Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poprawność polityczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poprawność polityczna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 września 2013

Jacy nauczyciele, takie będzie młodzieży chowanie

...czyli o „polonistce aspirującej” słów kilka.

I. Bezwład intelektualny

Proszę wybaczyć tę kulawą parafrazę w tytule, ale ta koślawość jakoś mi współbrzmi z artykułem pewnej emerytowanej nauczycielki języka polskiego, który podesłała mi Mama Katarzyna. Straciłem nad jego lekturą kilka chwil życia, w związku z czym czuję się cokolwiek starszy, osłabiony i muszę odreagować. Mama Katarzyna również musiała – polecam tekst na jej blogu. Ja jednak postaram się ugryźć temat od nieco innej strony niż zrobiła to Katarzyna, licząc na to, że wyjdzie nam ciekawy dwugłos.

Na wstępie dla porządku nadmienię, iż artykuł ten ukazał się we wrześniowym numerze miesięcznika „Polonistyka”, adresowanego „do nauczycieli polonistów szkół podstawowych, gimnazjów i liceów” i którego zadaniem jest „podnoszenie i doskonalenie stopnia umiejętności zawodowych nauczycieli poprzez aktualizację ich wiedzy oraz dydaktyki nauczania”. Jakby to ująć - mam nadzieję, że belfrowie tego periodyku nie czytają i że kolejne numery pokrywają się spokojnie kurzem w zaciszu polonistycznych biblioteczek. Dodam jeszcze, że celowo nie podaję tu personaliów autorki tekstu nad którym za chwilę będę się pastwił, bo nie chodzi mi o tę nieszczęsną niewiastę, jeno o przykład zapaści intelektualnej i, nazwijmy to, bezwładu mentalnego kadr nauczycielskich, spętanych swoistym szantażem salonowszczyzny sprowadzającym się do tego, że należy wyznawać określony, nieustannie aktualizowany przez właściwe instancje zestaw poglądów, by utrzymać przynależność do społecznej kasty inteligentów.

II. Sztampa formy i treści

Pierwsze, co uderza podczas lektury tekstu pod szumnym tytułem „Człowiek-naród-język ojczysty”, to skrajnie drewniany, „wypracowaniowy” styl. Spójrzmy: „Autor w sposób obrazowy pokazuje społeczne podłoże i różne etapy rozwoju języka ojczystego. Podkreśla fakt, że język jest odbiciem kształtowania się naszej kultury. Patrząc z dość odległej perspektywy historycznej, przypomina o zmaganiach polszczyzny z 'kościelną łaciną i niemieckim gwarem kupców i kramarzy'. Wymienia najważniejsze zabytki polskiego języka pisanego, czyli literackiego (...)” - i tak dalej. Ludzie, toż to odrabianie zadanej lekcji typu „analiza utworu poetyckiego” - w tym przypadku Mieczysława Jastruna. Coś takiego mogłaby napisać pilna, piątkowa uczennica liceum, która doskonale wie czego się od niej oczekuje i jak utrafić w gusta „pani profesor”. Albo autor jakiegoś bryka dla opornych. Oszczędzę Czytelnikom dalszych tego typu popisów prymusowskiej elokwencji, ale w ten sposób napisany jest cały tekst. Zero żywszego powiewu, zero błysku pióra i przede wszystkim – zero własnych przemyśleń.

No właśnie, skoro już przy przemyśleniach jesteśmy. Artykuł składa się w zasadzie z samych cytatów, bądź odniesień „własnymi słowami”, okraszonych komentarzami w rodzaju tego przytoczonego powyżej. Kogóż tu nie ma! Barbara Skarga, Wisława Szymborska, Roman Ingarden, Maurycy Mochnacki, Zygmunt Bauman, Leszek Kołakowski, wspomniany już Mieczysław Jastrun... i inni, i inni, i inni. A wszystkie te autorytety-podpórki składające się na kolaż cytatów i omówień (upchnięte w raptem czterostronicowym tekście!) mają jak się zdaje przyozdobić blaskomiotnym ornamentem rozważania o triadzie „człowiek-naród-język” z dość czytelnym zaleceniem w jakim duchu należy profilować umysły młodzieży podczas lekcyjnych nasiadówek.

Tam zaś, gdzie autorka pozwala sobie i nam na chwilę oddechu od złotych myśli kolejnych mędrców, epatuje nas retoryką rodem ze wstępniaka z „Wyborczej” - i to takiego, gdy Wroński, czy inny Stasiński ma akurat gorszy dzień: „(...) Głoszenie wyjątkowości własnego narodu wynika najczęściej z wybiórczego traktowania historycznej pamięci. Bywa ona wykorzystywana przez polityków do manipulowania opinią publiczną. Pochodną tej tendencji jest rosnąca liczebność i siła narodowców, mających przekonanie o swej moralnej wyższości, wynikającej – ich zdaniem – z faktu obrony tradycyjnych wartości przed kosmopolityzmem. Tym tłumaczą szowinistyczne ataki, antysemityzm, język rasistowski. Jest to zjawisko groźne i coraz bardziej niepokojące tym bardziej, że w szeregi nacjonalistów wstępuje głównie młode pokolenie, inspirowane przez wytrawnych graczy politycznych.

III. Polonistka aspirująca

W trakcie lektury i kilka chwil po, głowiłem się nad tym, dlaczego doświadczona nauczycielka jedzie wedle schematów szkolnej sztampy - wypracowania. I nagle olśniło mnie. Ona pisze wypracowanie! To wypracowanie ma zaświadczyć, że jest poukładana tak, jak się od niej wymaga. Że głowę ma umeblowaną należycie i że odrobiła lekcje - Szymborska, Jastrun, Kołakowski, Bauman... cytaty, cytaty, cytaty... No więc brawo, faktycznie odrobiła lekcje i do tego wykazała się umiejętnością doboru cytatów pod kątem zadanego tematu oraz znajomością literatury nadprogramowej. Bardzo dobrze Pipsztycka, zaliczone, siadaj, szóstka.

Słowem, mamy tu do czynienia z klasówką, którą autorka sama sobie zaordynowała, by potwierdzić zasadność swych aspiracji do Towarzystwa. Ten jakże powszechny wśród naszej postpeerelowskiej inteligencji kompleks wręcz wylewa się z każdej linijki. Charakterystyczne, że ową szkolną, drętwą mową-trawą do chińskiego ludu przemawia do innych nauczycieli - i oni zapewne trybią ten rytm przeżuwania cytatów, bo gdyby było inaczej, to chyba by pani „polonistki aspirującej” nie drukowano w poważnym, fachowym piśmie i nie polecano jej tekstu w charakterze belferskiej ściągawki.

Widzimy więc „polonistkę aspirującą”, uprawiającą takoż aspirującą polonistykę. Stąd ów dobór słuszniackich cytatów z jeszcze bardziej słuszniackich autorytetów, prowadzących do wtórnych, ale hiperpoprawnych „spostrzeżeń”, jak to przytoczone wyżej o groźnych, szowinistycznych narodowcach - choć i tak nieźle, że nie pojechała „faszystami”. To nie jest bowiem artykuł, który ma naświetlić jakiś problem - to deklaracja lojalności złożona przez prymusa. Dość nudna i męcząca, ale potwierdzająca należytą postawę polityczno-ideową. Toteż, w przeciwieństwie do Mamy Katarzyny nie dziwi i nie oburza mnie obecność Baumana. Bauman jest tu jak najbardziej na miejscu. Baumana „nosi się" w tym sezonie na salonach, zatem emerytowana nauczycielka z kompleksem aspirującej polonistki też go nosi. Modny w tym sezonie byłby Piekłasiewicz, to nosiłaby Piekłasiewicza w charakterze broszki do intelektu.

Zastanawiam się, ile początkujących nauczycielek przeszło przez jej ręce w trakcie praktyk szkolnych i na ile zaabsorbowały scharakteryzowaną powyżej mentalność oraz światopoglądowe horyzonty, bo nadmienić należy, iż artykuł ukazał się w dziale – uwaga - „Horyzonty polonistyki”. Jak teraz już wiemy, owe „horyzonty” biegną w dniu dzisiejszym z grubsza od Szymborskiej poprzez Kołakowskiego do Baumana. Słuszna perspektywa, właściwa i na czasie. Pierekowka dusz potrzebą dnia, by młodzież po obróbce edukacyjnej mogła ze spokojem i ufnością wybierać pogodną przyszłość sformatowaną w nieubłaganym duchu świetlistego postępu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

piątek, 23 lipca 2010

Grunwald w euro – poprawnym sosie.


Jak ciężko trzeba być potłuczonym na umyśle, by z Grunwaldu robić coś w rodzaju aktu założycielskiego Unii Europejskiej!

I. W oparach euro – bełkotu.

Jeżeli ktoś potrzebuje dowodów na intelektualne wyjałowienie powodowane polityczną euro – poprawnością, to oficjałka z okazji obchodów 600 – lecia bitwy grunwaldzkiej dostarczyła ich wręcz w nadmiarze. Takiego zalewu, z przeproszeniem, rzewnych pierdół, dawno nie słyszałem. Zresztą, oddajmy głos uczestnikom „Apelu prezydenckiego”.

Bronisław Komorowski:

„- Pamiętamy o wspólnej przeszłości, także o trudnych momentach w historii naszych narodów, ale też myślimy o teraźniejszości w ramach Unii Europejskiej i snujemy wspólne plany na przyszłość.”


Prezydent Litwy, pani Daria Grybauskaite wspomniała wprawdzie o potrzebie jedności regionu:

„- Zwycięstwo to przypomina nam, jak wiele można osiągnąć, gdy jesteśmy razem, nie tylko Polacy i Litwini, mam na myśli wszystkich, którzy przed sześciuset laty pomogli nam na drodze do zwycięstwa.”

Ale zaraz „euro - poprawnie” dodała:

„- Chciałabym, żeby te obchody inspirowały nas wszystkich, obyśmy dążyli do szczytnych celów ważnych dla naszych państw, naszych narodów i dla całej Europy.”

Dla Wielkiego Mistrza, biskupa Brunona Plattera, Grunwald jest z kolei przykładem

„pozytywnego rozliczenia wspólnej przeszłości, pokonania antagonizmów i symbolem woli pojednania, pokoju i porozumienia między narodami”.


Zupełnie odjechał Jerzy Buzek:

„- To było zwycięstwo ludów tej części Europy; możemy być dumni, że to pod Grunwaldem rozpoczęła się wielka epoka europejskiego humanizmu” (!!!-GG)


II. Pożegnanie z polityką historyczną.


Tak oto uczestnicy obchodów pogrążyli się w słodkich odmętach euro – skretynienia. Doprawdy, zastanawiam się jak ciężko trzeba być potłuczonym na umyśle, by z Grunwaldu robić niemal coś w rodzaju aktu założycielskiego, czy kamienia węgielnego Unii Europejskiej!

Zostawmy na boku słowa Wielkiego Mistrza, dla którego wspomnienie przyczyn konfliktu mogło być niezręczne. Ale to co wygadywali Buzek z Komorowskim... Przecież, jeżeli mamy już szukać w grunwaldzkiej wiktorii jakiegoś nawiązania do współczesności, czy nauk do wyciągnięcia, to narzucają się dwie podstawowe kwestie:

1) Tylko współdziałanie państw w ramach naszego regionu jest gwarantem sukcesu, realizacji politycznych celów i zyskania prestiżu na arenie międzynarodowej.

2) Brak konsekwencji, chwiejność i załatwianie spraw „na pół gwizdka” może mieć tragiczne następstwa w przyszłości. W naszej historii mieliśmy Zakon Krzyżacki kilkukrotnie „na widelcu” i nigdy nie załatwiliśmy tematu do końca. Ta niekonsekwencja okrutnie się na nas zemściła.

Sześćsetlecie bitwy pod Grunwaldem było idealną okazją, na miarę 1 Września, do przypomnienia się światu w ramach polityki historycznej uprawianej wszak przez wszystkich dookoła. Wszystkich, tylko nie nas. Zamiast tego, urządzono głupkowaty spektakl pod hasłem - „po co wracać do dawnych waśni i mówić o sprzecznych interesach, lepiej pokażmy jak teraz cudownie się kochamy”. Od czasu do czasu nie jest to złe. Obawiam się jednak, że jest to cała treść polityki zagranicznej obecnego rządu i nowo wybranego prezydenta - nie tylko od święta.

Ale, czego oczekiwać od elit, które politykę wschodnią zmierzającą do konsolidacji regionu wokół wspólnych celów traktują jako nieodpowiedzialne awanturnictwo, politykę historyczną jako niebezpieczną bogoojczyźnianą farsę mogącą poróżnić nas z możnymi patronami, zaś ideę „polityki jagiellońskiej” wyrugowały z debaty publicznej jako szkodliwą fantasmagorię? Mająca ją zastąpić „polityka piastowska” to wydmuszka – puste, pijarowskie hasełko przykrywające bierność, tudzież wyrzeczenie się jakichkolwiek aspiracji poza byciem lubianym i „postpolitycznie” poklepywanym po ramieniu.

Tak więc – kochajmy się. I ciszej nad trumną polityki historycznej – lepiej nie budzić demonów polskiego patriotyzmu...

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl