Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uchwała z 1953. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uchwała z 1953. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 września 2017

Reparacje – polska broń atomowa

Prawo jest po naszej stronie. Nie zawahajmy się go użyć – bo w końcu, jak nie teraz, to kiedy?



I. Papierowy „Tygrys” Bundestagu
Nie ma co – na wieść o samej możliwości zgłoszenia przez Polskę roszczeń odszkodowawczych za II wojnę światową Niemcom powiało po tyłku nieprzyjemnym chłodem. Przecież nie tak miało być – obszar Europy Środkowej stanowić miał jako Mitteleuropa gospodarczo-polityczne zaplecze dla niemieckiej hegemonii na kontynencie, Polska zaś w tym układzie winna pozostawać swoistą „perłą w koronie” - niczym Indie u szczytu kolonialnej potęgi Wielkiej Brytanii. Tymczasem ewentualny sukces Polski przed np. „sądem państw” (czyli ONZ-owskim Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości w Hadze), wywracałby ten układ do góry nogami – to Niemcy spętane liczoną w setkach miliardów (może nawet w bilionach) euro kontrybucją, stałyby się de facto naszym lennikiem. Słowem, sytuacja z berlińskiego punktu widzenia nie do odwrócenia bez uciekania się do wojny, co oznaczałoby z kolei niemieckie zbrojenia na miarę Hitlera – to zaś w obecnych warunkach nie byłoby możliwe, no chyba, że znów znaleźliby się hojni sponsorzy z wiadomych kręgów, niczym finansowi opiekunowie wujka Adolfa z lat trzydziestych XX wieku. Póki co jednak, taki scenariusz jest mało realny, czemu przy okazji „zagrożenia praworządności” dał wyraz niemiecki eurodeputowany Elmar Brok melancholijnie stwierdzając: „przecież nie możemy wjechać czołgami do Polski”.
Wobec powyższego, Niemcy postanowiły wystawić na wszelki wypadek papierowego „Tygrysa” – w miejsce historycznego imiennika chrzęszczącego gąsienicami i straszącego lufą kaliber 88 mm. Mowa o analizie wysmażonej w ekspresowym tempie przez Służbę Naukową Bundestagu na zlecenie wiceprzewodniczącego Bundestagu Johannesa Singhammera. Warto tu zwrócić uwagę na pewną dysproporcję. Przypomnę, że u nas o podobną ocenę zwrócił się do Biura Analiz Sejmowych szeregowy poseł Arkadiusz Mularczyk i kwestia ponoć okazała się „zbyt skomplikowana”, by rozwikłać ją do tej pory. A Niemcy? Reaguje druga osoba w parlamencie - zamawiasz i masz, w ciągu kilku dni, od ręki. (przypis – ze względu na cykl wydawniczy tygodnika artykuł powstawał jeszcze przed publikacją opinii Biura Analiz Sejmowych, która ukazała się 11 września 2017 r. - GG).
Jak można się było spodziewać, dokument Bundestagu jednoznacznie oddala polskie hipotetyczne roszczenia (piszę „hipotetyczne”, bo wszak są one u nas wciąż przedmiotem publicznych dywagacji, nie zaś konkretnych posunięć prawno-dyplomatycznych) – czemu ochoczo przyklasnęła rodzima V kolumna złożona z medialnych, politycznych tudzież naukowych folksdojczów i jurgieltników. Wszystko na zasadzie: skoro Berlin przemówił, to sprawa jest rozstrzygnięta - Berlin locuta, causa finita. Czyżby?

II. Polska nie zrzekła się reparacji!
Zrelacjonujmy pokrótce stanowisko Berlina. Otóż po pierwsze, odnosząc się do słynnej deklaracji rządu PRL z 1953 r. o zrzeczeniu się roszczeń wobec NRD, dowiadujemy się, iż Polska Rzeczpospolita Ludowa była państwem „suwerennym”, zaś jej decyzje są „wiążące”. Rymuje się to z wcześniejszą wypowiedzią zastępczyni rzecznika niemieckiego rządu Ulrike Demmer z 2 sierpnia 2017, kiedy to stwierdziła, że rezygnacja z roszczeń dotyczyła „całych Niemiec”. Kolejna rzecz, to potwierdzenia deklaracji z 1953 r., jakie padły ze strony Polski w 1970 i 2004 r. oraz brak podejmowania kwestii reparacji na przestrzeni minionych dziesięcioleci, co świadczyć ma o „rezygnacji” Polski z odszkodowań. Mamy również stwierdzenie o przedawnieniu polskich roszczeń. Argumentem koronnym natomiast ma być „Traktat 2+4” z 1990 r. umożliwiający zjednoczenie Niemiec i ponoć ostatecznie zamykający etap II wojny światowej. Innymi słowy, Niemcy Zachodnie dokonując za zgodą USA, ZSRR, Wielkiej Brytanii i Francji anschlussu NRD, „odziedziczyły” w spadku po niej dobrodziejstwo braku konieczności wypłacania odszkodowań Polsce.
Na pozór brzmi to logicznie i wiarygodnie. Tyle, że to g... prawda. Nic nie jest rozstrzygnięte, zaś analiza organu Bundestagu świadczy jedynie o braku realnych argumentów. Wszystkie powyższe elukubracje mają na celu jedynie rozmydlenie sedna sprawy.
Zacznijmy od deklaracji z dn. 23 sierpnia 1953 r. Faktycznie, rząd PRL zrzekał się w niej dalszych odszkodowań. Uprzednio pobieraliśmy je za pośrednictwem ZSRR na podstawie „Umowy o wynagrodzeniu szkód” z 16 sierpnia 1945 r. - za co „w podzięce” płaciliśmy ZSRR haracz m.in. w postaci obowiązkowych dostaw węgla zarzynających naszą powojenną gospodarkę. Jednak 22 sierpnia 1953 r. ZSRR i NRD zawarły układ w którym ZSRR rezygnował z pobierania reparacji – a dzień później, w niedzielny wieczór, Bierut zwołał nadzwyczajne posiedzenie władz owocujące wspomnianym oświadczeniem. Teoretycznie wszystko jest jasne - zrzekliśmy się rekompensat, sprawa zamknięta.
Problem w tym, że w świetle ówczesnej konstytucji ani rząd, ani Rada Państwa nie miały prawa wydać takiej deklaracji. Artykuł 25 p.7 głosił jedynie, iż Rada Państwa (forma kolegialnej „prezydentury”) „ratyfikuje i wypowiada umowy międzynarodowe” - w całej PRL-owskiej konstytucji nie ma ani słowa o jednostronnych deklaracjach zaciągających (czy to przez „rząd”, czy to przez „Radę Państwa”) na Polskę zobowiązania międzynarodowe, w rodzaju oświadczenia z 23 sierpnia 1953 r. Wspomniana deklaracja zatem była rażącym deliktem konstytucyjnym i jako taka jest od początku nieważna - nie niesie za sobą żadnych skutków prawnych, nawet w „porządku prawnym” PRL! Jest to sytuacja podobna jak z dekretem o stanie wojennym, kiedy to Rada Państwa również przekroczyła swoje konstytucyjne prerogatywy – bo nie miała prawa wydawać dekretów z mocą ustawy podczas trwającej sesji Sejmu. Co za tym idzie, wszelkie późniejsze „potwierdzenia” na jakie powołuje się Służba Naukowa Bundestagu (wiceministra spraw zagranicznych Józefa Winiewicza podczas negocjacji układu PRL-RFN z 1970 r. oraz rządu III RP z 2004 r.) również nie mają żadnej mocy prawnej. Czyli - na gruncie prawa międzynarodowego do niczego się nie zobowiązaliśmy.
Więcej – rząd PRL zaniechał wysłania oficjalnej noty do rządu NRD w powyższej sprawie, co odkrył podczas kwerendy po rządowych archiwach powołany przez prezydenta Warszawy śp. Lecha Kaczyńskiego zespół przygotowujący drugą część raportu o stratach wojennych Warszawy (dziwnym trafem, owa druga część, skupiająca się na zagadnieniach prawnych związanych z odszkodowaniami, jest nie do znalezienia w internecie). A zatem, rzekome zrzeczenie się przez Polskę reparacji nie ma żadnego odzwierciedlenia w układach bilateralnych. Inaczej mówiąc, to wszystko było „na gębę”. Z kolei Grzegorz Kostrzewa-Zorbas w 2014 r. odkrył, iż deklaracja władz PRL z 23 sierpnia 1953 r. nie została zarejestrowana w Sekretariacie ONZ. I tu już Niemcom robi się konkretnie mokro, bo na akty prawnomiędzynarodowe nie notyfikowane przy ONZ nie można się powoływać podczas postępowań przed organami Organizacji Narodów Zjednoczonych – a takim jest Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze do którego należałoby ostateczne rozstrzygnięcie.
Cóż więc pozostaje Niemcom? Mogą się powoływać na bierność kolejnych rządów PRL i III RP oraz na „przedawnienie”. Tyle, że w prawie międzynarodowym nie ma sztywno zdefiniowanej instytucji przedawnienia. Jeżeli już, to ma ono formę niedookreślonego prawnie zwyczaju, ale tu ocena, czy zaszło owo niby-przedawnienie i czy Polska zrzekła się roszczeń poprzez zaniechanie, należy do trybunału w Hadze - a ten może równie dobrze orzec na naszą korzyść, jak i Niemców. Lecz by to sprawdzić, należy wnieść tam stosowny, dobrze przygotowany i udokumentowany pozew.
No i wreszcie kwestia „Traktatu 2+4”. Ów traktat był taką bardziej cywilizowaną formą Jałty – dopuszczono nas jedynie do rozmów odnośnie polskich granic. Polska nie miała możliwości podjęcia w procesie negocjacyjnym odszkodowań wojennych. Rząd Mazowieckiego z ministrem Skubiszewskim zresztą nawet tego nie próbowali – i tu, paradoksalnie, ich tchórzostwo wychodzi nam dziś na dobre, bo możemy powiedzieć, że decyzje zostały podjęte bez naszego udziału i ponad naszymi głowami. To, co USA, ZSRR, Wlk. Brytania i Francja sobie uzgodniły z Niemcami – to ich sprawa. My, jeśli chodzi o reparacje, do niczego się nie zobowiązaliśmy.

III. Polska broń atomowa
Konkludując – nigdy i niczego nie zrzekliśmy się w sposób wiążący na gruncie prawa międzynarodowego. Ani w PRL, ani w III RP. Natomiast Niemcy, owszem, jak najbardziej traktatowo zgodziły się na obecne polskie granice. I tu jest ten haczyk z którego Berlin zdaje sobie sprawę, dlatego tak nerwowo oznajmia raz za razem, że sprawa reparacji jest „ostatecznie załatwiona” - jak raczył niedawno oznajmić rzecznik niemieckiego rządu Steffen Seibert. Jeśli zatem Niemcy uruchamiają dziś papierowego „Tygrysa” i grożą równie papierową „bombą atomową” w postaci uruchomienia wobec Polski artykułu 7 Traktatu Lizbońskiego („nie możemy trzymać języka za zębami” - te słowa Merkel są ewidentną reakcją na podniesienie przez nas sprawy reparacji) – to wiedzmy, że w odróżnieniu od przeciwników, mamy na podorędziu prawdziwą bombę. Prawo jest po naszej stronie. Nie zawahajmy się go użyć – bo w końcu, jak nie teraz, to kiedy?

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?

Od reparacji do „polexitu”

Zbrodnie niemieckiego kolonializmu

Namibia, a sprawa polska

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 37 (13-19.09.2017)


niedziela, 27 sierpnia 2017

Czy Polska faktycznie zrzekła się reparacji?

Oświadczenie z 1953 r. było jedynie pustym politycznym gestem nie rodzącym dla Polski (nawet dla PRL!) żadnych skutków prawnomiędzynarodwych.



Na początek mała podróż w czasie. Mamy dzień 9 maja 2005 roku. Prezydent Warszawy Lech Kaczyński wraz ze współpracownikami prezentuje drugą część „Raportu o stratach wojennych Warszawy”, będącą uzupełnieniem opublikowanej rok wcześniej części pierwszej zawierającej szczegółowe wyliczenia zniszczeń i ofiar w ludziach, jakie dotknęły stolicę w wyniku niemieckiej okupacji. Część druga „Raportu” koncentruje się natomiast na tekstach źródłowych: mamy w niej umowy międzynarodowe, porozumienia, akty prawne krajowe i międzynarodowe - słowem, wszystko, co od strony prawnej dotyczy zagadnienia reparacji z tytułu strat wojennych. Materiały poddano analizie z punktu widzenia ich mocy wiążącej dla Polski. Wnioski są jednoznaczne: Polska nigdy nie zrzekła się praw do niemieckich odszkodowań za II wojnę światową. Początkowo PRL miała pobierać „swoją” część reparacji za pośrednictwem Związku Radzieckiego, który egzekwował je ze swojej strefy okupacyjnej (późniejszej NRD) – regulowała to „Umowa o wynagrodzeniu szkód” z 16 sierpnia 1945 r. Ostatecznie Związek Radziecki w 1953 r. „po uzgodnieniu” z rządem PRL rezygnuje z dalszego pobierania odszkodowań z dniem 1 stycznia 1954 r. - co z kolei znajduje odzwierciedlenie w umowie zawartej między ZSRR a NRD 22 sierpnia 1953 r. Dzień później, 23 sierpnia 1953 r., rząd PRL podejmuje uchwałę – deklarację o zrzeczeniu się reparacji od Niemiec. Dziś przeciwnicy naszych żądań odszkodowawczych podają ją w charakterze koronnego argumentu na rzecz bezzasadności podnoszenia polskich roszczeń.
Jest tylko mały szkopuł. To wszystko było „na gębę”, bez dochowania przewidzianych prawem międzynarodowym procedur. Grzegorz Kostrzewa-Zorbas przypomniał już pod koniec 2014 r., że deklaracja władz Polski Ludowej nie została notyfikowana w Sekretariacie ONZ – co ma znaczenie o tyle, że na akty prawne nie zarejestrowane w Sekretariacie nie można się powoływać w postępowaniach przed organami ONZ. A zatem, w przypadku wniesienia przez Polskę sprawy przed Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze (będący organem sądowym ONZ) strona niemiecka nie mogłaby się powołać na wspomnianą deklarację.
Może zatem uchwała obowiązuje przynajmniej w bilateralnych stosunkach polsko-niemieckich? I tu też pudło – PRL-owskie władze bowiem nie pofatygowały się, by przekazać ją formalnie rządowi NRD. Oddajmy głos Józefowi Menesowi kierującemu pracami zespołu powołanego przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego: „Dotychczasowe poszukiwania w archiwach wskazują, że polskie MSZ nigdy nie przesłało do władz byłej NRD noty dyplomatycznej, w której rząd polski zrzekałby się roszczeń z tytułu strat wojennych. Nie ma również noty zwrotnej rządu NRD. Tym samym brak jest podstaw prawnych do przyjęcia, że rozliczenie wartości dostaw reparacyjnych między PRL i ZSRR jest tożsame z rozliczeniem między PRL i Niemcami”. Pozostaje tylko do ustalenia, czy rząd PRL oficjalnie upoważnił ZSRR do reprezentowania go w „negocjacjach” z NRD i zawarcia również w jego imieniu umowy z 22 sierpnia 1953 r. Najprawdopodobniej nie, o czym świadczą słowa Bieruta podczas zebrania na którym uchwalono deklarację:również Rząd PRL powinien ustosunkować się do sprawy odszkodowań niemieckich” - po co miałby się dodatkowo „ustosunkowywać”, jeśli wcześniej scedowałby na ZSRR prowadzenie rozmów z NRD?
Jeżeli zatem takowego upoważnienia nie było, to nie ma o czym mówić, tym bardziej, że są wątpliwości co do legalności samej uchwały. Konstytucja PRL w art. 25 p.7 głosiła jedynie, iż Rada Państwa „ratyfikuje i wypowiada umowy międzynarodowe” - a zatem jednostronna deklaracja zaciągająca na Polskę zobowiązania międzynarodowe była przekroczeniem konstytucyjnych prerogatyw tego organu. Co za tym idzie, wszystkie późniejsze „potwierdzenia”, zarówno kolejnych rządów PRL, jak i III RP (ostatnie z 2004 r. głosiło, iż „oświadczenie rządu PRL z 23 sierpnia 1953 r. o zrzeczeniu się przez Polskę reparacji wojennych rząd RP uznaje za obowiązujące”) nie mają żadnej mocy prawnej.
Tym samym, można rozwiać obawy tych, którzy podnoszą, że jeśli „zdelegalizujemy” PRL, to straci swoją moc także umowa z 1970 r. o normalizacji stosunków z RFN uznająca granicę Polski na Odrze i Nysie. Niczego nie trzeba „delegalizować” - w odróżnieniu od deklaracji z 1953 r. układ PRL-RFN został podpisany i ratyfikowany przez obie strony i ma moc wiążącą. Natomiast oświadczenie z 1953 r. było jedynie pustym politycznym gestem nie rodzącym dla Polski (nawet dla PRL!) żadnych skutków prawnomiędzynarodwych. I odnoszę wrażenie, że Niemcy zdają sobie sprawę na jak kruchych podstawach oparte jest ich stanowisko, wg którego „kwestię reparacji uznajemy za ostatecznie uregulowaną” - inaczej nie zareagowałyby tak nerwowo na pojawienie się tego tematu w przestrzeni publicznej. Tymczasem nic nie jest „uregulowane” - i to, czy Polska zdecyduje się ostatecznie na formalne wystąpienie z roszczeniami jest wyłącznie kwestią kalkulacji politycznych zysków i strat.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:
Zbrodnie niemieckiego kolonializmu
Od reparacji do „polexitu”

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 34 (25-31.08.2017)