Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janusz Szewczak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janusz Szewczak. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 czerwca 2016

Depresja bankstera

O bankach można pisać w Polsce dobrze albo wcale – i w tych kategoriach odbieram wytoczony mi proces.

„Legitymację partyjną oddał Wincenty Kalemba / A tam zachodnim bankierom to włosy stają dęba” - śpiewał przed laty Andrzej Rosiewicz, pochylając się nad ciężkim losem zachodnich finansistów, którzy nieopatrznie utopili spore pieniądze w PRL-owskim cudzie gospodarczym doby Edwarda Gierka. Obecnie mamy sytuację podobną, z tą różnicą, że działający u nas zachodni i częściowo rodzimi bankierzy nawciskali ludziom na lewo i prawo toksycznych produktów finansowych w rodzaju walutowych opcji, kredytów niby-frankowych i polisolokat, a teraz przeżywają zgryzoty („A teraz zachodnim bankierom / Zgryzoty, jeno zgryzoty”), bo i ludzie nie pozwalają się dalej bezkarnie doić i – co gorsza – również władza zmieniła się na taką, dla której opinia tzw. „rynków”, czyli giełdowych spekulantów niekoniecznie stanowi ostateczną wyrocznię. Taka nagła zmiana musiała spowodować wśród nasłanej tu do drenowania Polaków szajki finansowej niemały wstrząs i niedowierzanie, te zaś szybko zamieniły się we wściekłość połączoną z objawami paniki, bo oto sypie się cudowny, obliczony na dziesięciolecia plan kolonialnej eksploatacji nadwiślańskiego bantustanu.

Jak napisał prof. Witold Modzelewski we wstępie do książki Janusza Szewczaka „Banksterzy. Kulisy globalnej zmowy”, lobby bankowe przyzwyczaiło się, że wszelkie regulacje prawne pisze „pod siebie” i wręcza kolejnym układom rządzącym do przyklepania. A tu szok – na horyzoncie rysuje się widmo odwalutowania kredytów frankowych, lada chwila ktoś pochyli się nad procederem polisolokat, a i niedawna opinia Rzecznika Finansowego miażdżąca łże-kredyty oraz niepokojące wieści z sali sądowej – sąd przyznał rację klientowi mBanku i uchylił klauzulę waloryzacyjną, co w praktyce oznacza przewalutowanie kredytu i zwrot nadpłaconych rat - nie napawają optymizmem.

„A tam zachodnim bankierom / Za wcześnie siwieją włosy” - śpiewał Andrzej Rosiewicz, co jako żywo pasuje do zszarpanych nerwów lokalnych namiestników banksterskiej międzynarodówki. Nic więc dziwnego, że państwo ci zaczynają wykonywać jakieś groteskowe, nieskoordynowane ruchy, charakterystyczne dla działania w stanie długotrwałego, wyniszczającego stresu. Tylko w ten sposób potrafię sobie racjonalnie wytłumaczyć, że zostałem pozwany przez Związek Banków Polskich o zniesławienie – w trybie art. 212 Kodeksu Karnego – za swoje dwa felietony dla „Gazety Finansowej”: „Wytarzać banksterów w smole i pierzu” oraz „Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich” (do znalezienia w internecie). W felietonach, jak to w felietonach, pojechałem „na ostro”, nie pisząc jednakże niczego, czego nie mówiono by i nie pisano w różnych mediach - o tym co mówią między sobą ludzie, szczególnie ofiary frankowych produktów spekulacyjnych, nie wspominając.

Przykładowo (by nie odkrywać swoich kart przed procesem poprzestanę na tym jednym exemplum) – zarzucono mi, iż naraziłem ZBP, zrzeszone w nim banki i pracowników „na utratę zaufania potrzebnego dla prowadzonej działalności”. No cóż, aby coś utracić, trzeba najpierw to „coś” mieć – w tym przypadku „zaufanie potrzebne dla...” - i tak dalej. Przepraszam, ale czy są na sali osoby, które jeszcze do niedawna miały bezgraniczne zaufanie do banków, uważały je za wzorzec z Sevres uczciwości, rzetelności i temu podobnych przymiotów, a dopiero pod wpływem moich dwóch skromnych felietonów, owo zaufanie uległo zachwianiu, a może nawet nieodwracalnej destrukcji? Proszę się zgłaszać, palec pod budkę... Ano właśnie.

Pochlebiam sobie, że znalazłem się w dobrym towarzystwie – uprzednio bowiem ZBP próbował zakneblować pozwem cywilnym pana Macieja Pawlickiego – prezesa zrzeszającego frankowiczów stowarzyszenia „Stop bankowemu bezprawiu”. Pan Pawlicki (którego sprawa stała się zresztą inspiracją dla jednego z inkryminowanych felietonów) miał odszczekać spod stołu opinię, że bankierzy są „rakiem będącym śmiertelnym zagrożeniem dla polskiej Wspólnoty”. Na szczęście sąd wniosek związku zawodowego banksterów oddalił. Podobnie pan wiceprezes ZBP Jerzy Bańka, którego podpis widnieje pod pełnomocnictwem procesowym również w mojej sprawie, próbował zaciągnąć do sądu dr Janusza Szewczaka, gdy ten wyraził przypuszczenie, że mogło dojść do manipulacji stawkami WIBOR.

Jak twierdzi wspomniany Janusz Szewczak o bankach można pisać w Polsce dobrze albo wcale – i w tych kategoriach odbieram wytoczony mi proces. Jest to rozpaczliwa próba zakneblowania negatywnych opinii o funkcjonowaniu banków w Polsce i jednocześnie dążenie do ustawienia sądu w uwłaczającej polskiemu wymiarowi sprawiedliwości roli cenzora. Słowem – panika. Ale cóż: Żal mi zachodnich bankierów / Liczyli te swoje procenty / Chcieli trochę zarobić / Wpłynęli w ciemne odmęty...”.

A teraz czekam na pozew za cytowanie Rosiewicza.

*
A poza tym:

Gadający Grzyb

http://archiwum.gf24.pl/wytarzac-banksterow-w-smole-i-pierzu/

http://archiwum.gf24.pl/kurs-sprawiedliwy-dla-wszystkich/

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 24 (17-23.06.2016)

czwartek, 21 kwietnia 2016

Pod-Grzybki 44

Drodzy Państwo, to już czterdzieste czwarte „Pod-Grzybki”. W związku z tym, w dniu dzisiejszym „imię moje czterdzieści i cztery”.

*

Janusz Szewczak wyraził przypuszczenie, że banki mogły manipulować stawką WIBOR na podstawie której wyliczane są kredyty złotówkowe, wskutek czego kredyty te stały się niedostępne dla wielu klientów, napędzając tym samym bankom kredytobiorców „frankowych”. Na to wiceprezes Związku Banków Polskich, pan Jerzy Bańka, który jak mniemam nazwisko przyjął od miłej sercu każdego bankstera bańki spekulacyjnej, dostał szału i zagroził Szewczakowi procesem, podobnie jak wcześniej groził sądem Maciejowi Pawlickiemu ze stowarzyszenia „Stop Bankowemu Bezprawiu”. A może to obywatele powinni wytoczyć proces panu Bańce? Na przykład w uproszczonym trybie spopularyzowanym przez sędziego Charlesa Lyncha.

*

„Allah, Jezus – dwa bratanki” - obwieścili na jednym z transparentów lewacy podczas niedawnej manifestacji na rzecz „uchodźców”. Dobra, teraz przygotujcie wersję po arabsku i pojedźcie z tym na Bliski Wschód. Ciekawe, ilu z was zdoła wrócić w jednym kawałku. Chociaż nawet nie – wystarczą okolice dworca w Kolonii albo szwedzkie „strefy bezprawia”.

*

Euro-eunuchy skapitulowały przed sułtanem Erdoganem, wskutek czego przekażą Turcji haracz w wysokości 6 mld. euro, w zamian za co Turcja łaskawie wyśle nam tylko niektórych „uchodźców”. Ach, no i zniesione zostaną wizy dla Turków. W efekcie, zamiast wiosennej inwazji Syryjczyków, Afgańczyków itd. Europa zostanie skolonizowana przez poddanych sułtana. Taka, panie, dyplomacja.

*

Nim się obejrzeliśmy, mignął nam przed nosem dzień św. Patryka. Święty mąż ów, przez ludzi tkwiących w Niebiesiom obmierzłych błędach i przesądach, traktowany jest jako święty wyłącznie irlandzki, co powoduje niewczesny snobizm, by w Jego dzień spijać różne Guinnessy, lub podejrzane, zielone ciecze. Nic z tych rzeczy! Nie ujmując niczego naszym katolickim braciom z Cork i Dublina, oraz mając w pamięci zasługi świętego Biskupa dla Zielonej Wyspy, śmiem owe błędy sprostować. Święty Patryk, jako wyniesiony na ołtarze Kościoła Katolickiego (zatem - Powszechnego), jest świętym powszechnym jak sam Kościół. Toteż, jeśli w takiej Polszcze spija się w Jego dzień lokalne trunki - spełniając, ma się rozumieć, gęste toasty ku chwale i pamięci owego dzielnego męża Kościoła - to i sam Święty Patryk spogląda z Nieba weseląc i radując się wraz z nami. A zatem, my katolicy na całym świecie, porzućmy piwno-religijne partykularyzmy i wspólnie wznieśmy kufle, jak na prawych synów Kościoła przystało.

Tak powiadam ja, biesiadny teolog Czterdzieści i Cztery.

*

A gdyby jakaś lewacka żmija śmiała swym syczącym, rozdwojonym językiem kwestionować moją piwną teologię, odpowiem następująco: lepiej być szeroko rozpostartym piwnym teologiem, niż kawiarnianym rewolucjonistą sączącym smętnie swą sojową latte w oczekiwaniu aż jakaś laska dostrzeże w nim intrygującego hipstera. Amen!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 12-13 (23.03-05.04.2016)

piątek, 9 października 2015

Kiedy nastąpi „polski exit”?

Najwyższy czas opracować strategię stopniowego wygaszania naszego członkostwa w UE – bo kiedy wskutek unijnych dobrodziejstw pójdziemy z torbami, będzie już za późno.

Pamiętamy niedawną histerię z powodu możliwości „grexitu”, czyli opuszczenia przez Grecję strefy euro? Pamiętamy. No to ja mam inną propozycję: zostawmy może chwilowo na boku Grecję z jej problemami i zastanówmy się nad opłacalnością dalszej przynależności do Unii Europejskiej... Polski. Tak się bowiem składa, że w świetle pojawiających się ostatnio danych, właśnie ta kwestia powinna stanąć na porządku dziennym. Swojego czasu postulowałem, by ktoś policzył jaki wpływ na wzrost polskiego zadłużenia ma nasze uzależnienie od unijnych funduszy – i wygląda na to, że właśnie uczynił to pan Tomasz Cukiernik, ekspert Instytutu Globalizacji, publicysta „Najwyższego Czasu” i autor książki „Dziesięć lat w Unii. Bilans członkostwa”.

Na papierze wszystko wygląda zachęcająco: w latach 2004-2013 otrzymaliśmy „na czysto” (czyli po odliczeniu składek) 61 mld euro, a w perspektywie budżetowej 2014-2020 ma to być łącznie 75 mld euro (dane Min. Finansów). Natomiast „Süddeutsche Zeitung” podał ostatnio jeszcze bardziej optymistyczne wyliczenia – otrzymać mamy 106 mld euro przy składkach własnych wynoszących ok. 16,2 mld euro, zatem bylibyśmy „do przodu” aż o niemal 90 mld. Tyle, że te liczby określają maksymalny pułap tego, co się nam należy „z rozdzielnika” - powstaje pytanie, ile z tego zdołamy „zaabsorbować”. Z kolei, ponieważ wysokość unijnej składki zależy m.in. od PKB, może się okazać, że nasze wpłaty do unijnej kasy będą realnie znacznie wyższe. Janusz Szewczak (główny ekonomista SKOK) szacuje, że zapłacimy w sumie ok. 200 mld zł (20-27 mld zł rocznie) – czyli blisko połowę maksymalnej sumy jaką będziemy mogli pozyskać z Brukseli. Zatem już na tym etapie korzyści z euro-funduszy drastycznie maleją.

Teraz sprawa unijnych funduszy jako generatora długu. Wg. zestawienia Tomasza Cukiernika, Polska w 2004 roku miała dług publiczny na poziomie 431 mld zł, co było równowartością 47 proc. PKB. W 2014 roku dług wynosił już ok. biliona zł, czyli 58 proc. PKB. Ów mechanizm zadłużeniowy w znacznej mierze napędzany jest absorpcją unijnych pieniędzy: aby sfinansować jakąś inwestycję niezbędny jest „wkład własny”, ten zaś na ogół, zgodnie z unijnymi przepisami, musi pochodzić z kredytu – zarówno jeśli chodzi o podmioty publiczne, jak i prywatne. Prowadzi to do narastania spirali – im więcej środków europejskich wydajemy, tym więcej musimy pożyczać. Janusz Szewczak podaje, że na 350 mld zł unijnych funduszy wydanych w latach 2007-2013 musieliśmy dołożyć blisko 250 mld. z pożyczonego „wkładu własnego”. W efekcie np. zadłużenie samorządów na koniec 2014 roku wynosiło 72,1 mld zł, co oznacza, że w ciągu 10 lat wzrosło o 290 proc! Obecnie nawet 300 gmin w Polsce musi ratować się „chwilówkami”. Kto bierze tego rodzaju lichwiarskie pożyczki? Ci, dla których są one ostatnią deską ratunku, zatem te 300 gmin już teraz balansuje na krawędzi upadłości. Taki jest koszt rewitalizacji miejskich ryneczków, eleganckiej kosteczki, basenów, aquaparków itd. Zwróćmy też uwagę, że te inwestycje na siebie nie zarabiają i nie ma szans by zarabiały – trzeba będzie do nich dopłacać długimi latami, co oznacza kolejne koszty i długi.

Następną pozycją jest rozmnożenie urzędników dzielących fundusze. Unia zaleca, by było to nawet 2,5 urzędnika na 1 mln euro dotacji – mamy zatem skokowy rozrost biurokracji i wynikających z tego kosztów. Ponadto, doliczyć należy nakłady na przygotowywanie skomplikowanych wniosków o dotacje: do połowy 2014 roku złożono 297 tysięcy wniosków, z czego ostatecznie podpisano umowy z 99 213 beneficjentami. Oznacza to, że cała reszta wysiłku i wydatków związanych z opracowaniem niezbędnej dokumentacji poszła na marne.

No i wreszcie problem wyprowadzania z Polski kapitału – łącznie w latach 2003-2012 wytransferowano 82,393 mld USD, przy czym skokowy wzrost obserwujemy po 2007 roku, czyli od wejścia w życie perspektywy finansowej 2007-2013. Zaryzykuję hipotezę, iż owa koincydencja wynika chociażby z tego, że wiele inwestycji realizowały zagraniczne firmy, bądź wykorzystywano w nich sprzęt i materiały kupione od zagranicznych podmiotów – a jeszcze dochodzą zyski banków będące skutkiem wspomnianego wcześniej obligatoryjnego kredytowania dotowanych przedsięwzięć z „wkładu własnego”. I te korzyści są następnie transferowane do central, z czego wniosek, że znaczna część z unijnych pieniędzy jest u nas tylko „na chwilę”.

Na koniec trzeba wspomnieć o implikacjach politycznych płynących z naszego uzależnienia od euro-funduszy. Wskazał na to Jarosław Kaczyński w przemówieniu podczas sejmowej debaty o „uchodźcach” mówiąc, iż w ten sposób państwa zachodniej Europy kupują sobie możliwość politycznej i gospodarczej ingerencji w naszym kraju. Ostatni szantaż „uchodźcy, albo wstrzymanie dotacji” jest tego dobitnym przykładem. Biorąc pod uwagę powyższe, najwyższy czas opracować strategię stopniowego wygaszania naszego członkostwa – bo kiedy wskutek unijnych dobrodziejstw pójdziemy z torbami, będzie już za późno.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Dekolonizacja Polski”

„Drenaż kolonialny”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2545-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 39 (25.09-01.10.2015)