Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ewa Stankiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ewa Stankiewicz. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 grudnia 2014

Frondelkowa Hiena Roku

Fronda ośmiesza jak najbardziej realną kwestię obecności agentury w polskim życiu publicznym.

W pełni popieram postulat ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, by „portal poświęcony” Fronda.pl nominować do anty-nagrody „Hiena Roku” przyznawanej przez SDP. Tekst „V kolumna Putina zajmuje PKW. Gdzie jest państwo Polskie?” sugerujący, że za protestem i okupacją Państwowej Komisji Wyborczej stoi ruska agentura, jest wyjątkowo łajdacką manipulacją. Toporna, pełna łgarstw propaganda, którą od jakiegoś czasu raczy czytelników Fronda.pl sporządzona wedle klucza: „kto ma inne zdanie niż jedynie słuszna siła opozycyjna, ten ruski agent” uwidoczniła się w tym krótkim paszkwilu z całą obrzydliwością.

Czego dowiaduje się odbiorca inkryminowanego artykułu? Ano tego, że protest został zorganizowany przez Ruch Narodowy i KNP oraz Grzegorza Brauna - „organizacje jawnie prorosyjskie”. Pan Grzegorz, jeśli to-to czytał, musiał mieć nielichy ubaw, że awansował do rangi „organizacji”. Tymczasem, o ile Kongres Nowej Prawicy, a szczególnie Janusz Korwin-Mikke faktycznie prezentuje opcję rusofilską i proputinowską, o tyle w RN mogą co najwyżej ryć pojedyncze ruskie krety, dość skutecznie zresztą neutralizowane przez ogół członków tej formacji. Każdy kto miał w ręku związany z młodymi narodowcami tygodnik „Polska Niepodległa” może potwierdzić, że nie uświadczy się tam choćby cienia rosyjskiej propagandy. No chyba, że krytyka PiS sama w sobie wystarczy by dorobić się łatki „agenta”. A już kompletną aberracją jest określenie Grzegorza Brauna mianem „oddelegowanego do 'radykalnych' katolików, wielbiciela Putina”. Przypomnę – tego samego Brauna, który jest autorem demaskatorskich filmów o „towarzyszu generale” Jaruzelskim, oraz cyklu „Transformacja. Od Lenina do Putina”. Braun wcześniej już naraził się Frondzie sceptycznym stosunkiem do przewrotu na Ukrainie i sprzeciwem wobec mieszania Polski do wschodniego konfliktu. To jak sądzę wystarczyło, by wrzucić go do worka z „ruskimi agentami”. Nie ma mowy, że ktoś może mieć po prostu inne zdanie. Obowiązywać ma jednomyślność, a kto się wyłamuje, ten jest „wielbicielem Putina” - ot, standardy debaty według „portalu poświęconego”.

Na tym jednak Frondowe manipulacje się nie kończą. Ani słowem nie wspomina ona o tym, że pikieta przed PKW współorganizowana była również przez Solidarnych 2010 wraz z Ewą Stankiewicz. Nie pasowało do obrazka? Ewa Stankiewicz i Solidarni w charakterze putinowców już by nie przeszli? Więc pominiemy ich udział w demonstracji. Jedźmy dalej. Portal nie wspomniał również, że okupacja PKW nie była w ogóle przez organizatorów planowana, zaś liderzy zgromadzenia nawoływali, by uczestnicy zachowali spokój i nie dawali pretekstu do interwencji policji. Do zajęcia sali konferencyjnej PKW doszło właściwie przypadkiem – Grzegorz Braun, Ewa Stankiewicz i jeszcze kilka osób weszło do budynku w celu odbycia rozmów z członkami PKW. Dopiero na miejscu okazało się nagle... że nikt nie chce rozmawiać – i stąd wynikła samorzutna okupacja. O tym również na „portalu poświęconym” ani słowa.

Artykulik został zilustrowany zdjęciem Roberta Winnickiego, Grzegorz Brauna i Przemysława Wiplera – to również jest manipulacja. Działacze RN - Bosak i Winnicki – dostali się do siedziby PKW znacznie później, udzielili kilka wywiadów mediom i po ok. dwóch godzinach wyszli. To miała być niby ta ruska prowokacja? Tymczasem zdjęcie wraz z tekstem sugeruje czytelnikowi, że to właśnie oni byli inicjatorami wejścia do PKW. Korwin natomiast dość szybko opuścił demonstrację, by po chwili pojawić się w Polsacie News, gdzie stanowczo, z pozycji legalistycznych krytykował okupujących. To w końcu jak – była ruskim agentom ta okupacja na rękę, czy nie? Cała narracja „Frondy” pruje się w tym miejscu jak dziadowskie gacie.

Tekścik na Frondzie liczy raptem niespełna 12 linijek, z czego trzy zajęło przypomnienie wcześniejszych publikacji – równie zresztą „uczciwych”, co omawiana tutaj. Proszę zwrócić uwagę o ile więcej miejsca zajęło odkłamanie wszystkich bredni, jakie udało się „frondelkowi” w tych 12 linijkach skondensować. Nadmienię, że do „ukąszonych przez Putina” prócz Brauna zostali już wcześniej zaliczeni nie tylko narodowcy en bloc, lecz również Michalkiewicz, Max-Kolonko, Ziemkiewicz... To dopiero jest paranoja – w ten oto sposób Fronda ośmiesza jak najbardziej realną kwestię obecności agentury w polskim życiu publicznym. Przy okazji – zgodnie z najlepszymi wzorcami komunistycznej propagandy artykuł nie jest podpisany. Jako autor widnieje po prostu „Fronda.pl”. Skądinąd wiadomo, że autorem bądź współautorem najbardziej jadowitych tekstów na tym portalu jest właściciel Tadeusz Grzesik. Czyżby czuł, że tym razem w swym zacietrzewieniu wypłynął na ocean absurdu?

Kończąc, pozostaje stwierdzić, że nawet „Wyborcza” kłamie inteligentniej. Dlaczego „Fronda” postanowiła stać się bardziej prostacką kopią „GW”? I dlaczego łże aż tak głupio? No i wreszcie – oni tak sami z siebie, czy wypełniają czyjeś dyspozycje?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 ( 28.11-04.12.2014)

niedziela, 27 maja 2012

Czy Tusk boi się Niesiołowskiego?

Im bliżej Niesioła, tym Tusk mniej skory staje się do połajanek. Pytanie, dlaczego?

I. Im bliżej Niesioła...

Tyle było tekstów w reżimowych mediodajniach analizujących psychikę Kaczyńskiego czy Macierewicza, że tym razem to ja sobie popsychologizuję. Popsychologizuję mianowicie o Donaldzie Tusku i meandrach jego relacji ze Stefanem „won” Niesiołowskim. Skoro oni mogą bredzić o strasznych oczach Macierewicza i fobiach Kaczyńskiego, nieodmiennie dochodząc do wniosku, że obaj, jeden w drugiego, to psychopaci, to chyba i ja mogę. Bo przecież mogę, prawda?

Wg mnie, wielce charakterystyczna dla tychże relacji jest postawa Donalda Tuska wobec napaści Szalonego Stefana na Ewę Stankiewicz. Początkowo - na odległość, za pośrednictwem mediów - zalecał Niesiołowi, by ten panią Stankiewicz przeprosił. Dopytany przez dziennikarzy uzupełnił, iż nie przeprowadził ze swym partyjnym podwładnym żadnej rozmowy, gdyż nie jest od „rozmów wychowawczych”, czy jakoś tak. To pierwszy istotny sygnał.

Na Zjeździe Krajowym PO, w obecności Niesioła, Tusk śpiewał już inaczej: mówił o Niesiołowskim jako o „naszym bohaterze”, który „potrafił prezentować odwagę, twardość charakteru i niezłomność wtedy, (...) kiedy to naprawdę kosztowało bardzo wiele”. Przez salę zostało to odebrane jednoznacznie jako poparcie zachowania „Szalonego Kapelusznika” polskiej polityki, jak określa tę postać Piotr Zaremba. Mało tego: Tusk, przypomnijmy – przewodniczący Platformy i premier rządu RP – po uczniacku tłumaczył się ze swojego apelu, wyjaśniając, iż miał jedynie na myśli, że „zdolność wybaczania, to znaczy nieodpowiadanie agresją na agresję, trzymanie nerwów na wodzy, to jest m.in. źródło siły PO”. Groteskowe i żałosne.

Obrazu absurdu dopełniło „wsłuchanie się” premiera w „głos elektoratu”, polegające na przytoczeniu przezeń „listu” „kobiety głosującej na Platformę”, która napisała, iż „Dzień w którym zażądałeś od legendy polskiej opozycji profesora Stefana Niesiołowskiego przeproszenia znieważającej go i łamiącej prawo pisowskiej propagandystki, autorki socrealistycznych pisowskich produkcyjniaków - może być dniem, w którym Twoi wyborcy odwrócą się od Ciebie Donaldzie.” Jak się szybko okazało, ową „wyborczynią” jest Renata Rudecka-Kalinowska, działaczka PO i znana z Salonu24 blogerka, która ładunkiem histerycznego, antypisowskiego zacietrzewienia przebija nawet persony pokroju Waldemara Kuczyńskiego. Zresztą, „eR-eR-Ka” jest postacią wobec Niesiołowskiego komplementarną i swymi predyspozycjami psychologicznymi znakomicie kopniętego entomologa uzupełnia – taki Niesioł polskiej blogosfery w spódnicy, można powiedzieć. No, ale to na marginesie.

W każdym razie, istotne jest, że im bliżej Niesioła, tym Tusk mniej skory staje się do połajanek. Pytanie, dlaczego?

II. W obliczu furiata

Że Niesioł jest dla PO użyteczny i szczuje się go jak Palikota, gdy trzeba odwrócić uwagę gawiedzi i „przykryć” jakieś platformerskie blamaże lub afery, to jedno. Jednak, moim zdaniem, Tusk Niesiołowskiego się zwyczajnie boi. W sumie, nie dziwię się. Każdy normalny człowiek zachowuje się ostrożniej w obecności tak ewidentnego furiata, żeby go przypadkiem nie rozjuszyć i nie sprowokować wybuchu. Jeszcze zacznie pluć albo rzuci się z pięściami... a pamiętać należy, iż furiaci gdy wpadną w szał, mają nadludzką siłę. Istni berserkerzy. W zakładach psychiatrycznych trzeba kilku rosłych pielęgniarzy, żeby takiego obezwładnić, zapakować w kaftan i zaaplikować zastrzyk. Z tych samych przyczyn tzw. „prawicowi” dziennikarze w „Loży prasowej” łagodzą ton polemiki w obecności Piotra Stasińskiego z „Wyborczej”, a i tak przynajmniej raz – dwa razy na program, Stasiński uruchamia swój nieprzytomny ryk, gdy któryś z dyskutantów ośmiela się mieć inne zdanie.

III. Robak traumy

Podobnie z Tuskiem – działa tu prosty instynkt samozachowawczy. Jednak nie tylko, należy bowiem pamiętać, iż Tusk nosi w sobie traumę – wspomnienie surowego ojca - który, jak można się domyślać, miał ciężką rękę. Sam Tusk kiedyś wyznał, iż poczuł „coś w rodzaju ulgi”, kiedy jego ojciec umarł. Myślę, że Tusk zwyczajnie boi się bicia i agresji, wywołuje to u niego uczucie stłamszenia. Ta trauma z dzieciństwa odłożyła się w nim na dobre, co widać w sytuacjach stresowych, kryzysowych. Odreagowuje to, rzecz jasna, własną agresją, którą nie raz dane było odczuć najbliższemu otoczeniu. Słynne są jego napady - gdy coś idzie nie po myśli, wpada w szał, ciska się po gabinecie i rzuca „maciami” niczym, nie przymierzając, Hitler na wieść o kolejnych klęskach Wehrmachtu.

W książce Reszki i Majewskiego „Daleko od miłości” znajdują się opisy jak Tusk długo, całymi tygodniami, waha się przed podjęciem jakiejś kluczowej decyzji. To znamionuje brak pewności siebie, który tylko z trudem daje się maskować psycho-treningami fundowanymi mu przez Ostachowicza. Zresztą, kilka razy nerwy puściły mu też na wizji, gdy tylko znalazł się w jakiejś niekomfortowej sytuacji – wystarczyło, by dziennikarz zadał mu nieprzyjemne pytanie.

Bezwzględny gracz polityczny? Owszem, ale tchórzem podszyty. Tusk potrafi być okrutny aż do sadyzmu, w wymiarze wykraczającym poza polityczną konieczność. Nie można wręcz oprzeć się wrażeniu, iż w ten sposób dowartościowuje się we własnych oczach i zagłusza wewnętrznego robaka. Strach na twarzach współpracowników daje mu poczucie panowania nad sytuacją i pozwala utrwalić image twardego faceta. Pamiętajmy jednak, że te jego słynne „wilcze oczy” są tak naprawdę oczyma zastraszonego chłopca, który w Tusku ciągle siedzi.

Gadający Grzyb

P.S. Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/odklejony

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

czwartek, 17 maja 2012

Przebić mur

Blogerski komentarz do wypowiedzi Ewy Stankiewicz podczas panelu dyskusyjnego Kongresu Mediów Niezależnych.

I. Czołg

Podczas panelu Kongresu Mediów Niezależnych w ramach Kongresu Polska Wielki Projekt (relacja wideo – TU lub TU) pani Ewa Stankiewicz skonstatowawszy, iż „drugi obieg” otoczony jest przez mainstream swoistym kordonem sanitarnym, stwierdziła, że potrzebny jest medialny „czołg”, który ów mur rozbije – jak się domyślam, po to, by nasz przekaz mógł dotrzeć do szerokich rzesz społeczeństwa. Innymi słowy, potrzebna jest np. ogólnopolska, profesjonalna telewizja oraz inne media tego typu. W innym miejscu dodała, iż należy zdefiniować w jakich miejscach w obecnym systemie są kluczowe bariery i te bariery obalić, tak jak zrobił to chociażby Wiktor Orban na Węgrzech. Powstanie takich mediów tradycyjnego typu z naszym przekazem jest według Ewy Stankiewicz konieczne, gdyż inicjatywy drugoobiegowe, np. internetowe są zbyt słabe, by się przebić i zmienić świadomość społeczną. Nie cytuję dosłownie, ale taki był sens wypowiedzi - mam nadzieję, że niczego nie poplątałem.

Czytając między wierszami, odniosłem wrażenie, że ten „mainstreamo-centryczny” punkt widzenia pani Ewy wypływa z przeświadczenia, że różne przedsięwzięcia internetowe robione „po godzinach”, wolontaryjnie, trącą trochę harcerską zabawą w podchody i amatorszczyzną – no i nie sposób z nich wyżyć, czyli poświęcić się im zawodowo w stu procentach.

Dobrze. Nie będę się kłócił, a raczej - chętnie pokłócę się w osobnej notce. Mizeria finansowa, brak profesjonalnego zaplecza organizacyjnego dotykające choćby blogosferę to rzecz oczywista, aczkolwiek według mnie nie skazująca na porażkę. W tej notce jednak postaram się przeanalizować warunki w jakich przyszłoby ów „czołg”, mający rozwalić mur mainstreamu, konstruować.

II. Budżet

Otóż, pierwszą barierą jest budżet. W Polsce oddanej przez Niewidzialną Rękę w niepodzielny zarząd obozowi beneficjentów i utrwalaczy III RP, wielki biznes, który byłby w stanie wyłożyć fundusze na profesjonalną telewizję jest niemal bez wyjątku pezetpeerowsko-esbeckiej proweniencji i jak do tej pory ten układ znakomicie się reprodukuje, natomiast biznes zagraniczny nastawiony jest na robienie kasy bez zbędnych zainteresowań pobocznych i woli pozostawać w dobrych stosunkach ze strukturami jawnymi i tajnymi, by – jak to ujmuje Ziemkiewicz - „mieć prosto na dzielnicy”. Dotyczy to również rynku reklamowego. Żadne nieprawomyślne medium nie może liczyć na reklamy, gdyż takie wsparcie inicjatyw antysystemowych byłoby skrajnie nieprzychylnie widziane przez Dyktaturę Matołów. Przekonało się o tym choćby „Życie” Tomasza Wołka, gdy zdecydowało się na wojnę z Aleksandrem Kwaśniewskim w okresie „Wakacji z agentem”.

A że władza za pomocą rozlicznych narzędzi nacisku może doprowadzić do upadku każde przedsiębiorstwo, wiadomo m.in. za sprawą historii Kluski czy Bestcomu. Nawet tak topowe pismo jak „Uważam Rze” miało problemy z reklamodawcami – obecnie wprawdzie sytuacja jakby się poprawiła, ale nie dam głowy, czy nie stało się tak za sprawą przejęcia Presspubliki przez „właściwego” biznesmena – Grzegorza Hajdarowicza. W takiej „Gazecie Polskiej”, poza SKOK-ami reklam wciąż nie uświadczysz. Zresztą, rynek reklamowy dramatycznie się kurczy i głównonurtowe mediodajnie coraz bardziej muszą liczyć na transfery pieniędzy publicznych, m.in. ogłoszeń spółek Skarbu Państwa, czy różnych obwieszczeń rządowych lub samorządowych. A te, mówiąc hasłowo, będą rzecz jasna wspomagały „zaprzyjaźnione telewizje”, a nie „pełzający pucz” w przestrzeni publicznej.

III. Uwarunkowania polityczne

No dobrze, ale załóżmy, że znalazła się grupa straceńców gotowa wyłożyć poważną kasę na równie poważną, ogólnopolską telewizję. Może SKOK-i, może ktoś jeszcze... Taka telewizja musi otrzymać koncesję i miejsce na multipleksie, które to dobra są rozdawane po uważaniu przez politycznych mianowańców z Krajowej Rady Radiestezji i Telekinezy, jak o tym szacownym gremium wyraził się onegdaj Ludwik Dorn. Czego można się spodziewać po ekipie Dworaka pokazuje przykład Telewizji Trwam. W Warszawie odbyła się stutysięczna demonstracja, do tego wielotysięczne marsze w innych miastach – można przyjąć, że na ulice wyszło do tej pory spokojnie ze 150 tysięcy ludzi. Prócz tego dwa miliony podpisów pod petycją domagającą się miejsca na multipleksie. KRRiTv pozostaje niewzruszona, gdyż jej członkowie nie zależą od nikogo za wyjątkiem swych politycznych patronów. Należy zatem wygrać wybory i to w możliwie największym wymiarze, by ów chory system rozmontować.

I tu zaczynają się kolejne schody, bowiem trzeba zadać sobie pytanie, na ile opozycja po dojściu do władzy wykaże się wolą polityczną, by realnie coś w układzie medialnym zmienić. Czy ma już odpowiednie projekty ustaw, o których mówiła podczas panelu Ewa Stankiewicz, lub czy zamierza je napisać. Obawiam się, że może raczej ulec pokusie prostej wymiany kadrowej „onych” na „naszych” beż naruszania istoty systemu. To byłaby tragedia i niewybaczalny błąd. Tego typu „zwycięstwo”, sprowadzające się do obsadzenia stołków własnymi nominatami jest bowiem krótkotrwałe i iluzoryczne.

Dobitnie pokazała to poprzednia kadencja Prawa i Sprawiedliwości. Zmieniono skład „Radiokomitetu”, mianowano Wildsteina szefem TVP, a że był mało sterowalny, to szybko wymieniono go na Andrzeja Urbańskiego, który nie dość, że nie ruszył różnych przyrośniętych do państwowej telewizji „złogów”, to jeszcze ściągnął na Woronicza Tomasza Lisa na gwiazdorskim kontrakcie. Pięknie. Dziś już po tamtych medialnych triumfach, które sprowadzały się do tego, że przez moment w mediach publicznych zapanował pewien pluralizm, nie ma już śladu, a ekipa z nowego rozdania wycięła „pisowców” go gołej kości.

Tak więc należy zadać obecnej opozycji kluczowe pytanie: jaki jest ich plan wobec ładu medialnego panującego w Polsce? Oczywiście, zakładając optymistycznie, że PiS w ogóle takowy plan posiada.

IV. Ludzie

No i wreszcie - ludzie. Mamy profesjonalistów zdolnych poprowadzić „naszą” telewizję do sukcesów? Mamy? Pragnąłbym tu przypomnieć casus Telewizji Familijnej S.A., która za czasów AWS-u stworzyła na bazie franciszkańskiej Telewizji Niepokalanów telewizję „Puls”. Finansowanie zapewnili państwowi giganci – PKN Orlen, KGHM, Polskie Sieci Elektroenergetyczne, PZU. Do tego jeszcze Prokom Ryszarda Krauzego. Wydawałoby się, że są to wymarzone warunki startowe – bogaci i hojni inwestorzy, „nasi” ludzie, konserwatywny przekaz, ciekawa oferta programowa („Wydarzenia” Rymanowskiego, „Raport Specjalny” Łęskiego, „Studio otwarte Cybernetyki 7” Pospieszalskiego) trafiająca w prawicowy, niepodległościowy target... I klapa.

Nie tylko dlatego, że do władzy doszło SLD, a później wycofał się Prokom. „Nasi profesjonaliści” z pampersowej ekipy szastali kasą jak szaleni, w sumie przeputali 200 milionów na sprzęt który pożyczał od nich nawet Polsat do transmisji mundialu w Korei i Japonii, na rozbuchane studio, drogie produkcje, na pensje, na Manna i Maternę... Wszystko głównie z pieniędzy publicznych – czyli od wymienionych wyżej spółek Skarbu Państwa. Był budżet? Był. Była wola polityczna by stworzyć ogólnopolską telewizję? Była. Byli tzw. „nasi ludzie”? O, jeszcze jak byli i oni akurat na tym biznesie nie zbiednieli.

Co zostało? Poza fenomenalnym, autorskim „formatem” Pospieszalskiego, który trafił później do TVP pod nazwą „Warto rozmawiać”, został jedynie smród bankructwa, długów, roszczeń, pretensji i syndyk masy upadłościowej. Z tego co wiem, postępowanie upadłościowe trwa do tej pory. Z „czołgu” rozbijającego mur został dymiący wrak zniszczony w znacznej mierze przez własną załogę.

***

Kończąc, chciałbym zastrzec, że nie deprecjonuję z góry nawoływań pani Ewy Stankiewicz o stworzenie „czołgu” rozjeżdżającego gąsienicami reżimowy porządek panujący w mediach III RP. Warto jednak wyciągnąć wnioski z dwóch poprzednich prób jego skonstruowania – za czasów AWS-u oraz Prawa i Sprawiedliwości. W ogromnej mierze zależy to od polityków na których nasz wpływ jest ograniczony. Czy mieści się to w ich kalkulacjach? Czy będą potrafili to zrobić? Próbowali już dwa razy. Czy trzecie podejście będzie udane?

Między „drugim obiegiem” opartym o wolontariat i internet, a profesjonalnymi mediami tradycyjnego typu nie musi być sprzeczności – oba rodzaje działań mogą się znakomicie uzupełniać, choć nie ukrywam, że bliżej mi do filozofii zaprezentowanej przez przedstawicieli mediów internetowych – Budynia78, Mateusza Dzieduszyckiego, czy MarkaD, który na tym samym panelu mówił, że zamiast „czołgu” wystarczą małe mrówki. Sam zresztą napisałem coś podobnego w mojej analizie „Drugi Obieg 2.0”: „Drugi Obieg 2.0 - te wszystkie pozornie słabe i rozproszone inicjatywy - są jak rój. Można utłuc jedną czy drugą pszczołę, ale koniec końców rój zawsze wygrywa.” Co niniejszym poddaję pod rozwagę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

sobota, 29 maja 2010

Doniesienia z frontu.


Motto: „To jest wojna domowa, to jest walka o wszystko!” – Andrzej Wajda.

I. Doniesienia z frontu.

Zadeklarowana przez Andrzeja Wajdę podczas słynnego „sabatu łazienkowskiego” wojna domowa trwa w najlepsze. A na wojnie, jak na wojnie. Trzeba jasno opowiedzieć się po którejś ze stron by uniknąć zmiażdżenia między młyńskimi kamieniami. Najlepiej zaś wyczuć skąd wieje wiatr przemian.

W tych kategoriach odczytuję postawę przewodniczącej SDP, pani Krystyny Mokrosińskiej, która, podbechtana anonimami, uznała za stosowne złożyć donos do KRRiTV oraz „Gazety Wyborczej” na szefa radiowej „Trójki”, Jacka Sobalę za rzekomą agitację na rzecz Jarosława Kaczyńskiego (chodziło o udział w zorganizowanym przez „Gazetę Polską” koncercie upamiętniającym ofiary smoleńskiej katastrofy). Sobala, oczywiście, ekspresowo wyleciał z posady.

Z podobną sytuacją mamy do czynienia w przypadku Romana Gutka (tego od „Gutek Film”) – który wycofał się z dystrybuowania filmu Ewy Stankiewicz „Nie opuszczaj mnie”. Chodzi, rzecz jasna, o zadymę wokół filmu „Solidarni 2010”, której główną autorką (a nie Pospieszalski, jak jazgotały mediodajnie) jest właśnie pani Stankiewicz. To, że „Nie opuszczaj mnie” jest kameralną fabułą bez żadnych nawiązań do polityki, nie ma nic do rzeczy. „Trefne” nazwisko autorki załatwiło sprawę. Wystarczy przeczytać pokrętny dublet wywiadów w „GW” z Gutkiem i Ewą Stankiewicz opatrzony drwiącym tytułem „Męczeństwo Ewy S.”.

Tego skurwysyństwa nie wolno zapomnieć.

II. Odcienie „kontrowersyjności”.

Może się nie znam, ale z biznesowego punktu widzenia decyzja Romana Gutka wydaje się absurdalna. Nazwisko reżyserki, znane było od czasu nagradzanych „Trzech kumpli”. Po „Solidarnych 2010” stało się wyjątkowo głośne. Kontrowersyjne. Dziw nad dziwy - na całym świecie prawdziwa lub mniemana „kontrowersyjność” napędza publikę. Takie są, wydawałoby się – uniwersalne reguły szołbiznesu. Na „Nie opuszczaj mnie” widzowie popędziliby, choćby po to, by obejrzeć film tej Stankiewicz. Ale nie u nas. U nas bowiem funkcjonują dwa odcienie „kontrowersyjności” i należy wiedzieć, która „kontrowersyjność” jest mile widziana.

Otóż, gdy artysta powiewa genitaliami, bądź nurza krucyfiks w fekaliach, jest to „kontrowersyjność” wielce wskazana, wymawiana z aprobującym cmokaniem. Natomiast, gdy artysta dopuszcza do głosu poglądy skazane przez nadających salonowszczyźnie ton Parnasiarzy na publiczny niebyt, i – co gorsza – nie daje owym poglądom stosownego odporu, wówczas jest to „kontrowersyjność” złowieszcza, nienawistna, dzieląca ludzi i – tak, zgadli Państwo – pisowska. Taką toksyczną „kontrowersyjność” należy obracać w ustach z niesmakiem i czym prędzej wypluwać, by przypadkiem nie ulec zakażeniu.

III. Mądrość etapu.


Roman Gutek najwyraźniej przekalkulował sobie ewentualne zyski z dystrybucji filmu Ewy Stankiewicz z długofalowymi kosztami wynikającymi z utraty „dobrej prasy” w wiodących mediodajniach i najwyraźniej uznał, że nie opłaca mu się dołączać do grona „pisowców”. Oczywiście, określenie „pisowiec” dawno już oderwało się od konkretnych polityczno - ideowych konotacji. Oznacza każdego, kto w jakikolwiek sposób „robi wbrew” salonowszczyźnie. Na podobnej zasadzie lewactwo epatuje wyzwiskiem „faszysta”, nie zadając sobie trudu by zaznajomić się z tym, co owo pojęcie znaczy.

Do grona osób, które posiadły bezcenną wiedzę kiedy i od kogo należy się odciąć, dołączył Daniel Olbrychski. Wprawdzie zagrał w filmie nagradzanej reżyserki „Trzech kumpli”, ale już z „niewłaściwie kontrowersyjną” reżyserką „Solidarnych 2010” nie chce mieć nic wspólnego. Co więcej, określił autorów inkryminowanego dokumentu jako ludzi „nieutalentowanych”. Jak mniemam, pani Ewa Stankiewicz straciła talent wraz z „Solidarnymi…”.

Albowiem, kwestia talentu nie zależy od walorów artystycznych dzieła. Zależy od „mądrości etapu”. Owej „mądrości etapu” nie załapała młoda reżyserka. Jak na ironię, nie łapała jej również… bohaterka „Człowieka z marmuru” Wajdy, kręcąca zbyt dociekliwy film o Mateuszu Birkucie! Chichot filmowej historii.

Dorzućmy do tego obstrukcję mediodajni konsekwentnie odmawiających reklamy wydania „Rzeczpospolitej” z dołączonym filmem. Widział to kto? Media żyjące z reklam wzbraniające się przed płatną reklamą? Widać, szefowie owych mediodajni dokonali kalkulacji analogicznej, jak wspominany wyżej Roman Gutek i wyszło im, że taniej będzie odpuścić.

IV. Gutko-kalkulacja.

Od dnia dzisiejszego wprowadza się zatem nowy termin ekonomiczny dla opisu funkcjonowania naszego kartoflanego rynku: gutko-kalkulacja. Encyklopedyczna definicja mogła by brzmieć następująco:

Gutko-kalkulacja – odrzucenie doraźnych zysków w zamian za zachowanie długoterminowych, pozytywnych relacji z opiniotwórczo – politycznym establishmentem danego kraju. (Od Romana Gutka, dystrybutora filmowego, który zrezygnował z rozpowszechniania fabularnego filmu „Nie opuszczaj mnie” reżyserki Ewy Stankiewicz, gdyż ta zrealizowała również dokument „Solidarni 2010”, źle przyjęty przez establishment III RP).


Prawda, jakie to rozumne podejście z biznesowego punktu widzenia? Radzę wkuć na blachę każdemu, kto chce w III RP prowadzić jakąkolwiek działalność. Nawet warzywniak. Bo z „władzą” trzeba jakoś żyć, nieprawdaż?

Zwłaszcza, gdy toczy się wojna domowa…

Gadający Grzyb

Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl