Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białoruś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białoruś. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Otworzyć się na Białoruś

Dziś większość handlu morskiego Białorusi zapewniają porty Litwy i Łotwy, co nawiasem mówiąc nie podoba się Rosji, naciskającej by ta przerzuciła się na porty w Obwodzie Kaliningradzkim. Dlaczego i my nie moglibyśmy wejść tu do gry?

Sytuacja pomiędzy Rosją a Białorusią o której wspominałem w ubiegłotygodniowym felietonie wciąż daleka jest od unormowania. Przypomnijmy, że poszło m.in. o ropę – Białoruś domaga się preferencyjnych stawek, co Rosja uzależnia od dalszej integracji obu państw. Na to z kolei nie zamierza zgodzić się Łukaszenka, bowiem przekształcenie ZBiR-u w państwo związkowe oznaczałoby koniec białoruskiej niepodległości i szybką utratę władzy przez obecnego dyktatora z Mińska. Kolejną kością niezgody jest kwestia opłat tranzytowych – tu z kolei Białoruś żąda znaczących podwyżek taryf, odbijając tym samym rosyjskie naciski na podwyższenie cen ropy. Piłka zatem pozostaje w grze – teoretycznie terminem, jaki oba kraje dały sobie na ustalenie warunków finansowych dalszej współpracy jest 15 stycznia, ale w momencie gdy piszę te słowa, raczej się nie zanosi na jego dotrzymanie. Co więcej, Łukaszenka ma tu za sobą przygniatającą większość społeczeństwa. Białorusini bynajmniej nie marzą o powrocie w ramiona Moskwy – zależy im wprawdzie na sojuszu z Rosją i otwartych granicach, ale z zachowaniem suwerenności. Za państwem związkowym opowiada się jedynie 15,6 proc., zaś za wejściem w skład Federacji Rosyjskiej tylko 1,4 proc. Białorusinów.

Łukaszenka dysponuje więc mocną społeczną bazą dla swej rozgrywki z Moskwą i sprawnie balansuje na linie, a w ramach osłabiania rosyjskiej presji wysyła sygnały również w naszym kierunku. Już we wrześniu ubiegłego roku stwierdził, iż najkorzystniejszym alternatywnym źródłem dostaw byłoby sprowadzanie ropy z Gdańska. Natomiast niespełna miesiąc temu tamtejsze Ministerstwo Transportu i Komunikacji zaproponowało stronie polskiej wspólną inwestycję w port rzeczny na Bugu i połączenie go z istniejącą infrastrukturą kolejową, co usprawniłoby wymianę handlową między naszymi krajami.

I w tym miejscu zaczynają się schody – czyli chwiejna i niejednoznaczna postawa władz Polski. Z jednej strony dostrzegamy szansę na pewne zbliżenie i częściowe przeciągnięcie Mińska nieco na zachód, z drugiej jednak wciąż tkwimy w okowach ideologicznego dogmatyzmu. Dobrą ilustracją powyższego jest wypowiedź wiceministra spraw zagranicznych Pawła Jabłońskiego dla „Sygnałów Dnia” radiowej „jedynki”. Stwierdził on mianowicie, że wprawdzie „jesteśmy gotowi do tego, żeby przyciągać Białoruś do orbity państw zachodnich”, ale „nie można legitymizować reżimu Łukaszenki”, a tak w ogóle, to wszystko musi się rozstrzygnąć na poziomie polityki wschodniej Unii Europejskiej. Innymi słowy – „i chciałabym, i boję się”. Ręce opadają.

Generalnie, od samego początku prowadziliśmy wobec Białorusi kretyńską wręcz politykę, kreując się na jakiegoś samozwańczego dywersanta, tudzież inspiratora potencjalnych „demokratycznych przemian” w tym kraju. Przemian których, dodajmy, białoruskie społeczeństwo w swej masie sobie zwyczajnie nie życzy, doceniając „małą stabilizację” zafundowaną mu przez „baćkę” po burzliwym okresie rozpadu Związku Radzieckiego. Obecnie, nawet gdyby przeprowadzono tam w pełni demokratyczne, wolne wybory, to Łukaszenka wygrałby je w cuglach, bez konieczności uciekania się do fałszerstw. My zaś, kompletnie od czapy, a to usiłowaliśmy wspierać garstkę dysydentów z Mińska bez żadnego społecznego poparcia, to znów – co zakrawa wręcz na zbrodnię – próbowaliśmy używać w charakterze zakładników naszej urojeniowej polityki polską mniejszość, podbechtując ją do skazanych na niepowodzenie antyrządowych wystąpień. Na szczęście ten etap mamy już chyba za sobą, ale wciąż nie przyswoiliśmy sobie podstawowej lekcji – należy budować relacje z taką Białorusią, jaka realnie jest, bo innej w dającej się przewidzieć przyszłości nie będzie.

A właśnie nadarza się okazja jak rzadko, bowiem coraz bardziej osaczany przez Rosję Łukaszenka jak powietrza potrzebuje gospodarczych alternatyw – a jeżeli cokolwiek może przynajmniej częściowo zdywersyfikować politykę Mińska, to są to właśnie pieniądze. Szansą o której mówię jest rozpoczęta właśnie budowa przekopu Mierzei Wiślanej mająca m.in. ożywić port w Elblągu – o czym zresztą pisałem już ponad dwa i pół roku temu w felietonie „Przekopać się do Łukaszenki”. Dlaczego nie mielibyśmy „podzielić się” tą strategiczną inwestycją z Białorusią, wydzierżawiając jej (nie za darmo przecież) w elbląskim porcie terminal? Dziś większość handlu morskiego Białorusi zapewniają porty Litwy i Łotwy, co nawiasem mówiąc nie podoba się Rosji, naciskającej by ta przerzuciła się na porty w Obwodzie Kaliningradzkim. Dlaczego i my nie moglibyśmy wejść tu do gry? Dla wzmocnienia powiązań można by dorzucić ofertę wspólnego wybudowania porządnej trasy szybkiego ruchu i połączenia kolejowego – a że strona białoruska mogłaby być zainteresowana świadczy chociażby wspomniana wyżej oferta portu na Bugu. Jeżeli naprawdę myślimy o wyłuskaniu kiedyś Białorusi z rosyjskiej strefy wpływów, to zacząć należy właśnie od takich kroków - a mrzonki o „demokratyzacji” tamtejszej satrapii trzeba odłożyć na później.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 03 (17-23.01.2020)

czwartek, 13 lutego 2020

Putinowi puszczają nerwy

Cały tradycyjny obszar surowcowych wpływów Rosji w naszym regionie wymyka jej się z rąk – a że dla Kremla surowce to nie tylko źródło zysków, lecz również narzędzie polityczne służące umacnianiu hegemonii względem „bliskiej zagranicy”, to nic dziwnego, że musi narastać tam frustracja.

Władimir Putin nie ma ostatnio dobrej passy. Przede wszystkim, zadziałały amerykańskie sankcje wymierzone w budowę gazociągu Nord Stream 2, co jest skutkiem przyjętej 20 grudnia 2019 r. amerykańskiej ustawy o budżecie obronnym do której wpisane zostały restrykcje wobec firm biorących udział w rosyjsko-niemieckim projekcie. Obejmują one m.in. zablokowanie możliwości robienia interesów z USA, zamrożenie amerykańskich aktywów firm oraz cofnięcie wiz dla ich przedstawicieli. W efekcie, wizja rosyjskich gazowych kleszczy zaczyna się kruszyć. Na ostatniej prostej z budowy Nord Stream wycofała się kładąca rurociąg szwajcarska firma Allseas i nie widać chętnych do przejęcia jej kontraktu – a zostało raptem 160 kilometrów. Już teraz wiadomo, że opóźni to realizację inwestycji co najmniej o rok i wydatnie zwiększy koszta - a prawdopodobne jest, że zwłoka potrwa nawet dłużej. W obecnej sytuacji bowiem Rosja będzie musiała dokończyć budowę samodzielnie – i tutaj ma dwa wyjścia: albo zaprojektuje i wybuduje własny statek, co wiąże się z minimum sześcioletnim opóźnieniem (jak twierdzą specjaliści, w przypadku takiej jednostki potrzeba 4 lat na zaprojektowanie i 2 lat na budowę), albo użyje należącego do Gazpromu statku „Akademik Czerkieskij”. Problem w tym, że obecnie przebywa on na drugim końcu Rosji – w okolicach Władywostoku, a poza tym nigdy nie był wykorzystywany do takich celów i nie wiadomo czy się sprawdzi.

Niepewny los Nord Stream 2 pociągnął za sobą konieczność pójścia na ustępstwa wobec Ukrainy – 30 grudnia podpisano pięcioletni kontrakt gazowy zobowiązujący Gazprom do przesyłania przez Ukrainę 65 mld. m3 gazu przez pierwszy rok i 40 mld. m3 w kolejnych latach – i to w formule „ship or pay”, wg której Gazprom ma uiszczać na rzecz Naftohazu opłatę tranzytową za pełen kontraktowy wolumen dostaw, niezależnie od tego, ile rzeczywiście dostarczy surowca. Oznacza to wprawdzie, że przez Ukrainę popłynie o połowę mniej gazu niż dotychczas, ale z drugiej strony Ukraina przynajmniej przez najbliższych kilka lat utrzyma status istotnego państwa tranzytowego wraz z towarzyszącymi temu zyskami, czego Rosja za wszelką cenę chciała uniknąć, licząc na możliwość energetycznego szantażu wobec Kijowa.

Jakby tego było mało, wraz z początkiem 2020 r. Łotwa, Estonia i Finlandia powołały do życia jednolity transgraniczny rynek gazu, ujednolicający zasady przesyłu i dający wzajemny dostęp do infrastruktury, co ma ułatwić dywersyfikację i bezpieczeństwo dostaw. Kluczowym elementem jest tu gazociąg Balticconnector wraz z 77 kilometrowym podmorskim odcinkiem łączącym Estonię z Finlandią. Inicjatywa ta jest częścią szerszego projektu bałtyckiego rynku gazu oraz integracji z rynkiem Unii Europejskiej – w kolejce czeka jeszcze Litwa i przewidziany na 2021 r. interkonektor łączący państwa bałtyckie z Polską.

No i wreszcie, sprawa Białorusi. Grudniowy szczyt Putin - Łukaszenka w Soczi zakończył się fiskiem. Putin nalegał na dalszą polityczno-instytucjonalną integrację obu państw (w tym ujednolicenie systemów podatkowych oraz wprowadzenie wspólnej waluty) i budowę państwa związkowego, co w praktyce oznaczałoby aneksję Białorusi przez Rosję. Dla Łukaszenki z oczywistych względów było to nie do przyjęcia, naciskał natomiast na obniżenie cen rosyjskich surowców – ropy i gazu – do poziomu jaki obowiązuje dla sąsiadującego z Białorusią obwodu smoleńskiego, co z kolei Putin uzależniał od powołania odpowiednich organów międzypaństwowych. Opisane korowody spełzły się na niczym, a ponieważ z końcem grudnia 2019 wygasła umowa o dostawach ropy na Białoruś, 1 stycznia Rosja wstrzymała przesył. Łukaszenka jednak się nie ugiął i odpowiedział groźbą importowania ropy z Litwy i Łotwy - zarówno drogą kolejową, jak i poprzez „przerewersowanie” w tym celu rurociągu „Przyjaźń”, co zagroziłoby eksportowi rosyjskiej ropy na Zachód. Wskutek tych manewrów Rosja zgrzytając zębami po kilku dniach przywróciła dostawy.

Słowem, cały tradycyjny obszar surowcowych wpływów Rosji w naszym regionie wymyka jej się z rąk – a że dla Kremla surowce to nie tylko źródło zysków, lecz również narzędzie polityczne służące umacnianiu hegemonii względem „bliskiej zagranicy”, to nic dziwnego, że musi narastać tam frustracja. Tylko tak można zinterpretować kompletnie nieprzytomny, antypolski wybuch Putina – co ciekawe, podczas szczytu państw WNP. Komuś tu puszczają nerwy... Nawet jeśli był to „wybuch kontrolowany” i obliczony na jakiś dyplomatyczny efekt (np. w relacjach z Izraelem, pomyślany jako akces do polakożerczej polityki historycznej), to nie ulega wątpliwości, że stoją za nim autentyczne emocje, podsycone dodatkowo stacjonowaniem amerykańskich wojsk w naszym kraju. Moskwa za swe regionalne niepowodzenia tradycyjnie zwykła obwiniać polskie knowania (chciałoby się, byśmy byli aż tak wpływowi), a że Putin nie mógł otwartym tekstem przyznać o co mu chodzi, więc jako temat zastępczy wybrał pole historyczne, by nieco odreagować – i tyle jego...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 02 (10-16.01.2020)

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Co z tą Białorusią?

Warto odejść od polityki izolowania Białorusi w oczekiwaniu na „demokratyczny przewrót” i zacząć się wreszcie z „Batką” Aleksandrem dogadywać.

I. Dyplomata wojenny

Do napisania niniejszego tekstu zainspirował mnie felieton Grzegorza Brauna z ostatniego numeru „Polski Niepodległej” pt. „Chińczyki trzymają się mocno”. Autor zwraca w nim uwagę na wymianę ambasadorów USA w Polsce – Stephena Mull'a zastąpi Paul Wayne Jones. Ten drugi, prócz niebagatelnego doświadczenia dyplomatycznego ma również za sobą epizod wojskowy – kurs w Wyższej Szkole Wojennej Marynarki Stanów Zjednoczonych (Naval War College), był także łącznikiem między Departamentem Stanu a Departamentem Obrony. „Możemy więc jasno rozumieć, że jest albo wojskowym delegowanym do dyplomacji, albo dyplomatą akredytowanym przy siłach zbrojnych imperium amerykańskiego” - pisze Braun i dodaje - „Zasadnicze pytanie brzmi więc: czy przyjeżdża do nas sprzątać po poprzedniej wojnie, czy raczej zacząć następną?”. Następnie stawia tezę, że jesienią może nas czekać „nowy »Majdan«, tym razem w Mińsku białoruskim, zorganizowany tam siłami agentury amerykańskiej za przyzwoleniem Kremla, bądź też odwrotnie – oczywiście pod hasłem zaprowadzania tam »demokracji«. Powodem miałoby być zbyt szerokie otwarcie się Łukaszenki na chińskie inwestycje, co „nie może się podobać ani Moskwie, ani Waszyngtonowi”.

Cóż, Paul Wayne Jones faktycznie ma doświadczenie w działaniu w zapalnych punktach świata. Jak podaje na swoich stronach ambasada USA, w latach 2009-2010 był zastępcą specjalnego przedstawiciela ds. Afganistanu i Pakistanu. Ponadto pełnił m.in. funkcję zastępcy szefa misji w ambasadzie USA w Skopje (lata 1996 – 1999) oraz w Manili na Filipinach (2005 – 2009), a także w Amerykańskim Przedstawicielstwie przy OBWE w Wiedniu (od 2004 do 2005 roku). Prócz tego, pracował m.in. na placówkach w Bośni i Hercegowinie, w Kolumbii i Rosji. Wychodzi więc, iż jest to „dyplomata wojenny”, co zważywszy na sytuację na Ukrainie nie powinno dziwić.

II. Pod parasolem protektora

Czy jednak przybył tu po to, by zająć się montowaniem Majdanu w Mińsku i to już jesienią? Moim zdaniem, nie i to z kilku powodów. Podstawowym bólem głowy w naszym regionie pozostaje wojna rosyjsko-ukraińska i to raczej na tym kierunku będzie działał nowy ambasador, pilnując byśmy w naszym entuzjazmie dla „samostijnej Ukrainy” przypadkiem nie wychłódli – choćby z powodu coraz bardziej ostentacyjnego fetowania przez Kijów banderowskiej spuścizny. Wygrana Andrzeja Dudy i perspektywa objęcia władzy jesienią przez proamerykański PiS była zapewne jednym z impulsów, które skłoniły Waszyngton do przysłania nowego ambasadora. Tu warto zwrócić uwagę na przewijający się czasem w różnych analizach wątek, jakoby postępująca dekompozycja „projektu PO”, była efektem zmian geopolitycznych i powrotu USA do odgrywania czynnej roli w regionie. Być może zatem ekscelencja P. W. Jones będzie miał baczenie, by wybory parlamentarne - również za przyzwoleniem chwilowo skonfliktowanych z Rosją Niemiec - wygrała siła przyjazna Ameryce i wroga Putinowi. Zawsze lepiej mieć u władzy rzeczywistego, „twardego” sojusznika, w miejsce lawiranckiej i koniunkturalnej Platformy.

Przyznam się, że takie meblowanie naszej sceny politycznej przez kolejne potęgi średnio mi się podoba – choćby z tego względu, że w ten sposób każda zmiana układu sił między naszymi „protektorami” będzie wywoływać w Polsce trzęsienie ziemi, detonowane zapewne rękoma służb pozostających na obcym żołdzie. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że PiS jest świadome reguł gry i traktuje amerykańskie wsparcie jedynie jako wygodną trampolinę, nie zaś jako zadzierzgnięcie jakichś nieodwracalnych zobowiązań. Innymi słowy – chciałbym widzieć po jesiennym przesileniu realizację polskiej racji stanu, nie zaś „robienie laski” Amerykanom w Starych Kiejkutach i to na dodatek za frajer, lub za iluzję regionalnej mocarstwowości, ta bowiem winna wypływać z naszej własnej siły i znaczenia, nie zaś z geopolitycznych protez, które z dnia na dzień mogą zostać odebrane, gdy tylko nasi „patroni” z powrotem uznają za korzystne dogadać się z Kremlem.

III. Majdan w Mińsku?

No dobrze, ale co z tą Białorusią? Otóż póki co, w kontekście ukraińskich paroksyzmów, Mińsk stał się ostoją stabilności w regionie i żadnej ze stron nie opłaca się naruszać tego stanu rzeczy – przynajmniej dopóki sytuacja na Ukrainie nie wyklaruje się w jedną bądź w drugą stronę. Dlatego nie sądzę, by doszło do ekscytowania w Mińsku jakichś antyłukaszenkowskich ruchawek. Poza tym, takowe sztucznie wzniecane bunty skazane byłyby na niepowodzenie. Na Białorusi, w przeciwieństwie do Kijowa, nie ma obecnie potencjału rewolucyjnego. Większość Białorusinów autentycznie popiera Łukaszenkę na zasadzie – „Batka” jest jaki jest, ale nie ma wojny, emerytury i wypłaty są na czas, może trochę tu zamordystycznie i siermiężnie, ale w gruncie rzeczy da się żyć. Ewentualny bunt nie znalazłby po prostu społecznej akceptacji i skończyłby się szybciej, niż zaczął. Na Ukrainie było inaczej – bieda, korupcja, oligarchowie, rozgrabianie państwa, przepastne różnice w poziomie życia, bezhołowie, skompromitowana klasa polityczna (zarówno „niebiescy” jak i „pomarańczowi”). Na to wszystko nałożyła się odżywająca tradycja kozacka i banderowska z której wykluwa się współczesny ukraiński patriotyzm, czy wręcz nacjonalizm. Na domiar wszystkiego, Janukowycz odmawiając w ostatniej chwili podpisania umowy stowarzyszeniowej i popychając Ukrainę w stronę rosyjskiej Eurazji odebrał Ukraińcom nadzieję na lepsze, dostatnie życie „jak na Zachodzie”. Rosja Ukraińcom nie imponuje, Europa – owszem. Jak silne są tego typu emocje w postkolonialnych krajach mogliśmy przekonać się również tutaj, w Polsce, gdzie „kompleks Europy” wciąż trzyma się mocno. Dopiero na takim podglebiu autentycznych społecznych frustracji i aspiracji można montować przewrót, co skutecznie wykorzystała skonfliktowana z Janukowyczem część oligarchów przewerbowując się na stronę Niemiec i USA, by zapewnić międzynarodową ochronę dla Majdanu.

Białorusini natomiast, mówiąc językiem banderowców, są w znacznej mierze „schłopiali” - nie mają tradycji niezawisłości, choć ostatnio próbują nawiązywać do spuścizny Wielkiego Księstwa Litewskiego, uznając za „swoich” np. ród Radziwiłłów. Opozycja poza Mińskiem praktycznie nie istnieje, resztę narodu, mimo różnych bolączek zadowala „mała stabilizacja” i poczucie, że co jak co, ale w kraju przynajmniej panuje porządek. Do jakiegoś poważniejszego fermentu mogłaby doprowadzić jedynie katastrofa gospodarcza i nagłe osunięcie się dużych grup społecznych w otchłań nędzy, ale z tym niebezpieczeństwem jak do tej pory Łukaszenka sobie radzi całkiem nieźle. Nawet światowy kryzys nie zachwiał tamtejszą gospodarką na tyle, by stało się to zarzewiem masowego niezadowolenia. Paradoksalnie, Białorusi wyszła tu na dobre izolacja i stosunkowo słabe powiązania z resztą świata.

IV. Dogadać się z „Batką”

Na koniec, trzeba sobie też jasno powiedzieć, że destabilizacja Białorusi absolutnie nie leży w naszym interesie. Choćby dlatego, że stacjonują tam rosyjskie wojska, a Putin Mińska nie odpuści. Mielibyśmy więc wojnę nie gdzieś w Donbasie, czy nad Morzem Azowskim, lecz tuż u naszych granic. Niech Rosja z Ukrainą trwają w korzystnym dla nas klinczu – im dłużej, tym lepiej. Analogiczny scenariusz gdzieś pod Puszczą Białowieską, to stanowczo zbyt duży hazard. Warto natomiast odejść od bezsensownej polityki izolowania Białorusi w oczekiwaniu na „demokratyczny przewrót” i zacząć się wreszcie z „Batką” Aleksandrem dogadywać. Tym bardziej, że samemu Łukaszence nie uśmiecha się totalne uzależnienie od Rosji i co jakiś czas wysyła sygnały w drugą stronę, starając się w miarę możliwości balansować, chociażby wierzgając od czasu do czasu Kremlowi. Białoruś, ku nieskrywanej irytacji Putina, czynnie „reeksportowała” objęte rosyjskim embargiem produkty, co nie byłoby możliwe bez aprobaty Łukaszenki. Kilka miesięcy temu Mińsk odmówił eksportu do Rosji produkowanych na Białorusi paliw, żądając przejścia we wzajemnych rozliczeniach na dolary (układ jest taki, że Rosja dostarcza Białorusi ropę po krajowych cenach, którą ta z kolei przerabia na paliwo eksportowane do Rosji). Rezygnacja Łukaszenki z uczestniczenia w moskiewskich obchodach Dnia Zwycięstwa również ma swoją wymowę. Poza tym, Białorusini są generalnie wobec nas przyjaźni - nie mają antypolskich kompleksów i resentymentów tak żywych obecnie na Litwie, czy Ukrainie.

Najlepszym rozwiązaniem dla nas byłaby zatem Białoruś jako strefa buforowa między wschodem a zachodem – i jak się zdaje, taka perspektywa odpowiadałaby również Łukaszence. O tym warto z dyktatorem rozmawiać, proponując mu konkretne interesy – a wówczas może się okazać, że i polskiej mniejszości pod rządami „Batki” będzie żyło się lepiej niż dotychczas. Z pewnością natomiast nie powinniśmy się pozwolić wmanipulować w żadne awanturnicze próby sterowanej „demokratyzacji” w imię cudzych rozgrywek, bo możemy tym ściągnąć sobie na głowy śmiertelne zagrożenie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1945-pod-grzybki-9

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (24-30.06.2015)

niedziela, 14 lipca 2013

W pętach Giedroycia

Giedroyc mawiał, że Polską rządzą trumny Piłsudskiego i Dmowskiego. Można dodać, że polską polityką wschodnią rządzi trumna Giedroycia.

I. Giedroyc upupiony

Na marginesie sejmowej uchwały w 70. rocznicę ludobójstwa na Kresach, w której jak wiemy przyjęto ostatecznie pokraczną formułę o „czystce etnicznej noszącej znamiona ludobójstwa”, naszła mnie refleksja, że polityka wschodnia sformułowana przez „księcia” z Maisons-Laffitte nałożyła nam pęta z których polskie elity po dziś dzień nie potrafią się wyzwolić. O ile bowiem wedle Giedroycia Polską rządzić miały trumny Piłsudskiego i Dmowskiego, o tyle polską polityką wschodnią nadal rządzi trumna Giedroycia. A że elity III RP są rozpaczliwie wtórne intelektualnie i zdolne jedynie do bezrefleksyjnego kopiowania różnych wzorców bez próby twórczej reinterpretacji, to siłą rzeczy również zalecenia Redaktora wdrażane w obecnych czasach niepostrzeżenie przekroczyły granicę parodii. Stało się tak dlatego, że nasza klasa polityczna poszła po najmniejszej linii oporu i w stosunkach z ULB (Ukraina, Litwa, Białoruś) postawiła na strategię wręcz dziecinną: kokieterię mianowicie.

W skrócie wygląda to tak: nie zadrażniajmy stosunków, chowajmy pod sukno kwestie sporne, dopieszczajmy wschodnich partnerów, nie wywlekajmy kłopotliwych dla nich historycznych zaszłości, popierajmy ich międzynarodowe aspiracje, to oni z wdzięczności nas polubią i obiorą korzystny dla nas prozachodni kurs, a także nie będą nam bruździć i przyznają prawa polskiej mniejszości. Dziecinada i żenada – Giedroyc trafiony, upupiony.

II. Himalaje konformizmu

Jednym z niewielu zarzutów, które można sformułować pod adresem prezydentury śp. Lecha Kaczyńskiego była właśnie owa niemożność wyzwolenia się z giedroyciowego paradygmatu polityki wschodniej. Taktyka wspierania do końca schodzącego ze sceny „pomarańczowego” Juszczenki, który w ramach chwytania się brzytwy wszedł w sojusz z neo-banderowcami okazała się nieskuteczna w wymiarze międzynarodowym, a w wymiarze wewnętrznym krzywdząca dla środowisk kresowych, czego najdobitniejszym przykładem było wycofanie prezydenckiego patronatu z obchodów 65. rocznicy kresowego ludobójstwa. Ta naiwna polityka charakteryzuje zresztą wszystkie ekipy, zaś obecny rząd wywindował ją na Himalaje konformizmu.

Jest to o tyle kuriozalne, że sam Giedroyc nie był w żadnej mierze politycznym doktrynerem i potrafił modyfikować swe stanowisko zależnie od zmieniających się okoliczności. Wystarczy przypomnieć tu Jerzego Giedroycia z międzywojennego „Buntu Młodych” - piewcę „mocarstwowej Polski”, który niemalże wysyłał Żydów na Madagaskar – z Giedroyciem „paryskim”, kiedy to sformułował obowiązującą w polskich elitach polityczno-intelektualnych do tej pory koncepcję polityki wschodniej, która odeszła od „mocarstwowości” na rzecz wspierania niepodległościowych aspiracji Litwinów, Białorusinów i Ukraińców. Miało to oczywiście głębokie uzasadnienie geopolityczne – odepchnięcie Rosji od polskich granic i stworzenie kordonu państw osłabiających samym swym istnieniem rosyjski imperializm. Wizja ta została zrealizowana wraz z rozpadem ZSRS – w zamian za rezygnację Polski z nierealnego w obecnych warunkach dążenia do odzyskania utraconych terytoriów wschodnich II RP.

I to było jak najbardziej racjonalne podejście – zyskujemy „strefę buforową” za cenę wyrzeczenia się tego, czego i tak nie jesteśmy w stanie odzyskać. Tyle, że nasze elity – tak z prawa, jak i z lewa – na tym się zatrzymały. Okazując się niezdolne do przedefiniowania diagnoz paryskiej „Kultury” z lat Zimnej Wojny i kontynuując ustępliwą wobec wschodnich sąsiadów linię, same zapędziły się w kozi róg. Tymczasem Giedroyc wcale za Ukraińcami nie przepadał – był z gruntu „zwierzęciem politycznym”: czynił to, co w danych okolicznościach uważał za konieczne i zgodne z polską racją stanu. Natomiast politycy i zapatrzony w „Kulturę” mainstream intelektualny III RP przenieśli tę ustępliwość wobec aspiracji zniewolonych przez Sowietów narodowości sprzed lat 1989-1991 na niwę stosunków międzynarodowych między suwerennymi podmiotami – bo jak nie, to się na nas obrażą i pójdą do Ruskich.

III. Iluzja polityki ustępstw

To beznadziejnie krótkowzroczne podejście zostało bezbłędnie rozpracowane przez „wschodnich partnerów”, którzy bez skrupułów wykorzystują naszą postawę, hodując własne nacjonalizmy, lub grając na dwie strony. Spójrzmy: Litwini, choć weszli „w pakiecie” razem z nami do UE i NATO ani myślą uszanować praw polskiej mniejszości; Białoruś pod rządami Łukaszenki postawiła ostentacyjnie na sojusz z Rosją; Ukraina zaś balansuje między Wschodem a Zachodem, starając się ugrać na swym położeniu maksymalnie wiele korzyści. Przez żadne z tych państw nie jesteśmy traktowani jako „adwokat” ich suwerenności, z którego zdaniem należałoby się liczyć, zaś nasze kokieteryjne unikanie zadrażnień odczytywane jest jako słabość – zupełnie słusznie zresztą.

Na zakończenie przywołam tu spostrzeżenie z wykładu prof. Czesława Partacza podczas niedawnej konferencji „Ludobójstwo na Kresach” (24.06.2013). Otóż stwierdził on, że w trakcie wieloletniej, regularnej lektury periodyków wydawanych przez ukraińskie MSZ ani razu nie spotkał się ze stwierdzeniem, że Polska jest strategicznym partnerem Ukrainy. Stany Zjednoczone, czy Niemcy – owszem, jak najbardziej; Polska – nigdy. Pokazuje to iluzoryczność wyrozumiałej, kunktatorskiej - i koniec końców tchórzliwej - polityki ustępstw. Nasza spolegliwość i dopieszczanie „strategicznego sąsiada w regionie” skutkuje jedynie tym, że nie jesteśmy traktowani jako partner poważny.

Podsumowując, najwyższy czas wyzwolić się z pęt Giedroycia, nałożonych w innych realiach naszemu spojrzeniu na Wschód i rozpocząć etap normalnych stosunków opartych na grze interesów narodowych. Na dobry początek można by zerwać z zakłamanym samoograniczaniem się w kwestiach polityki historycznej i fałszowaniem w oficjalnym przekazie prawdy o kresowym ludobójstwie – bez oglądania się na ukraińskie fochy. Tak będzie zdrowiej, uczciwiej i w zgodzie z naszymi interesami. Od czegoś w końcu trzeba zacząć.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Polecam cykl Godziemby:

http://niepoprawni.pl/blog/3081/program-wschodni-kultury-1

http://niepoprawni.pl/blog/3081/program-wschodni-kultury-2

http://niepoprawni.pl/blog/3081/program-wschodni-kultury-3

http://niepoprawni.pl/blog/3081/program-wschodni-kultury-4

Wykład prof. Czesława Partacza:

http://www.youtube.com/watch?v=EzGThvyOjws

czwartek, 10 stycznia 2013

Rok Powstania Styczniowego - na Litwie

...bo w Polsce i na Białorusi – „nie lzia”. Ludzie rządzący dziś Polską przestraszyli się ujadania propagandowej psiarni Kremla.

I. Litwa się nie przejmuje

Miałem odpuścić sobie pisanie o kompromitującej postawie zdominowanego przez Platformę Sejmu, który odmówił uznania 2013 rokiem Powstania Styczniowego – mimo wyjątkowej, 150 rocznicy zrywu – ale natrafiłem na inspirujący tekst Grzegorza Górnego traktujący o rosyjskich reakcjach na podobną inicjatywę Litwy. Tak się bowiem składa, iż Sejm litewski ogłosił bieżący rok rokiem Powstania, nie oglądając się na dobry humor Rosjan, traktuje bowiem swą historię i dziedzictwo poważnie. Dość powiedzieć, że to na Litwie, a nie w Polsce jest jedyne na świecie muzeum Powstania Styczniowego.

Przy okazji dowiedziałem się, skąd wzięła się fraza, by „historię zostawić historykom”, która zrobiła taką karierę w kontr-historycznym, propagandowym dyskursie III RP, gdy ktoś niepowołany ośmiela się podnosić niepożądane z punktu widzenia Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP zaszłości. Otóż zbitka ta pochodzi prościutko z Moskwy i właśnie postanowiła odgrzać ją putinowska prasa, by dać wyraz swemu zniesmaczeniu litewskimi obchodami antyrosyjskiej insurekcji. No chyba, że przyjmiemy, iż to właśnie nasza salonowszczyzna jest źródłem inspiracji kremlowskich propagandystów – oczywiście, oczywiście...

W każdym razie, rosyjskie mediodajnie uznały litewskie obchody 150 Rocznicy Powstania Styczniowego za przejaw – a jakże - „rusofobii”, „instrumentalnego traktowania historii”, które „zatruwa dzisiejsze stosunki z Rosją”. Prócz wspomnianego wezwania, by „zostawić historię historykom” mamy ponadto przypomnienie, że był to „bunt klas wyzyskujących” - polskiej szlachty i katolickiego kleru, którzy popełniali „bestialstwa” na Białorusi i Ukrainie, albowiem polscy żandarmi – „wieszatiele” i „kindżałowcy” (chodzi o sztyletników? - GG) zamordowali więcej ludzi niż hrabia Murawjow „który z sukcesem zdławił powstanie”.

II. Pogrzebana szansa polsko-litewskich obchodów

No to teraz wiemy, czego bała się Platforma. Podkreślmy to, mówiąc głośno i wyraźnie: ludzie rządzący dziś Polską przestraszyli się ujadania propagandowej psiarni Kremla i właśnie ten paraliżujący strach był przyczyną utrącenia sejmowej inicjatywy. Owszem, „na alibi” mamy uchwałę Senatu – czyli ciała drugorzędnego w naszych warunkach polityczno-ustrojowych oraz patronat Wuja z Belwederu, który pragnie się jakoś uwiarygodnić w oczach patriotycznego elektoratu, być może w ramach szerszej strategii budowy jakiejś „koncesjonowanej prawicy”, niemniej jedynie oficjalna uchwała centrum polskiego parlamentaryzmu jakim jest Sejm gwarantowałaby 150 Rocznicy należytą rangę i oprawę. Pokazują to wyraźnie przytoczone powyżej rosyjskie reakcje na obchody litewskie.

Co więcej, to właśnie Litwa, mimo wszystkich różnic i problemów we wzajemnych stosunkach, uznaje Powstanie Styczniowe za element łączący historię Polski, Litwy i Białorusi – zgodnie z powstańczym herbem na którym widniały Orzeł Biały, Pogoń i Michał Archanioł. Dziś mało kto pamięta, że Litwa już w czerwcu 2010 roku zwróciła się do Polski i Białorusi z propozycją wspólnych obchodów 150 Rocznicy Powstania. Przewodnicząca litewskiego Sejmu Irena Degutienė w projekcie przyjętego później postanowienia stwierdzała m.in.:

„Powstanie 1863 roku jest ważnym elementem europejskiej historii Litwy historycznie i kulturowo łączącym z naszymi sąsiadami Polską i Białorusią. W okresie okupacji sowieckiej było pomniejszane i zniekształcane znaczenie tego wydarzenia. W obliczu zbliżającego się jubileuszu jest więc okazja obiektywnie spojrzeć na historię oraz na nowo ocenić znaczenie Powstanie w politycznym kontekście tamtych lat. Obchody Powstania 1863 roku miałyby ogromną wagę dla społeczeństwa litewskiego, młodzieży i wspólnot narodowych”. (...)

"Zaznacza się też, że w roku jubileuszowym Litwa przejmie przewodnictwo w Unii Europejskiej, toteż obchody 150. rocznicy Powstania Styczniowego będą dobrą okazją do przedstawienia historycznego dziedzictwa Litwy oraz zorganizowania z Polską i Białorusią wspólnych uroczystości." (cyt. za wp.pl)

III. Stracona okazja

Czy wyobrażają sobie Państwo, by śp Prezydent Lech Kaczyński i premier Jarosław Kaczyński – przy wszystkich meandrach „polityki jagiellońskiej” - przepuścili taką okazję? Ja wiem, że „klimat” w stosunkach międzynarodowych to niby nic konkretnego, ale może wiele spraw ułatwić. Byłaby to naprawdę niezła dyplomatyczna sposobność, by powalczyć np. o poprawę sytuacji Polaków – choćby szkolnictwa czy pisowni nazwisk – jeśli wspólne obchody (a Litwie, jak się zdaje, naprawdę na tym zależało) miałyby się odbyć i to w odpowiedniej atmosferze. Poza tym, ujrzeć wściekłość Kremla na widok wspólnych obchodów antyrosyjskiego zrywu – bezcenne. W Rosji doskonale zdają sobie sprawę z politycznego znaczenia podobnych symboli, a waga postponowanej u nas polityki historycznej jest tam od zawsze odpowiednio doceniana, czego nieustającym dowodem jest eksploatowany tam konsekwentnie mit „wielkiej wojny ojczyźnianej”.

Zamiast tego, będziemy mieli obchody na pół gwizdka, ukradkowe i wstydliwe, połączone „dla równowagi” - idę o zakład – z piętnowaniem „narodowej megalomanii”, „martyrologii”, „bohaterszczyzny” oraz „kultu klęski”. W „agorowych” mediodajniach już zaczynają piać na tę znaną od lat melodię. Można wręcz pomyśleć, że Powstanie wywołali jacyś dziewiętnastowieczni „pisowcy”, którzy „podpalili Polskę”. Przypuszczam zresztą, że ten strach, by PiS czegoś przypadkiem na Rocznicy nie ugrał, był kolejnym powodem sejmowej hańby. A poza tym, jeszcze rozeźlony Putin mógłby z zemsty wypuścić w świat jakąś kolejną wrzutkę smoleńską – tym razem kompromitującą rząd Tuska... Po co to komu?

IV. Na Białorusi „nie lzia”

I tak dobrze, że za kultywowanie pamięci o Powstaniu Styczniowym nie wyłapują u nas ludzi na ulicach, jak dzieje się to na Białorusi. Portal telewizji „Biełsat” jakiś czas temu podał bowiem informację o uroczystości z udziałem przedstawicieli białoruskich środowisk demokratycznych, którzy 27 października 2012 roku oddali jak co roku hołd pod pomnikami Konstantego Kalinowskiego - dowódcy Powstania Styczniowego na terenie Litwy i dzisiejszej Białorusi oraz Romualda Traugutta. W następstwie milicja zatrzymała czterech demonstrantów, których następnie skazano na grzywny za udział w nielegalnym zgromadzeniu i eksponowanie zakazanych, biało-czerwono-białych flag.

Jak czytamy:

„Konstanty Kalinowski (Kastuś Kalinouski) był aktywnym działaczem białoruskiego odrodzenia narodowego - wydawcą pierwszej gazety w języku białoruskim „Mużyckaja Prauda”. Jest uważany za bohatera narodowego przez Białorusinów, Litwinów i Polaków. Białoruskie władze maja kłopot z niewygodnym bohaterem narodowym. W białoruskich podręcznikach Kalinowski przedstawiany jest w niekorzystnym świetle, jak za czasów ZSRR - był bowiem rzecznikiem uniezależnienia się Litwy od Rosji i powrotu do idei federacji polsko-litewskiej. Głosił również hasła wyzwolenia i uwłaszczenia chłopów.

W pierwszych latach białoruskiej niepodległości ustanowiono order im. Kalinowskiego, jednak nikt nie został nim uhonorowany, a w 2004 r. to odznaczenie państwowe zostało zlikwidowane. Zdaniem historyków białoruskie władze nie chcą wspominać o Kalinowskim, ponieważ boją się reakcji Rosji - powstaniec walczył z Rosjanami i został przez nich powieszony w marcu 1864 r. w Wilnie.” (cyt. za http://belsat.eu, wytł. moje - GG)

No to jak, Wysoki Sejmie - „Prywislański Kraj” podąży w stronę Litwy, czy Białorusi? Tak się tylko pytam...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

niedziela, 30 stycznia 2011

Wypisy z anty-podmiotowości


Postkolonializm mentalno-strukturalny. Garść przykładów.



I. Podmiotowość po gruzińsku.


Niby drobiażdżek, ale pokazujący jak w soczewce różnice między polityką państwa suwerennego z mężem stanu u władzy, a polityką państwa suwerennego formalnie, w praktyce zaś skrępowanego postkolonialną mentalnością rządzących elit.


Spójrzmy - oto osaczona, zagrożona przez Rosję i rozczłonkowana Gruzja, kraj pozostający w skrajnie niekorzystnej sytuacji geopolitycznej, przed którym wymownie zatrzaśnięto drzwi do struktur euroatlantyckich... Otóż ta Gruzja właśnie, której niepodległy byt jest nieustannie zagrożony, uruchomiła niedawno rosyjskojęzyczną telewizję, mającą nadawać na obszarze Kaukazu i stanowić odtrutkę na propagandę zwasalizowanych przez Kreml reżimowych mediodajni. Łatwo sobie wyobrazić, jaką wściekłość w Moskwie musi budzić ta inicjatywa, tym bardziej, że TV Kaukaz jest osobistym „dzieckiem” gruzińskiego prezydenta, Micheila Saakaszwilego, znienawidzonego przez putinowski, ludobójczy reżim chyba w równej mierze, co ś.p. prezydent Lech Kaczyński.


II. Podmiotowość po „polskiemu”.


A teraz popatrzmy na zachowanie elit Priwislańskiego Kraju, które z niewolniczą uniżonością rzucają się odgadywać niewypowiedziane zachcianki nawet nie tyle potężnego Kremla, co sowchozowego satrapy, ponurego pajaca okupującego Białoruś.


Otóż polskie władze – władze, przypomnę, kraju formalnie suwerennego i obwarowanego rozlicznymi sojuszami, ponoć bezpiecznego do tego stopnia, że w zasadzie niepotrzebna mu armia (poza małymi, mobilnymi jednostkami, które można wysyłać na różne misje), demonstracyjnie rezygnują ze wspierania niezależnego Związku Polaków na Białorusi (bo Łukaszenka się pogniewa), marginalizują nadawanie Polskiego Radia Dla Zagranicy w obszarze wschodnim (bo Łukaszenka nastroszy wąsy – Polskie Radio Dla Zagranicy finansowane jest w większej części przez MSZ) i doprowadzają na skraj likwidacji nadającą po białorusku telewizję Biełsat (bo Łukaszenka rzuci kijem hokejowym w telewizor). A telewizja Biełsat, tak się składa, ma w założeniu pełnić podobną funkcję co wspomniana na wstępie TV Kaukaz.


Podkreślmy to raz jeszcze. Osaczeni przez Rosję Gruzini, którzy nie tak dawno padli ofiarą agresji, uruchamiają jawnie antykremlowską inicjatywę, my swoje zwijamy. Oni mają głęboko w tyle różne picowne „ocieplenia”, my natomiast ochoczo wypinamy się do wschodniej odmiany salonowca, gdzie walona po tyłku jest tylko jedna strona. Oni się nie boją, my trzęsiemy portkami i na wszelki wypadek sami z siebie wycofujemy się rakiem ze wszystkiego, co choćby potencjalnie mogłoby w odczuciu naszych „partnerów” bruździć w ich strefie wpływów.


Co więcej, zdajemy się tym szczycić, albowiem podobne zachowania mają nas rzekomo sytuować w „głównym nurcie” europejskiej polityki i gwarantować dobrosąsiedzkie, „ociepleniowe” relacje w ramach propagandowej hecy „partnerstwa wschodniego” i „pojednania”.


III. Na posyłki rosyjskiego ambasadora.


Kolejny przykład: Pamiętają państwo zapewne, jak na ledwo zakamuflowane życzenie rosyjskiego ambasadora Aleksandra Aleksiejewa nasze władze haniebnie zatrzymały czeczeńskiego emigracyjnego przywódcę, Ahmeda Zakajewa, uczestnika Światowego Kongresu Narodu Czeczeńskiego, pod pretekstem wyssanych z palca rosyjskich zarzutów o terroryzm. Zarzuty te już dawno zostały oddalone przez sądy w Danii i Wlk. Brytanii, ale to nie przeszkodziło naszym dzielnym organom w doprowadzeniu Zakajewa na randez vous z prokuratorem, przed którym „terrorysta” Zakajew i tak zamierzał się stawić.


Teraz dopisano groteskowe zakończenie do tej tragifarsy. Oto polski sąd apelacyjny zaledwie umorzył sprawę ekstradycji Zakajewa do Rosji. Obrona, która wniosła apelację chciała definitywnego uznania prawnej niedopuszczalności ekstradycji. Sąd jednak orzekł to co orzekł, gdyż w jego opinii niezbędny był osobisty udział Zakajewa w rozprawie, ten zaś nie stawił się, gdyż... polski konsulat w Londynie odmówił mu wizy! Trudno o jaśniejsze i bardziej upokarzające danie do zrozumienia, że przedstawiciel eksterminowanego narodu jest na terytorium Polski persona non grata. Przekaz jest jasny jak smagnięcie nahajką: zabieraj się pan ze swoimi Czeczeńcami, bo my teraz przyjaźnimy się z tymi, którzy was mordują. Zresztą, my o żadnym ludobójstwie nic nie wiemy i nie chcemy wiedzieć, a jeśli się pan tu pojawisz, to umorzone postępowanko ekstradycyjne zawsze można wznowić, a skuteczek owego wznowienia może być nieprzyjemny...


***


Kończę te ponure wypisy z „suwerennych” poczynań naszych „rozgrzanych” instytucji. Skoncentrowałem się zaś na przypadkach pozornie drugorzędnych, żeby uwypuklić jedno: jeżeli nasze państwo zachowuje się tak a nie inaczej w sprawach mniejszej wagi, to czego możemy oczekiwać w kwestiach tak fundamentalnych jak energetyka, surowce i wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej?


No właśnie.


Gadający Grzyb

czwartek, 23 grudnia 2010

Rada dla Łukaszenki


Od detente do Okrągłego Stołu.



 


I. Odprężeniowe złudzenia.


Włodzimierz Bukowski, bodaj w książce „I powraca wiatr” stwierdził, że ilekroć Zachód stawiał na detente („odprężenie”) w relacjach z ZSRR, tylekroć rozzuchwalone miękkością wroga sowieckie władze przykręcały śrubę wewnętrznego terroru. I na odwrót – ilekroć Zachód utwardzał swe stanowisko i kończył z „odwilżą”, zaczynał stanowczo naciskać w kwestii więźniów politycznych, praw obywatelskich, strasząc np. zakręceniem kurka z kredytami, ograniczeniem wymiany gospodarczej itp., każdorazowo skutkowało to względnym poluzowaniem opresyjnych rygorów – następowały zwolnienia z łagrów, psychuszek...


Przypuszczam, że tak nasi, jak i unijni specjaliści od „partnerstwa wschodniego”, poklepywania się po pleckach i pozowania do fotografii, Bukowskiego nie czytali, a jeśli nawet czytali, to rzucili ze wstrętem w kąt, bo to jaskiniowy oszołom, co nie wierzy w putinowską demokrację. W imię „dobrosąsiedzkich stosunków” odwrócili się od Związku Polaków na Białorusi, wykastrowali TV Biełsat, roztoczyli przed Łukaszenką świetlane perspektywy współpracy... A Łukaszenka, całkiem zresztą słusznie, odebrał te wszystkie umizgi jako przejaw słabości i uznał, że skoro i nam i Unii tak na nim zależy, to może przestać zaprzątać sobie głowę pozorami i bez krępacji spałować kogo uzna za stosowne.


W taki oto sposób wszyscy rzekomi „pragmatycy” z gębami pełnymi demokratycznych frazesów wyszli koncertowo na pożytecznych idiotów, których byle sowchozowy dyrektorzyna o mentalności ulicznego cwaniaczka wystrychnął na dudka i wydudkał na strychu. Teraz mogą się srożyć i nadymać - „baćka” odbija pół basa i śmiejąc się w kułak rzuca: „to, co ostatnio Polska zrobiła dla Białorusi, warte jest każdych pieniędzy” .


Faktycznie, drugich takich frajerów ze świecą szukać.


II. Okrągły Stół, głupcze!


Niemniej, mam dla prezydenta Łukaszenki pewną radę, którą chętnie się podzielę – niech skorzysta z polskich doświadczeń, którymi tak się lubimy chwalić i zrobi Okrągły Stół do którego zaprosi sobie kontrolowaną przez białoruskie KGB część opozycji. Niech przybije deal – reglamentowane przekazanie politycznej władzy w zamian za nietykalność dla siebie i możliwość bogacenia się zastrzeżoną wyłącznie dla pretorian z cywilnej i wojskowej bezpieki oraz ich współpracowników wybranych spośród grona „konstruktywnych” „demokratów”. Słodkich pierniczków wszak dla wszystkich nie starczy – rzecz nie od dziś powszechnie wiadoma. Słowem, maksimum profitów plus sława „człowieka honoru”, który pokojowo zrzekł się władzy i w ten sposób po tysiąckroć odkupił swe wcześniejsze przewiny. Zresztą, już tam z pewnością znajdzie się jakiś Michnik, żeby to tubylcom odpowiednio naświetlić we właściwym dziejowym kontekście.


Naiwniakom z opozycji natomiast zostawi się bieżącą polityczną orkę, zwali się na nich społeczne rozczarowanie „wolnością”, jednocześnie umiejętnie ich ze sobą skłócając za pomocą pozostawionych w ich szeregach „aktywów” ludzkich... Co to, Lesiaków własnych nie macie? Niech „demokraci” sobie skaczą do gardeł, niech wyjdą z nich najniższe namiętności, egoizm, żądza zysku i władzy, niech fundują publice gorszące widowisko, którym wytresowane mediodajnie będą epatować widzów 24 godziny na dobę... W krótkim czasie wiarygodność społeczna niedawnych „bojowników o wolność i demokrację” zjedzie do zera, podobnie jak stało się to na początku lat 90-tych w Polsce, zaś całkiem niedawno – na Ukrainie (fiasko „pomarańczowych”).


W efekcie, po kilku latach (góra, po jednej kadencji), „baćka” lub ktoś przez niego namaszczony tryumfalnie i w pełni demokratycznie powróci do władzy. Nie trzeba będzie fałszować wyborów, ani pałować ludzi na ulicach, co tak brzydko wygląda na telewizyjnych ekranach zachodniego świata. Ludzie sami zwrócą mu władzę – bo nie będą mogli patrzeć na „tamtych”.


III. Nieodrobione lekcje.


Podsumowując, o ile nasze „dyplomatołki” z Przystojnym Radziem na czele i jego „polityką piastowską”, tudzież „partnerstwem wschodnim” do spółki z „pragmatycznymi” eurokratami nie odrobili przytoczonej na wstępie lekcji z czasów detente i tym samym kompletnie się skompromitowali, o tyle Łukaszenka nie przemyślał należycie polskich doświadczeń Okrągłego Stołu i jego błogosławionych następstw dla komunistycznego aparatu, jako głównego „beneficjenta przemian”. Jeżeli jednak pozostał na intelektualnym poziomie dyrektora sowchozu, tępego dzierżymordy, wtedy rady na nic i prędzej czy później znajdzie się lepszy cwaniak, który go załatwi, by samemu pójść wskazaną wyżej drogą.


Owszem, wiem, że historyczne analogie nigdy nie pokrywają się w stu procentach, niemniej zasadnicze mechanizmy są wypróbowane – czekają na twórcze rozwinięcie i dopasowaną do miejscowych warunków interpretację.


Jest tylko jeden szkopuł – na ile Łukaszenka kontroluje swoje służby? Od tego bowiem zależy powodzenie całego przedsięwzięcia...


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl