Pokazywanie postów oznaczonych etykietą COP24. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą COP24. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 stycznia 2019

Niemcy całe na biało

To Niemcy, a nie Polska są największymi emitentami CO2 w Europie – zarówno generalnie, jak i w przeliczeniu na jednego mieszkańca.

Szczyt COP24 w Katowicach zakończył się tzw. urzędowym sukcesem – czyli, mówiąc po ludzku, spełzł na niczym. Wysokie strony zgodziły się co do tego, że w kwestii globalnego ocieplenia należy „walczyć”, „dążyć”, „przeciwdziałać” i „wyznaczać cele”, co w przełożeniu z polskiego na nasze oznacza że żadnego zbicia wzrostu temperatury do 2°, ani tym bardziej do 1,5°C do 2030 r. nie będzie. Od razu dodam na pocieszenie, że nie będzie również żadnego globalnego kataklizmu. Po prostu, zgodnie z zasygnalizowaną tu wcześniej zasadą „ruchomego horyzontu apokalipsy”, w miarę zbliżania się do granicznej daty będą produkowane kolejne kasandryczne wizje, bowiem biznes spod znaku „Global Warming Industry” musi się kręcić. Dotyczy to nie tylko posad zawodowych aktywistów i naukowców przedstawiających kolejne komputerowe scenariusze zagłady w zamian za sute granty i dotacje, lecz również (a może przede wszystkim) eko-biznesu, którego racją istnienia jest sztuczne nakręcanie popytu na tzw. zielone technologie. Technologie te, jak wiadomo, mają to do siebie, że są koszmarnie drogie i w normalnych rynkowych realiach nie miałyby racji bytu, ponadto sama ich ekologiczność stoi pod znakiem zapytania, co tydzień temu zilustrowaliśmy sobie na przykładach baterii litowo-jonowych używanych w pojazdach elektrycznych oraz biopaliw. Cały nacisk położony jest zatem z jednej strony na dotowanie „zielonej” energii, tak by z pozoru wydawała się tańsza, z drugiej zaś – na sztuczne zawyżanie kosztów pozyskiwania energii ze źródeł tradycyjnych, chociażby poprzez narzucanie limitów emisji CO2. Powyższemu zaś towarzyszy przerzucanie „brudnych” etapów cyklu produkcyjnego z krajów rozwiniętych do państw trzeciego świata – bo czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.

I tu dochodzimy do histerii na punkcie „dekarbonizacji”, towarzyszącej tegorocznemu szczytowi klimatycznemu. Jak wiadomo, główną ofiarą szalejącej „karbonofobii” padła Polska i nasz węgiel. Dla odmiany – za wzór stawiano europejskiego lidera „walki z klimatem”, czyli Niemcy, które na COP24 przyjechały całe na biało, bo właśnie zamykają swoją ostatnią kopalnię węgla kamiennego. Cóż, Niemcy swoje wydobycie dotowały co najmniej od lat 70-tych XX w., co miało racjonalne uzasadnienie. Najpierw, w latach powojennych, wydobycie węgla było jednym z kół zamachowych odbudowy niemieckiej gospodarki, później zaś, w warunkach wciąż trwającej zimnej wojny, utrzymywanie wydobycia strategicznego surowca było niezbędne ze względów bezpieczeństwa, nawet jeśli trzeba było do niego dopłacać. Sytuacja zmieniła się dopiero gdy przestała grozić zbrojna konfrontacja - i Niemcy zaczęły swoje wydobycie stopniowo wygaszać. Łącznie do tej pory wpakowały w dotowanie górnictwa węgla kamiennego równowartość ok. 300 mld. euro, z czego w ostatnich 20 latach – 40 mld. euro. Teraz dla odmiany dotują wiatraki i inne zielone technologie – i dlatego tak zależy im na ich eksporcie, by nakłady wreszcie zaczęły się zwracać, zaś jednym z głównych odbiorców ma być Polska, ale to osobna historia.

Problem w tym, że równolegle Niemcy przystąpiły do likwidacji swojej energetyki jądrowej, a to sprawia, że elektrownie węglowe jeszcze co najmniej przez 20 lat pozostaną jednym z głównych dostarczycieli energii. Obecnie odpowiadają one za ok. 1/3 miksu energetycznego, w efekcie czego Niemcy są gigantycznym importerem węgla kamiennego. Rocznie sprowadzają grubo ponad 50 mln. ton surowca, głównie z Rosji i krajów byłego ZSRR – ale też z USA, Australii, RPA... Ponadto, wbrew pozorom, Niemcy bynajmniej nie wycofały się całkiem z wydobycia – przeniosły je po prostu w inne rejony świata. Koncern HMS Bergbau AG posiada 7 kopalń w Indonezji i 3 w RPA, a od jakiegoś czasu do swojego portfela zamierza dodać kopalnię w Polsce – w Orzeszu, gdzie ma wydobywać ok. 3 mln. ton rocznie. Mamy zatem kolejną odsłonę „zielonej hipokryzji”. To trochę tak, jakbyśmy ku uciesze ekologów mieli pozamykać nasze kopalnie – lecz tylko po to, by zainwestować w wydobycie np. na Ukrainie.

Ale to dalece nie koniec. Niemcy są bowiem największym światowym potentatem w wydobyciu węgla brunatnego. Tylko w 2016 r. wydobyły 164 mln. ton tego surowca, a w 2017 – 171 mln. ton – i nie tylko nie zamierzają przestać, lecz wciąż rozbudowują ten sektor i tworzą nowe elektrownie. Ostatnio ofiarą tej ekspansji padł prastary las Hambach, który poszedł pod siekiery na potrzeby odkrywkowej kopalni węgla brunatnego i elektrowni w Neurath należącej do koncernu RWE. Proszę to sobie porównać z histerią na punkcie naszego Bełchatowa czy wycinki Puszczy Białowieskiej. Dodajmy, że to Niemcy, a nie Polska są największymi emitentami CO2 w Europie – zarówno generalnie, jak i w przeliczeniu na jednego mieszkańca.

Niemcy zachowują się racjonalnie – OZE bywają kapryśne, a co węgiel, to węgiel. Podobnie jak racjonalne dla nich jest wykoszenie polskiej konkurencji i uczynienie nas swoim klientem. I o to w tej całej nagonce chodzi, a nie o żadne „zmiany klimatyczne”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ekologizm jako narzędzie globalnej oligarchii pieniądza

Wrobieni w CO2

COP24, czyli eko-trolling

Global Warming Industry

Szczyt hipokryzji


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 50-51-01 (21.12.2018-10.01.2019)

Pod-Grzybki 144

Ekologiści w popłochu! Na katowickim szczycie klimatycznym COP24 gości przywitała... górnicza orkiestra dęta. Trzeba przyznać, że organizatorom udał się ten trolling wyśmienicie. Szkoda tylko, że nie zaśpiewała jeszcze Roksana Węgiel...


*

Trollingu ciąg dalszy. Kolejnych spazmów eko-aktywiści dostali na widok polskiej wystawy, gdzie mogli obejrzeć m.in. czarne mydło wyprodukowane z węgla. I tu ich akurat rozumiem. Pewnie pomyśleli, że polscy naziści robią mydło z Murzynów.


*

Swetru założył nową partię (wkrótce przebije Korwina) - niestety, sam nie pamięta jaką („Teraz”? „Zaraz”? „Potem”? „Mañana ”? - jak to leciało?). Na moje oko, wymaga pilnego leczenia i to u bardzo specyficznego specjalisty. Takiego od nazw(isk). Zilustruję to przykładem. Otóż różnica między lekarzem „zwykłym”, a lekarzem-psychiatrą jest taka, że „zwykły” lekarz podchodzi do łóżka pacjenta i dziarsko zagaduje: „no, jak tam się dzisiaj czujemy?” - natomiast lekarz-psychiatra podchodzi do podopiecznego i łagodnym tonem zadaje pytanie: „jak się dzisiaj NAZYWAMY?”. Odpowiedź do którego z tej dwójki powinien udać się Swetru, pozostawiam domyślności Czytelników.


*

A w tak zwanym międzyczasie Schetyna pożarł Nowoczesną. Takie prawo natury - większy pożera mniejszego, a wszak Schetyna to prawdziwy aligator. Wystarczy na niego spojrzeć, zwłaszcza gdy się uśmiecha - strach podejść, bo rękę odgryzie. Tak właśnie polują krokodyle: czyhają długi czas w bezruchu na ofiarę, po czym następuje nagły i morderczy atak. Podobnie Schetyna - poczekał cierpliwie, aż Nowoczesna podejdzie do niego na krytyczną odległość i zaatakował. Efekty widzimy: jatka, po prostu jatka... czyli taka „Kolacja Obywatelska”.


*

Wiadomości kulturalne. „Upadła Madonna z wielkim cycem” van Klompa – pamiętny obraz namalowany na potrzeby sitcomu „Allo, Allo” - poszedł właśnie na aukcji za 15 tys. funtów. No to teraz już ostatecznie wyjaśniło się, na co potrzebne było te 20 tys. zł wręczone polskim psycho-fanom serialu spod Wodzisławia przez „anonimowego darczyńcę”. Chcieli licytować obraz! Niestety, nie starczyło (chlip, chlip) – funt w tej chwili to ok. 4,7 zł. Ależ sknery w tym tefałenie – nie mogliście sypnąć trochę więcej?


*

Tymczasem we Francji zbuntowały się „żółte kamizelki” - zaczęło się od cen paliwa, a tak naprawdę poszło o całokształt rządów Macrona. „Kamizelkom” warto kibicować, nie sposób jednak nie zadać pytania: co wy w tym Makaronie widzieliście, że pobiegliście na niego głosować? Przecież na pierwszy rzut oka było widać, że ten fircykowaty wypierdek to banksterska marionetka. Co was tak w nim ujęło? Że taki ładny i ma fajną babcię?


*

Generalnie, Francuzi zachowują się niczym zawiedziona kochanka, którą padła ofiarą oszusta matrymonialnego. Wybranek trochę ją oszukał, trochę zdradził, nieco sponiewierał – i porzucił z dzieckiem. Teraz zostały im już tylko bezsilne złorzeczenia, więc łażą i pomstują: ty szujo! ty bydlaku! ty świnio!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 24-01 (19.12.2018-15.01.2019)

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Global Warming Industry

Walka z emisją CO2 sprowadza się do eksportu najbrudniejszych etapów produkcji na drugi koniec świata, by potem chwalić się „czystą” i „niskoemisyjną” gospodarką.

Trwające we Francji protesty „żółtych kamizelek” wyjątkowo dobrze „rymują się” z tegorocznym szczytem klimatycznym COP24 w Katowicach. Oba wydarzenia bowiem doskonale obrazują skalę hipokryzji wokół kwestii globalnego ocieplenia i wyrosłe na tejże różnorakie biznesy składające się na „Global Warming Industry” - że sparafrazuję tytuł znanej książki Normana Finkelsteina. Zacznijmy od Francji. Otóż w ubiegłym roku tamtejszy rząd ogłosił, że do 2040 r. wprowadzony zostanie całkowity zakaz sprzedaży samochodów spalinowych – cała Francja ma się przesiąść na pojazdy elektryczne i hybrydy. Częścią tej strategii są podwyżki podatku TICPE – czyli akcyzy od produktów energetycznych, głównie pochodnych ropy (od 2014 również węgla) - w tym ta ostatnia, która wywołała masowe protesty. Sęk w tym, że od lat 50. minionego wieku francuski rząd wspierał „diesle” (w tym Emmanuel Macron, jako minister za prezydentury Hollande'a), wskutek czego przytłaczająca większość samochodów we Francji jeździ dziś na oleju napędowym.

Oczywiście, odejście od ropy tłumaczone jest potrzebą redukcji CO2 i smogu, a że ceny hybryd i elektryków są dla większości konsumentów zaporowe, więc postanowiono zastosować metodę kija i marchewki – uderzenie po kieszeni wzrostem cen paliwa połączone z oferowaniem dopłat do „ekologicznych” samochodów. Tyle, że mimo dopłat, obywateli na zakup „elektryka” tak czy inaczej nie stać (często nie stać ich na nowego „ropniaka”, więc o czym tu mowa), a podwyżki na stacjach codziennie czyszczą im portfele. Tajemnicą poliszynela jest, że koncerny motoryzacyjne, które zainwestowały w nowe technologie, nigdy nie odbiją sobie kosztów, jeżeli ludzi nie zmusi się do kupna ich produktów – stąd histeria wokół „emisji” i nacisk na rządowe dopłaty (pouczający jest tu przykład Elona Muska, który dostał ataku wściekłości, gdy duński rząd zrezygnował z dotowania zakupu aut elektrycznych, a sprzedaż poleciała na łeb) przy jednoczesnym milczeniu na temat strat środowiskowych związanych chociażby z produkcją baterii litowo-jonowych. Wg raportu Szwedzkiego Instytutu Środowiska każda kilowatogodzina pojemności takiego akumulatora „kosztuje” w procesie produkcyjnym od 150 do 200 kg wyemitowanego CO2 – do czego należy doliczyć jak najbardziej „kopalniane” pozyskiwanie litu z solnisk (plus wydobycie kobaltu i niklu) i całą resztę cyklu produkcyjnego. Przypomina to jako żywo słynną sprawę wymiany żarówek tradycyjnych na „energooszczędne” (za to wielokrotnie droższe) pod wpływem lobbyingu producentów. Pytanie za milion – ile energii dzięki temu „zaoszczędzono”?

Inny przykład, to biopaliwa, które również są jednym z powodów francuskich protestów. W teorii biokomponenty miały ograniczyć wydobycie paliw kopalnych, przyczyniając się do ochrony środowiska. W praktyce natomiast pod uprawy roślin oleistych, głównie palm olejowych, likwiduje się całe połacie lasów tropikalnych, nieodwracalnie dewastując naturalne środowisko. Taki los spotyka w tej chwili ogromne obszary Indonezji i Malezji, gdzie grunty pod nowe plantacje pozyskuje się metodą masowego wypalania lasów – i w przeciwieństwie do teorii antropogenicznych przyczyn globalnego ocieplenia, jest to widoczne gołym okiem. Plantacje palm olejowych to 27 mln ha, a ich areał wciąż jest powiększany, zaś rabunkowa gospodarka skutkuje m.in. zaburzeniem gospodarki wodnej oraz zatruciem wód i gleb (niekontrolowane używanie środków chemicznych, w tym pestycydów) o wymieraniu zagrożonych gatunków nie wspominając.

Jednak francuski parlament, m.in. pod naciskiem koncernu Total, przygotowuje ustawę zezwalającą na import tego świństwa. Czyli z jednej strony „walczymy z ociepleniem” i uderzamy podwyżkami akcyzy w najmniej zamożnych, by nie smrodzili dieslami, z drugiej zaś - „sponsorujemy” import surowca przyczyniającego się do zniszczeń i emisji CO2 w innej części świata. Dodać należy, że bezpośrednio godzi to we francuskich farmerów uprawiających rzepak – inny biokomponent paliw – którego Francja jest obecnie największym producentem w Europie, dlatego w protestach „żółtych kamizelek” masowo biorą udział również rolnicy. Jak rozumiem, dla Totala francuski olej rzepakowy był zbyt drogi, więc użył swoich wpływów, by rządzący poszli mu na rękę. I teraz kolejna zagadka – czy paliwo z olejem rzepakowym byłoby droższe czy niekoniecznie, gdyby nie podwyższać „ekologicznej” akcyzy?

I tak jest niemal ze wszystkim, jeśli tylko nieco się poskrobie - „walka z emisją CO2” (abstrahując już od jej generalnej sensowności) sprowadza się do robienia świętoszkowatych min i eksportu najbrudniejszych etapów produkcji na drugi koniec świata, by potem chwalić się „czystą” i „niskoemisyjną” gospodarką. Kosztów tej ekologicznej ciuciubabki nie ponoszą jednak najwięksi truciciele, czyli globalne koncerny – one mają swoich polityków i swoje raje podatkowe. Ponoszą je zwykli ludzie – zarówno ci w Indonezji, jak i w Europie.

Z nagonką na polski węgiel jest podobnie – ale o tym już za tydzień.

CDN.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

COP24, czyli eko-trolling

Wrobieni w CO2

Zielony szwindel nie przeszedł w Hamburgu

Szczyt hipokryzji


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 49 (14-20.12.2018)

wtorek, 11 grudnia 2018

COP24, czyli eko-trolling

Klimat jak dawniej będzie się zmieniał w rytmie cykli Milankovicia, procesów geologicznych i wielu innych, kompletnie niezależnych od człowieka czynników.

W Katowicach trwa ONZ-owski szczyt klimatyczny COP24 na który zjechała się część przywódców państw (raczej tych z drugiego szeregu) oraz cała armia urzędników i pieczeniarzy z przeróżnych NGO-sów, którzy z „walki z klimatem” uczynili sobie całkiem wygodny sposób na życie, konsumując w spokoju ducha kolejne granty wypłacane hojną ręką przez rządy, organizacje międzynarodowe tudzież zainteresowany globalny biznes. Ach, no i na dokładkę kilku celebrytów, którzy uwierzyli, że medialna sława daje im patent na zbawianie świata. Cała ta eko-hałastra (łącznie ok. 20 tys. osób ze 190 krajów), po wyemitowaniu do atmosfery kłębów spalin ze swych samolotów i limuzyn, zwaliła się do stolicy Górnego Śląska i z miejsca zajęła się tym, co najlepiej jej wychodzi – sianiem histerii i moralnej paniki w połączeniu ze spazmami świętego oburzenia.

Najpierw zawodowych ekologistów (przypominam – ekologia to nauka, „ekologizm” to ideologia) poraziła otwierająca imprezę orkiestra górnicza (o rety!). Dalej było już tylko weselej: w polskim pawilonie zaprezentowano ekspozycję z przeróżnymi instalacjami oraz produktami wytwarzanymi z węgla – oprócz czarnych brył naszego surowca, zwiedzający mogli obejrzeć także węglową biżuterię oraz wyprodukowane z węgla kosmetyki – np. żel pod prysznic czy mydło. Odnotowano liczne przypadki szoku i pomieszania zmysłów: „węgiel, wszędzie węgiel”, „zabierzcie nas stąd” - jęczeli straumatyzowani aktywiści, gdy słaniając się na nogach opuszczali wystawę. Perfidia organizatorów jednak nie znała granic – kiedy po koszmarnych przeżyciach wstrząśnięci ekologiści zapragnęli zregenerować siły w stołówce, czekała na nich kolejna zasadzka: pierogi. Konkretnie – pierogi z MIĘSEM. „Oferowane menu wydaje się całkowicie ignorować klimat” - stwierdzili, wytykając drżącymi ze zgrozy palcami takie dania, jak rolada śląska (wołowina + boczek + kapusta), wspomniane pierogi, dziczyzna i produkty nabiałowe. „Obładowane mięsem menu jest obrazą dla pracy konferencji” - dodała Stephanie Feldstein z Centr for Biological Diversity. Na koniec, kiedy okazało się, że posiłki serwowane są na jednorazowych, plastikowych tackach, ekoaktywiści gremialnie padli na ziemię w konwulsjach.

No dobrze, nieco przejaskrawiłem (ale doprawdy, niewiele), chodzi mi jednak o to, aby oddać ogólny, nomen omen, klimat towarzyszący katowickiemu wydarzeniu. A jest to, proszę Państwa, obłęd w czystej postaci. Nie wystarczy już walka z węglem - ludzkość należy, najlepiej odgórnie, odzwyczaić od jedzenia mięsa, albowiem, jak zostaliśmy przy okazji szczytu pouczeni, odpowiednia agenda ONZ ustaliła, iż hodowla bydła odpowiada ponoć za 14,5 proc. globalnej emisji gazów cieplarnianych, z czego 1/4 pochodzi z hm... zwierzęcej przemiany materii. Swoją drogą, jak oni to wyliczyli? Wsadzali krowom pod ogony mierniki metanu? Mięso należy zastępować więc substytutami w rodzaju roślin strączkowych – jednak ilości cieplarnianego metanu emitowanego przez nażartą soją, grochem i fasolą ludzkość chyba jeszcze nie oszacowano. Przewiduję zatem granty i dotacje na dalsze, jakże perspektywiczne, badania.

Najgroźniejsza jest jednak galopująca „karbonofobia”, jak pozwolę sobie określić ogólnoświatową kampanię antywęglową. Oto Polska rzekomo musi do 2030 r. całkowicie zrezygnować ze spalania węgla, inaczej czeka nas katastrofa. Tyle tylko, że przepowiednie wojujących ekologistów charakteryzuje permanentny „ruchomy horyzont apokalipsy”. Po prostu, gdy w przepowiadanym terminie kataklizm nie nadchodzi, to produkuje się nową alarmistyczną wizję, że wprawdzie teraz to może nie, ale już za kolejnych 15 lat z ab-so-lut-ną pewnością czeka nas nieuchronna zagłada – i tak dalej. Problem w tym, że zmłotkowane lobbyingiem „zielonego” biznesu i chodzących na jego pasku ekomaniaków rządy oraz organizacje międzynarodowe podejmują katastrofalne i rujnujące obywateli decyzje, czego stosunkowo świeżym przykładem jest unijny „pakiet klimatyczny”, powodujący skokowy wzrost cen energii elektrycznej. Z góry trzeba zaznaczyć, że łagodzenie jego skutków dopłatami do prądu dla gospodarstw domowych nic nie da, bo przyszłoroczny wzrost cen o 50-70 proc. dla przedsiębiorstw i tak powróci rykoszetem w postaci wyższych kosztów towarów i usług. A klimat jak dawniej będzie się zmieniał po swojemu, w rytmie cykli Milankovicia, procesów geologicznych i wielu innych, kompletnie niezależnych od człowieka czynników. Tak nawiasem, jeszcze w 2008 r. podnoszono alarm, że zbliża się „globalne ochłodzenie”, za sprawą wyjątkowo chłodnego 2007 roku.

Dlatego dobrze się stało, że zarówno prezydent Duda, jak i premier Morawiecki nie poddali się klimatycznej histerii, tylko spokojnie tłumaczyli, dlaczego Polska nie odejdzie od węglowej energetyki, będzie zaś inwestowała np. w zalesianie. Natomiast przyznana im przez eko-trolli anty-nagroda „Skamielina Dnia” jest jedynie świadectwem, że przynajmniej Polska w tym całym klimatycznym małpim cyrku zachowała elementarny zdrowy rozsądek.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wrobieni w CO2

Zielony szwindel nie przeszedł w Hamburgu

Szczyt hipokryzji


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 48 (7-13.12.2018)