przykładzie Namibii widzimy, że czeka nas długa i wyboista droga do której musimy się naprawdę solidnie przygotować.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 34 (23-29.08.2017)


niedziela, 13 sierpnia 2017

Namibia, a sprawa polska

W Namibii, podobnie jak w okupowanej Polsce, doszło do ludobójstwa, zbrodni wojennych, terroru i masowej grabieży mienia.



Jak wiemy, od niedawna przedstawiciele partii rządzącej z Jarosławem Kaczyńskim na czele postanowili podnieść w przestrzeni publicznej temat niemieckich odszkodowań za II Wojnę Światową. Zasadniczo, rzecz nie jest nowa, bo już wcześniej pod patronatem Lecha Kaczyńskiego – wówczas prezydenta Warszawy – powstało oszacowanie strat wyrządzonych przez Niemców w stolicy, zatem obecnie powracamy do tematu – tyle, że w skali ogólnopolskiej. I tu powstaje pytanie – czy Polska ma zamiar dochodzić swych roszczeń na poważnie, czy też mamy do czynienia jedynie z polityczną demonstracją w odpowiedzi na połajanki i próby wtrącania się Berlina w nasze wewnętrzne sprawy. Jeżeli bierzemy pod uwagę pierwszą ewentualność, to warto pilnie się przyglądać poczynaniom Namibii, która domaga się od Niemiec odszkodowania w wysokości 30 mld. euro za zbrodnie i straty materialne z okresu kolonizacji.

Sprawa dawnej Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej ma więcej punktów stycznych z Polską, niż mogłoby się to na pozór wydawać. Podobnie jak w okupowanej Polsce doszło tam do ludobójstwa, zbrodni wojennych, terroru i masowej grabieży mienia. Podobnie jak w Polsce ogromną rolę odegrała szowinistyczna ideologia okupantów-kolonizatorów. Wreszcie, podobnie jak w przypadku Polski, Niemcy są dla współczesnej Namibii kluczowym partnerem ekonomicznym, zaś gospodarka namibijska w znacznym stopniu uzależniona jest od niemieckich inwestycji oraz turystów licznie odwiedzających dawną kolonię. Więcej – Berlin podnosi, że od 1990 r. udziela rządowi w Windhuk (namibijska stolica) pomocy rozwojowej, której rozmiary oszacowano jak do tej pory na ok. miliard euro. Brzmi znajomo?

Porównajmy to z głosami w Polsce, które na wieść o możliwości domagania się reparacji wojennych z miejsca zaczęły argumentować w „niemieckim” duchu – że nie możemy zaogniać stosunków ze strategicznym europejskim partnerem, niemieckie inwestycje i wymiana handlowa są dla nas kluczowe, no i wszak otrzymywane środki unijne w dużej mierze finansowane są z niemieckiego budżetu. Cóż, jak widać, tego typu obiekcje nie przeszkodziły Namibii upomnieć się o swoje.

A jest się o co upominać. W latach 1904 – 1908 doszło bowiem w wyniku powstań ludów Herero i Nama do planowej eksterminacji rdzennej ludności przez korpus ekspedycyjny dowodzony przez gen. Lothara von Trotha. Była tam obecna pełna paleta rozwiązań zastosowanych później przez III Rzeszę w okupowanej Europie, szczególnie w Polsce: obozy koncentracyjne, tortury, praca przymusowa, masowe egzekucje, zbrodnicze eksperymenty medyczne, ustawodawstwo rasowe zakazujące „mieszania krwi”, wyrugowanie autochtonów z ziemi przekazanej następnie kolonistom (obecnie wciąż w znacznej mierze znajduje się w rękach ich niemieckich potomków). Ogółem, szacuje się, że zginęło wówczas ok. 100 tys. Herero (ok. 80 proc. populacji) i 10 tys. Nama (ok. połowy). W 1985 r. ONZ uznała tę zbrodnię za pierwsze ludobójstwo w XX w. Namibia, która po I Wojnie Światowej przeszła pod zarząd RPA, niepodległość uzyskała w 1990 r.

Rząd w Windhuk w kwestii odszkodowań prowadzi politykę dwutorową. Z jednej strony negocjuje z rządem w Berlinie, z drugiej zaś przygotowuje pozew do wniesienia przed Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze. Osobnym wątkiem jest sprawa założona przed amerykańskim sądem przez wodzów plemion Herero i Nama w której prócz odszkodowań domagają się dopuszczenia jako strona do toczących się między Windhuk a Berlinem negocjacji. Co ciekawe, przedstawiciele ludów Herero i Nama otwarcie inspirują się skutecznymi działaniami organizacji żydowskich – ich adwokatem jest Ken McCallion wcześniej reprezentujący ofiary holocaustu, zaś wódz Herero Sam Kambazembi stwierdził wprost: „Jedyna różnica jest taka, że Żydzi są biali, a my czarni”.

Ze swej strony Niemcy pod pozorami elastyczności wynikającymi z poprawności politycznej, stosują taktykę twardego „nein”. Wprawdzie w 2004 r. uznały swoje historyczne winy i nawet złożyły przeprosiny – ale konsekwentnie uchylają się od odpowiedzialności materialnej. Jedynym jak do tej pory ustępstwem z ich strony była propozycja urągliwego w swej istocie „odfajkowania” tematu poprzez utworzenie specjalnego funduszu pomocowego o wartości 100 mln. euro. Polak mógłby mieć tu uczucie deja vu – w podobny sposób wszak Niemcy pozbyli się odpowiedzialności za wykorzystywanie polskich robotników przymusowych. Tyle, że w odróżnieniu od Polski, Namibia taką jałmużną się nie zadowoliła. Przede wszystkim jednak Niemcy protestują przeciw terminowi „odszkodowania”, konsekwentnie używając ogólnikowej formułki „transfery finansowe” - i nawet niespecjalnie ukrywają, że nie chcą w ten sposób otwierać furtki do przyszłych roszczeń ze strony państw europejskich, ze szczególnym uwzględnieniem Polski.

Powtórzę – warto obserwować namibijską batalię, bowiem rysuje się tu dla nas pewien wzorzec postępowania. Może nie od rzeczy byłoby nawiązać z rządem w Windhuk bliższe kontakty w celu wymiany doświadczeń?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 32-33 (11-24.08.2017)