Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janukowycz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janukowycz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 lutego 2014

Krajobraz po Majdanie

Rozwój wydarzeń u naszego sąsiada oznacza, że ciężar kondominijnej rozgrywki Rosja-Niemcy przenosi się poza polską granicę.

I. Krach „łukaszenkizacji”

Po etapie obowiązkowych starć ulicznych i równie obowiązkowych ofiar w ludziach, by cała rewolucja wyglądała w miarę wiarygodnie, sponsorzy Majdanu dogadali się ze sponsorami Janukowycza, poświęcając tego ostatniego w imię „jedności narodowej” i najprawdopodobniej jakiejś spodziewanej pomocy ze strony Zachodu. Tym samym Rosja przegrała wariant „łukaszenkizacji” Ukrainy polegający na wciągnięciu jej do montowanej Unii Eurazjatyckiej pod wodzą skompromitowanego i pozbawionego możliwości manewru Janukowycza. Tu warto przypomnieć, że samemu Janukowyczowi, jak i oligarchom, których był eksponentem, do pogłębienia więzów z Rosją wcale się nie śpieszyło – choćby dlatego, że oznaczałoby to dopuszczenie putinowskich mafiozów do ukraińskiego żerowiska. Ideałem był dla nich balans między wschodem a zachodem – z jednej strony wydłużenie dzierżawy Sewastopola dla rosyjskiej Floty Czarnomorskiej do 2042 roku w zamian za obniżenie cen gazu, z drugiej podpisanie umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską, z trzeciej w końcu, skłonienie Rosji do sfinansowania ukraińskiego długu publicznego poprzez wykup obligacji...

No i w tym miejscu Putin postanowił jednak przypomnieć Janukowyczowi skąd mu wyrastają nogi, w ekspresowym tempie torpedując stowarzyszeniowe zakusy. Publicznie wiadomo o ultimatum – albo pójdziesz z nami do Unii Celnej (następnie zaś Eurazjatyckiej), albo zatoniesz wraz z bankrutującym państwem. Czy do głosu doszły ponadto jakieś poważne „kompromaty” możemy się tylko domyślać. Tak czy owak, okazało się, że Putin trzyma Janukowycza za jaja mocnym czekistowskim chwytem i lawiranckie kalkulacje ukraińskiego prezydenta poszły w czortu.

Do pewnego momentu wszystko zdawało się przebiegać po myśli Putina. Unia Europejska ani myślała umierać za Majdan i specjalizowała się w kolejnych „chińskich ostrzeżeniach”, polski rząd nie miał pomysłu na cały ten wschodni ambaras, zaś poparcie dla protestów ze strony PiS-owskiej opozycji można było traktować jedynie w kategoriach symbolicznych. Nawet Watykan nabrał wody w usta i nie dało się słyszeć papieskich apeli, jakie zazwyczaj przy tego typu kryzysach płyną z placu św. Piotra. Janukowycz planowo kompromitował się z każdym dniem kijowskiego klinczu i bandyckich ekscesów „tituszek”, tudzież pacyfikacyjnych prób Berkutu... prób zresztą tyleż spektakularnych, co nieudolnych, bo chyba nikt nie wątpi, że odpowiednio zdeterminowana władza byłaby w stanie rozpędzić Majdan w ciągu jednego dnia i to wyłącznie siłami policyjnymi, bez konieczności angażowania wojska. W międzyczasie Ławrow i różne prokremlowskie siły obecne na międzynarodowym „rynku opinii” grzmiały o „faszyzacji” i mieszaniu się Zachodu w sprawy wewnętrzne suwerennego państwa... Natomiast Putin ze spokojem odgrywał olimpijskiego gołąbka pokoju podczas igrzysk w Soczi.

II. Błędy Putina

I tu dochodzimy do kwestii: co z punktu widzenia Putina poszło nie tak? Wydaje się, że zagrało przeciw niemu kilka czynników.

Po pierwsze, nie docenił determinacji ukraińskich oligarchów, którym nie uśmiecha się los Chodorkowskiego czy Bieriezowskiego – a tego mogliby się spodziewać po trafieniu Ukrainy pod „kryszę” Putina. Oligarchowie tacy jak Rinat Achmetow, Serhij Tihipko, Wiktor Pinczuk, czy Ihor Kołomojski od początku naciskali na Janukowycza, by ten nie stosował przemocy wobec protestujących na Majdanie, co tłumaczy niezdecydowane i incydentalne akcje Berkutu. Dodatkowo Achmetow (a najprawdopodobniej również i inni) sponsorowali Majdan sumami po co najmniej kilkaset tysięcy hrywien dziennie, była to zatem z ich strony dość poważna inwestycja, która ma się zwrócić. Jeśli dopowiemy, że owi potentaci mają w kieszeni co najmniej 80 deputowanych Partii Regionów i osamotniona „familia” Janukowycza w konfrontacji z nimi wypada w sumie dość blado, to nagle okazuje się, że prorosyjskie siły miały mniej atutów, niż się na pierwszy rzut oka mogło wydawać. Achmetow, najbogatszy z oligarchów z majątkiem szacowanym na ok 15 mld dolarów chce robić interesy na Zachodzie, inni również, a do tego potrzebna jest im Ukraina w nieco innym miejscu, niż obecnie. Oni już się na ukraińskim majątku nachapali i chcą w spokoju konsumować oraz rozwijać swe biznesy – mogą je nawet na potrzeby Unii jakoś „ucywilizować”, stać ich na to. Ideałem dla nich byłaby jakaś forma nieśpiesznej integracji ze strukturami zachodnimi, przy gwarancji zachowania stanu posiadania – coś jak, uczciwszy proporcje, „uwłaszczony” postkomunistyczny biznes w III RP.

Po drugie, czynnik ludzki. To nie jest bowiem tak, że ludzie się buntują gdy dusi się ich obcęgami terroru. Nie, ludzie buntują się wtedy, gdy już coś tam mają i da się im nadzieję na więcej. A taką nadzieję roztoczono przed Ukraińcami w perspektywie akcesu do Unii Europejskiej. Ukraińcom nie imponuje poziom życia w Rosji i tamtejszy system społeczno-polityczno-gospodarczy. Imponuje im europejski dobrobyt i blichtr, tak jak imponował Polakom i innym demoludom. O kosztach zaś w prounijnej propagandzie wspomina się półgębkiem. Poza tym, posmakowali już względnej wolności i „samostijności” - mogli pogonić Janukowycza i wybrać „pomarańczowych”, potem pognać „pomarańczowych” i wybrać Janukowycza... no to teraz popędzą Janukowycza. Same pieniądze oligarchów bez powszechnej determinacji i wściekłości nic by nie dały. Trzeba było tylko te masowe odruchy i emocje odpowiednio wspomóc i ukierunkować. Szkoda tylko tych, którzy polegli, by rewolucja nabrała cech odpowiedniej powagi i dramatyzmu. Stali się bowiem – niezależnie od ich przekonań i aspiracji – mięsem armatnim, dzięki któremu Majdan pojawił się wreszcie w obiektywach zachodnich mediów, co z kolei pozwoliło wkroczyć do akcji unijnym politykom w glorii orędowników pokoju i pojednania. Unia (czyli Niemcy) bowiem mogłaby się od biedy pogodzić z Ukrainą w rosyjskiej orbicie, ale czterdziestopięciomilionowego „upadłego państwa” u swych granic sobie stanowczo nie życzy.

Po trzecie wreszcie, Putin chyba przekombinował. Liczył na zduszenie Majdanu rękoma Janukowycza w cieniu igrzysk w Soczi – trochę podobnie, jak w cieniu olimpiady w Pekinie rozpętał wojnę w Gruzji. Tymczasem okazało się, że Soczi, gdzie Rosja była gospodarzem, spętało mu ręce i nie mógł pozwolić sobie na wyraźniejszą interwencję, poprzestając na wprowadzeniu na Majdan prowokatorów usiłujących storpedować z radykalnych pozycji próby zakończenia konfliktu. Tymczasem ukraińscy oligarchowie skwapliwie wykorzystali szansę jaką dawało „uwiązanie” Rosji igrzyskami do politycznej eliminacji Janukowycza w drodze parlamentarnego zamachu stanu, przewerbowania jego popleczników w ramach „jedności narodowej” i zaakcentowania prozachodniego kursu Ukrainy. Wielomiesięczna inwestycja w Majdan zaczęła przynosić wreszcie owoce.

III. Chwila pieredyszki

Jakie pole manewru ma teraz Putin? Interwencji zbrojnej nie będzie, bo Rosji na nią póki co nie stać. Armia w trakcie przezbrajania, rubel pikuje, do tego wydatki na igrzyska, a wkrótce na piłkarskie mistrzostwa świata. Pozostaje robić to, co zwykle – destabilizować Ukrainę wszelkimi możliwymi sposobami. Polityka surowcowo-energetyczna, to jedno. Może będzie usiłował uczynić z autonomicznego Krymu coś w rodzaju drugiego Naddniestrza, zapewne zechce szantażować nowo-stary postmajdanowski establishment ruchami radykalnymi na zasadzie „hańba zgniłemu kompromisowi i ugodowcom”. Część opinii publicznej w Polsce obawia się w tym kontekście neo-banderowców ze Swobody, ale to akurat obawy nietrafione, bo „Swoboda” też jedzie na finansowej smyczy oligarchów i będzie szczekała w tę stronę, w którą jej każą – obecnie zaś ciężar resentymentów przechyla się na stronę antyrosyjską. A nam z kolei przecież nikt nie każe uprawiać taniej kokieterii, zapominać o Wołyniu i siedzieć cicho, gdyby znów zaczęły dominować w post-rezuńskich kręgach nastroje antypolskie.

Póki co jednak Ukraina jest bankrutem i jestem wielce ciekaw, co świat z tym pocznie, a pamiętajmy, że struktury takie jak MFW nie dają niczego za darmo, tylko wymagają „bolesnych reform”, których koszta obciążają zawsze ludność, a nie elity. Pytanie za stówkę – kto pobieży z kasą, by ratować młodą kozacką demokrację? Bo do utrzymaniu kraju na powierzchni wypłacalności nie wystarczy tłumne ryczenie w parlamencie tej rezuńskiej przyśpiewki, która biega tam za hymn narodowy. Może się zatem okazać, że Rosji wystarczy cierpliwie poczekać aż paroksyzmy nastrojów zgnębionego reformami społeczeństwa odbiją wahadło w drugą stronę i wtedy ponownie uruchomić na Ukrainie swoje aktywa z jakimś Janukowyczem-bis na czele, tak jak miało to miejsce po kompromitacji ekipy „pomarańczowych”.

Ale, nie będę biadolić nad Ukrainą - jak już napisałem w innej notce, mam głęboko gdzieś dobro Ukrainy. Interesuje mnie dobro Polski. I z polskiego punktu widzenia, oczywiście dobrze się stało, bo rozwój wydarzeń u naszego sąsiada oznacza, że ciężar kondominijnej rozgrywki Rosja-Niemcy przenosi się poza naszą granicę. Może dzięki temu będziemy mogli chwilę odetchnąć - i obyśmy ten moment względnej pieredyszki dobrze wykorzystali.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/346/ukrainski-klincz

http://niepoprawni.pl/blog/287/ukraina-miedzy-scylla-charybda

http://niepoprawni.pl/blog/287/post-giedroyciowska-dziecinada

http://niepoprawni.pl/blog/287/w-petach-giedroycia

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Ukraiński klincz

Możliwa jest europejska integracja Ukrainy – i to bez udziału Moskwy, Brukseli i Berlina.

I. Gdy „tak” znaczy „nie”

Wszystko wskazuje na to, że na Ukrainie mamy do czynienia z sytuacją patową, albo też, stosując bliższą Witalijowi Kliczce terminologię bokserską – mamy klincz w którym pozostają obie strony konfliktu. „Majdanowcy” liczą na przepchnięcie przedterminowych wyborów pod wpływem społecznego nacisku, obóz Janukowycza natomiast bierze protestujących na przeczekanie, mając nadzieję na wypalenie się buntu i efekt „zmęczenia materiału”. Świat zaś, ze szczególnym uwzględnieniem Unii Europejskiej i kręcących tym interesem Niemiec, mimo rytualnych odgłosów poparcia dla „europejskich aspiracji” generalnie Ukrainę olewa, co rzuca pewne światło na upór z jakim forsowano zwolnienie Cierpiącej Julii z więzienia, co od początku sprawiało wrażenie warunku zaporowego - propagandowo nie do przełknięcia dla Janukowycza i stanowiącego zarazem dogodny pretekst dla storpedowania wileńskiego szczytu Partnerstwa Wschodniego.

Krótko mówiąc, albo Niemcy od początku nie chciały Ukrainy w Unii i związanego z ewentualną akcesją zakłócenia stref wpływów ustalonych w ostatnich latach między Berlinem a Moskwą, albo nie doceniły kalkulacji ukraińskich oligarchów, których reprezentantem i zakładnikiem jest Janukowycz. Partnerstwo Wschodnie natomiast od początku pomyślane było jako wieczysta poczekalnia, której zadaniem pozostaje trzymanie aspirujących byłych republik ZSRR za kordonem, jednak w taki sposób, by nie mówić im jednoznacznie „nie”. Mówi się zatem Ukrainie „tak”, tudzież „może”, ale w takiej formie, że oznacza to coś zupełnie przeciwnego.

II. Integracja bez Brukseli i Berlina

I tutaj jest zadanie dla Polski, która pozostaje chyba jedynym krajem żywotnie zainteresowanym ukraińską akcesją, a tym samym wzmocnieniem strefy buforowej odgradzającej nas od Rosji. Pozwolę sobie zatem naszkicować pewien scenariusz, do którego realizacji potrzeba wszakże tak wielkich pokładów determinacji po obu stronach, że na dzień dzisiejszy wydaje się być czymś z gatunku political fiction. Od razu dodam też, iż by urzeczywistnić to, co za chwilę Państwo przeczytają, zarówno Polska jak i Ukraina muszą odzyskać pełną podmiotowość i samodzielność w prowadzeniu polityki zagranicznej, która obecnie jest z wielu względów nader ograniczona – do tego zaś potrzeba wymiany władzy w obu krajach.

Otóż, jest możliwa pewna forma wciągnięcia Ukrainy do „świata zachodniego” - i to bez udziału najważniejszych europejskich stolic i unijnych struktur z operetkowym „Partnerstwem Wschodnim” włącznie. Integracji tej można dokonać na zasadzie stosunków dwustronnych, wykorzystując instrumentalnie nasze zakotwiczenie w UE. Już tłumaczę w czym rzecz. Wystarczy mianowicie szereg polsko-ukraińskich umów międzynarodowych znoszących istniejące obecnie bariery między oboma państwami.

Pierwszym krokiem powinno być obustronne zniesienie wiz, co już obecnie jest postulowane np. przez „Rzeczpospolitą”. Swoboda podróżowania bez biurokratycznych uciążliwości miałaby długofalowy efekt społeczny. Skoro byliśmy w stanie zrobić prezent Rosjanom w postaci umowy o małym ruchu granicznym z Obwodem Kaliningradzkim, to równie dobrze możemy podobny krok wykonać w makroskali wobec państwa, które potencjalnie jest naszym strategicznym partnerem w regionie.

Krok drugi, to umowa o swobodzie wymiany gospodarczej – bez ceł, ograniczeń inwestycyjnych (poza obszarami strategicznymi jak energetyka, kluczowa infrastruktura czy zbrojeniówka). Więzy gospodarcze mocniej integrują niż najszumniejsze polityczne „gesty”, czy „dobrosąsiedzka” gadanina.

Krok trzeci wreszcie, będący dopełnieniem dwóch poprzednich, to wzajemne otwarcie rynków pracy. Zaniepokojonym, że Ukraińcy masowo „ukradną” Polakom zatrudnienie przypominam, że oni i tak już u nas pracują w szeregu branż – zwłaszcza takich, do których Polacy się nie palą (np. budowlanka, rolnictwo, pomoc domowa). Dodam też, że np. gospodarka brytyjska zyskała na otwarciu się na pracowników z Europy Środkowo-Wschodniej, zatem dlaczego nasza nie miałaby zyskać na otwarciu się na Ukraińców?

Kiedy już trzy powyższe posunięcia zostaną wykonane, to okaże się, że Ukraina w praktyce znajdzie się w Unii Europejskiej i to bez żmudnych negocjacji, warunków i traktatu akcesyjnego. Berlin, Brukselę i Moskwę należy zwyczajnie postawić przed faktem dokonanym. Warto by siły opozycyjne obu państw (czyli PiS i np. „Udar” Kliczki) już teraz zaczęły porozumiewać się między sobą w tej kwestii – najlepiej tak dyskretnie, jak tylko jest to możliwe, by Niemcy z Rosją nie zdążyły podjąć kontrakcji.

III. Wśród serdecznych przyjaciół...

Na zakończenie jeszcze kilka słów o rodzimych prawicowych „przyjaciołach” Ukrainy, którzy tak pragną jej dobra, że gotowi są za wszelką cenę nie dopuścić do tego, by znalazła się w „eurokołchozie” - nie bacząc na to, że alternatywą jest kołchoz euroazjatycki montowany przez Putina. Mam tu mianowicie wielki żal do naszych narodowców. I nie chodzi mi bynajmniej o patologicznych rusofilów spośród pogrobowców PAX czy innego „Grunwaldu”, bo po nich nie sposób spodziewać się czegokolwiek innego. Idzie mi o narodowców skupionych w Ruchu Narodowym, którzy wszak nie pałają miłością do Kremla i dotąd raczej nie zdradzali zaczadzenia jakimiś panslawistycznymi miazmatami. Sądzę raczej, że działacze ci na tyle nienawidzą Unii, że powodowani tą nienawiścią gotowi są zaprzepaścić strategiczne interesy Polski, a tym samym niezależnie od intencji działają na korzyść Putina i reaktywacji rosyjskiego imperium.

Wasza postawa, Panowie, szkodzi polskiej racji stanu. Osunięcie się Ukrainy w rosyjską strefę wpływów to wyrok na Polskę, jeśli zaś chodzi wam o Ukrainę niezależną tak od Wschodu jak i od Zachodu, to oddajecie się mrzonkom. Małostkowe wypominanie Kaczyńskiemu, że na kijowskim wiecu stał obok niego lider neo-rezunów ze „Swobody” świadczy wyłącznie o Waszym nieprzytomnym zacietrzewieniu (Jarosław Kaczyński, będąc gościem, miał narzucać gospodarzom kogo zapraszają?). Poza tym, skąd ta nagła troska o sąsiada? Troszczcie się o Polskę – ja mam gdzieś interes Ukrainy, obchodzi mnie interes narodowy Polski, a w tymże interesie leży Kijów związany z Warszawą, a nie z Moskwą. No i nader wszystko, Wasze fochy uzewnętrzniane przy okazji wydarzeń na Ukrainie nie mają nic wspólnego z tradycyjnym, endeckim politycznym realizmem.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/ukraina-miedzy-scylla-charybda

http://niepoprawni.pl/blog/287/post-giedroyciowska-dziecinada

http://niepoprawni.pl/blog/287/w-petach-giedroycia

środa, 27 listopada 2013

Ukraina między Scyllą a Charybdą

Do poważnych spraw potrzeba poważnych ludzi, a nie pętaków od twittera.

I. Cały pogrzeb na nic

No, to się porobiło. Tyle szumnych zapewnień o kontynuowaniu myśli Giedroycia w polityce zagranicznej, wciąganiu Ukrainy w orbitę zachodnich struktur geopolitycznych, propagandowego napinania się w ramach operetkowego „Partnerstwa Wschodniego” - i cały pogrzeb na nic. Okazało się, że Unia Europejska nie ma dla Ukrainy przekonującej oferty, a w każdym razie jest ona słabsza niż rosyjski kij ekonomiczny i w związku z tym Janukowycz nie podpisze umowy stowarzyszeniowej z UE na wileńskim szczycie rozpoczynającym się 28 listopada.

Miałkość postawy UE wobec Ukrainy jest tym bardziej dojmująca, że Janukowyczowi wcale do Rosji nie śpieszno – widzi na przykładzie Łukaszenki czym kończy się podporządkowanie Rosji, zaś jako eksponent lokalnych sitw, mafii i oligarchów wolałby nie dopuszczać do żerowisk podobnych bandytów pozostających pod „kryszą” Putina. Stąd trzeba było intensywnych zabiegów Kremla, popartych odpowiednimi szantażami gospodarczymi, by przynajmniej na razie wybić mu z głowy europejskie aspiracje. Swoje zapewne dołożyło również buńczuczne pajacowanie Sikorskiego w kwestii Julii Tymoszenko. Nasz mężyk stanu zamiast robić politykę po raz kolejny postanowił pokazać się jako euro-prymus w niegasnącej nadziei na ornamentową posadę szefa unijnej dyplomacji.

II. Męczennica Julia

Na osobną uwagę zasługuje sprawa uwolnienia jęczącej w srogich kazamatach pięknej Julii. Oczywiście, cały ten spektakl był farsą dla maluczkich. Janukowycz, grając kartą „pomarańczowej” męczennicy „niebieskiego” reżimu, kalkulował czy opłaci mu się narażać na polityczno-gospodarcze retorsje ze strony Moskwy. Temu służyła „godnościowa” retoryka medialna spod znaku „nie ugniemy się przed dyktatem Zachodu” skwapliwie podsycana przez putinowską propagandę. Gdyby wyszło mu, że uwolnienie Tymoszenko będzie opłacalne, to zbolała Julia już dziś popijałaby szampana w Baden-Baden reperując swe cenne, rewolucyjne zdrowie.

Z perspektywy Unii (czy może raczej - Niemiec) natomiast możemy rozpatrywać dwie wersje. Możliwe, iż uporczywe narzucanie Ukrainie kuriozalnej, pisanej pod jedną osobę ustawy o leczeniu więźniów za granicą było celowym warunkiem zaporowym postawionym z pełną świadomością, że Janukowycz nie zgodzi się na takie publiczne upokorzenie. Inną ewentualnością jest, że z punktu widzenia unijnych przywódców, którzy za parawanem demokratycznych procedur osiągnęli pozycję odpowiedzialnych jedynie przed Historią (bo już nawet nie przed Bogiem, zważywszy na galopującą ateizację), takie bezwzględne pociąganie do odpowiedzialności za czyny popełnione w trakcie sprawowania urzędu stanowi nader niebezpieczny precedens i stąd ich płomienne zaangażowanie w obronę „praw człowieka”. Konkretnie - jednego człowieka, czyli uciśnionej Julii, która tak pięknie spisała się onegdaj na Majdanie Niepodległości w charakterze lodołamacza Zachodu.

A że uwięzienie było ewidentną zemstą Janukowycza? Prawda, ale też prawdą jest, że na niewiniątko nie trafiło i za umowy gazowe z Rosją powinna była trafić tak czy owak za kratki – czego nieodmiennie życzę również naszym milusińskim.

III. Pożegnanie z buforem?

Nadmienię jeszcze, iż daleki jestem od radości, że Janukowycz wierzgnął i pokazał Brukseli „faka”, wymigując się od „eurokołchozu”. Ukraina bowiem pozostaje między unijną Scyllą a rosyjską Charybdą. Nie trafiła do paszczy Scylli, to skończy pożarta przez Charybdę – czyli w Unii Celnej z Rosją, Białorusią i Kazachstanem, a następnie zapewne w Unii Euroazjatyckiej. Krótko mówiąc, Rosja znów zostanie podciągnięta do naszych południowo-wschodnich granic. Co bardziej opłaca się samej Ukrainie? A guzik mnie to interesuje. Obchodzi mnie interes Polski, zaś związanie Ukrainy z Zachodem sprawiłoby, że wzmocnieniu uległby istotny bufor odgradzający nas od Rosji. Teraz bufor ów będzie coraz bardziej rachityczny, bo Rosja wkroczy na Ukrainę o wiele śmielej niż do tej pory. Efektem może być „białorusinizacja” Ukrainy i kto wie, czy za parę lat nie doczekamy się kolejnej odsłony manewrów z serii „Zapad”, kiedy to w okolicach Lwowa trenowany będzie rosyjsko-białorusko-ukraiński atak na Polskę.

Abyśmy się z tym „buforem” nie pożegnali ostatecznie, potrzebna jest realistyczna polityka z odpowiednimi ofertami dla Ukrainy, które wytrąciłyby Kremlowi z ręki ekonomiczny bat. Innymi słowy – mniej dyktatu MFW i Brukseli, więcej konkretnych spraw wiążących Ukrainę z Polską. Przede wszystkim zaś mniej kokieterii i ględzenia o dobrosąsiedzkich stosunkach przejawiających się w symbolicznej uległości w ramach „post-giedroyciowskiej dziecinady”. Giedroyc proponował Ukrainie odejście od historycznych zaszłości i zamknięcie oczu na „rachunki krzywd”, bo nie miał nic innego do zaproponowania – był to jedyny atut w jego ręku. Obecnie kontynuowanie tej linii jest nieporozumieniem, tymczasem nasza wizja polityczna względem Ukrainy wciąż intelektualnie tkwi w „pętach Giedroycia”. Zamiast tego należałoby się zająć zadaniami analogicznymi do polsko-litewskiego mostu energetycznego projektowanego za rządów PiS, wyciągając stopniowo Kijów z uzależnienia od Moskwy. Tylko, że do poważnych spraw potrzeba poważnych ludzi, a nie pętaków od twittera.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/post-giedroyciowska-dziecinada

http://niepoprawni.pl/blog/287/w-petach-giedroycia

sobota, 27 lipca 2013

Post-giedroyciowska dziecinada

Kontekst wizyty Władimira Putina na Ukrainie pokazuje jak infantylna jest nasza polityka wschodnia, sprowadzająca się do obsesyjnego „niezadrażniania stosunków”.

I. Ukrainie nieśpieszno do Rosji

Obecna dwudniowa robocza wizyta Putina na Ukrainie (27-28.07.2013) ma dwa cele formalne i jeden rzeczywisty. Cele formalne, to udział w obchodach 1025-lecia chrztu Rusi Kijowskiej zorganizowanych przez Ukraiński Kościół Prawosławny Patriarchatu Moskiewskiego oraz obchody Dnia Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu. Cel rzeczywisty natomiast to próba zablokowania podpisania przez Ukrainę układu stowarzyszeniowego z Unią Europejską, do którego ma dojść na listopadowym szczycie Partnerstwa Wschodniego w Wilnie. Zamiast tego Rosja proponuje Ukrainie członkostwo w Unii Celnej, obejmującej obecnie, prócz Rosji, Białoruś i Kazachstan.

Tyle, że Ukrainie wcale do integracji z Rosją nie jest śpieszno. Przeciwnie – sprawia wrażenie, jakby za wszelką cenę pragnęła tego uniknąć. Stąd Putin, prócz cukierka, przywozi ze sobą również zestaw tradycyjnych rosyjskich szantaży gospodarczych: podwyżka ceł na ukraińską czekoladę i cukier, do tego wprowadzenie kwot na ukraińskie rury. Należy również spodziewać się poruszenia kwestii cen rosyjskiego gazu, będącej od lat kością niezgody w stosunkach między oboma państwami.

Skąd na Ukrainie taka niechęć do zacieśniania „braterskich więzi” z Wielkim Bratem – i to pod rządami „niebieskiego” Wiktora Janukowycza, który ponoć – w przeciwieństwie do „pomarańczowych” - ma być „rosyjskim człowiekiem” w Kijowie? Zaryzykuję kilka wyjaśnień.

Po pierwsze, Janukowycz, jest przede wszystkim polityczną ekspozyturą i gwarantem interesów lokalnych mafii i polit-biznesowych koterii, którym zapewne nie uśmiecha się dzielenie żerowiskami z rosyjskimi odpowiednikami pozostającymi pod „kryszą” Putina. Po drugie, Janukowycz widzi cenę, jaką za bezalternatywną prorosyjskość przyszło zapłacić Łukaszence – ekonomiczna zależność, wyprzedawanie kolejnych strategicznych składników majątku narodowego rosyjskim czekistom i koniec końców, pogłębienie politycznej podległości. Po trzecie wreszcie – balansowanie między Wschodem a Zachodem sprawia, że obie strony składają Ukrainie korzystniejsze propozycje, jeśli zaś UE (czytaj – Niemcy) po cichu zagwarantuje Janukowyczowi nietykalność mafijnych wpływów, na analogicznej zasadzie, jak ma to miejsce z postubeckimi układami w Polsce – to czemu nie, niech sobie będzie ta Unia...

II. Od Giedroycia do „polityki świętego spokoju”

Na tym tle widać, jak infantylna jest nasza post-giedroyciowska polityka wschodnia sprowadzająca się do obsesyjnego „niezadrażniania stosunków”. Bo inaczej Ukraina się obrazi i rzuci w ramiona Rosji... Już widzę, jak Janukowycz pędzi, by na wzór Łukaszenki podporządkować się dyktatowi Kremla.

Pisałem o tym w niedawnej notce „W pętach Giedroycia”, a dziś nieco rozwinę jeden z wątków. Koncepcja Giedroycia miała ręce i nogi kilkadziesiąt lat temu: wspieramy niepodległościowe dążenia ULB (Ukraina, Litwa, Białoruś), by uzyskać strefę buforową odgradzającą nas od Rosji, która to strefa z Ukrainą na czele, samym swym istnieniem osłabia rosyjski imperializm. Można powiedzieć, że tak jak „nie ma niepodległej Polski bez niepodległej Ukrainy”, tak też nie ma rosyjskiego imperium bez Ukrainy pozostającej w jego granicach. Ceną za to było wyrzeczenie się przez Polskę Kresów Wschodnich, których i tak nie mamy szans odzyskać i – powiedzmy – daleko idąca wyrozumiałość wobec różnych kompleksów naszych wschodnich partnerów, wynikających z ich stosunkowo niedawno rozbudzonej świadomości narodowej.

To miało sens – ale tylko do czasu odzyskania przez ULB niepodległości i może jeszcze w pierwszym okresie politycznej niezależności byłych republik sowieckich. Dzisiaj giedroyciowski paradygmat polityki wschodniej, wraz z podyktowaną wyższymi celami ustępliwością w najróżniejszych kwestiach – w tym historycznych – powinien zostać z honorami odesłany do lamusa. W jego miejsce natomiast powinny wkroczyć normalne, międzynarodowe relacje, oparte na grze interesów. Można sobie na to spokojnie pozwolić, gdyż młode państwa u naszych wschodnich granic okrzepły, zasmakowały w suwerenności (z wyjątkiem Białorusi) i ani myślą się jej pozbywać – na czyjąkolwiek rzecz, również Rosji.

Taką próbą przedefiniowania polityki Giedroycia, była koncepcja „jagiellońska” wdrażana przez rząd PiS i prezydenta Lecha Kaczyńskiego - budowanie sojuszu państw Europy Środkowo-Wschodniej z wiodącą rolą Polski i pod amerykańskim patronatem. Jej apogeum, a zarazem łabędzim śpiewem, była wyprawa prezydentów do Gruzji i powstrzymanie rosyjskiej inwazji. Trzeba jednak dodać, iż nawet tutaj swoiste „mentalne uzależnienie” od diagnoz Giedroycia – być może ze względów pokoleniowych - było zbyt daleko idące, co skutkowało m.in. nadmierną spolegliwością wobec bankrutującego politycznie Juszczenki i jego rozpaczliwego sojuszu z neo-banderowcami, czego symbolem było wycofanie prezydenckiego patronatu nad 65. rocznicą ludobójstwa na Kresach.

Powyższy etap jednak zakończył się wraz z nastaniem Baracka Obamy i wycofaniem się USA z Europy. W powstałą próżnię weszły Niemcy i Rosja, czemu walnie dopomogła ekipa Tuska, stawiając już wcześniej na niemiecki patronat, a wkrótce (co najmniej od wizyty Putina w 2009) wiążąc się również z Rosją i abdykując z samodzielnej polityki zagranicznej. Obecnie to dwukierunkowe podporządkowanie skutkuje „polityką świętego spokoju” - siedzimy cicho, a politykę w regionie robią za nas mocarstwa, które wymagają od Polski jednego: nie mieszać. To jest przyczyną m.in. żałosnej frazy o „czystce etnicznej noszącej znamiona ludobójstwa” w sejmowej uchwale na 70. rocznicę Krwawej Niedzieli, nie wspominając już o bardziej konkretnych sprawach. Czyli – Giedroyc w wersji zdziecinniałej, „upupionej”. Mamy tu do czynienia z post-giedroyciowską infantylizacją polityki wschodniej, bo ostatnią rzeczą której domagałby się redaktor „Kultury”, to bierność Polski.

III. O podmiotowość polskiej polityki wschodniej...

Zastanówmy się: czy naprawdę owo żałośnie kokieteryjne „niezadrażnianie stosunków” ma jakikolwiek wpływ na kierunek polityki Ukrainy? Czy nazwanie ludobójstwa ludobójstwem sprawiłoby, że Janukowycz zerwałby rozmowy z Unią Europejską i pognał do rosyjskiej Unii Celnej? Nie bądźmy śmieszni. Ukraina prowadzi własną grę, niezależnie od tego co zrobimy, czy powiemy. Czy nasza posunięta do absurdu koncyliacyjność powstrzymuje chociażby nacjonalistyczne resentymenty pogrobowców rezunów, którzy już na stałe wpisali się w społeczno-polityczny pejzaż współczesnej Ukrainy? Trzymam się tutaj tego Wołynia, ale równie dobrze można by podstawić w jego miejsce naszą hipotetyczną akceptację bądź sprzeciw np. w kwestii europejskich aspiracji sąsiada. Skutek byłby dokładnie ten sam: zerowy, bo nie mamy żadnych narzędzi wpływu. Nasza siła bowiem w dużej mierze była pochodną korzystnej międzynarodowej koniunktury, w tym przede wszystkim obecności Stanów Zjednoczonych.

Obecnie „adwokatem” i strategicznym partnerem Ukrainy są Niemcy i to od nich zależy, czy Ukraina ostatecznie wejdzie do zachodnich struktur, czy nie. Nie znaczy to jednak, że powinniśmy kontynuować politykę abdykacji z mocnej, regionalnej roli Polski. Przeciwnie - tylko, że trzeba robić to inaczej, niż dotąd.

Wewnętrzne wzmocnienie państwa - to raz, inaczej nie będziemy traktowani poważnie. Dwa – zerwanie z tą nieszczęsną kokieterią, która nie ma żadnego uzasadnienia i postawienie na jasne formułowanie naszych oczekiwań, bez oglądania się na ewentualne fochy „wschodnich partnerów”. Chwilę się poobrażają, a potem siądą do rozmów. Trzy - podmiotowość i wewnątrzsterowność, co wiąże się również z koniecznością urwania się niemiecko-rosyjskiemu patronatowi. Musimy zdefiniować na nowo jakie mamy interesy i stosownie do nich prowadzić politykę z racjonalnym rachunkiem zysków i strat. Współpraca w strategicznych gospodarczo branżach byłaby tu niezłym początkiem – tak jak za czasów PiS był nim chociażby projekt mostu energetycznego z Litwą (Alytus – Ełk) i budowa elektrowni atomowej w Visaginas. Pytanie, czy jest w Polsce siła zdolna podołać tym wyzwaniom?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/w-petach-giedroycia