Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marsz 13 grudnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marsz 13 grudnia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 stycznia 2015

Kościół w niewoli babilońskiej

Dotacja na Świątynię Opatrzności Bożej nie jest oznaką siły i wpływów Kościoła, tylko formą związania kościelnych instytucji z aparatem władzy.

 

W sobotę 20 grudnia garstka lewaków pod medialno-ideologicznym przywództwem „Gazety Wyborczej” protestowała przed Sejmem przeciw przeznaczeniu przez rząd 16 mln złotych na Muzeum Jana Pawła II i prymasa Wyszyńskiego przy powstającej Świątyni Opatrzności Bożej. Przypomnijmy, że tę poprawkę do budżetu na 2015 rok przyjęto na wniosek koalicji PO-PSL podczas nocnego posiedzenia w środę 17 grudnia i zakłada ona utworzenie rezerwy celowej poprzez przekazanie środków z budżetu kultury. Organizatorem protestu był Leszek Jażdżewski, naczelny miesięcznika „Liberte!”, podnoszący iż dotacja jest w istocie formą wspierania budowy miejsca kultu „pod dyktando najbardziej wpływowych grup”. Prócz tego mediodajnie cytują hasło z jednego z transparentów: „na tacę rzućcie ze swoich”.

Oczywiście, redaktor Jażdżewski ma częściowo rację, jako że muzeum jest integralną częścią projektu Świątyni – i mamy tu ewidentnie do czynienia z formą wykorzystania pewnej furtki prawnej. Tyle, że protestujący liberałowie niczego nie pojęli z tzw. „szerszego kontekstu” całej sprawy. Nie załapali po prostu mądrości etapu, która kazała rządzącej koalicji podjąć w ostatniej chwili właśnie taką decyzję. Lewicowcom od pana Jażdżewskiego zabrakło rewolucyjnej czujności i zrozumienia bieżącej potrzeby politycznej, jaka stanęła za przekazaniem tych nieszczęsnych 16 melonów podatniczych pieniędzy. Już tłumaczę, w czym rzecz.

Zastanówmy się – jaki interes we wspieraniu Świątyni Opatrzności Bożej ma rząd, który na co dzień promuje genderyzm, bądź usiłuje przepchnąć ratyfikację arcyszkodliwej tzw. konwencji antyprzemocowej i sekuje na wiele sposobów telewizję Trwam? Otóż, wbrew temu, co sugeruje pan Jażdżewski, rząd nie uległ tu żadnym naciskom Kościoła, czy też katolickiej części opinii publicznej. Koalicja sypnęła publicznym groszem „na tacę” dokładnie z takich samych powodów, z jakich futruje wybrane media: kupiła sobie w ten sposób lojalność, a przynajmniej milczenie Episkopatu w kwestiach politycznych. Innymi słowy, owa dotacja nie jest oznaką siły i wpływów Kościoła, tylko formą związania kościelnych instytucji z aparatem władzy. To sposób uzależnienia i wciągnięcia w orbitę wpływów. Grzegorz Braun przy takich okazjach mawia o „niewoli babilońskiej” i nie sposób się z tym porównaniem nie zgodzić.

Poprawka budżetowa z pewnością nie została wrzucona ot, tak sobie. Tego typu akcje planuje się ze stosownym wyprzedzeniem. A tak się składa, że nagle, 12 grudnia – tuż przed planowanym na 13 grudnia marszem PiS w obronie demokracji i wolności mediów - wycofało się z komitetu honorowego pięciu biskupów: abp. Wacław Depo oraz biskupi Wiesław Mering, Ignacy Dec, Antoni Dydycz i Edward Frankowski. Fala medialnego „hejtu”, która na nich się wylała tylko potwierdza jak bardzo ich obecność na demonstracji uwierałaby władzę. Należy się domyślać, że mocne naciski poszły kanałami dyplomatycznym, odpowiednio nastrajając nuncjusza apostolskiego abp. Celestino Migliore, który wedle KAI zajął „krytyczne stanowisko” wobec udziału biskupów w proteście – i to był kij, mający sprawić, że episkopat nie zechce robić sobie „tyłów” w Watykanie. Ale prócz kija musi być również marchewka. Czyżby więc budżetowa poprawka przegłosowana 17 grudnia była formą nagrody za akt lojalności i spacyfikowanie przez Konferencję Episkopatu Polski niepokornych hierarchów?

Bp. Mering napisał w oświadczeniu: Podejmując tę decyzję kieruję się lojalnością wobec Księdza Arcybiskupa Nuncjusza Apostolskiego w Polsce i troską o jedność Konferencji Episkopatu Polski. Nie znaczy to, że ideały, o których realizację w życiu społecznym zabiegają organizatorzy marszu, przestały być mi bliskie”. Wczytajmy się w te słowa, bowiem wskazują one jednoznacznie, że biskup do rezygnacji został zwyczajnie zmuszony. Obecnie nie trzeba już kapłanów mordować ani wtrącać do więzień, jak działo się to za pierwszej komuny. Nawet tworzenie rozłamowych środowisk „księży-patriotów” nie jest dziś konieczne. Wasalizacja ostatniej niezależnej od władzy struktury w kraju następuje za pomocą miękkich środków – bo przecież chyba nikt się nie łudzi, że Platforma nagle zapragnęła wypełnić votum dziękczynne za Konstytucję 3 Maja?

Dzieje naszego kraju i narodu ułożyły się w ten sposób, że Kościół zawsze pełnił rolę siły nie tylko duchowej, lecz również politycznej. Był ostoją, do której mogli odwoływać się Polacy nawet w chwilach najgorszego upadku. Czy aksamitne pęta współczesnej „niewoli babilońskiej” sprawią, że ta część misji polskiego Kościoła zostanie poniechana? Do czego prowadzi finansowa symbioza religijnych struktur z władzą możemy przekonać się na przykładzie krajów protestanckich, bądź katolickiej niegdyś Austrii. Kościół bezzębny, lękliwy i letni, bojący się zabierać głos w sprawach publicznych, byłby skazany na powolne obumarcie – a wraz z nim Polska. Jest jeszcze czas, by wycofać się z tej samobójczej drogi.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 1 (394) (02-08.01.2015)

piątek, 19 grudnia 2014

Dokąd zmierza ten cały zamordyzm?

Nie ma wolności bez ryzyka. Gdy się pragnie wolności bez ryzyka, otrzymuje się właśnie to, co mamy teraz.


Histeryczna reakcja mainstreamu III RP na marsz w obronie demokracji i wolności mediów pokazuje nam kilka rzeczy, po części oczywistych. Po pierwsze, oni autentycznie boją się wszelkich przejawów protestu społeczno-politycznego. Po drugie, opozycja jest stałym obiektem ataków niezależnie od tego, co zrobi, lub nie zrobi. Po trzecie, oni wiedzą, że nie mogą oddać władzy, że te wybory były skręcone, a skoro były skręcone, to władzy nie mogą oddać tym bardziej. I po czwarte – w związku z powyższym, samoograniczanie się opozycji pozbawione jest sensu.

Proszę tylko spojrzeć. PiS zapowiada legalną demonstrację, rzecz w demokracji najzupełniej normalną, szczególnie w kontekście licznych nieprawidłowości wyborczych, a w tych jakby piorun strzelił. „Wyborcza” na swoim portalu wylicza potępiająco ilu dziennikarzy i biskupów poparło marsz, „Polityka” smaruje wyjątkowo, nawet jak na standardy medialne obecnego rządowego agit-propu, świńską okładkę z Kaczyńskim ucharakteryzowanym na Jaruzela i ogłaszającym „stan wojenki”, zaś wszyscy razem wprost nie posiadają się z oburzenia, że PiS „zawłaszcza” rocznicę stanu wojennego i w związku z tym teraz to już na pewno „podpali Polskę”. I jakoś nikomu się nie kłóci, że tenże Jaruzelski do którego przyrównują lidera partii opozycyjnej został niedawno pochowany z pełnymi honorami na Powązkach, że za rządów PiS Platforma zrobiła swój „błękitny marsz” pod hasłem „dość Kaczorów, chcemy wyborów”, a sami dziennikarze reżimowi licznie defilowali u boku Komorowskiego w marszu z czekoladowym „możełem”.

Z drugiej strony mamy zapewnienia o pokojowym przebiegu manifestacji, że ma to być „marsz róż”, żaden tam polski Majdan... Na nic zdało się gorączkowe odcinanie od „awanturników” z PKW i trwające nieprzerwanie od 20 listopada imputowanie im agenturalności, oszołomstwa, szkodnictwa politycznego, podatności na prowokacje... Wszystko po to, by zaprezentować się na ich tle jako siła umiarkowana, obliczalna i rozsądna. Potwierdza się wspomniana wyżej zasada, że PiS będzie atakowany za samo istnienie, niezależnie od tego jak bardzo będzie się starał ułagodzić swój wizerunek w pogoni za mitycznym centrowym wyborcą, który ma zapewnić mu upragnione zwycięstwo.

Czy tylko ja mam poczucie rozmijania się z rzeczywistością na wielu poziomach? Do czego zdolna jest ta władza wiemy co najmniej od 2010 roku i zamachu w Smoleńsku. Jeżeli najwyższe władze były w stanie spiskować przeciw głowie własnego państwa z wrogim nam mocarstwem, a następnie oddały temuż mocarstwu śledztwo; jeżeli na widok społecznego przebudzenia po tragedii rozpętały socjotechniczną operację podzielenia Polaków na dwa wrogie obozy – począwszy od sprzeciwu wobec wawelskiego pochówku, a skończywszy na „akcji Krzyż”; skoro z wyborów na wybory rośnie liczba przesłanek, że są coraz bezczelniej fałszowane, to oznacza, iż demokracja w naszym kraju nie jest „zagrożona”, tylko jej po prostu nie ma. A skoro ustrój, konstytucja i formalnie obowiązujące procedury są jedynie fasadą, to kwestią czasu pozostaje, kiedy rozzuchwalona władza sięgnie po środki bardziej radykalne niż medialne ataki i punktowe uderzenia „seryjnego samobójcy”. Temu służyć mają ustawy o stanach wyjątkowych oraz „bratniej pomocy”. Póki co, reżim po drastyczne metody nie sięga jedynie dlatego, że nie jest to konieczne.

Tego stanu rzeczy działaniami demokratyczno-parlamentarnymi się nie zmieni. I tu właśnie mam pretensję zarówno do głównej partii opozycyjnej, jak i do sprzyjających jej ośrodków medialnych. Z jednej strony słyszymy krzyk o sfałszowanych wyborach, z drugiej natomiast proponuje się nam kompletnie nieadekwatne reakcje bez żadnej czytelnej strategii. Inicjatywy ustawodawcze, nawet tak niewinne jak przeźroczyste urny, zostały odrzucone, zatem aktywność sejmowa siłą rzeczy staje się pasmem pustych gestów. Na interwencję organów europejskich nie ma co liczyć, co pokazało fiasko niedawnej akcji PiS-u i jego frakcji w PE – ten rząd jest dla kierujących Unią Niemiec zbyt wygodny, by w jakikolwiek sposób wspomagać opozycję. Na drodze wyborczej również niczego się nie osiągnie, o czym przekonujemy się konsekwentnie od lat. Grzeczny protest uliczny przejdzie sobie Warszawą w akompaniamencie prewencyjnego jazgotu reżimowych mediodajni, ludzie posłuchają tysięcznego już zapewnienia o rychłym zwycięstwie, byleby jeszcze ten jeden raz się zmobilizować i dopilnować wyborów, po czym się rozejdą do domów.

Kiedyś mawiało się, że robotnicy gdy protestują, grzmią twardo: „żądamy chleba”, zaś inteligencja skomli przymilnie: „prosimy o pieczywko”. Jeśli wciąż będziemy o to „pieczywko” się dopraszać, zatroskani by nie dać przeciwnikom pretekstu do ataku, to któregoś dnia okaże się, że stoimy na baczność trzymając „ruki po szwam” - bo do tego wszak ten cały aksamitny zamordyzm zmierza. Nie ma wolności bez ryzyka. Gdy się pragnie wolności bez ryzyka, otrzymuje się właśnie to, co mamy teraz.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 50 (12-18.12.2014)

czwartek, 11 grudnia 2014

PiS kontra RN – czyli droga do klęski

Żadna z obecnych sił patriotycznych w pojedynkę nie odzyska Polski.

I. Musztarda po obiedzie

13 grudnia odbędzie się organizowany przez Prawo i Sprawiedliwość marsz protestacyjny przeciw fałszerstwom wyborczym. Jednocześnie ten sam PiS odciął się od demonstracji przed PKW z 20 listopada potępiając „pogłębianie chaosu” (Mastalerek) i „swego rodzaju napaść” (Duda), jednocześnie pouczając, iż „niepokój obywateli (…) powinien być wyrażany w ramach przedsięwzięć, które przewiduje system demokratyczny”. Przy tej okazji do szturmu ruszyły „niepokorne” media imputując organizatorom manifestacji – w kompletnym oderwaniu od faktów i rzeczywistego przebiegu wydarzeń – agenturalność, realizację rosyjskiego scenariusza destabilizacji Polski, tudzież postulując „marginalizację” takich nieodpowiedzialnych elementów jak Grzegorz Braun i Ewa Stankiewicz.

Czy tylko ja mam poczucie schizofrenii towarzyszącej działaniom opozycji? Albo przyjmujemy, że mamy normalną demokrację i działamy w zgodzie z regułami systemu, albo twierdzimy, że wybory sfałszowano i wtedy o żadnej demokracji i praworządności nie może być mowy. Jeżeli przyjmujemy to drugie założenie, wówczas wszelkie „przedsięwzięcia, które przewiduje system demokratyczny”, jak łaskaw był napisać rzecznik PiS w swym oświadczeniu, tracą rację bytu, bo władza nie działa według tych samych zasad i „system demokratyczny” jest dla niej jedynie parawanem. Natomiast opozycja zachowuje się jakby konstytucyjne państwo prawa istniało i zarazem nie istniało, bo sfałszowano wybory. Otóż, drodzy politycy z jedynie słusznej partii, trzeba było albo nie gardłować o fałszerstwach, albo zmobilizować aktyw oraz sympatyków i poprzeć protest przed PKW oraz późniejszą okupację – to wtedy był właściwy moment, żeby zrobić Majdan w Warszawie. Jeżeli kilkanaście osób mogło wymusić dymisję „leśnych dziadków”, to tym bardziej masowy protest połączonej opozycji parlamentarnej i pozaparlamentarnej byłby w stanie wymóc co najmniej powtórzenie wyborów.

Marsz 13 grudnia to musztarda po obiedzie. Demonstracja przejdzie się ulicami stolicy, ludzie pokrzyczą, wysłuchają przemówień, że następnym razem to już na pewno wygramy byleby tylko „przypilnować wyborów”, padną apele o mobilizację, po czym wszyscy rozejdą się do domów. Para w gwizdek. Nawiasem mówiąc, podobny przebieg miała przybrać w założeniu pikieta pod PKW. Gdyby nie inicjatywa Grzegorza Brauna wtedy również skończyłoby się na niczym – ot, Winnicki z Wiplerem mieliby swoje kilka minut w mediach i tyle. No chyba, że liderzy zarówno PiS jak i Ruchu Narodowego zwyczajnie nie wierzą w masowe, zaplanowane fałszerstwa, a radykalnej retoryki używają wyłącznie do utrzymywania zwolenników w stanie permanentnej gorączki emocjonalnej, by nie zaczęli rozłazić się na boki. Jeśli tak jest, jeśli całe to pokrzykiwanie o sfałszowaniu wyborów ma służyć jedynie socjotechnicznej manipulacji, to czym prędzej należy pognać na kopach jednych i drugich. Jeżeli zaś autentycznie uważają, że wybory przekręcono, to czemu ma służyć hamowanie przejawów obywatelskiego nieposłuszeństwa? Czy naprawdę sądzą, że da się cokolwiek wymusić grzecznymi protestami w stylu „prosimy o pieczywko”, bądź skazanymi na niepowodzenie z braku sejmowej większości, pustymi inicjatywami parlamentarnymi?


II. Destrukcyjna wojenka

Na powyższe nakłada się destrukcyjna wojenka między PiS a narodowcami, sprowadzająca społeczne niezadowolenie i ludzką energię w bezpieczne dla władzy koleiny. Z jednej strony narodowcy głupio i bez sensu zarzucają PiS zdradę i umiejscawiają Prawo i Sprawiedliwość w jednym szeregu z resztą politycznego establishmentu III RP jako część „Republiki Okrągłego Stołu”, z drugiej strony - PiS i sympatyzujące z nim media równie głupio i bez sensu wrzucają wszystkie odłamy narodowców do jednego worka z napisem „ruska agentura”. Dopóki obie strony nie przyjdą do opamiętania i nie porzucą swego jadowitego sekciarstwa oraz dewastującej, uniemożliwiającej jakąkolwiek debatę retoryki, dopóty o „obaleniu Republiki Okrągłego Stołu” będziemy mogli sobie marzyć do us...j śmierci i jeden dzień dłużej.

Należy tu zadać pytanie, które od pewnego czasu rozbrzmiewa coraz głośniej po prawej stronie: czy PiS-owi w tej wiecznej opozycji nie jest aby zbyt wygodnie? Jest jedyną liczącą się siłą w obozie patriotycznym, której zahartowany, żelazny elektorat, zapewnia w kolejnych wyborach określoną pulę miejsc w parlamencie i związane z tym państwowe dotacje. W terenie działacze również mogą załapać się na jakieś samorządowe posady. Patrząc z tej perspektywy, wystarczy nieco pogardłować w mediach, utrzymując zwolenników w stanie wzmożeniowego napięcia. No i podstawa - pilnować monopolu na prawicowość i patriotyzm, a jeśli pod bokiem wykiełkuje coś nowego pokroju Ruchu Narodowego, to wystarczy potencjalną konkurencję zdyskredytować jako „rozbijaczy prawicy”, którzy chcą urwać bezcenne głosy, tudzież zwyzywać od „ruskich agentów” i pozamiatane. Socjotechnika toporna jak konstrukcja cepa, ale póki co, skuteczna.

Otóż przypominam, że w wyniku tych wyborów swój stan posiadania znacząco zwiększyła najbardziej prorosyjska partia w Polsce, czyli PSL i to ona może realnie szkodzić, a nie marginalny politycznie RN zbierający jakieś 1,7 proc. Ale ważniejsze jak się okazuje jest tropienie ruskich agentów w szeregach narodowców - w imię realizacji „doktryny Lipińskiego”, wedle której patriotyczny wyborca nie może mieć żadnej alternatywy na prawicy, dzięki czemu tak czy inaczej zagłosuje na PiS. Otóż nie. Skąd pomysł, że gdyby nie istniały ugrupowania narodowe, to te 1-2 proc. zagłosowałoby na Prawo i Sprawiedliwość? Równie dobrze mogą zostać w domach - i nie tylko oni.


III. Odwrócona synergia

Czepiam się w tym tekście głównie PiS-u, ale w końcu ta partia właśnie jest głównym ugrupowaniem opozycyjnym, to ona ma możliwości oraz środki działania, zaplecze finansowo-organizacyjne i to właśnie od niej należy przede wszystkim wymagać skuteczności działania, a nie pustych gestów i biadolenia, że „znowu nas oszukali”. Marsze, takie jak ten 13 grudnia należało organizować przed wyborami – wywierać nacisk zamiast uprawiać „konstruktywną” kampanię i liczyć, że wszystko załatwią mężowie zaufania. Tymczasem po raz kolejny nie udało się nawet zorganizować alternatywnego systemu liczenia głosów. Słyszę, że z mężami zaufania był problem, bo większość działaczy gdzieś kandydowała i trzeba było poszukiwać wolontariuszy z zewnątrz. Cóż, tak się mści formuła wąskiej partii kadrowej i lata odpychania od siebie potencjalnych sympatyków – począwszy od pierwszej fali społecznego zaangażowania po Smoleńsku.

Zresztą, już nawet po wyborach należało zrobić prostą rzecz: miejscowi działacze powinni przebiec się po lokalach wyborczych na swoim terenie i pospisywać wyniki z wywieszonych protokołów, a następnie przesłać dane wyżej. W regionalnych centralach PiS powinno się zliczyć te dane z terenu i porównać z oficjalnymi. Głowę dam, że nawet zakładając fałszerstwa w obwodowych komisjach, to przy info-bardaku i paraliżu PKW wyniki różniłyby się od tego co ostatecznie podały „leśne dziadki”. W ten sposób PiS miałby w ręku twardy argument i dowód nieprawidłowości. Do takiej operacji nie potrzeba ochotników z zewnątrz, można to zrobić wyłącznie partyjnymi siłami. Jednak albo nikt nie wpadł na takie narzucające się wręcz rozwiązanie, albo się nie chciało duszyć rupy.

Zamiast tego, obserwujemy dobieranie „bagnetu” w postaci SLD i oszczędzanie PSL, bo to potencjalnie przyszły koalicjant. Bawcie się tak dalej, to będziecie mieli gwarancję, że nigdy niczego nie wygracie. Przykro mi, ale w poczynaniach „bezalternatywnego” ugrupowania opozycyjnego widzę mieszaninę gnuśności, wygodnictwa i głupoty. Widzę strach przed społecznymi inicjatywami i kanalizowanie nastrojów. Niech PiS podejmuje swoje gry parlamentarno-gabinetowe, lecz niech nie odcina się w panice od oddolnych przedsięwzięć. Nikomu nie zaszkodzą działania dwutorowe – parlament i ulica. W przeciwnym razie, PiS może już wkrótce zapłacić słony rachunek za dzisiejsze kunktatorstwo.

Na zakończenie wrócę jeszcze do opisanej wyżej wojenki na linii PiS – Ruch Narodowy. W moim najgłębszym przekonaniu skutkuje ona efektem odwróconej synergii – walcząc ze sobą oba ugrupowania otrzymują osobno mniej niż wynikałoby z ich potencjałów. A wystarczyłoby, gdyby postawić jeśli nawet nie na sojusz, to chociaż na przyjazną neutralność. Zaprzestanie wzajemnego okładania się kijami jest warunkiem absolutnie podstawowym. Żadna z obecnych sił patriotycznych w pojedynkę nie odzyska Polski. Ani PiS nie zdobędzie realnej władzy, ani narodowcy nie przekroczą progu wyborczego. Koncentrując się na utrwalaniu „stanu posiadania” można sprawić, że utraci się nawet to, co ma się teraz.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 49 (08-14.12.2014)