Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media publiczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media publiczne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 lutego 2020

Finansowanie mediów publicznych – do zmiany

W naszych realiach najzdrowszym i najbardziej czytelnym rozwiązaniem byłoby postawienie na bezpośrednie finansowanie mediów publicznych z budżetu. Dla ich wiarygodności i społecznej recepcji nie zrobi to żadnej różnicy, a sytuacja przynajmniej będzie uczciwa i pozbawiona niedomówień.

Głosowanie nad 2 mld. zł. dotacji dla mediów publicznych (głównie TVP) zostało skutecznie przykryte z jednej strony festiwalem cynicznego populizmu ze strony opozycji (żądanie przekazania tej sumy „na onkologię”), z drugiej zaś „middlefingergate” posłanki Joanny Lichockiej. Daruję tu sobie komentowanie tej sejmowej małpiarni - dlaczego jednak w ogóle Sejm (nie pierwszy raz zresztą) postanowił przyznać TVP dodatkowe pieniądze? Na „partyjną propagandę”? Cóż, jaka jest telewizja Kurskiego, każdy widzi, choć moim zdaniem nie odbiega ona w swej stronniczości znacząco od tego co wyrabiało się za PO czy wcześniej SLD-PSL – ale to na marginesie. W każdym razie, oficjalnym uzasadnieniem dla dotacji była konieczność zrekompensowania publicznym nadawcom utraconych wpływów z abonamentu. A problem jest na tyle poważny, że warto zastanowić się generalnie nad funkcjonowaniem i finansowaniem państwowych rozgłośni.

Otóż w tej chwili mamy model dysfunkcjonalny i chory, zasadzający się ponadto na kompletnej fikcji głoszącej, iż „media publiczne”, czy też w obecnej nomenklaturze „narodowe”, są jakimś osobnym, niezależnym bytem realizującym bliżej niesprecyzowaną „misję” (zbiór pobożnych życzeń zawartych w ustawie o radiofonii i telewizji). Obecnie media te są finansowane z trzech głównych źródeł – abonamentu, reklam i budżetowych dotacji, przy czym ściągalność abonamentu od lat pozostaje na wysoce niezadowalającym poziomie. Dość powiedzieć, że wg danych Poczty Polskiej w 2018 r. na 13,5 mln. gospodarstw domowych zarejestrowane odbiorniki RTV miała ledwie połowa z nich – 6,6 mln. Dalsze 55 proc. (3,6 mln.) z owych 6,6 mln. gospodarstw było zwolnionych z opłaty. Teoretycznie więc abonament powinno uiszczać co najmniej 3 mln. gospodarstw domowych – tymczasem nic z tego. Płaci zaledwie niecały milion, co w 2018 r. dało nędzne 777 mln. zł. Trzeba dodać, iż ściągająca abonament Poczta Polska szacuje, że odbiorniki znajdują się ogółem w ok. 96 proc. gospodarstw domowych – tyle, że nie są zgłaszane. I stąd właśnie wzięły się te 2 mld. dla TVP – mają one po prostu „wyrównać” tę lukę.

Gołym okiem widać zatem, że abonament pomyślany jako swoisty podatek od posiadania radia i telewizora jest skrajnie nieefektywny, społecznie nieakceptowalny i należy od niego odejść. Warto przypomnieć, że wielkie „tąpnięcie” ściągalności nastąpiło po pamiętnej wypowiedzi premiera Donalda Tuska z 2008 r.: Abonament jest archaicznym sposobem finansowania mediów publicznych, haraczem ściąganym z ludzi. Dlatego rząd będzie zabiegał o poparcie do jego zniesienia - co wiele osób odebrało jako przyzwolenie na zaniechanie płacenia. W ciągu kilku lat wpływy z abonamentu spadły z 930 mln. zł. w 2007 r. do 504 mln. w 2011. Ci, którzy uwierzyli Tuskowi srodze się zresztą zawiedli, bo Poczta Polska ruszyła z akcją windykacyjną, ściągając zaległe opłaty wraz z odsetkami – a były to często kwoty rzędu 1,5 tys. zł. i więcej. W efekcie od 2013 r. wpływy oscylują powyżej 700 mln. zł.

Jak to wygląda w innych państwach? Modele finansowania nadawców publicznych są różne, ale nigdzie nie ma takiego misz-maszu, jak u nas. Generalnie, wśród członków Europejskiej Unii Nadawców (EBU) dominują dwa rozwiązania: albo przewaga abonamentu, albo finansowanie budżetowe – oba z ewentualnymi domieszkami innych wpływów, ale wyłącznie w charakterze uzupełnienia. W takich Niemczech abonament płaci każde gospodarstwo domowe, w Finlandii obowiązuje progresywny podatek celowy, a w Hiszpanii finansowanie z budżetu. Wszystkie te rozwiązania mają jedną zaletę: są stabilne i przewidywalne. Na tym tle Polska pozostaje dziwaczną hybrydą, co skutkuje stanem permanentnej niepewności i jest źródłem cyklicznych politycznych awantur. TVP jest również ewenementem jeśli chodzi o wysokość zysków z reklam – żaden inny nadawca publiczny w Europie nie może się pochwalić takim udziałem wpływów reklamowych w swoim budżecie, co jest pokłosiem trwającej od lat 90-tych „pełzającej komercjalizacji”.

Nie należę do radykałów, którzy najchętniej media publiczne by sprywatyzowali – nie bez przyczyny inne kraje utrzymują swoich nadawców, do tego skrupulatnie kontrolując strukturę kapitałową w mediach prywatnych. Państwo po prostu nie może wyzbyć się takiego narzędzia, zwłaszcza w epoce wojen informacyjnych. Dlatego w naszych realiach najzdrowszym i najbardziej czytelnym rozwiązaniem byłoby postawienie na bezpośrednie finansowanie mediów publicznych z budżetu. Pora skończyć z fikcją „niezależności” i określić wprost te media jako państwowe. Warto też zastanowić się nad zlikwidowaniem ich odrębności jako spółek i włączyć jako jednostki budżetowe do struktur rządowych – np. MKiDN. Wtedy sytuacja byłaby jasna: są to media rządowe, finansowane z podatków, przedstawiające rządowy punkt widzenia – i na tym właśnie polega ich „misja”. Dla ich wiarygodności i społecznej recepcji nie zrobi to żadnej różnicy, a sytuacja przynajmniej będzie uczciwa i pozbawiona niedomówień.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Media państwowe, nie „publiczne”

Zrobieni w abonament


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 8 (21-27.02.2020)

niedziela, 25 czerwca 2017

Media państwowe, nie „publiczne”

Należy skończyć z fikcją mediów „publicznych”, które na dodatek udają, że są spółkami prowadzącymi normalną działalność gospodarczą i przekształcić je w jednostki budżetowe.


Nabiera rumieńców batalia o ściągalność abonamentu RTV. Wg procedowanego obecnie projektu rządowego operatorzy satelitarni i sieci kablowych byliby zobowiązani do udostępnienia danych swoich klientów Poczcie Polskiej, co stanowiłoby podstawę do wyegzekwowania opłaty abonamentowej, jako że kanały mediów publicznych nadawane są przez oba rodzaje podmiotów „z rozdzielnika”. Ma to w założeniu uszczelnić system, dziś bowiem w praktyce płaci abonament (albo nie) ten kto chce i ci, którzy zarejestrowali odbiorniki jeszcze za komuny, co z natury rzeczy sprawia, że płatnicy odziedziczeni w spadku po poprzednim ustroju są gatunkiem wymierającym. Na dzień dobry baza abonentów zwiększyłaby się zatem o 2,8 mln. osób, a wpływy z abonamentu – o 620 mln. zł. Tyle na początek, bo operatorzy zobligowani byliby również do informowania o wszystkich kolejnych zawieranych umowach. Jak podają „Wirtualne Media” suma zaległości z ostatnich pięciu lat (za tyle możliwa jest egzekucja) wynosi ok. 3 mld. zł. W 2016 r. abonament zapłaciło 1,12 mln gospodarstw domowych (spośród 3,2 mln zobowiązanych), co przyniosło mediom publicznym 749,9 mln, zł. Widać zatem, że projekt MKiDN niemal podwoi wpływy publicznych nadawców (bieżące dane o klientach od operatorów, plus nowe umowy zawierane w przyszłości).

W zasadzie można by projekt firmowany przez ministra Glińskiego potraktować jako część operacji uszczelniania systemu podatkowego, bo wszak abonament RTV jest powszechnie obowiązującą daniną publiczną. Takie podejście abstrahuje jednak od tzw. kontekstu społecznego – a ten jest taki, że w Polsce abonamentu po prostu się nie płaci i przez większość odbiorców nowe rozwiązania zostaną potraktowane jako kolejny podatek. Dodatkowo istnieje moda na nieoglądanie TV – telewizor jako „ogłupiacz” jest albo eksmitowany z domu, albo służy jako monitor do podpięcia laptopa i np. oglądania Netflixa. Na powyższe nakłada się ostry podział polityczny. Zwolennicy opozycji dostają piany na myśl, że musieliby płacić „haracz” na „pisowską telewizję” - analogicznie wyborcy prawicowi reagowali alergią na TVP pod poprzednimi rządami.

Należy tu przypomnieć, że swoją niewątpliwą „zasługę” w obniżeniu dochodów z abonamentu miał Donald Tusk, który jako premier oznajmił w 2008 r.:Abonament jest archaicznym sposobem finansowania mediów publicznych, haraczem ściąganym z ludzi. Dlatego rząd będzie zabiegał o poparcie do jego zniesienia”. Wiele osób potraktowało to jako zezwolenie na niepłacenie i choć, jak to u Tuska, na obiecankach się skończyło, to ściągalność abonamentu gwałtownie spadła. Oczywiście o żadnej „abolicji” nie było mowy i już po pięciu latach okazało się, że 2,5 mln. gospodarstw domowych objętych jest windykacją z tytułu zaległości – z czego ok. 30 proc. stanowili emeryci i renciści, czyli ci, którzy statystycznie najbardziej wierzą telewizorowi i skoro usłyszeli, że premier mówi, żeby nie płacić, to nie płacili. Zaległości razem z odsetkami i kosztami egzekucji opiewały np. na 1800 zł., co dla emeryta było sumą zabójczą. Sam kiedyś na poczcie byłem świadkiem dość dramatycznej sytuacji, gdy roztrzęsiona młoda kobieta przyszła w imieniu schorowanego ojca z wezwaniem do zapłaty opiewającym na grubo ponad tysiąc zł., by wyjaśnić sprawę i poprosić o rozłożenie należności na raty – powołując się właśnie na słowa Tuska o abonamencie.

Póki co, operatorzy telewizyjni interweniują w Brukseli (co być może będzie skuteczne, zważywszy na notowania obecnego rządu w KE) i odgrażają się, że wyłączą publiczne kanały, o co ponoć masowo proszą ich klienci. Ale nawet pomijając te utarczki, upowszechnienie ściągalności abonamentu może być iskrą rzucona na beczkę prochu i rząd powinien liczyć się z protestami społecznymi na wzór pamiętnych demonstracji przeciw ACTA, kiedy to przeważnie młodzi ludzie wylegli na ulice przerażeni widmem srogich kar za pobieranie pirackich treści z internetu (nie oszukujmy się, taka była realna przyczyna manifestacji, nie żaden tam strach przed „inwigilacją” i zagrożeniem dla „prywatności” w sieci).

Sądzę, że istnieje wyjście z tej sytuacji – w Sejmie złożono także poselski projekt postulujący zastąpienie abonamentu rządową dotacją i jest to krok w dobrym kierunku. Ja poszedłbym dalej – należy skończyć z fikcją mediów „publicznych”, które na dodatek udają, że są spółkami prowadzącymi normalną działalność gospodarczą. Media tzw. „publiczne” powinny zostać przekształcone w to, czym i tak de facto są – czyli rządowym aparatem informacyjno-propagandowym, bez krygowania się na zbędną hipokryzję. Należy przekształcić je w jednostki budżetowe podległe bezpośrednio premierowi, zlikwidować KRRiT (tu konieczna będzie zmiana konstytucji) i finansować bezpośrednio z budżetu państwa – z ewentualnym uzupełnieniem daniną pobieraną od stacji prywatnych w postaci części przychodów z reklam, jako rekompensatą za wycofanie się państwowych nadawców z reklamowego „tortu”. Tak będzie zdrowiej i nade wszystko – uczciwiej.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Na podobny temat:

Zrobieni w abonament


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 25 (23-29.06.2017)

czwartek, 3 grudnia 2015

Media i władza – czas na zmiany

Potrzeba ustawowego embarga na reklamowanie się instytucji publicznych w prywatnych mediach.

Jedną z patologii polskiego rynku medialnego, którą podnoszono za rządów słusznie minionych, był problem ukrytego dotowania prywatnych gazet i telewizji przez różne instytucje publiczne. Chodziło np. o prenumeratę wybranych tytułów prasowych oraz ogłoszenia płatne i reklamy wykupywane przez ministerstwa, rządowe agendy, spółki Skarbu Państwa itd. Do legendy przeszła „kampania promocyjna” Lasów Państwowych, które uznały za stosowne zachwalać w „Gazecie Wyborczej” zalety świeżego powietrza, spacerów i wypoczynku na łonie natury. System ten (bo był to cały system funkcjonujący na zasadzie bata i marchewki, o czym szerzej za chwilę) skutkował dwoma podstawowymi wynaturzeniami. Po pierwsze, zaburzał przejrzystość gry rynkowej stawiając w uprzywilejowanej sytuacji jedne podmioty kosztem innych. Po drugie, wiązał wybrane media z aparatem władzy, czyniąc z nich, jako beneficjentów rządowych quasi-dotacji, nieformalne organy obozu rządzącego. Tym samym, kontrolna funkcja „czwartej władzy” stawała się w znacznej mierze fikcją.

Skalę tego procederu ukazywał nieco już zapomniany raport Parlamentarnego Zespołu ds. Obrony Wolności Słowa, opublikowany w 2014 r. Sądzę, że warto go odświeżyć i przypomnieć choćby podstawowe dane w nim zawarte, by unaocznić ogrom transferów finansowych na linii władza – media. I tak, w samym 2013 roku KPRM oraz ministerstwa prenumerowały dziennie 581 egz. „Rzeczpospolitej”, 524 egz. „Dziennika Gazety Prawnej” i 500 egz. „Gazety Wyborczej” (z braku miejsca podaję tylko pierwszą trójkę), co przekładało się na roczną sumę wydatków: „Rzeczpospolita” - 404 532, 44 zł, „Dziennik Gazeta Prawna” - 361 196, 63 zł, „Gazeta Wyborcza” - 227 434, 59 zł. Łącznie (wraz z pozostałymi tytułami) prenumerowano dzienniki na sumę 1 213 890,98 zł. Jeśli chodzi o tygodniki, to prenumerata rozkładała się następująco: „Polityka” - 375 egz., „Newsweek Polska” - 295 egz., „Wprost” - 254 egz. Rocznie wyniosło to w sumie: „Polityka” - 56 118,48 zł, „Wprost” - 42 335,40 zł, „Newsweek Polska” - 41 489,16 zł. Ogółem na prenumeratę wszystkich tygodników wydano w 2013 roku 212 619,70 zł.

A jak wyglądał rządowy „tort reklamowy”? W latach 2008-2013 wszystkie resorty na ogłoszenia i komunikaty w mediach ogólnopolskich wydały 149 522 485,33zł, co daje średnią 24 920 414,22 zł rocznie. Wśród dzienników największymi beneficjentami we wspomnianym okresie były: „Gazeta Wyborcza” - 6 877 955,49 zł, „Rzeczpospolita” - 4 377 411,62 zł, „Dziennik Gazeta Prawna” - 1 051 251,28 zł. Procentowo powyższe prezentuje się tak: „Gazeta Wyborcza” - 54 proc., „Rzeczpospolita” - 34 proc., „Dziennik Gazeta Prawna” - 8 proc. Przejdźmy do tygodników: „Polityka” - 603 092,80 zł, „Newsweek Polska” - 562 277,60 zł, „Wprost” - 106 033,40 zł. Procentowo: „Polityka” - 47 proc., „Newsweek Polska” - 44 proc., „Wprost” - 8 proc. Jeśli chodzi o stacje telewizyjne, „podział łupów” wyglądał następująco: TVP – 30 850 895,15 zł, TVN – 21 905 142,70 zł, Polsat – 9 952 573,91 zł. W procentach: TVP – 49 proc., TVN – 35 proc., Polsat – 16 proc.

Krótko mówiąc – grosz po który warto się schylić, a zwróćmy uwagę, że powyższe dane dotyczą jedynie KPRM i ministerstw. Nie trzeba chyba dodawać, że wartość pokazanych tu przepływów szła w parze z odpowiednią linią redakcyjną wymienionych mediów. Innymi słowy – mieliśmy do czynienia z systemową korupcją, gdzie marchewką było podłączenie do budżetowej kroplówki, kijem zaś – widmo odstawienia od hojnej piersi państwowego sponsora. Z tym patologicznym mechanizmem trzeba skończyć i nie ukrywam, że tego właśnie oczekuję od nowej władzy w ramach „dobrej zmiany”. Nie zamiany ról na zasadzie – od teraz odcinamy od finansowego tlenu „tamtych”, a dotujemy „naszych”, tylko ustawowego embarga na reklamowanie się instytucji publicznych w prywatnych mediach. Poza wszystkim innym - przy obecnych możliwościach komunikacyjnych wielostronicowe ogłoszenia o przetargach i temu podobne są zwyczajnie anachronizmem.

Dobrym początkiem jest zapowiedź przekształcenia Telewizji Polskiej i Polskiego Radia w instytucje kultury utrzymywane z powszechnej opłaty audiowizualnej, dotąd bowiem media zwane publicznymi miały dziwaczny status czegoś pomiędzy podmiotem państwowym a nadawcą komercyjnym, co przejawiało się chociażby w maksymie byłego szefa TVP Roberta Kwiatkowskiego - „tyle misji, ile abonamentu”. Pozwoli to przestawić media publiczne z głowy na nogi i uleczyć ich finansowanie. Kolejnym efektem będzie „uwolnienie” blisko miliarda złotych rocznie – tylko w 2014 roku TVP zarobiła na reklamie 902 mln zł, przy ogólnej wartości rynku telewizyjnego 3,8 mld. zł. Nie trzeba już będzie dotować TVN-u i Polsatu, dadzą sobie radę, zapewne część z owego „zwolnionego” miliarda trafi również do mediów papierowych oraz internetu. Prywatne media zerwą rozliczne pępowiny łączące je z władzą – każdą władzą – a rząd będzie miał „swoje” państwowe TVP i Polskie Radio. Na dłuższą metę, tak będzie zdrowiej – dla wszystkich.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2877-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 48 (27.11-03.12.2015)