Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rocznica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rocznica. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 listopada 2009

Notka rocznicowo – osobista.


„Niepoprawni” są dla mnie niezastąpioną przestrzenią wymiany myśli, poglądów, opinii (…).Za stworzenie tej przestrzeni – serdeczne dzięki.

Z góry proszę o wybaczenie osobistego charakteru notki. Piszę ją z serca, nie z potrzeby promowania swej skromnej osoby.

Raczej unikam pisania tekstów rocznicowych, ale tak się składa, iż ta konkretna rocznica (11 Listopada) dotyczy mnie osobiście. Bez niej nie zabrałbym się za blogowanie. Tak, tak – 10 listopada, w wigilię Święta Niepodległości, stuknął roczek od podjęcia przeze mnie działalności blogerskiej. Co więcej, mojego blogowania nie byłoby bez dwóch czynników: Święta Odzyskania Niepodległości oraz… „Gazety Wyborczej” (tak!). To artykuł prof. Andrzeja Romanowskiego w zeszłorocznej „GW” („Nie lubię 11 Listopada”), stał się dla mnie swoistą masą krytyczną, po przekroczeniu której poczułem, że muszę „coś zrobić”, na ten przykład - publicznie się wypowiedzieć. Prof. Romanowski raczył był stwierdzić wówczas, ni mniej, ni więcej, iż „Święto Niepodległości z prezydentem Lechem Kaczyńskim to na pewno nie jest moje święto”, czym dał wyraz mentalności charakterystycznej dla wczesnośredniowiecznych „państw związków osobowych”. Całość tekstu „przedrukowuję” w Post Scriptum 2. Odnoszę dziwne wrażenie, że nie stracił na aktualności. Podobny rys mentalny cechuje wciąż przedstawicieli szeroko rozumianego „Salonu”.

Początki.

Najpierw chciałem założyć bloga na Salonie 24, który od pewnego czasu czytywałem, ale czy to z powodu technicznych perturbacji portalu, czy też raczej mojej informatycznej indolencji, za cholerę nie mogłem dojść jak tam publikuje się notki. Zacząłem więc sprawdzać inne „prawoskrętne” blogowiska i tak jakoś – od linku do linku - trafiłem na „Niepoprawnych”. Swój tekst wkleiłem w charakterze komentarza do czyjegoś wpisu (przepraszam, nie pamiętam już czyjego) i wtedy zostałem zauważony przez Gawriona, który z miejsca zaproponował mi rangę blogera. Był to najszczęśliwszy zbieg okoliczności, jaki mógł się przytrafić.

Początki były trudne. Nie miałem bladego pojęcia o technikaliach (zresztą, do tej pory jest to moja pięta achillesowa). Nie wiedziałem jak formatować teksty, jak wklejać ilustracje, jak korzystać z edytora, jak publikować, o co chodzi z tagowaniem… słowem – ciemna masa. W efekcie, często – gęsto „rozwalałem” stronę główną, zaś produkty finalne bywały dalekie od moich zamierzeń.

Podziękowania.

Na szczęście, czuwała Administracja, która z anielską cierpliwością poprawiała moje ignoranckie wyczyny, wklejając ilustracje, formatując teksty (bez ingerencji w treść), oraz – promując moją pisaninę na Stronie Głównej. Wszystkim chciałbym złożyć serdeczne podziękowania i głębokie ukłony – po staropolsku, w pas. (Nie wymieniam z „nicków”, by kogoś przypadkiem nie pominąć – zainteresowani wiedzą). Obecnie, „Niepoprawni” są dla mnie niezastąpioną przestrzenią wymiany myśli, poglądów, opinii (często ostrej wymiany… ;)), ale pozbawionej internetowej zmory – trollingu. Za stworzenie tej przestrzeni – serdeczne dzięki.

Podziękowania chciałbym złożyć także współblogerom – zarówno tym, którzy komplementowali moje teksty, jak i polemistom. Polemiki bywają bowiem inspirujące – gdyby nie spór z Krzysztofem J. Wojtasem, pewnie nigdy nie napisałbym cyklu o Antycywilizacji Postępu. Inspirujące były też teksty innych Autorów (np. pozwalałem sobie na swoiste kontynuacje wpisów Łażącego Łazarza, czy Chłodnego Żółwia). Z kolei „doszkalające” wpisy Wójcickiego otworzyły mi oczy na wiele aspektów Internetu. A jeszcze Panie - Katarzyna, Kryska, poetycka Akiko… Dobra, kończę z „nickowaniem”, bo nie wymienieni się obrażą…;).

Niezapomnianym przeżyciem był dla mnie tegoroczny zlot „Niepoprawnych”, gdzie miałem możliwość poznać osobiście ludzi znanych mi do tej pory jedynie „wirtualnie”. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie nas jeszcze więcej.

Zgrzeszyłbym, gdybym zapomniał w tej notce o Marku D. i projekcie blogerskiego radia (Niepoprawne Radio.pl), która to inicjatywa wykluła się właśnie w tym gronie i gdzie po dziś dzień odczytuję swe teksty. Uważałem i uważam nadal, że portal i radio to nawzajem uzupełniające się inicjatywy. W jedności siła.

Chwila wynurzeń.

Czy blogowanie stało się jakąś cezurą w moim życiu? Po części tak. Po pierwsze, poczułem, że nie jestem jedynym oszołomem w stadzie lemingów. Po drugie, blogowanie wymusza pewną regularność nie pozwalającą zardzewieć pióru i zwojom mózgowym. Wyrywa z intelektualnego marazmu. Jest batem na własne, umysłowe lenistwo. Po trzecie, blogosfera ma szansę stać się siłą opiniotwórczą, odkłamującą polityczno – medialną rzeczywistość. Dokładam do tego zbożnego dzieła, w miarę możności, skromną cegiełkę. Po czwarte wreszcie – przebywanie w gronie zacnych osób, mówiąc językiem biskupim - „ubogaca”. Jest wartością samą w sobie.

Zakończenie.


Podsumowując, na dzień dzisiejszy, opublikowałem 108 notek (nie licząc obecnej) – od „poważnych” analiz po satyrę, co daje średnio 1 notkę na 3 dni. Mam nadzieję, że uda mi się utrzymać to tempo (a czasem się nie chce, oj nie chce…).

No, to już kończę te przydługie celebracje. Tuszę, iż „przebloguję” również kolejny rok, i że nie zbraknie mi po temu ni sił, ni ochoty… ;)

Z serdeczną dedykacją dla wszystkich „Niepoprawnych”.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

P.S. 1. Wpis ten dedykuję również Budyniowi na okoliczność pisanego przezeń doktoratu o polskiej blogosferze. A nuż, do czegoś się przyda. Powodzenia!

PS. 2.
A oto mój ubiegłoroczny tekst, od którego się zaczęło:

www.niepoprawni.pl/blog/287/patriotyzm-wczesnego-sredniowiecza

Patriotyzm wczesnego średniowiecza.

We wczesnych wiekach średnich, gdy granice praktycznie nie istniały, lub były co najmniej bardzo płynne - ba, gdy nie było jeszcze państw we współczesnym rozumieniu tego pojęcia, funkcjonowało coś, co część współczesnych historyków określa mianem „państwa związków osobowych”.

Był zatem władca i ludzie uznający jego zwierzchnictwo – władztwo sięgało tam, gdzie żyli poddani akceptujący danego suwerena. Twór ów wywodził się ze struktur plemiennych, lecz szedł o krok dalej – wspólny język, kultura, tradycja, a już najmniej terytorium, pełniły jedynie funkcje dopełniające w stosunku do wierności wobec, powiedzmy, „proto – monarchy”. Czyli – już nie plemię, ale jeszcze nie naród i państwo – ot, coś pomiędzy.

Dlaczego o tym truję? Otóż, okazuje się, że mentalność charakterystyczna dla wspomnianego okresu w europejskiej historii rozkwita bujnie wśród naszych opiniotwórczych „elit”, czemu dał ostatnio wyraz na łamach, a jakże, „Wyborczej” prof. Andrzej Romanowski w artykule „Nie lubię 11 Listopada”. W tekście tym wprawdzie o wspomnianej dacie jest stosunkowo niewiele, za to bardzo dużo o prezydencie Kaczyńskim, którego pan profesor najwyraźniej nie lubi. Daje więc wyraz zniesmaczeniu faktem, że prezydent z okazji święta objeżdża Polskę, podkpiwa z uproszczonej wersji historii, która jakoby przy okazji objazdu jest prezentowana, lansując zaś tezę o analogicznych początkach II i III Rzeczypospolitej i przyjmując ją z miejsca za pewnik, gładko wybiela Jaruzelskiego, Mazowieckiego i III RP odmawiając przy okazji prezydentowi – krytykowi III RP - prawa do obchodzenia rocznicy odzyskania niepodległości (!). Całość wieńczy spiżowe zdanie: „Święto Niepodległości z prezydentem Lechem Kaczyńskim to na pewno nie jest moje święto”.

Trudno o przykład gorszego popaprania.

Otóż, wg Pana Profesora święta państwowe powinno się obchodzić w zależności od tego, czy głową państwa jest polityk miły naszemu sercu, czy też nie. Jest to sposób myślenia żywcem wyjęty ze wspomnianego na wstępie państwa związków osobowych, gdzie nadrzędnym kryterium „patriotyzmu” była lojalność wobec władcy (rozumianego jako swoisty „nośnik państwowości”). Furda wspólna historia, tradycja, język, kultura, odzyskane po latach walk i starań terytorium – nie ten prezydent! Będzie inny, to łaskawie uznam Święto Niepodległości za swoje. Całą argumentację p. Romanowskiego można streścić w jednym zdaniu – nie obchodzę, bo mi się prezydent nie podoba. Autorowi najwyraźniej nie mieści się w głowie, że Jedenasty Listopada pozostaje Jedenastym Listopada niezależnie od tego, czy na czele państwa stoi gensek, Wałek, discopolowy moczymorda, Kaczor, czy pan Piekłasiewicz z Psiej Wólki. Ot, umysł nie osiągnął dostatecznego poziomu wyrafinowania – z plemienia wprawdzie wyszedł, lecz do koncepcji Państwa z narodem jako suwerenem jeszcze nie doszedł. Pomyślmy chwilę – czy komukolwiek z Was przyszłoby do głowy wypiąć się na Rocznicę, nawet gdyby najwyższy urząd zajął, dajmy na to, osobnik znany jako Chyży Rój?

Kończąc, pragnąłbym wyrazić nadzieję, że pan Romanowski pozostanie przynajmniej konsekwentny w swoich poglądach – skoro za obecnej kadencji prezydenckiej Święto Niepodległości mu nie leży, to jak rozumiem, w najbliższy wtorek zrezygnuje z dnia wolnego i stawi się w pracy …

Gadający Grzyb

środa, 2 września 2009

Medialni frajerzy.


Obchody na Westerplatte zmieniły się w medialny festiwal na cześć Putina.

Ależ koncertowo rozegrali naszą mediorzeczywistość towarzysze czekiści. Nie ma co, pierwsza klasa. Wstępnym etapem rozgrywki był festiwal historycznych oszczerstw, produkowanych na zamówienie i pod egidą Kremla. Nagłośnionych następnie, zgodnie z moskiewskimi przewidywaniami, przez nasze mediodajnie.

Kolejna faza, to przemowa do priwislańskiego narodu wygłoszona przez Putina na łamach, mówiąc Brixenem, „wiodącego tytułu prasowego”, gdzie fałsz mieszał się z prawdą w iście żdanowowskich proporcjach. Oczywiście, carska oracja na tle zapierającej dech w piersiach orgii fałszerstw i pomówień została gremialnie odebrana jako przejaw „rozsądku” i „umiarkowania” Przywódcy.

A potem nastąpił Wielki Przylot.

Doprawdy, żal było patrzeć na gnojków z Walterowni, którzy na okoliczność przybycia Cara, aż zachłystywali się z zachwytu: a to, że wynajął cały Grand Hotel, to znów, że przyjechała grubo ponad stuosobowa świta… jaki gest, jaki rozmach… od razu widać, że to prawdziwy Imperator Trzeciego Rzymu… nie to, co jakaś tam Merkelowa. Co zje Putin? Czy wypowie łaskawe słowo a propos polskiej kuchni? Brakowało tylko pytania, czym się podetrze…

I tak jakoś, niepostrzeżenie, obchody 70 – tej rocznicy wybuchu ludobójczej wojny, zamieniły się w medialny festiwal na cześć Putina. Że zechciał przyjechać. Że nie nakłamał za wiele i zamiast pluć w twarz, napluł pod nogi, strzykając, jakby od niechcenia, śliną swoich wypowiedzi. Że, między kłamstwami, wycedził kilka słów prawdy, które zostały z miejsca podchwycone jako dowód dobrej woli i przyjaznych intencji.

Wielka feta. Car raczył zawitać do priwislańskiej guberni. Odezwał się słowem łaskawym. Tak zwyczajnie, po ludzku – jakby nie on. Dobre panisko.

Jak nie omieszkali donieść rozemocjonowani, tfu, dziennikarze, jego wieliczestwu ponoć tylko raz stężała mina – gdy niesubordynowany prezydent Kaczyński w trakcie przemówienia poczynił aluzję do zeszłorocznej rosyjskiej agresji na Gruzję (ach, jak mógł, co za nietakt…). Cóż, szczerze mówiąc, dziwnie mało mnie obchodzi, co tam Władimirowi Władimirowiczowi stężało i w jakich okolicznościach, ale dziennikarskiemu stadku gratuluję pilności we wpatrywaniu się w dostojne oblicze.

Cel rozgrywki został osiągnięty. Putin wrócił do siebie, urobiwszy swą łaskawością szereg kolejnych medialnych agentów wpływu, rozanielonych tym, jaki on konstruktywny, spokojny, wyważony… a że interpretuje nieco inaczej historię? Cóż, trzeba zrozumieć, Rosjanie też chcą być z czegoś dumni – czy nam osądzać, co tam gra w niezmierzonych otchłaniach szerokiej, czekistowskiej duszy? A że, w tym samym czasie w Moskwie kręcił się w najlepsze festiwal kalumnii… To też należy zrozumieć – taka specyfika.

Oczywiście, propagandowo – medialna tragifarsa nie skończy się wraz z powrotem Cara. Jeszcze przez jakiś czas będziemy ze Wschodu raczeni kolejnymi rewelacjami. Po to, by od nadmiaru putinowskiej dobroci Polaczkom przypadkiem we łbach się nie poprzewracało… Ale to nic. To tylko deszcz pada.

***

Na zakończenie mała anegdotka:

W zeszłym tygodniu jakiś reporter z TVN 24, odpytując jakiegoś polityka na okoliczność amerykańskiej absencji na Westerplatte, użył sformułowania „świętować rocznicę wybuchu wojny”. Powtórzę to jeszcze raz, głośno, wyraźnie i wielkimi literami: ŚWIĘTOWAĆ.

Jak rany, skąd oni biorą tych idiotów? Po chwili namysłu, stwierdzam, że biorą ich z Nienacka. Jak sądzę, Nienack, to taka miejscowość w Polsce, gdzie rodzą się odmóżdżeni kretyni, obdarzeni silnym parciem na szkło. Wieść gminna niesie, iż od powicia do emerytury dzierżą w garściach mikrofony, zapełniając medialno-sejmowe korytarze i produkując „newsy”.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

sobota, 29 sierpnia 2009

Gdzie nas ma Obama.


Dopóki Obama jest prezydentem, USA nie są naszym sojusznikiem.

Upokarzające zabiegi, do jakich została zmuszona nasza dyplomacja, by USA zechciały łaskawie podnieść obelżywie niską rangę, jaką nadały delegacji na obchody 70 rocznicy wybuchu II wojny światowej, ostatecznie negliżują stosunek obecnej administracji nawet nie tyle do Polski i jej historii, ile generalnie, do krajów naszego regionu.

Wiele wskazuje na to, że okazane nam lekceważenie jest pochodną trzech czynników: relacji z Kremlem, „kompleksu Busha” i fałszywie rozumianej pragmatyki.

Obama – Rosja.


Obama od początku swej prezydentury konsekwentnie prowadził wobec Rosji tyleż słoneczną, co naiwną politykę promiennych uśmiechów, koncentrując się na dwustronnych kontaktach i kompletnie ignorując resztę dawnej, sowieckiej strefy wpływów.

„Ukoronowaniem” tej radosnej dyplomatycznej pseudotwórczości, była wizyta w Rosji, wypełniona tyleż gładkim, co bełkotliwym pustosłowiem. Czy ktoś pamięta jakiś komunikat, jakieś jedno zdanie, wygłoszone wtedy przez amerykańskiego prezydenta? Ja nie. Jakieś mętne frazesy o demokracji i stosunkach, które równie dobrze mógłby wygłosić byle brukselski komisarzyna. Ach, no i jeszcze, jakże by inaczej, inicjatywa rozbrojeniowa, na której stracą przede wszystkim Stany. Doprawdy, pod rządami „czarnego mesjasza lewicy”, amerykańska polityka europeizuje się w zastraszającym tempie.

A dla mnie i, jak sądzę, dla wielu innych, jednym z głównych powodów sympatyzowania z Ameryką było to, iż Unią Europejską nie jest…

„Kompleks George’a W. Busha”.

Obama zamiast nakreślenia jakiejś własnej, spójnej wizji, usiłuje być kochany i pragnie za wszelką cenę udowodnić całemu światu, a Rosji, terrorystom i różnym reżimom w szczególności, iż nie jest Bushem.

Zupełnie inaczej postępował jego poprzednik, którego walka z „osią zła”, mimo pewnych niekonsekwencji, była jednak z grubsza czytelna. Nie lekceważąc wagi kontaktów z Rosją, nie zapominał o byłych demoludach, widząc w nich jakąś kartę, którą można z Kremlem pograć. Rumsfeldowska „Nowa Europa” miała szansę stać się ważnym polem globalnej szachownicy, zaś Polska ze względu na swój potencjał (bądźmy szczerzy, oceniany mocno na wyrost, ale jednak), mogła stać się liderem regionu – i pełniąc rolę jednego z asów w amerykańskiej talii, ugrać zarówno dla siebie, jak i pozostałych państw ostateczne wyjście z post – sowieckiej strefy wpływów. Tę szansę, w znacznej mierze na własne życzenie, przesraliśmy.

Ale, jako się rzekło, Obama pragnie być anty - Bushem. Toteż meandruje, stwarzając pozory wytrawnego gracza, a tak naprawdę błąka się, niczym pijane dziecko we mgle. Rezygnacja z tarczy antyrakietowej, którą to rezygnację obiecał Rosji jeszcze w marcu, w zamian za pomoc Kremla co do powstrzymania nuklearnych zapędów Iranu, jest tego wymownym przykładem.

Handelek, czyli fałszywie pojmowana pragmatyka.

Żywię brzydkie podejrzenie, że Obama poufnie „coś” Rosji obiecał. Owo „coś”, to desiteressment co do naszego regionu i rezygnacja z przełamania post – zimnowojennego porządku, jakim był projekt tarczy antyrakietowej. Tu, nie od rzeczy było by przypomnieć, iż warunkiem zgody Rosji na rozszerzenie NATO było, że na terenach dawnych demoludów, a tym bardziej, byłych republik, nie powstaną żadne militarne instalacje. Przecież Rosja nie postawiła wzmiankowanego zastrzeżenia z troski o naszą niepodległość.

Do pewnego momentu, ów domniemany „New Deal” w polityce zagranicznej Stanów był osładzany uśmiechami i zapewnieniami, że „Rosja nie ma prawa do strefy wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej” (Hillary Clinton). Ja w tę dyplomatyczną mowę - trawę nie wierzyłem, ale liczni dali się nabrać. Teraz zabrakło nawet uśmiechów i gołosłownych zapewnień. Wszystko jasne. Może to i dobrze – przynajmniej gramy w otwarte karty. Dopóki Obama jest prezydentem, USA nie są naszym sojusznikiem.

Obama poświęcił przyjazne stosunki z Polską i regionem na ołtarzu fałszywie pojmowanej „pragmatyki” – dyktowanej lewackim zaślepieniem i ignorancją, połączonymi z przemożnym poczuciem Misji.

Ameryka – Kreml - historia.

Stosunek Obamy do Rosji jest patologiczną mieszanką strachu i fascynacji. Zważywszy na jego skrajnie lewackie konotacje, „nie dziwi nic”. Gdyby przyjechał na Westerplatte osobiście, lub wysłał np. wiceprezydenta, dałby tym samym sygnał, iż Europa Środkowo – Wschodnia liczy się w amerykańskich globalnych kalkulacjach, a to z pewnością Rosji by się nie spodobało.

Poza tym, za prominentnymi politykami włóczy się stado dziennikarzy – nic to, że przytłaczająca większość z nich jest oszałamiająco wręcz postępowa i raczej odgryzłaby sobie własny język, niż powiedziała cokolwiek stawiającego Obamę lub Rosję w złym, lub choćby niejasnym świetle. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że choćby na skutek reporterskiej wpadki jakieś niepożądane fakty poszłyby w eter i znienawidzeni przez Obamę Amerykanie, których postanowił reformować „prawem i lewem”, usłyszeliby np. że wojnę rozpętali nie żadni bezpaństwowi „naziści” do spółki z Polakami, tylko Niemcy. Co gorsza, mogła by paść wzmianka o pakcie Ribbentrop – Mołotow i współodpowiedzialności „Wujka Joe” za rozpętanie piekła w którym poległo tylu amerykańskich chłopców…

Taka wiedza nie jest Amerykanom potrzebna.

Cóż, zaplecze intelektualne prezydenta Obamy współtworzą wycirusy z czasów Cartera (jak Wiliam Perry) i ich uczniowie, którzy potrafią jedynie doradzać jak należy układać się z ZSRR/Rosją i którzy po dziś dzień nie mogą wybaczyć Reaganowi, że posłał ich w odstawkę, zaś ich światłe nauki wyrzucił do kosza, a na dodatek wygrał. Należy zatem podpompować prestiż Rosji, cóż z tego że sztucznie, by podnieść własną pozycję niegdysiejszych kremlinologów, a dziś - „fachowców od Rosji”.

Polemika.

Kilka słów polemiki. „Rzeczpospolita” kilka dni temu przytoczyła opinię prof. Lewickiego, twierdzącego, że postawa USA i Obamy, to demonstracja urażonego mocarstwa, spowodowana:

a) Listem wysłanym przez byłych polityków regionu, w którym to piśmie, mówiąc telegraficznym skrótem, prosili by Ameryka łaskawie nas nie olewała.

b) Brakiem ratyfikacji umowy o tarczy antyrakietowej.

Pozwolę się nie zgodzić.

Ad. a) List nie powstał ot tak, sam z siebie. Nie był wytworem chorych awanturników, obliczonym na zrażenie do siebie mocarstwa. Był reakcją na to, co działo się od początku Obamowej prezydentury – dogadywanie się z wielkimi, przy całkowitym ignorowaniu małych. Reakcją tyleż bezprecedensową, co rozpaczliwą, ale nie bezzasadną.

Jeżeli z tego powodu Obama postanowił „strzelić focha” – tym gorzej świadczy to o nim, nie o nas. Poważny polityk i poważny kraj nie deprecjonuje sojuszników na postawie jednego listu, chyba że… postanowił potraktować wzmiankowany apel jako wygodny pretekst, by zdjąć sobie z głowy niewygodny balast w postaci dziwnych, małych kraików, których nazw nie sposób wypowiedzieć, a co dopiero spamiętać.

Ad. b) Tarcza? Obama i generalnie, demokraci, byli i są zdeklarowanymi, ideologicznymi wręcz wrogami tego projektu i jeszcze za kadencji Busha szkodzili mu jak mogli. Nasza opieszałość w sprawie ratyfikacji umowy, to kolejny wygodny pretekst, by wycofać się na z góry upatrzone pozycje.

Nasze dyplomatołki.

Jeżeli dobrze rekonstruuję kalkulację ekipy Tuska w kwestii relacji ze Stanami, była ona następująca: Bush się kończy, po nim zaś będzie Obama – przeciwnik tarczy i generalnie wszystkiego, co charakteryzowało prezydenturę Busha. Zatem, przeciągniemy tak długo jak się da negocjacje i proces ratyfikacyjny, grając „na Obamę”, ten zaś po dojściu do władzy należycie nas doceni, co będziemy mogli wygrać pijarowsko przeciw PiS-owi, że niby dopiero teraz mamy nareszcie „równorzędne” stosunki z USA i nie musimy „rozmawiać na kolanach”. Co z tego wyszło, widzimy dzisiaj. Obama mizdrzy się do Rosji, a my zostaliśmy z ręką w nocniku. Gratulacje dla naszych „strategów”. Ale nic to, cieszmy się, gdyż Radosław Sikorski zna Rona Asmusa. To niewątpliwie cenniejsze zabezpieczenie od jakiejś tam tarczy.

Zakończenie.

Dwie refleksje:

Swojego czasu, płodząc notkę o Rosji – oberszefie NATO, marzyłem skrycie, by Rosja nie stała się aż tak szybko również oberszefem polityki zagranicznej Waszyngtonu. Teraz muszę pożegnać się z tym marzeniem.

Bush nie był (również z naszego punktu widzenia) idealnym prezydentem. Odnoszę jednak wrażenie, że w miarę trwania kadencji Obamy, jeszcze nie raz przyjdzie nam za nim zatęsknić.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

www.rp.pl/artykul/354603,354462_Do_Gdanska_dalej_niz_do_Afryki_.html

www.niepoprawni.pl/blog/287/rosja-czyli-ober-szef-nato