Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ULB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ULB. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 czerwca 2016

Międzymorze bez Ukrainy

Nie tylko Ukraina leży nad Morzem Czarnym. Zatem w tej chwili powinniśmy skoncentrować się na budowaniu sojuszu państw Europy Środkowej.

I. Wołyń pod dywan!

16 maja PAP doniosła o kuriozalnej odezwie przewodniczącego ukraińskiego parlamentu, Andrija Parubija, który podczas spotkania z posłami Polsko-Ukraińskiej Grupy Parlamentarnej Sejmu RP zaapelował, by „odroczyć dyskusję na tematy historyczne”, a także „odrzucić to, co dzieli dwa narody, i poszukiwać wydarzeń historycznych, które łączą Polaków i Ukraińców”. Oczywiście w tle musiał wybrzmieć rosyjski szantaż, ponieważ „dyskusje historyczne dzielące Polaków i Ukraińców” „są na rękę przeciwnikom dobrych relacji dwustronnych”, a tak w ogóle „przeszłość nie powinna strzelać w przyszłość, szczególnie w czasach oporu przed nawałą”. Innymi słowy, Ukraina nie zamierza korygować nawet o milimetr swej polityki historycznej, zasłaniając się konfliktem z Rosją – a ponieważ konflikt ten jest w fazie permanentnej i w dającej się przewidzieć przyszłości będzie się na zmianę to tlił, to rozniecał, więc przesłanie jest jasne: nigdy nie będzie dobrego momentu by mówić o ludobójstwie na Kresach i lepiej zamieść z powrotem sprawę pod dywan. Dobrze, że szef sejmowej delegacji, Michał Dworczyk (PiS), prócz zapowiedzi różnych „jednoczących” inicjatyw, trzeźwo zauważył, iż „źle rozumiana poprawność polityczna w relacjach dwustronnych niczego dobrego nie przyniesie”, oraz że gdyby sprawę załatwiono 20 lat temu „ta trudna lekcja byłaby już odrobiona”. Inna sprawa, że powiedział to polskim dziennikarzom obsługującym wizytę – ciekawe, czy podobnie twarde stanowisko zaprezentował również bezpośrednio Parubijowi.

Z polskiego punktu widzenia właśnie teraz jest najlepszy moment, by mocno akcentować w dwustronnych relacjach kwestię rozliczeń historycznych. Ukraina jest bankrutem poddanym pod międzynarodową kuratelę, a państwo znajduje się na skraju rozpadu. Jeżeli obecnie nie jest gotowa pójść na żadne ustępstwa, to tym bardziej nie będzie do nich skłonna, gdy sytuacja - zarówno wewnętrzna, jak i na rosyjskim froncie - zostanie jako tako opanowana. Dlatego należy dociskać, bowiem teoretycznie właśnie dziś Ukrainie powinno zależeć na dobrych kontaktach z Polską. Jeżeli nie ustąpi, będzie to sygnałem, że nie zależy jej na dobrych stosunkach z nami w ogóle. A skoro tak, to nie ma co zawracać sobie głowy.

II. Mit założycielski „samostijnej”

Na Ukrainie mamy do czynienia z osobliwą sytuacją: neo-banderowcy oficjalnie stanowią ułamek społeczeństwa, ugrupowania polityczne odnoszące się bezpośrednio do tej spuścizny znajdują się na marginesie, a tymczasem właśnie dziedzictwo OUN-UPA stało się mitem założycielskim „samostijnej”, post-majdanowej Ukrainy. I to właśnie ta polityka jest forsowana w charakterze spoiwa narodowego i fundamentu tożsamości. Jest to w oczywisty sposób nie do pogodzenia z polską pamięcią, o prawdzie historycznej już nie wspominając. Z jakichś względów dla współczesnej Ukrainy taki Petlura (którego współpracy z Piłsudskim poświęcona zostanie anonsowana przez Dworczyka dwujęzyczna wystawa w polskim sejmie) okazał się nie dość „sexy”. Bandera i Szuchewycz są atrakcyjniejsi – a skoro tak, to oficjalne ukraińskie czynniki mogą już tylko kłamać i iść w zaparte. My zaś mamy do wyboru – przełknąć ich kłamstwa udając, że szafa gra i nic się nie stało, bo „wybieramy przyszłość”, albo zacząć stanowczo upominać się o swoje, przechodząc do porządku dziennego nad ukraińskimi fochami.

Nie możemy również pozwolić się szantażować straszakiem rosyjskim, a to z prostego powodu – ten szantaż opiera się na blefie. Ukraina, na nasze szczęście, wpędziła się w trwały, wyniszczający konflikt z Rosją. Pisałem już o tym kiedyś – wojna rosyjsko-ukraińska jest dla nas błogosławieństwem, wikłając obie strony w wyczerpujący klincz. Nie ma mowy, by Ukraina poszła w rosyjskie ramiona, a już na pewno nie z tego powodu, że obraziła się na nas za podnoszenie tematu rzezi na Kresach. Wojna na wschodzie Ukrainy jest zarazem najlepszym gwarantem, że obszar tego kraju będzie stanowił dla nas strefę buforową – Ukraińcy zwyczajnie nie mają wyjścia, walczą o przetrwanie. Własny koncert rozgrywają tam, dwa piętra ponad naszymi głowami, także geopolityczni zawodnicy wagi ciężkiej i międzynarodowe grupy interesu, zatem i my powinniśmy z tego uszczknąć coś dla siebie, choćby w sferze polityki historycznej, skoro na więcej nas nie stać, zamiast niczym frajerzy stać w nieskończoność z wyciągniętą do zgody ręką.

III. Giedroyciowski przesąd

I tu dochodzimy do kwestii Międzymorza. Otóż, zniewolone intelektualnie giedroyciowską mitologią polityczną nasze elity wciąż w znacznej części nie wyobrażają sobie Międzymorza i obszaru „ABC” (Adriatyk, Bałtyk, Morze Czarne) bez Ukrainy. Pora odrzucić ten przesąd. Nie tylko Ukraina leży nad Morzem Czarnym. Zatem w tej chwili, przynajmniej do momentu, gdy Ukraina się nie ogarnie i nie dotrze do niej, że sama sobie szkodzi, powinniśmy skoncentrować się na budowaniu sojuszu państw Europy Środkowej. To samo tyczy się również Litwy, prowadzącej jawnie wrogą i szowinistyczną politykę wobec polskiej mniejszości. Czas pokazać „naszym strategicznym partnerom”, że ich działania skazują je na marginalizację w regionie, a dla giedroyciowskiej doktryny ULB (Ukraina, Litwa, Białoruś) istnieje realna alternatywa, choćby w postaci rozszerzonej wersji Grupy Wyszehradzkiej (np. o Rumunię, w dalszej perspektywie – o Chorwację). Ukraina zaś, powtarzam, chcąc nie chcąc będzie osłaniała ten układ od wschodu - przynajmniej dopóki Berlinowi i Waszyngtonowi będzie zależało na zastępczej wojence z Putinem.

Zresztą, z kim mamy wchodzić tu w alians? Mało kto wie (ja sam dowiedziałem się niedawno za sprawą artykułu na portalu obserwatorfinansowy.pl), że poszczególne organy ukraińskiego „państwa” są odrębnymi osobami prawnymi – Rada Najwyższa, organy władzy wykonawczej, sądy – to wszystko osobne byty prawne, niczym spółki! Na dodatek, państwo ukraińskie nie odpowiada za zobowiązania własnych organów - „osób prawnych”, te zaś z kolei nie odpowiadają za zobowiązania państwa. To jest, przepraszam, jakiś bajzel na kółkach...

Tak nawiasem mówiąc – renesans idei Międzymorza na serio (i z przytupem) rozpoczął się w styczniu 2015 r. od analizy amerykańskiej prywatnej wywiadowni Stratfor poświęconej właśnie temu zagadnieniu, obudowanej odpowiednią medialną kampanią (choćby w „Rzeczpospolitej”) i entuzjastycznymi wywiadami George'a Friedmana dla polskich mediów (ten zresztą zwolennikiem tej koncepcji był „od zawsze”). Była to zarazem jaskółka zwiastująca odsunięcie od władzy opcji proniemieckiej z PO i rosyjskiej zogniskowanej wokół prezydenta Komorowskiego, do robienia Międzymorza pod amerykańskim patronatem nadawało się bowiem wyłącznie PiS, Polska zaś jest potrzebna jako zaplecze ukraińskiego frontu. Swoją drogą, ciekawe, czy ktoś z Polski pofatygował się do Amerykanów z pytaniem, ile są gotowi nam zapłacić za podjęcie się realizacji tego zadania? To się okaże po warszawskim szczycie NATO.

IV. „Wyszehrad plus”

Powyższe nie oznacza jednak, że mamy się stać biernymi wykonawcami poleceń płynących zza Wielkiej Wody, jak to bywało wcześniej, gdy mamieni iluzją umacniania sojuszu zabraliśmy się z Amerykanami na krwawe wycieczki do Afganistanu i Iraku. Teraz gra idzie o realne gwarancje bezpieczeństwa z których USA nie będą mogły się z dnia na dzień wycofać – tak, abyśmy w przypadku kolejnego „resetu” nie zostali na lodzie, jak miało to miejsce po 17 września 2009 r. A chwila (ile Obama rozeźlony porażką „resetu” serio chce szachować Putina od zachodu), by takie gwarancje na Stanach Zjednoczonych wydębić (stała baza NATO to absolutne minimum) jest dosłownie ostatnia. Za moment w Stanach wybory prezydenckie, a z naszej perspektywy różnica między Hillary Clinton a Donaldem Trumpem jest żadna. Pierwsza była architektem polityki „resetu”, drugi zaś jest izolacjonistą i już obiecuje, że się z Putinem „dogada”. Możemy się domyślać na czym owo „dogadywanie się” będzie polegało – w pierwszym rzędzie na „odpuszczeniu” Europy Środkowo-Wschodniej, bo przecież nie Bliskiego Wschodu.

Tym bardziej więc należy w budowaniu sojuszy spoglądać na południe i wyszehradzką czwórkę, miast za bezdurno wspierać wrogie nam Ukrainę, czy Litwę – po pierwsze dlatego, że taki kierunek nie naraża nas na bezpośrednią konfrontację z Rosją; po drugie – osłonięci walczącą o przetrwanie Ukrainą zyskujemy czas, by się wzmocnić w ramach naszego regionu; po trzecie zaś – bo daje nam to lepszą pozycję w konflikcie z Berlinem i Brukselą, a w perspektywie szansę na rozmontowanie niemieckiej Mitteleuropy. Od Amerykanów natomiast prócz wspomnianej bazy musimy uzyskać solenne zapewnienie, że nie będą nas usiłowały wciągać w bezpośrednie zaangażowanie w ukraińską awanturę, co swoją drogą jest kolejnym powodem umacniania Międzymorza w wersji „Wyszehrad plus” - tak się składa, że Węgry, Czechy i Słowacja nie pałają do USA (a tym bardziej do Ukrainy) różnymi dziecinnymi sentymentami i także w tej sprawie będziemy mogli spodziewać się ich wsparcia.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2016/02/cichociemni-uwieraja-ukraine.html

http://podgrzybem.blogspot.com/2016/02/ukrainski-koncert-mocarstw.html

http://podgrzybem.blogspot.com/2015/12/miedzymorze-20-czyli-dywersyfikacja.html

http://podgrzybem.blogspot.com/2015/10/budujmy-polska-soft-power-na-ukrainie.html

http://blog-n-roll.pl/pl/ukraina-czyli-pok%C3%B3j-gorszy-od-wojny

http://blog-n-roll.pl/pl/piel%C4%99gnowa%C4%87-wojn%C4%99#.VNtPOCyNAmw

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->https://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3825-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 21 (25-31.05.2016)

czwartek, 24 grudnia 2015

Międzymorze 2.0, czyli dywersyfikacja

Obserwujemy właśnie tworzenie podwalin do realnego zaistnienia jakiejś formy Międzymorza.

I. Polityka na protezach

Wygląda na to, że PiS w obecnej odsłonie swych rządów wyciągnął wnioski z przeszłości nie tylko w sferze wewnętrznej, lecz również na polu międzynarodowym. W skrócie, pierwsze posunięcia zarówno rządu jak i prezydenta wskazują, że nowa władza postanowiła postawić na większą „dywersyfikację” polskiej polityki zagranicznej. Do tej pory bowiem naszym przekleństwem było obstawianie przez kolejne rządy jednego konia, co sprowadzało się do obijania w trójkącie, jak to kiedyś określiłem, „między Rusem, Prusem, a Jankesem”. W efekcie, polska polityka była wypadkową regionalnych wpływów trojga wymienionych hegemonów. A to podpisywaliśmy kolejne kontrakty gazowe pogłębiające nasze uzależnienie od Kremla, to znów w imię „umacniania sojuszy” szliśmy na wyprawy do Afganistanu i Iraku, nie mówiąc już o kompromitujących „robótkach” w rodzaju więzienia CIA w Starych Kiejkutach za łapówkę 15 mln USD dla „abewiaków” - za co Obama podziękował nam „resetem” wskutek którego obudziliśmy się z dnia na dzień w niemiecko-rosyjskim kondominium. Ukoronowaniem tego tańca do cudzej muzyki był „hołd pruski” Sikorskiego w którym oficjalnie zrzekliśmy się podmiotowości i jakichkolwiek aspiracji na rzecz wypełniania poleceń płynących z Berlina (uległość wobec Rosji także była w to wliczona, bo cesarzowa Angela nie życzyła sobie żadnych kwasów w regionie), na skutek czego Polska definitywnie została włączona do imperialnej przestrzeni niemieckiej Mitteleuropy. Tak kończy się polityka uprawiana za pomocą geopolitycznych protez.

Do powyższego dochodziło kurczowe przywiązanie tutejszych polityczno-intelektualnych elit do „doktryny Giedroycia”, czyli stawianie na „ULB” (Ukraina, Litwa, Białoruś) – zupełnie jakby na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci nic się nie zmieniło. Na domiar złego, owa koncepcja realizowana była w skrajnie infantylny i szkodliwy dla nas sposób. W relacjach ze wschodnimi sąsiadami postawiliśmy mianowicie na zabójczą mieszankę – kokieterii i dogmatycznego pryncypializmu. Kokieteria przejawiała się w skrupulatnym unikaniu nawet najdrobniejszych zadrażnień – tak historycznych jak i współczesnych, czego przykładem było wieloletnie chowanie pod sukno kwestii ludobójstwa na Kresach, czy ograniczania praw polskiej mniejszości, połączone z milczącym przełykaniem różnych czynionych nam afrontów. Doktrynerski pryncypializm z kolei rezerwowaliśmy dla Białorusi, zamiast pragmatycznie próbować rozwijać współpracę tam gdzie jest to możliwe, wykorzystując dążenie Łukaszenki do zachowania jakiegoś marginesu swobody w relacjach z Rosją. Naiwne to i dziecinne – o ile pobłażliwość dla ULB można było zrozumieć w czasach rozpadu Związku Sowieckiego, gdy kraje te wybijały się na niepodległość, o tyle podobne postępowanie z niezależnymi bytami państwowymi w ramach normalnej polityki zagranicznej zwyczajnie nie mogło być skuteczne – i nie było. Domyślam się, że takie było życzenie Stanów Zjednoczonych, które (podobnie jak wspomniane wyżej Niemcy) chciały mieć w Europie Środkowo-Wschodniej spokój, by tym efektywniej używać naszego regionu do szachowania Putina, gdy akurat wymagały tego okoliczności. Wychodzi więc na to, że „robiliśmy laskę” Amerykanom również i w tym obszarze, a jedynym wymiernym efektem był chwilowy triumf w Tbilisi – łabędzi śpiew „polityki jagiellońskiej”. Ile było to warte w dłuższej perspektywie, przekonaliśmy się 17 września 2009 roku, a chwilę potem – w Smoleńsku.

II. Bunt w Mitteleuropie

Przypominam to wszystko nie dlatego, by się masochizować nieudacznictwem, lecz po to, byśmy zyskali należytą perspektywę w ocenie zmian, które właśnie się rysują. A zmiany – poważne i wielokierunkowe – zaznaczają się wyraźnie i w iście ekspresowym tempie. Przede wszystkim, mamy do czynienia z próbą regionalnej emancypacji spod kurateli Berlina – swoisty bunt w Mitteleuropie, na który Niemcy reagują bezprzykładną wściekłością, co samo w sobie świadczy o ich zamiarach i planach wobec naszego obszaru kontynentu. Na zdrowy rozum, nie ma powodów do aż tak gwałtownych reakcji – wszak państwa „nowej Europy” nie są w stanie zerwać rozlicznych ekonomicznych powiązań z Niemcami bez poważnych reperkusji dla własnych gospodarek, a już z pewnością nie z dnia na dzień. Mogą co najwyżej sprawić, by niemieckie koncerny w większym stopniu partycypowały w lokalnym rozwoju – choćby poprzez utrudnienie wyprowadzania pieniędzy, czy zwiększenie efektywności w ściąganiu podatków. Sprawa sprzeciwu wobec przyjmowania migrantów też sama w sobie nie jest powodem do histerii. Rzecz tkwi w czym innym – otóż Europa Środkowa miała dopełniać i wzmacniać politykę Merkel w UE i być jednym z narzędzi hegemonizowania kontynentu. Niemcy potrzebują grupy państw głosujących na forum unijnym zgodnie z ich potrzebami i wspierających ich politykę. Rola Polski jako „perły w koronie” Mitteleuropy jest tu absolutnie kluczowa. To stąd bierze się owo potępieńcze wycie pod adresem Warszawy – Niemcy widzą, że wskutek usamodzielnienia się naszej polityki ich potencjał może się niebezpiecznie skurczyć.

Kolejnym przejawem mogącym niekorzystnie odbić na pozycji Niemiec – tym razem w relacjach z Rosją – jest podnoszony solidarnie postulat wzmocnienia wschodniej flanki NATO, m.in. poprzez ulokowanie stałych baz Sojuszu. Niedawny mini-szczyt w Bukareszcie, który zaowocował wspólną deklaracją w tej sprawie, oraz oczekiwaniem, by na przyszłorocznym szczycie NATO w Warszawie zapadły wiążące decyzje, jest kolejnym policzkiem dla mocarstwowych uroszczeń Berlina. No i w końcu, nie bez znaczenia jest wspólny list Polski, Bułgarii, Czech, Grecji, Estonii, Litwy, Łotwy, Słowacji, Rumunii i Węgier do Komisji Europejskiej w sprawie budowy Nord Stream 2 (choć, jak podają media, tu część krajów zaczyna się wykruszać, co pokazuje ile jeszcze pracy nad budową długofalowego regionalnego porozumienia). W liście sygnatariusze postulują debatę poświęconą tej inwestycji, a KE miałaby się przyjrzeć zgodności projektu z unijnymi przepisami.

III. Międzymorze 2.0

Na Niemczech jednak emancypacyjny zwrot się nie kończy. Wiele wskazuje, iż postanowiliśmy przybrać – chciałoby się powiedzieć: nareszcie – bardziej asertywny kurs również wobec Stanów Zjednoczonych. Taką jaskółką może być wspomniane „solidarnościowe” spotkanie w Bukareszcie, co niekoniecznie musi być Waszyngtonowi na rękę, do tej pory bowiem preferował raczej rywalizację poszczególnych państw o swoje względy. Ściślejsza współpraca regionalna w ramach NATO siłą rzeczy podnosi nasze znaczenie, także w kontekście sytuacji na Ukrainie i amerykańskich planów co do tego kraju oraz układania sobie stosunków z Rosją. Kolejnym sygnałem jest sprzeciw – na razie tylko ministra rolnictwa – wobec negocjowanej umowy TTIP. Owo porozumienie, zakładające chociażby nielimitowany napływ amerykańskiej żywności, może potencjalnie okazać się zabójcze dla polskiego rolnictwa i przemysłu spożywczego. Atmosfery nie poprawia stopień utajnienia negocjacji – kraje członkowskie, takie jak Polska w znacznej mierze nie wiedzą, co tak naprawdę Bruksela negocjuje w naszym imieniu i ponad naszymi głowami.

Powyższe może oznaczać, że jeżeli USA spodziewały się, iż w Warszawie rządzić będą tzw. „nasze sukinsyny” podżyrowujące bezwarunkowo amerykańską politykę, to mogą się srodze zawieść. Oby opisane tu sygnały były oznaką, że czas darmowego poparcia dla „strategicznego sojusznika”, bez zapewnienia realnych gwarancji bezpieczeństwa, dobiegał końca.

Koniecznie należy wspomnieć o niedawnym szczycie Chiny – Europa Środkowa (16+1), gdzie Polska traktowana jako lider środkowoeuropejskiego „podkontynentu” czynnie weszła do gry przy tworzeniu Jedwabnego Szlaku 2.0, co podnosi pozycję zarówno naszą, jak i naszego regionu.

Podsumowując, obserwujemy właśnie tworzenie podwalin do realnego zaistnienia jakiejś formy Międzymorza, może nawet przeorientowania strategii z osi wschód-zachód na północ-południe. To oczywiście nie jest projekt na jedną kadencję, do przezwyciężenia jest wiele sprzecznych interesów, ale wreszcie możemy zaobserwować początki jakiejś spójnej, perspektywicznej polityki obliczonej na realizację polskiej racji stanu. Co równie istotne, okazuje się, że w budowie Międzymorza możemy oprzeć się na partnerach mniej chimerycznych i nie obciążonych antypolskimi kompleksami (Grupa Wyszehradzka plus Rumunia). Innymi słowy – wreszcie przestajemy się niewolniczo oglądać na Ukrainę czy Litwę i po prostu robimy swoje. Na koniec postulat: przydałoby się jeszcze otwarcie „dyplomatycznego frontu” w relacjach z Białorusią - mam nadzieję, że i tego doczekamy. Mamy szansę stać się krajem z którym będą się liczyli zarówno sąsiedzi, jak i różni „wielcy bracia”. Póki co, początki są obiecujące.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/d%C5%82ugi-marsz-ku-mi%C4%99dzymorzu

http://blog-n-roll.pl/en/projekt-%E2%80%9Emi%C4%99dzymorze%E2%80%9D-strategiczny-cel-polski

http://blog-n-roll.pl/pl/co-z-t%C4%85-bia%C5%82orusi%C4%85

http://blog-n-roll.pl/pl/opu%C5%9Bci%C4%87-euroko%C5%82choz#.VipU9G5vAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/czy-polsk%C4%99-sta%C4%87-na-podmiotowo%C5%9B%C4%87

http://niepoprawni.pl/blog/346/w-petach-giedroycia

http://niepoprawni.pl/blog/287/post-giedroyciowska-dziecinada

http://blog-n-roll.pl/pl/efta-%E2%80%93-alternatywa-dla-polski

http://blog-n-roll.pl/pl/piel%C4%99gnowa%C4%87-wojn%C4%99

http://blog-n-roll.pl/pl/ukraina-czyli-pok%C3%B3j-gorszy-od-wojny

http://blog-n-roll.pl/pl/po%C5%BCegnanie-z-giedroyciem

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3022-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 48 (09-15.12.2015)

sobota, 27 lipca 2013

Post-giedroyciowska dziecinada

Kontekst wizyty Władimira Putina na Ukrainie pokazuje jak infantylna jest nasza polityka wschodnia, sprowadzająca się do obsesyjnego „niezadrażniania stosunków”.

I. Ukrainie nieśpieszno do Rosji

Obecna dwudniowa robocza wizyta Putina na Ukrainie (27-28.07.2013) ma dwa cele formalne i jeden rzeczywisty. Cele formalne, to udział w obchodach 1025-lecia chrztu Rusi Kijowskiej zorganizowanych przez Ukraiński Kościół Prawosławny Patriarchatu Moskiewskiego oraz obchody Dnia Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu. Cel rzeczywisty natomiast to próba zablokowania podpisania przez Ukrainę układu stowarzyszeniowego z Unią Europejską, do którego ma dojść na listopadowym szczycie Partnerstwa Wschodniego w Wilnie. Zamiast tego Rosja proponuje Ukrainie członkostwo w Unii Celnej, obejmującej obecnie, prócz Rosji, Białoruś i Kazachstan.

Tyle, że Ukrainie wcale do integracji z Rosją nie jest śpieszno. Przeciwnie – sprawia wrażenie, jakby za wszelką cenę pragnęła tego uniknąć. Stąd Putin, prócz cukierka, przywozi ze sobą również zestaw tradycyjnych rosyjskich szantaży gospodarczych: podwyżka ceł na ukraińską czekoladę i cukier, do tego wprowadzenie kwot na ukraińskie rury. Należy również spodziewać się poruszenia kwestii cen rosyjskiego gazu, będącej od lat kością niezgody w stosunkach między oboma państwami.

Skąd na Ukrainie taka niechęć do zacieśniania „braterskich więzi” z Wielkim Bratem – i to pod rządami „niebieskiego” Wiktora Janukowycza, który ponoć – w przeciwieństwie do „pomarańczowych” - ma być „rosyjskim człowiekiem” w Kijowie? Zaryzykuję kilka wyjaśnień.

Po pierwsze, Janukowycz, jest przede wszystkim polityczną ekspozyturą i gwarantem interesów lokalnych mafii i polit-biznesowych koterii, którym zapewne nie uśmiecha się dzielenie żerowiskami z rosyjskimi odpowiednikami pozostającymi pod „kryszą” Putina. Po drugie, Janukowycz widzi cenę, jaką za bezalternatywną prorosyjskość przyszło zapłacić Łukaszence – ekonomiczna zależność, wyprzedawanie kolejnych strategicznych składników majątku narodowego rosyjskim czekistom i koniec końców, pogłębienie politycznej podległości. Po trzecie wreszcie – balansowanie między Wschodem a Zachodem sprawia, że obie strony składają Ukrainie korzystniejsze propozycje, jeśli zaś UE (czytaj – Niemcy) po cichu zagwarantuje Janukowyczowi nietykalność mafijnych wpływów, na analogicznej zasadzie, jak ma to miejsce z postubeckimi układami w Polsce – to czemu nie, niech sobie będzie ta Unia...

II. Od Giedroycia do „polityki świętego spokoju”

Na tym tle widać, jak infantylna jest nasza post-giedroyciowska polityka wschodnia sprowadzająca się do obsesyjnego „niezadrażniania stosunków”. Bo inaczej Ukraina się obrazi i rzuci w ramiona Rosji... Już widzę, jak Janukowycz pędzi, by na wzór Łukaszenki podporządkować się dyktatowi Kremla.

Pisałem o tym w niedawnej notce „W pętach Giedroycia”, a dziś nieco rozwinę jeden z wątków. Koncepcja Giedroycia miała ręce i nogi kilkadziesiąt lat temu: wspieramy niepodległościowe dążenia ULB (Ukraina, Litwa, Białoruś), by uzyskać strefę buforową odgradzającą nas od Rosji, która to strefa z Ukrainą na czele, samym swym istnieniem osłabia rosyjski imperializm. Można powiedzieć, że tak jak „nie ma niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy”, tak też nie ma rosyjskiego imperium bez Ukrainy pozostającej w jego granicach. Ceną za to było wyrzeczenie się przez Polskę Kresów Wschodnich, których i tak nie mamy szans odzyskać i – powiedzmy – daleko idąca wyrozumiałość wobec różnych kompleksów naszych wschodnich partnerów, wynikających z ich stosunkowo niedawno rozbudzonej świadomości narodowej.

To miało sens – ale tylko do czasu odzyskania przez ULB niepodległości i może jeszcze w pierwszym okresie politycznej niezależności byłych republik sowieckich. Dzisiaj giedroyciowski paradygmat polityki wschodniej, wraz z podyktowaną wyższymi celami ustępliwością w najróżniejszych kwestiach – w tym historycznych – powinien zostać z honorami odesłany do lamusa. W jego miejsce natomiast powinny wkroczyć normalne, międzynarodowe relacje, oparte na grze interesów. Można sobie na to spokojnie pozwolić, gdyż młode państwa u naszych wschodnich granic okrzepły, zasmakowały w suwerenności (z wyjątkiem Białorusi) i ani myślą się jej pozbywać – na czyjąkolwiek rzecz, również Rosji.

Taką próbą przedefiniowania polityki Giedroycia, była koncepcja „jagiellońska” wdrażana przez rząd PiS i prezydenta Lecha Kaczyńskiego - budowanie sojuszu państw Europy Środkowo-Wschodniej z wiodącą rolą Polski i pod amerykańskim patronatem. Jej apogeum, a zarazem łabędzim śpiewem, była wyprawa prezydentów do Gruzji i powstrzymanie rosyjskiej inwazji. Trzeba jednak dodać, iż nawet tutaj swoiste „mentalne uzależnienie” od diagnoz Giedroycia – być może ze względów pokoleniowych - było zbyt daleko idące, co skutkowało m.in. nadmierną spolegliwością wobec bankrutującego politycznie Juszczenki i jego rozpaczliwego sojuszu z neo-banderowcami, czego symbolem było wycofanie prezydenckiego patronatu nad 65. rocznicą ludobójstwa na Kresach.

Powyższy etap jednak zakończył się wraz z nastaniem Baracka Obamy i wycofaniem się USA z Europy. W powstałą próżnię weszły Niemcy i Rosja, czemu walnie dopomogła ekipa Tuska, stawiając już wcześniej na niemiecki patronat, a wkrótce (co najmniej od wizyty Putina w 2009) wiążąc się również z Rosją i abdykując z samodzielnej polityki zagranicznej. Obecnie to dwukierunkowe podporządkowanie skutkuje „polityką świętego spokoju” - siedzimy cicho, a politykę w regionie robią za nas mocarstwa, które wymagają od Polski jednego: nie mieszać. To jest przyczyną m.in. żałosnej frazy o „czystce etnicznej noszącej znamiona ludobójstwa” w sejmowej uchwale na 70. rocznicę Krwawej Niedzieli, nie wspominając już o bardziej konkretnych sprawach. Czyli – Giedroyc w wersji zdziecinniałej, „upupionej”. Mamy tu do czynienia z post-giedroyciowską infantylizacją polityki wschodniej, bo ostatnią rzeczą której domagałby się redaktor „Kultury”, to bierność Polski.

III. O podmiotowość polskiej polityki wschodniej...

Zastanówmy się: czy naprawdę owo żałośnie kokieteryjne „niezadrażnianie stosunków” ma jakikolwiek wpływ na kierunek polityki Ukrainy? Czy nazwanie ludobójstwa ludobójstwem sprawiłoby, że Janukowycz zerwałby rozmowy z Unią Europejską i pognał do rosyjskiej Unii Celnej? Nie bądźmy śmieszni. Ukraina prowadzi własną grę, niezależnie od tego co zrobimy, czy powiemy. Czy nasza posunięta do absurdu koncyliacyjność powstrzymuje chociażby nacjonalistyczne resentymenty pogrobowców rezunów, którzy już na stałe wpisali się w społeczno-polityczny pejzaż współczesnej Ukrainy? Trzymam się tutaj tego Wołynia, ale równie dobrze można by podstawić w jego miejsce naszą hipotetyczną akceptację bądź sprzeciw np. w kwestii europejskich aspiracji sąsiada. Skutek byłby dokładnie ten sam: zerowy, bo nie mamy żadnych narzędzi wpływu. Nasza siła bowiem w dużej mierze była pochodną korzystnej międzynarodowej koniunktury, w tym przede wszystkim obecności Stanów Zjednoczonych.

Obecnie „adwokatem” i strategicznym partnerem Ukrainy są Niemcy i to od nich zależy, czy Ukraina ostatecznie wejdzie do zachodnich struktur, czy nie. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy kontynuować politykę abdykacji z mocnej, regionalnej roli Polski. Przeciwnie - tylko, że trzeba robić to inaczej, niż dotąd.

Wewnętrzne wzmocnienie państwa - to raz, inaczej nie będziemy traktowani poważnie. Dwa – zerwanie z tą nieszczęsną kokieterią, która nie ma żadnego uzasadnienia i postawienie na jasne formułowanie naszych oczekiwań, bez oglądania się na ewentualne fochy „wschodnich partnerów”. Chwilę się poobrażają, a potem siądą do rozmów. Trzy - podmiotowość i wewnątrzsterowność, co wiąże się również z koniecznością urwania się niemiecko-rosyjskiemu patronatowi. Musimy zdefiniować na nowo jakie mamy interesy i stosownie do nich prowadzić politykę z racjonalnym rachunkiem zysków i strat. Współpraca w strategicznych gospodarczo branżach byłaby tu niezłym początkiem – tak jak za czasów PiS był nim chociażby projekt mostu energetycznego z Litwą (Alytus – Ełk) i budowa elektrowni atomowej w Visaginas. Pytanie, czy jest w Polsce siła zdolna podołać tym wyzwaniom?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/w-petach-giedroycia