Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krwawa Niedziela. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krwawa Niedziela. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 czerwca 2016

Ukraińska bezczelność i polska bezradność

Ukraina skutecznie dyktuje nam przestrzeń oficjalnej, państwowej pamięci historycznej.

I. Pojednanie, czy dyktat?

Ech, ledwie dwa tygodnie temu napisałem dla „PN” tekst „Międzymorze bez Ukrainy”, w którym m.in. odniosłem się do aroganckiego apelu przewodniczącego ukraińskiego parlamentu, Andrija Parubija, by nie zajmować się tematami historycznymi, bo to nas „dzieli” a poza tym jest na rękę Rosji - a tu, niestety, trzeba będzie do tematu powrócić - i to zarówno z powodu polityki ukraińskich władz, jak i kompletnie nieadekwatnych reakcji polskiego rządu. Otóż, wystąpienie Parubija podczas spotkania z delegacją polskich parlamentarzystów nie było, czego się zresztą można było spodziewać, indywidualnym wyskokiem pojedynczego polityka, lecz częścią szerszej strategii wpisującej się w ukraińską politykę historyczną oraz elementem kampanii przed zbliżającą się kolejną rocznicą Krwawej Niedzieli. Potwierdza to opublikowany 2 czerwca list przedstawicieli ukraińskich elit skierowany do Polaków i polskich władz państwowych. Pod dokumentem podpisy złożyli m.in. byli prezydenci Leonid Krawczuk i Wiktor Juszczenko, głowy kościołów prawosławnego i greckokatolickiego – patriarcha Filaret oraz abp. Światosław Szewczuk, a także naukowcy, intelektualiści i działacze społeczni. Czyżby nastąpił przełom i strona ukraińska dojrzała do uznania ludobójstwa na Kresach, jakiejś formy ekspiacji? Nic z tych rzeczy. Pismo jedynie pozornie utrzymane jest w duchu pojednania (przywołano nawet symbolicznie hasło z historycznego listu polskich biskupów „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”). W rzeczywistości, odrzuca pokrętną retoryką, próbą relatywizowania historycznej prawdy – a wszystko podszyte lekko tylko zawoalowanym szantażem.

`Sygnatariusze w pierwszych słowach nie ukrywają, że motywem skłaniającym ich do wystosowania odezwy jest zbliżająca się rocznica kresowej tragedii Polaków. Tyle, że piszą ogólnikowo o „tragedii Wołynia”, nazywając ją „epizodem” i usiłując wpisać w jakiś szerszy kontekst „polsko-ukraińskiego konfliktu”. (Epizodem szczególnie bolesnym i dla Ukrainy, i dla Polski pozostaje tragedia Wołynia i polsko-ukraińskiego konfliktu z lat II wojny światowej, w wyniku którego zginęły tysiące niewinnych braci i sióstr”). Za chwilę autorzy „proszą o przebaczenie”, by jednak zaraz potem dodać: „tak samo przebaczamy zbrodnie i krzywdy uczynione nam”. Widzimy więc budowanie fałszywej symetrii, dobrze znanej z wystąpień oficjalnych, choćby szefa ukraińskiego IPN Wołodymyra Wiatrowycza, twierdzącego, że podczas II wojny światowej mieliśmy do czynienia z „wojną polsko-ukraińską”. Nie pada w tekście ani razu określenie „ludobójstwo”, „czystka etniczna”, „eksterminacja”. Próżno też szukać nazw „OUN”, „UPA”, czy nazwisk „Bandera”, „Szuchewycz”. Ot, z jakichś niezbadanych przyczyn Polacy i Ukraińcy rzucili się nagle na siebie z siekierami... Mowa jest o „zabijaniu niewinnych ludzi” - lecz bez wskazania kto, kogo i dlaczego mordował. Zawężenie obszaru wydarzeń jedynie do Wołynia również jest symptomatyczne. No, przyznajmy, że strona ukraińska poczuwa się do pewnych niedociągnięć - „państwo ukraińskie stoi jeszcze przed zadaniem pełnego sformułowania swego całościowego i godnego stosunku do doświadczeń, jakie przeszliśmy, ich przyczyn, a także własnej odpowiedzialności za przeszłość i przyszłość”.

II. Lista żądań i pouczeń

Ale to tyle „pojednawczego” tonu, dalej już bowiem pojawia się lista ukraińskich oczekiwań i zaleceń pod adresem strony polskiej, żeby przypadkiem od tej dobrej woli nam się w głowach nie poprzewracało. „Polska myśl winna w pełni uznać samodzielność ukraińskiej tradycji narodowej jako sprawiedliwej i godnej szacunku walki o własną państwowość i niepodległość”. Jest to rzecz jasna eufemizm nakazujący nam pogodzenie się z państwowym kultem spuścizny banderowskiej. Dalej jest jeszcze ciekawiej, pada bowiem ostrzeżenie pod adresem „polityków obu krajów przed mową nienawiści i wrogości”; „wykorzystywanie wspólnego bólu do politycznych rozrachunków doprowadzi do niekończących się oskarżeń. Krzywda jest bowiem zawsze obustronna (...)” (znów ta fałszywa symetria). No i wreszcie pada zasadniczy powód spłodzenia owego kuriozum:wzywamy naszych sojuszników, polskie władze państwowe i parlamentarzystów, aby nie przyjmowali jakichkolwiek niewyważonych deklaracji politycznych, które nie ukoją bólu, lecz jedynie przysporzą korzyści naszym wspólnym wrogom”. Krótko mówiąc, mamy milczeć, bądź produkować beztreściowe farmazony o „trudnej przeszłości” i „pojednaniu” bez nazywania rzeczy po imieniu. Całość wieńczy apel: „W przeddzień uroczystości rocznicowych (czego to ma być rocznica nie napisano - PL), które w lipcu odbędą się w obu państwach, wzywamy do powrotu do tradycji wspólnych apeli parlamentarnych - nie dzieliły nas one, ale łączyły w pokucie i wybaczeniu. Kierując się duchem braterstwa, wzywamy razem do ustanowienia wspólnego Dnia Pamięci Ofiar Naszej Przeszłości i Wiary w Niepowtórzenie się Zła”.

Powyższe w międzyczasie przeplatane jest szantażem wedle metody „na Moskala”: skoro Ukraina walczy teraz z Rosją „w obronie wolnego świata”, to należy milczeć i nie antagonizować. Bardzo wygodne podejście, zdejmuje bowiem ze strony ukraińskiej obowiązek jakiegokolwiek rozliczenia się z przeszłością i umożliwia dalsze zakłamywanie historii. Nie oszukujmy się – jeśli Ukraina przetrwa i okrzepnie, tym bardziej nie będzie skora do żadnych rozmów – bo niby z jakiej przyczyny? Kult banderowców zdąży zakorzenić się na dobre i wszelkie podważanie go stanie się psychologicznie i politycznie niemożliwe. Co niby władze w Kijowie powiedzą obywatelom, których wcześniej z pełną premedytacją kłamliwie indoktrynowały? „Wiecie, z tym Szuchewyczem, to jednak nie była tak do końca czysta sprawa, bo z jego rozkazu nasi rodzice i dziadkowie wymordowali 150 tysięcy Polaków”? Wolne żarty.

Warto podkreślić jeszcze jeden aspekt. Ukraina jest państwem upadłym. To protektorat – zależnie od okoliczności międzynarodowych - albo rosyjski, albo zachodni. Kraj jest zanarchizowany, rozdrapywany przez mafię i oligarchów, ubezwłasnowolniony politycznie i gospodarczo, reformy i skład rządu wprost dyktowane są przez Niemcy, USA i światowe organizacje finansowe. I to na wpół zdechłe „coś” skutecznie dyktuje nam przestrzeń oficjalnej, państwowej pamięci historycznej, uprawia jakieś emocjonalne szantaże i formułuje zalecenia „do wykonu”. To przecież jakiś obłęd.

III. Polska bezradność

Nie mniej obłędna jest polska polityka w tej materii. Przy czym, o ile po poprzedniej ekipie niczego nie można było się spodziewać, o tyle objęcie władzy przez Prawo i Sprawiedliwość budziło nadzieję – nie tylko środowisk Kresowian, lecz każdego, komu leży na sercu polska szeroko rozumiana podmiotowość. A tej podmiotowości nie będziemy mieli, jeśli de facto abdykujemy w wymiarze państwowym z historycznej pamięci o kresowym ludobójstwie. Tymczasem PiS wycofuje się rakiem z ustanowienia 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Męczeństwa Kresowian - dzień ten ma zostać przeniesiony na 17 września. Intencja jest jasna: „rozmyć” ukraińskie ludobójstwo w szerszym kontekście zbrodni sowieckich – tyle, że co ma piernik do wiatraka? Co łączy „operację polską” NKWD z lat 1937-38 z rzeziami banderowców z lat 1943-44 poza chęcią „ukrycia” właśnie tej konkretnej, „drażliwej” daty – 11 lipca? Na dodatek, przedstawiciele PiS przyznają, że stało się tak na skutek nacisków strony ukraińskiej, do których doszło m.in. podczas przywołanego na wstępie spotkania polskich posłów w Kijowie, w którym brał udział także czołowy wołyński negacjonista Wołodymyr Wiatrowycz. Może dla osłody 11 lipca będzie jakaś okolicznościowa uchwała Sejmu... a może nie, bo wszak w omówionym tu liście Ukraińcy wyraźnie nam tego zabronili.

Portal Kresy.pl nazywa takie postępowanie zdradą wobec Kresowian. Ja powiedziałbym raczej, iż jest to wynik nie tyle złej woli, ile kunktatorstwa wynikającego z błędnych przesłanek. Z jednej strony jest to efekt zaczadzenia polityczną mitologią Giedroycia reprodukującą się w kolejnych pokoleniach elit, której składnikiem są ustępstwa i polityka „dobrej woli” bez żadnych warunków brzegowych, aby broń Boże nadwrażliwych Ukraińców nie zrazić (na czym oni błyskawicznie nauczyli się grać naszym kosztem). Druga strona polega na założeniu (a inaczej nie potrafię sobie racjonalnie zrekonstruować motywacji PiS-u), że tylko Polska mająca dobre relacje z Ukrainą jest cokolwiek warta dla USA, które rozgrywają na Ukrainie swoją partię szachów z Putinem – dwa piętra ponad naszymi głowami. Innymi słowy, jeśli będziemy grzeczni dla Kijowa, to zarazem będziemy użyteczni w regionie dla Waszyngtonu, więc Ameryka będzie nas wspierać i bronić przed Rosją – przynajmniej do kolejnego „resetu”. Efekt jest taki, że Ukraina czuje się władna dyktować nam z pozycji siły nasze narodowe rocznice. A u nas każdy, kto odważy się głośno o tym powiedzieć, mianowany jest przez dyżurnych patriotów „ruskim agentem” i „V kolumną Putina”. Ręce opadają.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Międzymorze bez Ukrainy”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 23 (08-14.06.2016)

środa, 22 lipca 2015

„Strategiczna cierpliwość” Pawła Kowala

Nie miejmy złudzeń. Polityka historyczna Kijowa absolutnie nie dąży do zmierzenia się z demonami przeszłości

W naszym światku polityczno-medialnym funkcjonuje sobie taki ukraiński lobbysta o nazwisku Paweł Kowal. Kojarzycie Państwo? Ten sam, co to po fiasku projektu Polska Jest Najważniejsza (a pomidorowa jest najsmaczniejsza) znalazł przytułek na łaskawym chlebie w programie kulinarnym ukraińskiej telewizji i z wdzięczności od tamtej pory w dwójnasób udziela się na różnych forach, urabiając polską opinię publiczną w proukraińskim duchu. Otóż rzeczony Kowal stwierdził w wywiadzie dla „wPolityce.pl” udzielonym przy okazji rocznicy Krwawej Niedzieli, iż w stosunku do Ukrainy czekają nas jeszcze lata „strategicznej cierpliwości”. Chodziło rzecz jasna o ukraińską niechęć do historycznych rozliczeń.

Przepraszam, ale ja już zwyczajnie nie mogę słuchać takich dyrdymałów. „Strategiczną cierpliwość” to my wykazujemy od czasów Giedroycia - czyli nazbierało się parę ładnych dziesiątków lat. Nawet biorąc pod uwagę samą III RP będzie już tego ćwierć wieku. Uznaliśmy jako pierwsi ukraińską niepodległość. Do niedawna chowaliśmy Wołyń pod sukno, by nie zadrażniać stosunków, a i obecnie stawianie tej kwestii przez polskie oficjalne czynniki polityczne, mówiąc łagodnie, dalekie jest od radykalizmu. Pogodziliśmy się z utratą Kresów i nie wysuwamy żadnych rewindykacyjnych postulatów. Ukraina natomiast w tym czasie oficjalnie gloryfikuje morderców z UPA. Może wystarczy tego dobrego?

Ukraińcom należy jasno powiedzieć, że czas bezwarunkowego poparcia ze strony Warszawy się skończył. Jeżeli dalej będziemy „dialogować” w stylu - „no, może łaskawie przyznacie, bracia Ukraińcy, że z tym Wołyniem to nie wszystko było w porządku”, to nigdzie nie dojdziemy. W przywołanym wywiadzie Paweł Kowal powiada: „musimy bardzo uważać, aby tego, co nas dzieli z Ukraińcami, ktoś nie wykorzystał przeciwko nam i przeciwko Ukraińcom”. Chodzi oczywiście o Rosję, która faktycznie chętnie widziałaby Polskę i Ukrainę rozdzielone murem nienawiści, bo to w oczywisty sposób gra na jej korzyść. Tyle, że do tego tańca trzeba dwojga, a tymczasem ukraińska delegacja do Zgromadzenia Parlamentarnego Polski i Ukrainy odmówiła potępienia ludobójstwa na Kresach i w Małopolsce Wschodniej. O jakim więc dialogu można tu mówić? Kowal sam przyznaje, że Ukraińcy nie dojrzeli jeszcze do odkrywania czarnych kart swojej historii i minie jeszcze wiele czasu „zanim dojdzie do tego, że sami Ukraińcy zaczną zajmować się swoją trudną przeszłością”. Chwila, moment – przecież państwo ukraińskie jest niemal równolatkiem III RP. Myśmy w tym czasie zdążyli przerobić całą upiorną „pedagogikę wstydu”, przyznając się hurtem do wszystkich popełnionych i niepopełnionych zbrodni – walono nas po łbie „antysemityzmem”, polityką narodowościową okresu międzywojennego, pogromem kieleckim, Jedwabnem, akowcami mordującymi Żydów w Powstaniu Warszawskim i cholera wie czym jeszcze. Wzięliśmy na siebie odium komunistycznej Akcji „Wisła”, nasze władze mówiąc o Wołyniu uznają „historyczną pamięć” strony ukraińskiej odnośnie działań odwetowych polskiego podziemia w wyniku których zginęło 2-3 tys. Ukraińców (na co najmniej 100 tys. zamęczonych ofiar OUN/UPA). I co, mamy ciągnąć to samobiczowanie i czekać następne 25 lat, zanim ktoś się tam wreszcie obudzi?

Nie miejmy złudzeń. Polityka historyczna Kijowa absolutnie nie dąży do zmierzenia się z demonami przeszłości. Przeciwnie – owe demony stają się na naszych oczach mitem założycielskim „samostijnej Ukrainy”. Wiem, mówi się nam, że współczesny neobanderyzm ma głównie oblicze antyrosyjskie. Może i tak, ale jest jedynie kwestią czasu i potrzeby politycznej, by i antypolska twarz tej spuścizny zafunkcjonowała z równą mocą na publicznej scenie. Opór przed uznaniem wołyńskiej zbrodni jest tego dobitnym potwierdzeniem.

Ludobójstwo na Kresach może podzielić los masakry Ormian. Turcja do tej pory wypiera się tamtego holokaustu i ostro interweniuje ilekroć ten temat ma szanse pojawić się na arenie międzynarodowej. Jeszcze trochę i podobnie będzie z Wołyniem i Ukrainą - ustawa „o bojownikach walk o niezawisłość Ukrainy” i penalizacja krytyki rezunów z UPA jest wyraźną wskazówką w którą stronę podąża polityka historyczna władz w Kijowie. To jest kalka działań putinowskiej Rosji karzącej za „rozpowszechnianie fałszywych informacji o roli Związku Radzieckiego w drugiej wojnie światowej”, czyli mówienie o sowieckich zbrodniach i kolaboracji Stalina z Hitlerem. Wektor inny, metoda ta sama.

Postawmy sprawę z głowy na nogi. Ukraina jest zagrożona przez Rosję, zgadza się? Toczy z Rosją krwawą wojnę, której stawką jest integralność terytorialna państwa, tak? Więc TYM BARDZIEJ Ukraińcom powinno zależeć na dobrych relacjach z Polską. Jeśli zamiast tego mamy ostentacyjne prowokacje w rodzaju wynoszenia na piedestał banderowców, to znaczy że na dobrych stosunkach z naszym krajem Ukrainie nie zależy. Przestańmy więc nadskakiwać Kijowowi, bo tylko się tym ośmieszamy.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2081-pod-grzybki-12

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 29 (17-23.07.2015)

niedziela, 12 lipca 2015

Pożegnanie z Giedroyciem?

PiS najwyraźniej zaczyna się otrząsać z giedroyciowskiego paradygmatu polityki wschodniej, który ciążył nad Polską przez całą III RP.

I. Oczy szeroko zamknięte

11 lipca miną 72 lata od pamiętnej „Krwawej niedzieli” (11.07.1943) - symbolicznego apogeum wołyńskiego ludobójstwa dokonanego przez OUN-B i UPA na Polakach zamieszkujących Kresy i wschodnią Małopolskę. Wedle szacunków zginęło wówczas ok.100 tys. Polaków oraz przedstawicieli innych narodowości (niektórzy podają nawet liczbę 250 tys). Ofiary, co trzeba podkreślić, były na ogół mordowane z sadystycznym okrucieństwem. Przez dziesięciolecia zbrodnia ta była tematem tabu, dopiero w ostatnich latach prawda o ówczesnych wydarzeniach zaczęła przebijać się do masowej świadomości. Niestety, potrzeby bieżącej polityki i fałszywie rozumiana racja stanu powodowały, iż temat ten nie znalazł należytego odzwierciedlenia w relacjach polsko-ukraińskich. Schemat przemilczania był prosty jak konstrukcja cepa – Ukraina ma być naszym strategicznym partnerem w regionie, zatem „nie trzeba głośno mówić” o sprawach, które mogłyby wywołać negatywny oddźwięk w Kijowie, tym bardziej, że mamy wciągać państwo ukraińskie w orbitę wpływów Zachodu, odpychając tym samym Rosję od naszych granic.

Tego typu podejście okazało się krótkowzroczne. Ukraińcy przyzwyczaili się, że mają poparcie Warszawy za darmo, że będą przez nas bez żadnych warunków wstępnych dopieszczani w trosce, by przypadkiem się nie obrazili i nie zwrócili w stronę Moskwy. W efekcie uznali, iż nie muszą nas szanować, oglądać się na polską wrażliwość historyczną, czy rozliczać ze swoją przeszłością – a tego rodzaju symboliczne kwestie wchodzące w skład polityki historycznej mają w stosunkach międzynarodowych niebagatelną wagę, czego przykładem jest intensywna kampania wybielania i relatywizowania niemieckiej odpowiedzialności za II Wojnę Światową. Ta polityka „szeroko zamkniętych oczu” obowiązywała u nas ponad podziałami. Również główna siła po prawej stronie - Prawo i Sprawiedliwość - trzymała się jej przez lata z uporem godnym lepszej sprawy. Na szczęście, ostatnio pojawiła się nadzieja na weryfikację dotychczasowego modelu postępowania – być może wraz ze zmianą pokoleniową dojrzewa też refleksja o bezskuteczności relacji opartych na zamiataniu historii pod dywan i zbywaniu jej eufemistycznymi ogólnikami.

II. Relatywizacja zbrodni

Oto 22 czerwca odbyła się VIII sesja Zgromadzenia Parlamentarnego Polski i Ukrainy – zgromadzenie składało się z 20 deputowanych do Izby Najwyższej Ukrainy oraz 16 posłów i 4 senatorów po stronie polskiej. Sesja, od razu dodajmy, zbojkotowana została przez parlamentarzystów PiS. W jej trakcie negocjowano treść komunikatu dotyczącego kwestii historycznych i posłowie PiS nalegali na zamieszczenie w nim sformułowań jednoznacznie potępiających wołyńskie ludobójstwo. Na to z kolei nie chciała zgodzić się strona ukraińska, więc parlamentarzyści głównej siły opozycyjnej z Janem Dziedziczakiem na czele opuścili obrady. Jak się okazało, słusznie, bowiem pozostali uczestnicy Zgromadzenia z ramienia polskiego parlamentu potulnie trwali przy dotychczasowej linii rozmiękczającej odpowiedzialność i unikającej jednoznacznej oceny wydarzeń. Końcowy komunikat opublikowany na stronach Sejmu nie pozostawia złudzeń. Mowa jest bowiem w nim o powołaniu zespołu, który przygotuje propozycję deklaracji pojednania Narodów Polskiego i Ukraińskiego. Deklaracja ta, zgodnie z wolą Zgromadzenia, ma się odnieść wprost do bolesnych zdarzeń z naszej historii: Zbrodni Wołyńskiej, mordów dokonywanych na ludności ukraińskiej. Dalej jest mowa o „bolesnych dla obu stron zdarzeniach we wspólnej historii i przy jednoczesnym potępieniu zbrodni przeciwko ludzkości”, przywołano także przemówienia Bronisława Komorowskiego i Petro Poroszenki z cytatem „wybaczamy i prosimy o wybaczenie”.

Mamy zatem klasyczną relatywizację – ot, były „bolesne zdarzenia” w których ucierpiały „obie strony”, ponadto usiłuje się wpisać Zbrodnię Wołyńską tak ogólnie w „zbrodnie przeciw ludzkości”. Takie ujęcie tematu jest w oczywisty sposób na rękę Ukraińcom, pomija bowiem absolutną nieproporcjonalność działań strony ukraińskiej i polskiej podczas rzezi – z jednej strony jest 100 tysięcy zamęczonych bestialsko przez Ukraińców niewinnych ofiar, z drugiej zaś – ok. 2 tys. Ukraińców, którzy zginęli podczas nielicznych akcji odwetowych polskiej partyzantki, będących – zaznaczmy – reakcją na zbrodnie banderowskich rezunów. Doprawdy, przywoływanie tu sprostytuowanego na wszelkie sposoby cytatu z listu polskich biskupów do niemieckiego episkopatu, jest szczytem historycznego zakłamania. Tak poza tym – może warto również pochylić się nad losem 485 tys Polaków zmuszonych przez UPA do ucieczki z Wołynia, Galicji Wschodniej i Chełmszczyzny na tereny Polski centralnej? Czy sformułowanie „czystka etniczna” to zbyt wiele jak na wrażliwość naszych ukraińskich „partnerów”?

III. Rozbrat z Giedroyciem?

Pocieszające, że PiS najwyraźniej zaczyna się otrząsać z giedroyciowskiego paradygmatu polityki wschodniej, który ciążył nad Polską przez całą III RP i dowodził jedynie wtórności oraz braku samodzielności intelektualnej współczesnych elit. Doktryna Giedroycia miała swoje uzasadnienie w czasach ZSRR, gdy w imię realizacji postulatu ULB (Ukraina-Litwa-Białoruś jako kordon sanitarny odgradzający nas od Rosji) paryski redaktor próbował obłaskawiać banderowców (z miernym skutkiem zresztą), użyczając im łamów „Kultury” i wyciszając temat Wołynia. Miał ograniczone pole manewru, uprawiał politykę poprzez swoje czasopismo, starając się oddziaływać na poglądy środowisk emigracyjnych i polskiej opozycji demokratycznej - może zwyczajnie wówczas nie dało się inaczej. Błąd polegał na mechanicznym przeniesieniu, bez żadnych korekt, giedroyciowskich zapatrywań w nowe realia, zupełnie, jakby był to religijny dogmat, nie zaś jedynie linia polityczna, którą należy modyfikować stosownie do okoliczności. Tymczasem, gdy postulat ULB doczekał się realizacji i u naszych wschodnich granic powstały niepodległe państwa, okazało się, jak naiwne było myślenie w duchu „my wam pomożemy, wy nam będziecie za to wdzięczni i wspólnie rozpoczniemy nową erę w historii Europy środkowo-wschodniej”.

Owo podejście wynika w znacznej mierze ze względów pokoleniowych. Do niedawna w Polsce rozdawała karty generacja dla której Giedroyc i paryska „Kultura” byli biblią i wyrocznią, na niej się ukształtowały solidarnościowe elity i kontynuowały jej program wschodni w niezmienionej formie, mimo że po drodze rzeczywistość zaczęła coraz bardziej odstawać od idealistycznych założeń. Przykładem niech będzie chociażby wspieranie przez Lecha Kaczyńskiego do samego końca „pomarańczowego” Juszczenki, mimo że od pewnego momentu widać było wyraźnie, iż jest to karta przegrana, na domiar złego zaś – niczym tonący brzytwy – zaczął się chwytać marginalizowanej dotąd na Ukrainie spuścizny banderowskiej i dowartościowywać ją w tamtejszej przestrzeni publicznej. Dziś obserwujemy rozkwit zapoczątkowanej wówczas przez Juszczenkę tendencji. Fetowanie w ukraińskim parlamencie Romana Szuchewycza, przyjęcie ustawy o „bojownikach o wolność”, do których zaliczeni zostali również rezuni z UPA połączone z penalizacją negowania ich „zasług”, jest świadomym działaniem wskazującym, iż tu właśnie ukraińskie władze chcą widzieć fundament współczesnej „samostijnej Ukrainy” - nie oglądając się bynajmniej na polskie samopoczucie.

Na marginesie – portal Rebelya.pl zamieścił gniewny tekst Marcina Reya, w którym ten zarzucił PiS „porzucanie dziedzictwa Lecha Kaczyńskiego”. Znów mamy do czynienia z myśleniem dogmatycznym. To nie żadne „porzucenie”, tylko uniknięcie powtórzenia pewnych błędów tego wybitnego skądinąd polityka. Nie ma ludzi doskonałych i w pewnych sprawach mylić się mógł nawet śp. Lech Kaczyński, co w żadnym razie nie umniejsza jego zasług dla Polski.

IV. Zmiana kursu?

Dlatego cieszy obecna postawa Jana Dziedziczaka, który odchodzi od infantylnego, proukraińskiego entuzjazmu mówiąc: „Pokazaliśmy zdecydowanie, że jest to sprawa priorytetowa. Dla nas, w kontekście przyszłych rządów, niewyobrażalna jest taka sytuacja, że o Zbrodni Wołyńskiej nie będziemy mówić”; i dalej: „wyraźnie pokazaliśmy, że polityka unikania i rozmiękczania tematu Zbrodni Wołyńskiej się kończy. Nasze stanowisko w tej sprawie jest jednoznaczne”.

Mam tylko nadzieję, że obserwowana korekta kursu Prawa i Sprawiedliwości jest sygnałem trwałego przewartościowania. Do tej pory bowiem nasze relacje z Ukrainą były rażąco niesymetryczne. My troskaliśmy się, by ich nie urazić zbyt twardym stanowiskiem w sprawie Wołynia, Ukraińcy natomiast bez skrępowania uczynili tradycję banderowską kamieniem węgielnym narodowego odrodzenia i mitem założycielskim „samostijnej Ukrainy”. Ta asymetria musi się skończyć i – powtórzę – mam nadzieję, że gest posłów PiS nie jest jedynie koniunkturalną kokieterią obliczoną na potrzeby wyborcze, w celu zjednania środowisk kresowych i szerzej – patriotycznych, dla których pamięć o Wołyniu nie jest jedynie pustym dźwiękiem.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 26 (08-14.07.23015)