Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys strefy euro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys strefy euro. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 lipca 2018

Euro-utopia

Lepiej pozostać za burtą w szalupie własnej waluty, niż tkwić jako pasażer drugiej kategorii w ładowniach zalewanego wodą „Titanica”.


Wiele wskazuje na to, że jednak w najbliższych latach powstanie osobny budżet strefy euro. Tak przynajmniej wynika z uzgodnień poczynionych przez kanclerz Angelę Merkel i prezydenta Emmanuela Macrona. Trzeba tu od razu zastrzec, że niemiecka kanclerz zgodę wyraziła wyraźnie wbrew sobie – Macron, któremu na wspólnym budżecie eurogrupy zależało najbardziej, wykorzystał polityczne osłabienie Merkel spowodowane bezwładem w rozwiązywaniu kryzysu migracyjnego i powstałymi na tym tle napięciami w łonie rządzącej koalicji. Euro-budżet miałby zostać powołany w 2021 r. (raczej wątpliwe) – tyle, że wciąż nie wiadomo, jak miałby konkretnie wyglądać. Macron chce budżetu z prawdziwego zdarzenia – z własnymi przychodami i wydatkami, obejmującego nawet kwoty liczone w grubych miliardach euro, natomiast Angela Merkel woli mówić raczej o chudszym budżecie inwestycyjnym, który służyłby wyrównywaniu potencjałów gospodarczych poszczególnych krajów. W każdym razie, powołanie takiego tworu byłoby ogromnym ustępstwem Niemiec, które do tej pory broniły się przed nim rękami i nogami. Oznaczałoby to bowiem, że Niemcy zaczęłyby się realnie dokładać do kosztów utrzymania eurolandu, zamiast jak do tej pory spijać jedynie śmietankę i z mądrą miną pouczać wszystkich dookoła, że powinni być „niczym skrzętna, szwabska gospodyni” - jak raczyła się wyrazić kanclerz Merkel przy okazji greckiego bankructwa.

Tyle tylko, że ów euro-budżet jest klasycznym manewrem spod znaku „ucieczki do przodu” - widać gołym okiem, że wspólna waluta funkcjonuje źle lecz ze względów politycznych nikt (poza wyklinanymi „populistami”) nie ma odwagi powiedzieć tego głośno. Tymczasem prawda jest taka, że - jak powiedział ongiś w przypływie szczerości Romano Prodi – euro nie jest projektem gospodarczym, lecz politycznym. W zamyśle unijnych decydentów eurowaluta miała stać się narzędziem wymuszającym pogłębianie integracji, zaś przy jej wprowadzaniu świadomie ignorowano różnice wśród przyjmujących ją gospodarek. Identyczne podłoże ma nieustanny nacisk na pozostałe kraje UE, w tym Polskę, by jak najszybciej przystępowały do unii walutowej, albo przynajmniej wyraźnie określiły taki zamiar wraz z możliwie rychłym horyzontem czasowym. Również i teraz, po ogłoszeniu powstania euro-budżetu, rozległy się głosy, że „zostaniemy za burtą” i stracimy wpływ na podejmowanie najważniejszych decyzji. Słowem – receptą na dotychczasowe bolączki ma być hasło „więcej tego samego”.

Rzecz w tym, że zwolennicy takiego rozwiązania uporczywie nie chcą dostrzegać słonia w menażerii – a owym „słoniem” jest oczywista konstatacja, że euro w obecnym kształcie zwyczajnie nie ma sensu. Od biedy mogłoby służyć kilku najbogatszym krajom europejskiej Północy, lecz rozciągnięte na państwa mniej zamożne staje się źródłem nieustannych napięć. Czym bowiem jest euro? W największym uproszczeniu – jest to zdewaluowana niemiecka marka. Ale zarazem euro to również lir, drachma czy peso poddane sztucznej aprecjacji. W efekcie, tak skonstruowany pieniądz napędza niemiecką gospodarkę, stymulując jej eksport i jednocześnie dławi konkurencyjność gospodarek Południa wpędzając je w spiralę długów. W latach koniunktury można było to jakoś kamuflować – ale wystarczył pierwszy poważny kryzys, by cała ta utopia „enklawy zamożności” zawaliła się z hukiem na naszych oczach. Innymi słowy – euro to waluta wyłącznie na czas dobrej pogody. Wraz z nadejściem burzy okazało się, że „ekskluzywny klub” dzieli się de facto na dwie kategorie – wierzycieli i dłużników. Wyjątkowo boleśnie przekonała się o tym Grecja, której dług publiczny po latach wdrażania „transzy pomocowych” urósł ze 109 proc. PKB (2008 r.) do obecnych ponad 180 proc. Podobny mechanizm dotknął Hiszpanię czy Portugalię. W tym samym czasie Niemcy notują nadwyżki, a na samym oprocentowaniu od „pomocy” udzielonej Grecji zarobiły 2,9 mld. euro. Złoty interes. Czy można się więc dziwić, że nadal wolały zarabiać, niż dołożyć się do wspólnego kotła?

Jednak nawet wspólny budżet strefy euro to jedynie pudrowanie trupa. Z jego namiastką mamy wszak do czynienia również i dzisiaj – funkcję tę pełni polityka „luzowania ilościowego” wdrażana przez Europejski Bank Centralny. Po uwolnieniu setek miliardów euro entuzjastycznie ogłoszono, iż na kontynent powróciła „koniunktura”. Dobre sobie – np. w Hiszpanii bezrobocie wynosi ponad 16 proc., a w Grecji niemal 21 proc. przy pełzającym wzroście PKB (szczególnie porównując z czasami sprzed kryzysu). Zatem nawet euro-budżet skrojony „na bogato” będzie co najwyżej doraźną, redystrybucyjną łataniną, nie usuwając podstawowych, strukturalnych sprzeczności eurozony.

Podsumowując, jeśli nam mówią, że „pozostajemy za burtą” gospodarczej i politycznej integracji, to po pierwsze – najpierw warto sprawdzić, ile realnie mają w strefie euro do powiedzenia Grecja czy Hiszpania, a po drugie – lepiej pozostać za burtą w szalupie własnej waluty, niż tkwić jako pasażer drugiej kategorii w ładowniach zalewanego wodą „Titanica”.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 27-28 (13-26.07.2018)

środa, 23 listopada 2011

W uścisku Merkozy’ego


Euro od początku pomyślane było jako narzędzie gospodarczo-politycznej „miękkiej hegemonii” Niemiec w Europie.


I. „Przesilenie”

Eurodeputowany PiS, Konrad Szymański, podzielił się na łamach „Uważam Rze” ciekawą diagnozą zacytowaną następnie przez portal „wPolityce.pl”. Otóż przy okazji omawiania sytuacji gospodarczej Grecji powiedział, iż celowo i świadomie zbudowano obecny model eurolandu w takiej formie, by w pewnym momencie doszło do „przesilenia”. Czyli coś, co od początku wydawało się nonsensem – mianowicie łączenie w ramach wspólnej waluty gospodarek państw pozostających na różnym stopniu rozwoju, z różnymi politykami fiskalnymi, budżetowymi, monetarnymi itd. - nagle zyskuje ręce i nogi.

Plan był następujący: wspólna waluta miała stać się narzędziem zmian politycznych - doprowadzić słabsze gospodarki do kryzysu (czyli owego „przesilenia”), by następnie poddać je zarządzaniu z Brukseli. Rzecz w normalnych warunkach niewyobrażalna, ale całkowicie do zrobienia, gdy poważnie zadłużone, lub wręcz bankrutujące państwa zmuszone są udać się po prośbie do „centrali”. I to jest ten moment, w którym rozlega się tak głośny dziś alarm: ratujmy strefę euro! Wspólna waluta w potrzebie!

Ratowanie zaś oczywiście wymaga „zwiększonej integracji”, czyli w praktyce poddanie zewnętrznej kontroli tych nieodpowiedzialnych utracjuszy, którzy narazili „wielki wspólny projekt” na niebezpieczeństwo. Stąd te wszystkie „sześciopaki” wprowadzające rozwiązania wzmacniające „ład gospodarczy”, których wdrażanie monitorować ma Komisja Europejska, by zapobiec narastaniu „nierównowagi”. Nierównowagi, która, przypomnijmy, istniała w eurolandzie od początku i która była tolerowana z całą świadomością konsekwencji.

II. Euro-wirus

Innymi słowy, indukowano chorobę, by następnie zaordynować ustaloną zawczasu terapię. Gospodarczy wirus wszczepiono w strefę euro u samego zarania. Póki co jest to jedyne logiczne wyjaśnienie tłumaczące kilka niezrozumiałych spraw, które do tej pory usiłowano wyjaśniać integracyjnym ślepym pędem i przerostem zideologizowanej euro-polityki nad ekonomicznymi realiami.

Te sprawy, to m.in.:

- dlaczego przymykano oko na sprawozdawcze machloje Grecji, która nie powinna była nigdy zostać przyjęta do eurolandu;

- dlaczego nie usunięto Grecji ze strefy euro póki był jeszcze czas;

- dlaczego euro-decydenci tak gwałtownie reagowali na sugestię wystąpienia Grecji z „ekskluzywnego klubu” i straszyli efektem domina;

- dlaczego przyjmuje się do euro wszystkich chętnych po spełnieniu formalnego minimum, bez oglądania się na drastyczne rozbieżności potencjałów gospodarczych;

i wreszcie

- dlaczego tak naciska się na kraje spoza strefy euro, by jak najszybciej spełniły warunki akcesji.

Oczywiście, światowy kryzys spotęgował i przyśpieszył dzisiejszą sytuację, ale i bez niego w końcu musiała ona dojrzeć do obecnego „przesilenia”. W tym kontekście nowej mocy i znaczenia nabiera pamiętna deklaracja Romano Prodiego, że euro jest przede wszystkim projektem politycznym.

III. „Merkozy”

Mimo wszystko, przy całej celności, diagnoza Konrada Szymańskiego pozostaje niepełna. Grzeszy mianowicie zbyt „brukselocentrycznym” ujęciem problemu. Być może zresztą, brukselskim, kosmopolitycznym eurokratom wydawało się jeszcze do niedawna, że to faktycznie oni będą zarządzać Europą – niewykluczone, że pierwotny plan był właśnie taki. Jednakże kryzys obnażył całą fasadowość unijnych instytucji, które – przy zachowaniu pełni swych formalnych kompetencji – coraz bardziej zmieniają się w narzędzie polityki głównego rozgrywającego, czyli Niemiec (które, by sprawy szły gładko, poczyniają odpowiednie koncesje na rzecz drugiego co do wielkości gracza – Francji).

Na dzień dzisiejszy sytuacja wygląda tak, że kanclerz Merkel dogaduje się z prezydentem Sarkozym, następnie zaś uzgodnione rozwiązania są podawane do akceptacji pozostałym krajom członkowskim i Komisji Europejskiej. Formuła przyjęcia „sześciopaku” dokładnie odzwierciedla ten stan rzeczy – oczywiście z nieodzowną grą pozorów, jaką są „negocjacje” w ramach odgórnie ustalonych przez duet „Merkozy” widełek. Barroso może co najwyżej robić dobrą minę do złej gry i przyklepywać postanowienia. Van Rompuyem w ogóle nikt nie ma czasu zawracać sobie głowy, podobnie jak „polską prezydencją”, która może co najwyżej zorganizować spotkanie, tudzież porozstawiać na stołach mineralną i paluszki.

IV. Miękka hegemonia

W taki oto sposób docieramy do sedna: euro od początku pomyślane było jako narzędzie gospodarczo-politycznej „miękkiej hegemonii” Niemiec w Europie. Niegdyś, by podkreślić wiodącą rolę niemieckiej gospodarki, mówiło się o Europie, że jest „strefą Deutsche Mark”. Dziś jest strefą Deutsche Mark jeszcze bardziej, albowiem „wspólny” pieniądz służy temu, kto ma w jego sprawie najwięcej do powiedzenia – tym kimś były, są i będą Niemcy, a że współczesna „deutsche marka” nazywa się dla niepoznaki „euro”, to doprawdy, jedynie techniczny szczegół.

O Niemczech mówiono również, że są ekonomiczną potęgą, ale politycznym karłem. Wraz z kolejnymi etapami pogłębiania integracji, polityczny karzeł odszedł w zapomnienie. Jest hegemon podporządkowujący sobie unijny potencjał gospodarczy i spinający pod aksamitnym protektoratem Europę. Dzieląc się wpływami w niezbędnym zakresie z Francją. Pisałem o tym szerzej w tekstach „Deutsche euro” oraz „Polska w strefie rażenia rządu gospodarczego”, gdzie bardziej szczegółowo uzasadniam takie właśnie spojrzenie – zapraszam do lektury.

Nie tak dawno „Merkozy” zaproponował powstanie „rządu gospodarczego” państw strefy euro, nieco wcześniej uchwalono pakt Euro-Plus, którego rozwinięciem i następstwem jest przyjęty niedawno „sześciopak”. Ostatnio natomiast komisarz d/s gospodarczych i walutowych, Oli Rehn ogłosił, że Komisja Europejska chce mieć nadzór nad budżetami krajów strefy euro. Jak czytamy, „KE chciałaby mieć wgląd do narodowych planów budżetowych dwa razy do roku: najpierw przed 15 kwietnia oraz przed 15 października każdego roku, zanim zostaną ostatecznie uchwalone.” Ponadto „KE miałaby prawo wyrażać publiczną krytykę i żądać poprawek.”. Stąd już tylko krok do obowiązku przedstawiania planów budżetowych do zatwierdzenia w Brukseli, która chce, by wkrótce były one konstruowane „zgodnie ze wspólnym harmonogramem i jednolitymi regułami".

Łatwo zauważyć, że plany Komisji Europejskiej idealnie współgrają z posunięciami „Merkozy’ego”. To, że mocno zajęła się nimi niemiecka prasa również ma swoją wymowę. Kiedy wejdą w życie, będzie to oznaczało kres resztek suwerenności krajów eurolandu. Suwerenności scedowanej nie na rzecz takiej czy innej ponadnarodowej unijnej instytucji. Scedowanej na rzecz tego, kto tą instytucją kręci.

„Przesilenie” w strefie euro nadeszło. Teraz pora zebrać jego owoce.

Gadający Grzyb