Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 sierpnia 2017

Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?

Oświadczenie z 1953 r. było jedynie pustym politycznym gestem nie rodzącym dla Polski (nawet dla PRL!) żadnych skutków prawnomiędzynarodwych.



Na początek mała podróż w czasie. Mamy dzień 9 maja 2005 roku. Prezydent Warszawy Lech Kaczyński wraz ze współpracownikami prezentuje drugą część „Raportu o stratach wojennych Warszawy”, będącą uzupełnieniem opublikowanej rok wcześniej części pierwszej zawierającej szczegółowe wyliczenia zniszczeń i ofiar w ludziach, jakie dotknęły stolicę w wyniku niemieckiej okupacji. Część druga „Raportu” koncentruje się natomiast na tekstach źródłowych: mamy w niej umowy międzynarodowe, porozumienia, akty prawne krajowe i międzynarodowe - słowem, wszystko, co od strony prawnej dotyczy zagadnienia reparacji z tytułu strat wojennych. Materiały poddano analizie z punktu widzenia ich mocy wiążącej dla Polski. Wnioski są jednoznaczne: Polska nigdy nie zrzekła się praw do niemieckich odszkodowań za II wojnę światową. Początkowo PRL miała pobierać „swoją” część reparacji za pośrednictwem Związku Radzieckiego, który egzekwował je ze swojej strefy okupacyjnej (późniejszej NRD) – regulowała to „Umowa o wynagrodzeniu szkód” z 16 sierpnia 1945 r. Ostatecznie Związek Radziecki w 1953 r. „po uzgodnieniu” z rządem PRL rezygnuje z dalszego pobierania odszkodowań z dniem 1 stycznia 1954 r. - co z kolei znajduje odzwierciedlenie w umowie zawartej między ZSRR a NRD 22 sierpnia 1953 r. Dzień później, 23 sierpnia 1953 r., rząd PRL podejmuje uchwałę – deklarację o zrzeczeniu się reparacji od Niemiec. Dziś przeciwnicy naszych żądań odszkodowawczych podają ją w charakterze koronnego argumentu na rzecz bezzasadności podnoszenia polskich roszczeń.
Jest tylko mały szkopuł. To wszystko było „na gębę”, bez dochowania przewidzianych prawem międzynarodowym procedur. Grzegorz Kostrzewa-Zorbas przypomniał już pod koniec 2014 r., że deklaracja władz Polski Ludowej nie została notyfikowana w Sekretariacie ONZ – co ma znaczenie o tyle, że na akty prawne nie zarejestrowane w Sekretariacie nie można się powoływać w postępowaniach przed organami ONZ. A zatem, w przypadku wniesienia przez Polskę sprawy przed Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze (będący organem sądowym ONZ) strona niemiecka nie mogłaby się powołać na wspomnianą deklarację.
Może zatem uchwała obowiązuje przynajmniej w bilateralnych stosunkach polsko-niemieckich? I tu też pudło – PRL-owskie władze bowiem nie pofatygowały się, by przekazać ją formalnie rządowi NRD. Oddajmy głos Józefowi Menesowi kierującemu pracami zespołu powołanego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego: „Dotychczasowe poszukiwania w archiwach wskazują, że polskie MSZ nigdy nie przesłało do władz byłej NRD noty dyplomatycznej, w której rząd polski zrzekałby się roszczeń z tytułu strat wojennych. Nie ma również noty zwrotnej rządu NRD. Tym samym brak jest podstaw prawnych do przyjęcia, że rozliczenie wartości dostaw reparacyjnych między PRL i ZSRR jest tożsame z rozliczeniem między PRL i Niemcami”. Pozostaje tylko do ustalenia, czy rząd PRL oficjalnie upoważnił ZSRR do reprezentowania go w „negocjacjach” z NRD i zawarcia również w jego imieniu umowy z 22 sierpnia 1953 r. Najprawdopodobniej nie, o czym świadczą słowa Bieruta podczas zebrania na którym uchwalono deklarację:również Rząd PRL powinien ustosunkować się do sprawy odszkodowań niemieckich” - po co miałby się dodatkowo „ustosunkowywać”, jeśli wcześniej scedowałby na ZSRR prowadzenie rozmów z NRD?
Jeżeli zatem takowego upoważnienia nie było, to nie ma o czym mówić, tym bardziej, że są wątpliwości co do legalności samej uchwały. Konstytucja PRL w art. 25 p.7 głosiła jedynie, iż Rada Państwa „ratyfikuje i wypowiada umowy międzynarodowe” - a zatem jednostronna deklaracja zaciągająca na Polskę zobowiązania międzynarodowe była przekroczeniem konstytucyjnych prerogatyw tego organu. Co za tym idzie, wszystkie późniejsze „potwierdzenia”, zarówno kolejnych rządów PRL, jak i III RP (ostatnie z 2004 r. głosiło, iż „oświadczenie rządu PRL z 23 sierpnia 1953 r. o zrzeczeniu się przez Polskę reparacji wojennych rząd RP uznaje za obowiązujące”) nie mają żadnej mocy prawnej.
Tym samym, można rozwiać obawy tych, którzy podnoszą, że jeśli „zdelegalizujemy” PRL, to straci swoją moc także umowa z 1970 r. o normalizacji stosunków z RFN uznająca granicę Polski na Odrze i Nysie. Niczego nie trzeba „delegalizować” - w odróżnieniu od deklaracji z 1953 r. układ PRL-RFN został podpisany i ratyfikowany przez obie strony i ma moc wiążącą. Natomiast oświadczenie z 1953 r. było jedynie pustym politycznym gestem nie rodzącym dla Polski (nawet dla PRL!) żadnych skutków prawnomiędzynarodwych. I odnoszę wrażenie, że Niemcy zdają sobie sprawę na jak kruchych podstawach oparte jest ich stanowisko, wg którego „kwestię reparacji uznajemy za ostatecznie uregulowaną” - inaczej nie zareagowałyby tak nerwowo na pojawienie się tego tematu w przestrzeni publicznej. Tymczasem nic nie jest „uregulowane” - i to, czy Polska zdecyduje się ostatecznie na formalne wystąpienie z roszczeniami jest wyłącznie kwestią kalkulacji politycznych zysków i strat.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:
Zbrodnie niemieckiego kolonializmu
Od reparacji do „polexitu”

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 34 (25-31.08.2017)

sobota, 10 maja 2014

Dobre uczynki ppłk Kotowskiego

Oto kolejny, który wstąpił do SB, żeby spełniać dobre uczynki. Przyjazny, miły i kulturalny pacyfista – wzór funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa.

I. „I ty zostaniesz konfidentem” - remake

Pamiętacie niesławny artykuł Pawła Smoleńskiego w „Wyborczej” pt „I ty zostaniesz konfidentem”? No to śpieszę donieść, że metoda dziennikarska polegająca na robieniu za esbecki stojak do mikrofonu doczekała się godnego kontynuatora w osobie Arkadiusza Mellera, który na portalu Konserwatyzm.prl opublikował obszerny, dwuczęściowy wywiad (TU i TU) z ppłk. dr Edwardem Kotowskim – funkcjonariuszem Wydziału IV SB, rezydentem wywiadu PRL w Watykanie ps. „Pietro” i doradcą Jaruzelskiego w sprawach kontaktów z Kościołem. Tak się bowiem składa, że „Wyborczą” i „konserwatystów” (czytaj – postmoczarowców, paxowców, monarchistów, panslawistów i resztę parafii) może dzielić większość spraw światopoglądowych i zadawniona nienawiść „endokomuny” do „lewicy laickiej”, ale w kwestii wybielania, a co najmniej relatywizowania PRL i jego służb oba środowiska są wyjątkowo zgodne.

Przypomnijmy, iż Kotowski ma na swoim koncie m.in. rozpracowywanie kadry naukowej KUL i ATK, zaś jako agent „Pietro” prowadzenie watykańskiej siatki wywiadowczej, oraz kontaktów informacyjnych takich jak „Cappino” (abp. Józef Kowalczyk), o. Konrad Hejmo, czy „Fermo” (abp. Juliusz Paetz), a przede wszystkim niezidentyfikowany agent „Prorok” z najbliższego otoczenia Jana Pawła II udzielający szczegółowych informacji na temat trybu życia Papieża, tudzież np. konstrukcji papamobile. „Pietro” był obecny w Rzymie podczas zamachu na Jana Pawła II. Po powrocie do kraju pracował w Urzędzie ds. Wyznań – pozostając zarazem na niejawnym etacie w Służbie Bezpieczeństwa.

II. „Znicz” na drodze do normalizacji

Słowem, znakomity autorytet do wyjaśniania zawiłości relacji na linii peerelowski reżim – Kościół. Można rzec, że równie dobry, jeśli nie lepszy od anonimowego esbeka z artykułu Pawła Smoleńskiego opisującego barwnie meandry pracy bezpieki, która „dbała o stabilność państwa” i oszukiwała samą siebie rejestrując lipnych agentów metodą spisywania nazwisk z list lokatorów na klatkach schodowych. Żeby było jeszcze ciekawiej – Smoleński w swym artykule przynajmniej symuluje jakiś dystans do swego rozmówcy, tymczasem w wywiadzie Mellera nic takiego nie ma – słucha grzecznie Kotowskiego, tytułuje go z atencją Panem Doktorem (tak, z wielkich liter) i zadaje mu takie trudne i przenikliwe pytania, jak m.in.: Jak mam się do Pana zwracać? Jaką formę Pan woli: Panie Doktorze czy Panie Podpułkowniku?”;Podczas pracy jako rezydent wywiadu musiał Pan się kontaktować z pracownikami polskiej ambasady w Rzymie. Jak był Pan przez nich odbierany, czy utrudniali Panu wykonywanie pracy?”; „Był Pan najważniejszym doradcą gen. Wojciecha Jaruzelskiego ds. stosunków państwo-Kościół. Czy generał stosował się do wszystkiego co Panu mu doradzał?”.

Przy tak stawianych pytaniach ppłk. Kotowski może swobodnie snuć swoją „narrację”, wedle której Kościół prześladowano za Stalina i Gomułki, ale już od Gierka począwszy wszelkie wysiłki bezpieki koncentrowały się w zasadzie na procesie „normalizacji” stosunków państwo-kościół, w czym pomagały odpowiedzialne i świadome jednostki po stronie duchowieństwa. Zresztą, jak się zdaje, bezpośrednią przyczyną pogaduszki z esbekiem stały się niedawne kontrowersje wokół kontaktów z bezpieką rektora KUL o. Mieczysława Alberta Krąpca (TW „Józef”) – bowiem to właśnie Kotowski nadzorował z ramienia Departamentu IV MSW sprawę obiektową „Znicz” - czyli rozpracowywanie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Zresztą, jakie tam rozpracowywanie? Wszak wedle Kotowskiego „władze zdawały sobie doskonale sprawę z tego, że KUL, jako uczelnia przygotowująca kadry dla Kościoła musi istnieć i jej zwalczanie nie ma sensu. Chodziło jedynie o to, aby jej kadra i studenci nie angażowali się w otwarte zwalczanie systemu. Jeśli taka działalność nie przekraczała umownych granic uczelnia mogła liczyć na swobodny rozwój naukowy i organizacyjny.” Istna sielanka. A w Watykanie? A cóż mogło się dziać nadzwyczajnego? Ot, normalne rozmowy z watykańskimi oficjelami raportowane następnie do Warszawy. Czysty, „biały” wywiad, wszystko w granicach dyplomatycznego obyczaju, nie ma się czym ekscytować...

III. Esbek-pacyfista

Wszystko to służyć miało jedynie „normalizacji”, a w latach '80 wręcz przygotowaniu do „historycznego przełomu”. Oto smakowity cytacik: „Skoro w wyniku (także) pracy operacyjnej spec. służb PRL doszło do wiarygodnego rozpoznania intencji Kościoła i Stolicy Apostolskiej w kwestii normalizacji tych stosunków w wymiarze wewnętrznym, jak i zewnętrznym i na tej podstawie kierownictwo ówczesnego państwa podjęło decyzję o ich normalizacji, to te służby, poprzez swe działania do tego się przyczyniły z całą pewnością. (...) Przecież ta normalizacja nie spadła niespodzianie z nieba ani jej nie wymusiły demonstracje na ulicach. Wiem, co mówię, bo pracowałem nad tym przez wiele lat. Dodam więcej, ta normalizacja była pomyślana jako dźwignia przemian ustrojowych, co wtedy dla władz było już oczywistą koniecznością, do czego impuls dała „pierestrojka” Michaiła Gorbaczowa. A przecież mogło być zupełnie inaczej i dojść do przelewu krwi na wielką skalę. Może i w tym aspekcie należy widzieć pozytywny wpływ na to tych wszystkich informatorów, których dzisiaj stawia się pod pręgierzem?Kotowski w innym miejscu nadmienia, że wprawdzie zdarzały się „nadużycia”, ale które służby w jakimkolwiek państwie są od nich wolne?

Mamy więc obraz świadomego państwowca, który stosując specyficzne metody pracy operacyjnej dokładał wszelkich starań do urzeczywistnienia wiekopomnego dzieła pojednania. A wszystko w jedwabnych rękawiczkach: Pytanie: „(…) w jaki sposób nakłaniał Pan do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa? Odpowiedź: Odpowiem krótko: przyjazną, miłą i kulturalną rozmową oraz życzliwością i wykazywaną kompetencją. Radzę to stosować i we wszelkich innych sytuacjach.” Na samym wstępie zresztą stwierdza „Jakoś nigdy nie przepadałem za stopniami wojskowymi i za służbą w formacjach o charakterze militarnym, czy paramilitarnym. Jestem bowiem z natury pacyfistą.

Oto kolejny, który wstąpił do SB, żeby spełniać dobre uczynki. Przyjazny, miły i kulturalny pacyfista – wzór funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa. Ciekawe, czy ma dobre, lekko zmęczone oczy.

IV. Esbecka troska o dobro Kościoła

I wszystko szło tak pięknie – władza pojednała się z Kościołem, ppłk. Kotowski zorganizował nawet z radzieckimi towarzyszami pielgrzymkę wojskowych kapelanów do Katynia w 1988 roku... Aż tu nagle pojawili się ci niekompetentni, szkodliwi, oszaleli lustratorzy, wykonujący destrukcyjną robotę. Nie dość, że odstawili część pierwszorzędnych fachowców, w tym samego Kotowskiego, który miał nadzieję na zostanie pierwszym ambasadorem PRL w Watykanie, to jeszcze zbrukali Kościół swymi inkwizytorskimi zapędami.

Ja przepraszam za te ciągłe cytaty, ale są naprawdę urocze. Spójrzmy. Pytanie: „Jak Pan ocenia lustrację w stosunku do duchowieństwa, tak pracującego w Watykanie, a także na gruncie polskim?” Odpowiedź: Oceniam to zjawisko bardzo negatywnie. Jako antyproduktywne i niespotykane w bardziej cywilizowanych krajach europejskich i nie tylko.(...) Lustracja duchowieństwa przyniosła wielkie szkody społeczne, gdyż spowodowała ogromne spostponowanie Kościoła jako całości, i to w takim rozmiarze, jak nigdy przedtem to się nie zdarzyło. Sprawiła ona, że obecny, wykrzywiony obraz – niesprawiedliwy dla duchownych, nie oddaje procesu historycznego, jaki w tamtym okresie się toczył i pozytywnie zwieńczył, gdy chodzi o stosunki Państwa z Kościołem. (…) Lustracja ta, niezależnie od szlachetnych zaklęć jej promotorów i realizatorów uderzyła w to, co najważniejsze dla społeczeństwa. Uderzyła, że użyję tu porównania – w drogowskaz, jako całość. (…) Nie dziwmy się więc, że rozwiązanie sprawy krzyża spod Pałacu Prezydenckiego było tak trudne, że prawie niemożliwe. To też jest, odłożony w czasie, skutek lustracji duchowieństwa.

I wszystko już wiemy. SB locuta, causa finita. A panu dr Arkadiuszowi Mellerowi wróżę karierę pełną sukcesów. Gdyby się jeszcze przechrzcił światopoglądowo na genderyzm, miejsce w czołowych mediodajniach III RP miałby zapewnione, całkiem jak Paweł Smoleński, bowiem ma wszelkie dane by prześcignąć swego (mimowolnego?) mistrza.

Gadający Grzyb

PS. Skróty i wytłuszczenia w cytatach moje – GG.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 5 maja 2012

Patriotyzm klientelistyczny

Patriotyzm klientelistyczny zasadza się na bezkompromisowym wspieraniu rządowej linii i bazy, oraz na pryncypialnym potępianiu antypaństwowych wichrzycieli.

I. Patriotyzm słusznej linii

Okazuje się, iż w głębokim błędzie pozostają wszyscy ci, którzy upatrują w postawie Dyktatury Matołów oraz basującej jej salonowszczyzny braku patriotyzmu, tudzież imputują im lansowanie tzw. „patriotyzmu bezobjawowego” - czyli takiego, z którego nic w praktyce nie wynika poza machaniem flagą na meczach piłkarskich – a i to pod warunkiem, że robią to lemingi, zwani na stadionach „piknikami”, a nie odrażający, brudni i źli, szowinistyczni „kibole”. Albowiem machać flagą nie każdy może – należy czynić to po linii i na bazie, tudzież z właściwych, niejątrzących pozycji.

Otóż nie – władza, która, jak wiadomo, po pierwsze - zawsze ma linię słuszną, a po drugie - nawet jak nie ma, to patrz punkt pierwszy, lansuje również patriotyzm w formie gorliwej, czynnej i gorącej. Jeszcze jak lansuje! Patriotyzm ów, który na użytek własny i Czytelników pozwoliłem sobie nazwać patriotyzmem klientelistycznym, zasadza się właśnie na bezkompromisowym wspieraniu linii i bazy, oraz na pryncypialnym potępianiu antypaństwowych wichrzycieli, nie rozumiejących skomplikowanych uwarunkowań, których przyswojenie jest niezbędnym warunkiem osiągnięcia wyższego stanu świadomości zwanego „mądrością etapu”.

II. Lojalizm III RP

Spektakularny pokaz owego patriotyzmu w opisanym tu obrządku, połączony z wytycznymi dla reżimowych mediodajni, dał premier Donald Tusk w słynnej tyradzie sejmowej podczas debaty nad uchwałą wzywającą Rosję do zwrotu dowodów rzeczowych pozostających pod czułą opieką towarzyszy czekistów od czasu Tragedii Smoleńskiej. Mediodajnie, pozostające po obchodach II Rocznicy Katastrofy w lekkim szoku i nawet przebąkujące o jakimś dialogu z „ludem smoleńskim” natychmiast przegrupowały siły i zaczęły śpiewać z właściwej partytury, wedle której każdy podważający słuszność i "kwękolący" nad zachowaniem waadzy - w tej i każdej innej sprawie - jest „targowiczaninem” i uprawia brudną grę polityczną obliczoną na podważenie pozycji państwa na arenie międzynarodowej.

Podobną, lojalistyczną partyturę, puścił ostatnio w obieg prezydent Borat Komorowski, wyjęzyczając się przeciwko zapowiadanym demonstracjom w okresie Euro 2012. Owe demonstracje - czy to przeciw zmianom emerytalnym, czy też w obronie TV Trwam - mają oto szkodzić naszej młodej demokracji, kompromitować nas przed światem i Europą, a tak w ogóle to należy ogłosić pokój olimpijski i Treuga Dei na dodatek, tak by zachodni pismacy nie pomyśleli sobie, że z naszą demokracją jest coś nie w porządku. Jak bowiem wiadomo, do demokratycznych standardów praktykowanych na Zachodzie należy protestowanie wyłącznie w czasie wskazanym przez władzę i za jej łaskawym przyzwoleniem.

III. Pasy transmisyjne

Mediodajnie oczywiście nie zawiodły pokładanego w nich zaufania i oto w zdyscyplinowanym i zgodnym chórze jęły grać na zachodnich kompleksach Polaków, jakiż to będzie obciach, gdy podczas „narodowego święta”, które ma umocnić polityczną i moralną jedność narodu na bazie wspólnego kibicowania „biało-czerwonym” z niemiecko-francuskiego odzysku, przez stolicę przemaszeruje np. demonstracja rydzykowych moherów. No doprawdy, wstyd jak beret i kompromitacja przed zachodnimi kibicami, tudzież żurnalistyczną bracią, która jeszcze gotowa zacząć się dopytywać dlaczego telewizja posiadająca rzeszę wiernych odbiorców nie może dostać miejsca na multipleksie i jak się to ma do wolności mediów...

Ja, rzecz jasna, nie wątpię, że polscy koledzy po piórze i mikrofonie odpowiednio naświetlą swoim zagranicznym kolegom głęboką niesłuszność owej telewizji oraz zagrożenie dla naszej młodej demokracji, jakie ona stanowi, niemniej jednak jakieś ziarenko wątpliwości może zostać zasiane, tym bardziej, jeśli nałożą się na to demonstracje różnych grup zawodowych mogące sugerować, że i z ekonomią naszej „zielonej wyspy” może być coś nie teges, skoro rząd decyduje się na kradzież emerytur w nadziei, że mniej osób dotrwa do złotej jesieni swego żywota.

IV. Powtórka z historii

Z podobnym patriotyzmem klientelistycznym mieliśmy już oczywiście do czynienia w PRL-u, kiedy to można było, a nawet należało, kibicować ludowej władzy heroicznie zmagającej się z problemami nie znanymi w żadnym innym ustroju. Wolno było również wyśmiewać i krytykować politycznych bankrutów z rządu londyńskiego, a także renegatów z Radia Wolna Europa oraz krajowych warchołów, których działalność jest wodą na młyn odwetowców z Bonn i szkodzi ludowej Polsce, gdyż „zły to ptak, co własne gniazdo kala”. Na ten ostatni cytat z wieszcza Słowackiego można by wprawdzie odpowiedzieć innym cytatem - z Norwida - że „nie ten ptak zły, co własne gniazdo kala, lecz ten, co mówić o nim nie pozwala”, ale ta druga sentencja z jakichś tajemniczych względów nigdy nie zakorzeniła się w masowej świadomości i mam nieodparte wrażenie, że ktoś swojego czasu zadbał, aby tak się stało.

Bardzo ładnie wychwycił to Aleksander Ścios, który w niedawnym tekście „Sukcesorzy” zestawił cytaty z przedstawicieli obecnego obozu władzy z wypowiedziami członków junty Jaruzelskiego z lat '80. Ten sam sposób argumentacji, ta sama pałkarska retoryka i – dodajmy – równie masowy kolportaż za pomocą reżimowych „pasów transmisyjnych” do umysłów szerokich rzesz społeczeństwa. Równie uroczy przykład przytoczył Seawolf, przywołując jednego ze swych wykładowców, który z pełną premedytacją przedstawiał studentom sowiecką wersję zbrodni katyńskiej, argumentując, że jako funkcjonariusz państwowy jest zobligowany do lojalności wobec władz i prezentowania oficjalnej linii – co więcej, był z tego dumny.

Podobnie i dziś mamy słowa o „pełzającym puczu” i wzywaniem organów ścigania by zrobiły porządek z działalnością opozycji, która swoją drogą już dawno została określona mianem „antysystemowej”. Antysystemowej, czyli – godzącej w ustrój, a kto godzi w ustrój i podnosi rękę na władzę ludową... To wszystko piszą i mówią ludzie, którzy jeszcze niedawno nie mieli najmniejszych oporów, by donosić zachodnim mediom i politykom na straszny reżim braci Kaczyńskich. W swoim tekście „Wystraszeni 2012” napisałem, iż „gdyby Ober-Matoł zdecydował się na siłową rozprawę ze „smoleńską opozycją”, spotkałoby się to z pełnym poparciem medialnych funkcjonariuszy, nie mniej gorliwym, niż to, które niegdyś „sowiecki generał w polskim mundurze” otrzymał od reżimowej prasy PRL-u. I co więcej, poparcie to zostałoby – w rzekomo wolnym kraju – udzielone z identycznych powodów.” Naprawdę tak by się stało.

V. Zafałszowanie pojęć

W przypadku patriotyzmu klientelistycznego mamy zatem do czynienia z celowym zafałszowaniem pojęć, polegającym na utożsamieniu racji stanu z interesami „właściwej” koterii, pomyleniem patriotyzmu ze skundleniem, jakąś zdegenerowaną formą lojalizmu, sprowadzoną do wysługiwania się każdej mafii wywodzącej się z obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP. Jak wiadomo, wiodące mediodajnie są integralną częścią tegoż obozu, zaś jego ekspozyturą obdarzoną konstytucyjnymi znamionami władzy jest obecna Dyktatura Matołów, zatem wszystko spina się w spójny obieg. Na podobnej zasadzie celowo utożsamiono formę prawno-ustrojową III RP z demokracją jako taką – wszystko po to, by w propagandowym przekazie każdą kontestację obecnego porządku przedstawić jako „zamach na demokrację”.

Na pocieszenie dodam, iż patriotyzm klientelistyczny jest formułą bardzo pojemną i nie zamyka swych drzwi przed nikim. Oto Janina Paradowska na swym blogu nazwała ostatnio Zbigniewa Ziobrę „mężem stanu”. Naprawdę – tego samego siepacza IV RP, który tak niedawno jeszcze przyprawiał salonowe elity o ataki duszności. Wystarczyło, by Ziobro zaprezentował w sprawie bojkotu Euro na Ukrainie inne zdanie niż Jarosław Kaczyński. Dobrze wiedzieć, że droga do nawrócenia pozostaje zawsze otwarta.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL