Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Westerplatte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Westerplatte. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 sierpnia 2018

Pełzające rozbicie dzielnicowe

Adamowicz rugając polskie władze, a następnie wspaniałomyślnie pozwalając im na udział w uroczystościach, pokazał, że zaproszenie kogokolwiek zależy wyłącznie od jego humoru i dobrej woli.

I. „Danzig” Adamowicza

Prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz, w ramach wojenki z PiS odmówił zaproszenia na uroczystości 1 Września na Westerplatte przedstawicieli Wojska Polskiego. Ostatecznie łaskawie zmienił decyzję i wojsko będzie, ale sam fakt, że doszło do takiej sytuacji jest tyleż skandaliczny, co znaczący. Pomyślmy tylko: 79. rocznica rozpętania przez Niemcy ludobójczej wojny, miejsce w którym doszło do pierwszych starć zbrojnych, placówka bohatersko broniona przez polskich żołnierzy przelewających krew w obronie ojczyzny i odpierających ataki przeważających sił wroga – i zabrakłoby reprezentantów Polskich Sił Zbrojnych, by oddać hołd poległym. To kto tam miałby się zjawić? Urzędasy z ratusza? Bundeswehra? Grupa rekonstrukcyjna imitująca załogę ze zdradzieckiego pancernika Schleswig-Holstein? To nasuwa mi wspomnienie z obchodów w 2009 r. kiedy to zawitali na Westerplatte Angela Merkel i Władimir Putin, a rozentuzjazmowana tymi splendorami panienka z TVN24 palnęła, że europejscy przywódcy przybyli, by ŚWIĘTOWAĆ rocznicę wybuchu II Wojny Światowej. Cóż, z punktu widzenia Niemiec i Rosji faktycznie był to powód do świętowania IV rozbioru Polski we wrześniu 1939 r. To ich wspólny sukces.

Zresztą, dla prezydenta Adamowicza takie podejście nie musiało być wcale obce, albowiem zgadzając się na zaproszenie wojska (po zdecydowanej interwencji ministra Błaszczaka) zdążył niemal na jednym oddechu oskarżyć szefa MON, iż ten chce „wzniecać niesnaski” i „wykopać rów pomiędzy Polakami i Niemcami”. Jak rozumiem, uznał iż Niemcy mogliby potraktować obecność polskich żołnierzy w Wolnym Mieście Gdańsku jako zbrojną prowokację? To wpisywałoby się w dotychczasową politykę Pawła Adamowicza, nadskakującego niemieckiemu „partnerowi” - choćby za pomocą przedziwnej polityki historycznej w ramach której Gdańsk (czy może - „Danzig”?) widział już tramwaj w przedwojennych barwach Wolnego Miasta (de facto – ówczesnego niemieckiego protektoratu, w którym systematycznie prześladowano Polaków, a bojówki NSDAP urządzały antypolskie rozruchy), napis „Postamt” na historycznym budynku Poczty Polskiej, Rondo Graniczne Wolnego Miasta Gdańsk (wraz z historycznym kamieniem granicznym oddanym na tę okazję przez Muzeum Historii Gdańska), a nawet... osiedle „Wolne Miasto”. I proszę mi nie mówić, że to ostatnie jest skutkiem niefortunnej inwencji twórczej prywatnego developera, bo władze miasta mają tysiąc sposobów, by wpłynąć na zmianę nazwy – potrzeba tylko woli politycznej, a tej najwyraźniej zabrakło. Z jakiegoś powodu akurat ta część ponad tysiącletniej historii Gdańska jest jego włodarzom nader miła.


II. Samorządowa magnateria

Na awanturę wokół obecności polskich żołnierzy na Westerplatte warto spojrzeć w szerszym kontekście. Otóż, od czasu reformy samorządowej Jerzego Buzka z 1999 r. obserwujemy proces pełzającego rozbicia dzielnicowego. Już wówczas ostrzegano, że nadmierna decentralizacja może skutkować w przyszłości „landyzacją” Polski. W praktyce, najlepiej widać tę tendencję na przykładzie dużych metropolii, gdzie niejednokrotnie rządzą od szeregu kadencji te same osoby i wspierające ich siły polityczne, które zaczęły traktować swe miasta jako udzielne księstwa. To, że Adamowiczowi w ogóle przyszło do głowy, że Westerplatte jest częścią jego prywatnego folwarku i może sobie po uważaniu dobierać gości na oficjalne, państwowe obchody, nie jest przypadkiem. To była demonstracja i próba sił. Wyobraźmy sobie, że pan „gospodarz” jednak idzie w zaparte i nie zaprasza przedstawicieli MON czy armii – co wówczas miałby zrobić rząd? Zająć Westerplatte zbrojnie? Odpuścić i pokazać tym samym słabość centralnego ośrodka władzy? Adamowicz rugając polskie władze, a następnie wspaniałomyślnie pozwalając im na udział w uroczystościach, pokazał, że zaproszenie kogokolwiek zależy wyłącznie od jego humoru i dobrej woli. Póki co, mamy do czynienia ze sporem wokół spraw symbolicznych – ale po pierwsze, owe symbole są również ważne dla spoistości polskiego państwa; po drugie – w warunkach zaostrzającej się walki politycznej każdy tego typu przypadek stanowi niebezpieczny precedens i jest w istocie wypowiedzeniem lojalności legalnie wybranej władzy. Przypomina to jako żywo sobiepaństwo magnackich „królewiąt” z czasów upadku I Rzeczypospolitej.

„Totalna opozycja” czuje, niczym targowiczanie po uchwaleniu Konstytucji 3 Maja, że grunt usuwa się jej spod nóg, a samorządy są jej ostatnim, liczącym się bastionem – stąd też walka idzie na rympał, przybierając wręcz niekiedy znamiona rokoszu. Jaskrawym przykładem jest chociażby kwestia dekomunizacji przestrzeni publicznej – poszczególne samorządy otwarcie sabotują zmiany nazw ulic (znajdując tu sprzymierzeńca w postaci zrewoltowanych sądów), demonstrując tym samym swą autonomię wobec władzy.

Spójrzmy zresztą na samą stolicę – trzeba było ustawowej ekwilibrystyki, by postawić wreszcie pomnik upamiętniający Tragedię Smoleńską, przy otwartym sprzeciwie Hanny Gronkiewicz-Waltz i warszawskiego ratusza. Przygotowania do wielkiej defilady w rocznicę Bitwy Warszawskiej 1920 r. (będącej jednocześnie Świętem Wojska Polskiego) odbywają się w atmosferze pomstowań na „blokowanie miasta” i „niszczenie Wisłostrady”. Prezydent miasta stołecznego ostentacyjnie ignoruje wezwania do stawienia się przed komisją reprywatyzacyjną, natomiast w momencie gdy piszę te słowa, warszawscy urzędnicy starają się nie dopuścić do zbadania przez posłów na Sejm RP (Robert Winnicki, Tomasz Rzymkowski i Bartosz Jóźwiak) dokumentów odnoszących się do okoliczności rozwiązania Marszu Powstania Warszawskiego. Samo rozwiązanie nosiło cechy ewidentnej prowokacji obliczonej na wywołanie zamieszek – niczym podczas Marszy Niepodległości za rządów PO. W ten sposób samorządowi „królewięta” usiłują rozhuśtać sytuację wewnętrzną w kraju.

Inny przykład, z Wrocławia. W 2013 r. na Uniwersytecie Wrocławskim odbył się wykład prof. Zygmunta Baumana (były major KBW i agent Informacji Wojskowej, ps. „Semjon”), będący częścią – uwaga – obchodów rocznicy powstania niemieckiej socjaldemokracji i zorganizowany przez powiązaną z niemiecką SPD Fundację Friedricha Eberta, przy współudziale niemieckiego konsulatu i z błogosławieństwem prezydenta Rafała Dutkiewicza. Protestowali narodowcy, na których rektor nasłał policję, łamiąc autonomię własnej uczelni – jak zeznał później na procesie, zrobił to na „prośbę” niemieckiego konsula. Pełnego wsparcia udzielił mu wspomniany prezydent Dutkiewicz grzmiąc: „Nie będę tolerował nacjonalistycznej hołoty w moim mieście”. Mamy tu wręcz zręby kształtowania autonomicznej polityki zagranicznej przez lokalne „książątko”. Tenże Dutkiewicz w wywiadzie dla „Onetu” nazwał obecność 100 tys. Ukraińców w obrębie wrocławskiej aglomeracji „błogosławionym zjawiskiem” i „lekarstwem na polską ksenofobię” - niedwuznacznie aspirując do kształtowania polityki narodowościowej na „swoim” terenie. Podobnie zresztą Adamowicz, demonstracyjnie zapraszający do Gdańska muzułmańskich nachodźców wbrew oficjalnej linii politycznej rządu. Dodajmy jeszcze prezydenta Słupska, Roberta Biedronia, który w szczycie sporu na linii Warszawa-Bruksela zaapelował, by Unia Europejska przekazywała fundusze bezpośrednio samorządom.


III. Powstrzymać „regionalizację”

Opisane tu zjawisko jest potencjalnie bardzo niebezpieczne – szczególnie w odniesieniu do tzw. Ziem Zachodnich, których największe ośrodki ciążą kulturowo i politycznie ku Niemcom (a „regionalizacji” otwarcie sprzyja także Bruksela). Niestety, prezydent Duda zawetował ustawę o Regionalnych Izbach Obrachunkowych, która dawała rządowi do ręki prawdziwe, bo finansowe, narzędzie kontroli nad udzielnymi księstwami w jakie zamieniają się poszczególne jednostki terytorialne. Tymczasem należy jak najprędzej przywrócić realny nadzór nad samorządami, inaczej za kilka-, kilkanaście lat zobaczymy jak Polska rozpada się niczym rozszarpywany przez lokalnych kacyków postaw czerwonego sukna.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 33 (17-23.08.2018)

środa, 2 września 2009

Medialni frajerzy.


Obchody na Westerplatte zmieniły się w medialny festiwal na cześć Putina.

Ależ koncertowo rozegrali naszą mediorzeczywistość towarzysze czekiści. Nie ma co, pierwsza klasa. Wstępnym etapem rozgrywki był festiwal historycznych oszczerstw, produkowanych na zamówienie i pod egidą Kremla. Nagłośnionych następnie, zgodnie z moskiewskimi przewidywaniami, przez nasze mediodajnie.

Kolejna faza, to przemowa do priwislańskiego narodu wygłoszona przez Putina na łamach, mówiąc Brixenem, „wiodącego tytułu prasowego”, gdzie fałsz mieszał się z prawdą w iście żdanowowskich proporcjach. Oczywiście, carska oracja na tle zapierającej dech w piersiach orgii fałszerstw i pomówień została gremialnie odebrana jako przejaw „rozsądku” i „umiarkowania” Przywódcy.

A potem nastąpił Wielki Przylot.

Doprawdy, żal było patrzeć na gnojków z Walterowni, którzy na okoliczność przybycia Cara, aż zachłystywali się z zachwytu: a to, że wynajął cały Grand Hotel, to znów, że przyjechała grubo ponad stuosobowa świta… jaki gest, jaki rozmach… od razu widać, że to prawdziwy Imperator Trzeciego Rzymu… nie to, co jakaś tam Merkelowa. Co zje Putin? Czy wypowie łaskawe słowo a propos polskiej kuchni? Brakowało tylko pytania, czym się podetrze…

I tak jakoś, niepostrzeżenie, obchody 70 – tej rocznicy wybuchu ludobójczej wojny, zamieniły się w medialny festiwal na cześć Putina. Że zechciał przyjechać. Że nie nakłamał za wiele i zamiast pluć w twarz, napluł pod nogi, strzykając, jakby od niechcenia, śliną swoich wypowiedzi. Że, między kłamstwami, wycedził kilka słów prawdy, które zostały z miejsca podchwycone jako dowód dobrej woli i przyjaznych intencji.

Wielka feta. Car raczył zawitać do priwislańskiej guberni. Odezwał się słowem łaskawym. Tak zwyczajnie, po ludzku – jakby nie on. Dobre panisko.

Jak nie omieszkali donieść rozemocjonowani, tfu, dziennikarze, jego wieliczestwu ponoć tylko raz stężała mina – gdy niesubordynowany prezydent Kaczyński w trakcie przemówienia poczynił aluzję do zeszłorocznej rosyjskiej agresji na Gruzję (ach, jak mógł, co za nietakt…). Cóż, szczerze mówiąc, dziwnie mało mnie obchodzi, co tam Władimirowi Władimirowiczowi stężało i w jakich okolicznościach, ale dziennikarskiemu stadku gratuluję pilności we wpatrywaniu się w dostojne oblicze.

Cel rozgrywki został osiągnięty. Putin wrócił do siebie, urobiwszy swą łaskawością szereg kolejnych medialnych agentów wpływu, rozanielonych tym, jaki on konstruktywny, spokojny, wyważony… a że interpretuje nieco inaczej historię? Cóż, trzeba zrozumieć, Rosjanie też chcą być z czegoś dumni – czy nam osądzać, co tam gra w niezmierzonych otchłaniach szerokiej, czekistowskiej duszy? A że, w tym samym czasie w Moskwie kręcił się w najlepsze festiwal kalumnii… To też należy zrozumieć – taka specyfika.

Oczywiście, propagandowo – medialna tragifarsa nie skończy się wraz z powrotem Cara. Jeszcze przez jakiś czas będziemy ze Wschodu raczeni kolejnymi rewelacjami. Po to, by od nadmiaru putinowskiej dobroci Polaczkom przypadkiem we łbach się nie poprzewracało… Ale to nic. To tylko deszcz pada.

***

Na zakończenie mała anegdotka:

W zeszłym tygodniu jakiś reporter z TVN 24, odpytując jakiegoś polityka na okoliczność amerykańskiej absencji na Westerplatte, użył sformułowania „świętować rocznicę wybuchu wojny”. Powtórzę to jeszcze raz, głośno, wyraźnie i wielkimi literami: ŚWIĘTOWAĆ.

Jak rany, skąd oni biorą tych idiotów? Po chwili namysłu, stwierdzam, że biorą ich z Nienacka. Jak sądzę, Nienack, to taka miejscowość w Polsce, gdzie rodzą się odmóżdżeni kretyni, obdarzeni silnym parciem na szkło. Wieść gminna niesie, iż od powicia do emerytury dzierżą w garściach mikrofony, zapełniając medialno-sejmowe korytarze i produkując „newsy”.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

sobota, 29 sierpnia 2009

Gdzie nas ma Obama.


Dopóki Obama jest prezydentem, USA nie są naszym sojusznikiem.

Upokarzające zabiegi, do jakich została zmuszona nasza dyplomacja, by USA zechciały łaskawie podnieść obelżywie niską rangę, jaką nadały delegacji na obchody 70 rocznicy wybuchu II wojny światowej, ostatecznie negliżują stosunek obecnej administracji nawet nie tyle do Polski i jej historii, ile generalnie, do krajów naszego regionu.

Wiele wskazuje na to, że okazane nam lekceważenie jest pochodną trzech czynników: relacji z Kremlem, „kompleksu Busha” i fałszywie rozumianej pragmatyki.

Obama – Rosja.


Obama od początku swej prezydentury konsekwentnie prowadził wobec Rosji tyleż słoneczną, co naiwną politykę promiennych uśmiechów, koncentrując się na dwustronnych kontaktach i kompletnie ignorując resztę dawnej, sowieckiej strefy wpływów.

„Ukoronowaniem” tej radosnej dyplomatycznej pseudotwórczości, była wizyta w Rosji, wypełniona tyleż gładkim, co bełkotliwym pustosłowiem. Czy ktoś pamięta jakiś komunikat, jakieś jedno zdanie, wygłoszone wtedy przez amerykańskiego prezydenta? Ja nie. Jakieś mętne frazesy o demokracji i stosunkach, które równie dobrze mógłby wygłosić byle brukselski komisarzyna. Ach, no i jeszcze, jakże by inaczej, inicjatywa rozbrojeniowa, na której stracą przede wszystkim Stany. Doprawdy, pod rządami „czarnego mesjasza lewicy”, amerykańska polityka europeizuje się w zastraszającym tempie.

A dla mnie i, jak sądzę, dla wielu innych, jednym z głównych powodów sympatyzowania z Ameryką było to, iż Unią Europejską nie jest…

„Kompleks George’a W. Busha”.

Obama zamiast nakreślenia jakiejś własnej, spójnej wizji, usiłuje być kochany i pragnie za wszelką cenę udowodnić całemu światu, a Rosji, terrorystom i różnym reżimom w szczególności, iż nie jest Bushem.

Zupełnie inaczej postępował jego poprzednik, którego walka z „osią zła”, mimo pewnych niekonsekwencji, była jednak z grubsza czytelna. Nie lekceważąc wagi kontaktów z Rosją, nie zapominał o byłych demoludach, widząc w nich jakąś kartę, którą można z Kremlem pograć. Rumsfeldowska „Nowa Europa” miała szansę stać się ważnym polem globalnej szachownicy, zaś Polska ze względu na swój potencjał (bądźmy szczerzy, oceniany mocno na wyrost, ale jednak), mogła stać się liderem regionu – i pełniąc rolę jednego z asów w amerykańskiej talii, ugrać zarówno dla siebie, jak i pozostałych państw ostateczne wyjście z post – sowieckiej strefy wpływów. Tę szansę, w znacznej mierze na własne życzenie, przesraliśmy.

Ale, jako się rzekło, Obama pragnie być anty - Bushem. Toteż meandruje, stwarzając pozory wytrawnego gracza, a tak naprawdę błąka się, niczym pijane dziecko we mgle. Rezygnacja z tarczy antyrakietowej, którą to rezygnację obiecał Rosji jeszcze w marcu, w zamian za pomoc Kremla co do powstrzymania nuklearnych zapędów Iranu, jest tego wymownym przykładem.

Handelek, czyli fałszywie pojmowana pragmatyka.

Żywię brzydkie podejrzenie, że Obama poufnie „coś” Rosji obiecał. Owo „coś”, to desiteressment co do naszego regionu i rezygnacja z przełamania post – zimnowojennego porządku, jakim był projekt tarczy antyrakietowej. Tu, nie od rzeczy było by przypomnieć, iż warunkiem zgody Rosji na rozszerzenie NATO było, że na terenach dawnych demoludów, a tym bardziej, byłych republik, nie powstaną żadne militarne instalacje. Przecież Rosja nie postawiła wzmiankowanego zastrzeżenia z troski o naszą niepodległość.

Do pewnego momentu, ów domniemany „New Deal” w polityce zagranicznej Stanów był osładzany uśmiechami i zapewnieniami, że „Rosja nie ma prawa do strefy wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej” (Hillary Clinton). Ja w tę dyplomatyczną mowę - trawę nie wierzyłem, ale liczni dali się nabrać. Teraz zabrakło nawet uśmiechów i gołosłownych zapewnień. Wszystko jasne. Może to i dobrze – przynajmniej gramy w otwarte karty. Dopóki Obama jest prezydentem, USA nie są naszym sojusznikiem.

Obama poświęcił przyjazne stosunki z Polską i regionem na ołtarzu fałszywie pojmowanej „pragmatyki” – dyktowanej lewackim zaślepieniem i ignorancją, połączonymi z przemożnym poczuciem Misji.

Ameryka – Kreml - historia.

Stosunek Obamy do Rosji jest patologiczną mieszanką strachu i fascynacji. Zważywszy na jego skrajnie lewackie konotacje, „nie dziwi nic”. Gdyby przyjechał na Westerplatte osobiście, lub wysłał np. wiceprezydenta, dałby tym samym sygnał, iż Europa Środkowo – Wschodnia liczy się w amerykańskich globalnych kalkulacjach, a to z pewnością Rosji by się nie spodobało.

Poza tym, za prominentnymi politykami włóczy się stado dziennikarzy – nic to, że przytłaczająca większość z nich jest oszałamiająco wręcz postępowa i raczej odgryzłaby sobie własny język, niż powiedziała cokolwiek stawiającego Obamę lub Rosję w złym, lub choćby niejasnym świetle. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że choćby na skutek reporterskiej wpadki jakieś niepożądane fakty poszłyby w eter i znienawidzeni przez Obamę Amerykanie, których postanowił reformować „prawem i lewem”, usłyszeliby np. że wojnę rozpętali nie żadni bezpaństwowi „naziści” do spółki z Polakami, tylko Niemcy. Co gorsza, mogła by paść wzmianka o pakcie Ribbentrop – Mołotow i współodpowiedzialności „Wujka Joe” za rozpętanie piekła w którym poległo tylu amerykańskich chłopców…

Taka wiedza nie jest Amerykanom potrzebna.

Cóż, zaplecze intelektualne prezydenta Obamy współtworzą wycirusy z czasów Cartera (jak Wiliam Perry) i ich uczniowie, którzy potrafią jedynie doradzać jak należy układać się z ZSRR/Rosją i którzy po dziś dzień nie mogą wybaczyć Reaganowi, że posłał ich w odstawkę, zaś ich światłe nauki wyrzucił do kosza, a na dodatek wygrał. Należy zatem podpompować prestiż Rosji, cóż z tego że sztucznie, by podnieść własną pozycję niegdysiejszych kremlinologów, a dziś - „fachowców od Rosji”.

Polemika.

Kilka słów polemiki. „Rzeczpospolita” kilka dni temu przytoczyła opinię prof. Lewickiego, twierdzącego, że postawa USA i Obamy, to demonstracja urażonego mocarstwa, spowodowana:

a) Listem wysłanym przez byłych polityków regionu, w którym to piśmie, mówiąc telegraficznym skrótem, prosili by Ameryka łaskawie nas nie olewała.

b) Brakiem ratyfikacji umowy o tarczy antyrakietowej.

Pozwolę się nie zgodzić.

Ad. a) List nie powstał ot tak, sam z siebie. Nie był wytworem chorych awanturników, obliczonym na zrażenie do siebie mocarstwa. Był reakcją na to, co działo się od początku Obamowej prezydentury – dogadywanie się z wielkimi, przy całkowitym ignorowaniu małych. Reakcją tyleż bezprecedensową, co rozpaczliwą, ale nie bezzasadną.

Jeżeli z tego powodu Obama postanowił „strzelić focha” – tym gorzej świadczy to o nim, nie o nas. Poważny polityk i poważny kraj nie deprecjonuje sojuszników na postawie jednego listu, chyba że… postanowił potraktować wzmiankowany apel jako wygodny pretekst, by zdjąć sobie z głowy niewygodny balast w postaci dziwnych, małych kraików, których nazw nie sposób wypowiedzieć, a co dopiero spamiętać.

Ad. b) Tarcza? Obama i generalnie, demokraci, byli i są zdeklarowanymi, ideologicznymi wręcz wrogami tego projektu i jeszcze za kadencji Busha szkodzili mu jak mogli. Nasza opieszałość w sprawie ratyfikacji umowy, to kolejny wygodny pretekst, by wycofać się na z góry upatrzone pozycje.

Nasze dyplomatołki.

Jeżeli dobrze rekonstruuję kalkulację ekipy Tuska w kwestii relacji ze Stanami, była ona następująca: Bush się kończy, po nim zaś będzie Obama – przeciwnik tarczy i generalnie wszystkiego, co charakteryzowało prezydenturę Busha. Zatem, przeciągniemy tak długo jak się da negocjacje i proces ratyfikacyjny, grając „na Obamę”, ten zaś po dojściu do władzy należycie nas doceni, co będziemy mogli wygrać pijarowsko przeciw PiS-owi, że niby dopiero teraz mamy nareszcie „równorzędne” stosunki z USA i nie musimy „rozmawiać na kolanach”. Co z tego wyszło, widzimy dzisiaj. Obama mizdrzy się do Rosji, a my zostaliśmy z ręką w nocniku. Gratulacje dla naszych „strategów”. Ale nic to, cieszmy się, gdyż Radosław Sikorski zna Rona Asmusa. To niewątpliwie cenniejsze zabezpieczenie od jakiejś tam tarczy.

Zakończenie.

Dwie refleksje:

Swojego czasu, płodząc notkę o Rosji – oberszefie NATO, marzyłem skrycie, by Rosja nie stała się aż tak szybko również oberszefem polityki zagranicznej Waszyngtonu. Teraz muszę pożegnać się z tym marzeniem.

Bush nie był (również z naszego punktu widzenia) idealnym prezydentem. Odnoszę jednak wrażenie, że w miarę trwania kadencji Obamy, jeszcze nie raz przyjdzie nam za nim zatęsknić.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

www.rp.pl/artykul/354603,354462_Do_Gdanska_dalej_niz_do_Afryki_.html

www.niepoprawni.pl/blog/287/rosja-czyli-ober-szef-nato

Posłuchanie u ambasadora.


(Inwigilator - agent 0-700, nadaje…czyli porządek będzie na Westerplatte.)

Mimo późnej pory, najprzystojniejszy z ministrów wciąż nie spał. Przewracał się w pościeli, jakby nie mógł się zdecydować, czy miąć prześcieradło, gryźć poduszkę, czy skopywać kołdrę. Dręczyła go niepewność, toteż od czasu do czasu popierdywał cienko i żałośnie. Ponieważ zakonspirowałem się w sienniku, łatwo zgadnąć, iż objawy ministerialnej żałości wkrótce poczęły dawać mi się we znaki. Zniecierpliwiony, postanowiłem pójść na całość i zaryzykowałem prowokację.

- Uuuu, huuu, Radosłaaawieee…

- Kto tu?! – najprzystojniejszy minister poderwał się, wpadając (sądząc po odgłosach) na stolik z dyżurną porcją whisky i oprawionym w przeszkloną ramkę dyplomem Oksfordu.

- To jaaa, Radosłaaawieee… Duch twojej karieeeryyy…

- Mojej kariery! Jezu Chryste!

Stuknęły drzwi łazienki, po chwili zaś dał się słyszeć szum wody. Wykorzystałem moment, by za pomocą mojej super-duper-komórki wydobyć się z siennika, zminiaturyzować (paskudne uczucie) i schować w kieszeń ministerialnego garnituru. Widok na zewnątrz zapewnił mi dyskretny peryskop.

Po chwili najprzystojniejszy minister wrócił. Na resztkach pośpiesznie oskrobanego zarostu wykwitały ślady zacięć. W okolicach lewego ucha jaśniała przeoczona resztka pianki do golenia.

- Duchu… - zaczął minister, po czym chlusnął na twarz wysokoprocentową wodę po goleniu i bezgłośnie zawył.

Milczałem.

- Duchu! – krzyknął chrapliwiej niż zwykle. Potoczył wokół przekrwionym od niewyspania wzrokiem i szarpnął w desperacji grzywkę.

– Co powie Putin pierwszego września na Westerplatte?! Na wszystko, zaklinam cię, mów!

- Raadoosłaawiee… Jedź do ambasadoooraaa…

- Jasne! – najprzystojniejszy minister klepnął się z rozmachem w czoło i w ekspresowym tempie wskoczył w służbowy gajerek.

***

Jakoś nawet nie musiałem się wysilać, by podpowiadać najprzystojniejszemu z ministrów, do którego konkretnie ambasadora ma się udać. Co oksfordzka głowa, to oksfordzka głowa. Kierowca limuzyny, choć kształcony w zupełnie innych szkołach, na komendę „do ambasadora”, również zareagował prawidłowo.Depnął dziarsko po pedałach i wystartował z piskiem opon.

Ja natomiast, za pomocą wspomnianej wcześniej, wielofunkcyjnej super-duper-komórki, teleportowałem się do kolejnego miejsca akcji.

***

- C… co jest? A, to ty, Sierioża…

- Jedzie, waszyje błagorodie – kamerdyner zgiął się w przesadnym ukłonie.

- Sieriożka, nie błaznuj, kto jedzie? - rozbudzony ambasador nie był w nastroju do żartów.

- Najprzystojniejszy z niedoszłych sekretarzy NATO – kamerdynera nie opuszczał dobry humor.

- Masz ci los… Jeszcze jeden Polaczek…W jakiej formie?

- Roztrzęsiony, jak zwykle.

- Eech – Władimir Michajłowicz Grinin westchnął przeciągle i leniwie naciągnął szlafrok.

- Mam wyjść? – sekretarka łypnęła czujnie ślepkami znad atłasowej kołderki.

- Aaa, tak, lepiej idź – ambasador przeklął w myślach psią służbę. Suka pewnie ma swoje podległości, podobnie jak jego anioł stróż, zasrany kierowco - kamerdyner, będący w istocie „nawigatorem” siatki wojskowego wywiadu. Ambasadorzy się zmieniają, kierowca zostaje. Kto zwraca uwagę na kierowcę? Albo na sekretarkę? Tylko my. Bladź jedna.

Ale głośno powiedział:

- Wyjdź, wyjdź – i klepnął sekretarkę po krągłym tyłeczku. Ta, zapanowała nad odruchem i nie zmrużyła oczu. Nie skręciła gadowi karku, choć mogła. Troszeczkę tylko zwęziła źrenice. Była lesbijką i serdecznie nienawidziła wszystkich tych obleśnych, podstarzałych, nasiąkniętych wódą samców, z którymi musiała się służbowo pierdolić. I jeżeli któryś z nich choć na włos odstąpił od wytycznych, jeżeli tylko dał cień powodu do podejrzeń, z rozkoszą smarowała raport do Kontroli – służby nad służbami. Za to ją ceniono.

Ale dziś nici z raportu. Ten Polaczek jest na tyle spanikowany, że Władimir Michajłowicz poradzi sobie z nim w kwadrans.

- Przetrzymajcie go ździebko w korytarzu. – zaordynował ambasador.

- W tym bez krzeseł? – uśmiechnął się domyślnie kamerdyner.

***

Otworzyły się drzwi. Wyczekujący w przedpokoju najprzystojniejszy minister oderwał się od ściany i ignorując poczucie upodlenia, postarał się przybrać w miarę godną postawę.

Wniesiono stolik. Na nim postawiono karafkę wódki i dwa stakany. Następnie przyniesiono fotel. Jeden.

Wkrótce potem wszedł dziarskim, rozłożystym krokiem sam ambasador Federacji Rosyjskiej, Władimir Michajłowicz Grinin we własnej osobie. Poły szlafroka powiewały, odsłaniając nagi tors i staroświeckie ineksprymable (część odziedziczonych, rodzinnych łupów z pańskiej polszy). Na ten widok najprzystojniejszy z ministrów, boleśnie uświadomił sobie, że jest pozacinany od pośpiesznego golenia i, nie wiedzieć czemu, odkrył niestosowność swego markowego garnituru. Resztek pianki za lewym uchem nie uświadomił sobie do końca spotkania.

- No, i co tam, drogi Radosławie? – zagaił łaskawie Grinin, sadowiąc się wygodnie w fotelu i własnoręcznie polewając wódkę.

- Panie ambasadorze… Tuż przed rocznicą…takie despekty… te artykuły w waszej prasie… te filmy… Proszę zrozumieć… przecież wykazujemy dobrą wolę… polityka historyczna to anachronizm… dobrosąsiedzkie stosunki…

Ambasador bez słowa podał ministrowi stakan. Minister rozpaczliwie poszukał wzrokiem popitki, lub chociaż zagrychy i, oczywiście, nie znalazł. Przełknął płyn, powstrzymując rozpaczliwe skurcze zwrotne żołądka.

Ambasador polał ponownie.

- Ludzie się burzą… - minister spoglądał rozpaczliwie na kolejny stakan wódki i starał się odwlec choć przez chwilę moment kolejnego milczącego toastu. – Są media… jeszcze nie nad wszystkimi tak do końca panujemy…

- Dlaczego? – spytał sucho ambasador.

- Zrozumcie… to nie to, co u was – medialny porządek czasem wyłamuje się spod kontroli…

- Waszej kontroli, nie naszej – uściślił beznamiętnie dyplomata i podał stakan ministrowi, który nagle odczuł, że jest prawie czwarta nad ranem, a on pije na czczo.

Przemógł się. Wypił. Nie rzygnął.

Ambasador polał ponownie.

- Macie z gruntu fałszywe pojęcie o wolności. Wolność, to uświadomiony porządek. A wy co? Nawet Internetu nie potraficie wziąć za mordę. No, napijmy się jeszcze… To najlepsza wódka na świecie. Na specjalne okazje…

Wypili. Najprzystojniejszy z ministrów musiał oprzeć się o stolik.

- Miała być Polska Rzeczpospolita Internetowa, a tu co? – kontynuował Władimir Michajłowicz. – Prace nad ustawą zawieszone. Miał być nowy kontrakt gazowy…

- Zgodziliśmy się na dziesięć miliardów metrów sześciennych rocznie do 2035 roku! – zaprotestował minister.

- Ale nie zgodziliście się jeszcze na przejęcie kontroli nad EuRoPolGazem – wyliczał ambasador. Toteż nie zdziwcie się, gdy nasz premier, Władimir Władimirowicz powie na Westerplatte to i owo… albo to i owo przemilczy…

Obłęd zajrzał w oczy ministra. Alkohol mroczył zmysły. Przypomniał sobie Afganistan. No, teraz to temu Ruskiem wygarnie…

- Nie zapominajcie, że my również mamy swoje argumenty – wyrąbał… i momentalnie wytrzeźwiał skuty czujnym i zimnym jak sopel lodu spojrzeniem ambasadora. Na rozognione lico najprzystojniejszego ministra wypełzła trupia bladość, gdy uświadomił sobie, jakiego nietaktu się dopuścił. Wszak, polemizować z ambasadorem, to tak, jakby polemizować z całym zaprzyjaźnionym mocarstwem, którego nie należy bezproduktywnie drażnić, gdyż zaszkodziłoby to dialogowi, o karierze własnej nie wspominając. Lecz, skoro już powiedział, brnął dalej:

– Możemy na Westerplatte przypomnieć, jak było. Wobec całego świata. I co wtedy?

Ambasador podniósł brew. Najprzystojniejszy minister zmartwiał.

Ale, jego ekscelencja ambasador Władimir Michajłowicz Grinin, postanowił nie krzyczeć.

- Pijar wam opadnie do samej podłogi – wyjaśnił dobrotliwie.

- D… do podłogi? – wyjąkał najprzystojniejszy z ministrów. Po czole pociekła mu strużka potu.

- Ano, do podłogi. I słupki też. A świat was oleje.

- S… słupki? – minister wyraźnie zachwiał się na nogach.

Po chwili zebrał się na odwagę i wydukał:

- Wł… Władimirze Michajłowiczu, pozwolicie, że usiądę?

- Ależ owszem, owszem – ambasador zakreślił szeroki gest. – Siadajcie, gdzie chcecie.

- Kiedy nie mam na czym! Nie podano mi nawet fotela! – minister tracił samokontrolę i jął histeryzować. – To jakiś skandal!

- Jak to w życiu – Grinin westchnął filozoficznie. – Widzicie, jest tak: dziś nie macie na czym usiąść tutaj, jutro, gdy popłyną wytyczne do mediów, nie będziecie mieli na czym usiąść w Polsce. O fotelach w mieżdunarodnych strukturach też będziecie mogli zapomnieć. Na wasze miejsce znajdą się inni. Przemyślcie to sobie. Czekam, uroczy Radosławie…

Najprzystojniejszy z ministrów, przemyślał sobie bardzo szybko. Przestąpił dwa razy z nogi na nogę, machinalnie wychylił nalaną mu międzyczasie wódkę i zaczął z innej beczki:

- Ale, jak wszystko pójdzie dobrze, to następnym razem, gdy zwolni się jakaś posadka, szepniecie za mną słówko w NATO, albo w eurokomisji?

- Noo – wydawało się, że ziewnięcie wywichnie Władimirowi Michajłowiczowi szczękę. – Jeżeli wszystko pójdzie dobrze… czemu nie… Szepniemy, szepniemy…

Przyjacielsko poklepał ministra po policzku. Ten, w odpowiedzi, nie omieszkał obowiązkowo załzawić się ze szczęścia.

Ambasador wstał. Posłuchanie było zakończone.

Wychodząc, rzucił od niechcenia:

- A, i zakomunikujcie temu waszemu niedorobionemu piłkarzykowi, co zostało postanowione. Tylko jakoś oględnie. Zresztą – jak nie wy, to urobią go inni. Nie jesteście jedyni.

***

Zarówno kamerdyner-kierowca, sekretarka, jak i sam ambasador, jeszcze tego poranka wysłali do swych central zaszyfrowane depesze. Treść wszystkich trzech, spłodzonych niezależnie od siebie komunikatów, była identyczna: „Porządek będzie na Westerplatte”.

Nie miałem dłużej czego szukać w ambasadorskich komnatach. Za pomocą mojej super-duper-komórki teleportowałem się do innych zadań. Czego byłem świadkiem, raportuję.

Inwigilator (agent 0-700)

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl
Linki:

www.rp.pl/artykul/2,352863__Polska_sprzymierzyla_sie_z_Hitlerem_.html

www.niepoprawni.pl/blog/287/refleksje-rusofoba%E2%80%A6

www.niepoprawni.pl/blog/287/prowokacja-geopolityczna

www.niepoprawni.pl/blog/287/obiecanki-i-odloty

www.niepoprawni.pl/blogs/gadajacy-grzyb

www.niepoprawni.pl/blog/287/dlaczego-radoslaw-sikorski-nie-zostanie-szefem-nato

www.niepoprawni.pl/blog/287/czy-dokarmimy-rosje