Pokazywanie postów oznaczonych etykietą solidarni 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą solidarni 2010. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 grudnia 2014

Frondelkowa Hiena Roku

Fronda ośmiesza jak najbardziej realną kwestię obecności agentury w polskim życiu publicznym.

W pełni popieram postulat ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, by „portal poświęcony” Fronda.pl nominować do anty-nagrody „Hiena Roku” przyznawanej przez SDP. Tekst „V kolumna Putina zajmuje PKW. Gdzie jest państwo Polskie?” sugerujący, że za protestem i okupacją Państwowej Komisji Wyborczej stoi ruska agentura, jest wyjątkowo łajdacką manipulacją. Toporna, pełna łgarstw propaganda, którą od jakiegoś czasu raczy czytelników Fronda.pl sporządzona wedle klucza: „kto ma inne zdanie niż jedynie słuszna siła opozycyjna, ten ruski agent” uwidoczniła się w tym krótkim paszkwilu z całą obrzydliwością.

Czego dowiaduje się odbiorca inkryminowanego artykułu? Ano tego, że protest został zorganizowany przez Ruch Narodowy i KNP oraz Grzegorza Brauna - „organizacje jawnie prorosyjskie”. Pan Grzegorz, jeśli to-to czytał, musiał mieć nielichy ubaw, że awansował do rangi „organizacji”. Tymczasem, o ile Kongres Nowej Prawicy, a szczególnie Janusz Korwin-Mikke faktycznie prezentuje opcję rusofilską i proputinowską, o tyle w RN mogą co najwyżej ryć pojedyncze ruskie krety, dość skutecznie zresztą neutralizowane przez ogół członków tej formacji. Każdy kto miał w ręku związany z młodymi narodowcami tygodnik „Polska Niepodległa” może potwierdzić, że nie uświadczy się tam choćby cienia rosyjskiej propagandy. No chyba, że krytyka PiS sama w sobie wystarczy by dorobić się łatki „agenta”. A już kompletną aberracją jest określenie Grzegorza Brauna mianem „oddelegowanego do 'radykalnych' katolików, wielbiciela Putina”. Przypomnę – tego samego Brauna, który jest autorem demaskatorskich filmów o „towarzyszu generale” Jaruzelskim, oraz cyklu „Transformacja. Od Lenina do Putina”. Braun wcześniej już naraził się Frondzie sceptycznym stosunkiem do przewrotu na Ukrainie i sprzeciwem wobec mieszania Polski do wschodniego konfliktu. To jak sądzę wystarczyło, by wrzucić go do worka z „ruskimi agentami”. Nie ma mowy, że ktoś może mieć po prostu inne zdanie. Obowiązywać ma jednomyślność, a kto się wyłamuje, ten jest „wielbicielem Putina” - ot, standardy debaty według „portalu poświęconego”.

Na tym jednak Frondowe manipulacje się nie kończą. Ani słowem nie wspomina ona o tym, że pikieta przed PKW współorganizowana była również przez Solidarnych 2010 wraz z Ewą Stankiewicz. Nie pasowało do obrazka? Ewa Stankiewicz i Solidarni w charakterze putinowców już by nie przeszli? Więc pominiemy ich udział w demonstracji. Jedźmy dalej. Portal nie wspomniał również, że okupacja PKW nie była w ogóle przez organizatorów planowana, zaś liderzy zgromadzenia nawoływali, by uczestnicy zachowali spokój i nie dawali pretekstu do interwencji policji. Do zajęcia sali konferencyjnej PKW doszło właściwie przypadkiem – Grzegorz Braun, Ewa Stankiewicz i jeszcze kilka osób weszło do budynku w celu odbycia rozmów z członkami PKW. Dopiero na miejscu okazało się nagle... że nikt nie chce rozmawiać – i stąd wynikła samorzutna okupacja. O tym również na „portalu poświęconym” ani słowa.

Artykulik został zilustrowany zdjęciem Roberta Winnickiego, Grzegorz Brauna i Przemysława Wiplera – to również jest manipulacja. Działacze RN - Bosak i Winnicki – dostali się do siedziby PKW znacznie później, udzielili kilka wywiadów mediom i po ok. dwóch godzinach wyszli. To miała być niby ta ruska prowokacja? Tymczasem zdjęcie wraz z tekstem sugeruje czytelnikowi, że to właśnie oni byli inicjatorami wejścia do PKW. Korwin natomiast dość szybko opuścił demonstrację, by po chwili pojawić się w Polsacie News, gdzie stanowczo, z pozycji legalistycznych krytykował okupujących. To w końcu jak – była ruskim agentom ta okupacja na rękę, czy nie? Cała narracja „Frondy” pruje się w tym miejscu jak dziadowskie gacie.

Tekścik na Frondzie liczy raptem niespełna 12 linijek, z czego trzy zajęło przypomnienie wcześniejszych publikacji – równie zresztą „uczciwych”, co omawiana tutaj. Proszę zwrócić uwagę o ile więcej miejsca zajęło odkłamanie wszystkich bredni, jakie udało się „frondelkowi” w tych 12 linijkach skondensować. Nadmienię, że do „ukąszonych przez Putina” prócz Brauna zostali już wcześniej zaliczeni nie tylko narodowcy en bloc, lecz również Michalkiewicz, Max-Kolonko, Ziemkiewicz... To dopiero jest paranoja – w ten oto sposób Fronda ośmiesza jak najbardziej realną kwestię obecności agentury w polskim życiu publicznym. Przy okazji – zgodnie z najlepszymi wzorcami komunistycznej propagandy artykuł nie jest podpisany. Jako autor widnieje po prostu „Fronda.pl”. Skądinąd wiadomo, że autorem bądź współautorem najbardziej jadowitych tekstów na tym portalu jest właściciel Tadeusz Grzesik. Czyżby czuł, że tym razem w swym zacietrzewieniu wypłynął na ocean absurdu?

Kończąc, pozostaje stwierdzić, że nawet „Wyborcza” kłamie inteligentniej. Dlaczego „Fronda” postanowiła stać się bardziej prostacką kopią „GW”? I dlaczego łże aż tak głupio? No i wreszcie – oni tak sami z siebie, czy wypełniają czyjeś dyspozycje?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 48 ( 28.11-04.12.2014)

piątek, 4 czerwca 2010

Wojna domowa.


Doniesień z frontu ciąg dalszy.

Motto: „To jest wojna domowa, to jest walka o wszystko!” – Andrzej Wajda

I. Pokwietniowy stan ducha salonowszczyzny.


Trochę już o tym pisałem, ale wrócę do tematu, albowiem sytuacja jest rozwojowa. Przypomnę, że podczas słynnego wystąpienia w warszawskich Łazienkach (tzw. "sabat łazienkowski"), pan Andrzej Wajda zadeklarował stan wojny domowej, która to teza zdawała się nie budzić wątpliwości zgromadzonego tam tłumnie geriatrycznego post-udeckiego parnasiarstwa. Oczywiście, wystarczy rozejrzeć się dookoła, by stwierdzić, że – jak to w demokracji – ludzie mają najróżniejsze poglądy polityczne i zgodnie z nimi głosują. Są też tacy (większość), którzy nie mają żadnych poglądów i wówczas, albo głosują na tych, na których sądzą, że głosować wypada, albo podczas wyborów zostają w domach.

Zatem, Andrzej Wajda nie opisuje rzeczywistości, tylko to, co jako rzeczywistość postrzega – mikrokosmos swój i znajomych. Innymi słowy, opisuje stan ducha i umysłu salonowszczyzny. Zresztą, jak niegdyś przyznał sam wojenny herold: „19 lat codziennego czytania "Gazety Wyborczej" nie mogło pozostać bez wpływu na moją biedną głowę”.

Co nam to mówi o stanie ducha środowiska, którego wzmiankowany reżyser jest prominentnym reprezentantem?

II. Pluralizm według "bogów demokracji".

Przede wszystkim to, iż wzmiankowane środowisko bardzo źle się czuje w warunkach nawet obecnego, ułomnego, polityczno – światopoglądowego pluralizmu. Owszem, pluralizm „być” dobry, ale tylko wtedy gdy „być” przez nas w pełni kontrolowany.

Orędzie Wajdy adresowane do TVP, by wspomogła w wojennym wysiłku "przyjaciół z TVN i drugiej stacji prywatnej”, kwituje tę postawę.

Przecież, tak na dobrą sprawę, wskutek politycznego dealu, obecna „telewizja publiczna” stała się najbardziej publiczną od niepamiętnych czasów. Jest w niej miejsce zarówno dla Ziemkiewicza, jak i dla Żakowskiego. Dla Pospieszalskiego i dla Lisa. Dla „Wiadomości” i dla „Panoramy”. Brać – wybierać!

Ale nie. To jest pluralizm destrukcyjny. Pisowski. Dzielący ludzi.

Parnasiarskie rozumienie pluralizmu jest bowiem następujące – ma to być w pełni kontrolowalny oligopol opinii. Powrót do lat 90-tych. Kilka prawicowych pisemek może sobie wegetować na obrzeżach i kanalizować frustracje. Ale żeby do telewizji? Radia? Radiokomitet ma być nasz i basta!

A jeśli nie mamy władzy nad spektrum dopuszczalnych poglądów, to wtedy znaczy, że tubylcza ciemnota i nienawiść podnosi ze swych piekielnych otchłani smoliste głowy przeciw hufcom jasności i postępu, których naturalnym przeznaczeniem jest stać na czele miejscowego, mówiąc Bartoszewskim, "bydła" i cywilizować – z "bydłem", mimo "bydła", a gdy trzeba – wbrew "bydłu".

Nic zatem dziwnego, że otwarta odmowa uznania przywódczej roli salonowszczyzny musi oznaczać tylko jedno – stan wojny domowej. Tu my – namaszczeni, tam oni – rebelizanci.

Onegdaj opisałem ten mentalny typ na przykładzie Waldemara Kuczyńskiego w notce „Bogowie demokracji”. Zasadniczą tezą było, iż „Bogowie demokracji każdy zamach na ich osobistą pozycję kwalifikują jako zamach na demokrację jako taką.” Kwietniowy stan społecznego wzmożenia, kiedy to ludzie zaczęli głośno wyrażać opinie podważające oficjalny światopogląd III RP, co zostało utrwalone na taśmie filmowej i, co gorsza, wyemitowane w publicznej telewizji, musiał zostać przez naszych "bogów demokracji" odebrany właśnie w kategoriach zamachu.

III. Oberkapelan salonowszczyzny.

W powyższy sposób myślenia i towarzyszący mu stan ducha znakomicie wpisuje się wypowiedź znanego publicysty i celebryty, pełniącego przy okazji funkcję metropolity lubelskiego. Arcybiskup Józef Życiński uznał bowiem za stosowne przy okazji Bożego Ciała wygłosić homilię, w której stwierdził m.in.:

"Dziś niektóre środowiska chciałyby koniecznie skłócić prosty lud z elitami. To jest nieporozumienie, to jest niechrześcijańskie"

Hierarcha raczył również zauważyć, iż:

"Niektórzy specjalizują się w tym, żeby wykazywać, że nie ma autorytetów, że wszyscy są źli, skorumpowani i zepsuci. Na przykładach podaje się to, co prymitywne, nie widzi się tego, co piękne, co wrażliwe. A trzeba się głęboko pochylić, by dostrzec przejawy piękna"

Owi "niektórzy":

"Wszędzie widzą wrogów i nie potrafią dostrzec wartości, jakie nas jednoczą, ani Chrystusa, ani godności człowieka, bo oni mają potrzebę walki, żeby było widać ich genialność"

I jeszcze:

"Nie naśladujcie tego stylu i nigdy nie przenośmy stylu walk na teren modlitwy, na teren Kościoła"

(wszystkie wytłuszczenia moje – G.G.)

No proszę. Myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy, a tu sam oberkapelan salonowszczyzny piętnuje wyskok Andrzeja Wajdy, który wojną domową jak nic skłóca wszak "prosty lud" z "elitami". Czcigodny arcybiskup nie sprecyzował wprawdzie jak "głęboko" należy się "pochylić", by "dostrzec przejawy piękna" w personach pokroju wymienionego tu reżysera, czy "strasznego dziadunia" Bartoszewskiego, którzy po wielokroć demonstrowali "potrzebę walki, żeby było widać ich genialność", niemniej autorefleksyjnie uderzył się w pierś i obiecał poprawę co do przenoszenia "stylu walk" "na teren Kościoła".

Tak serio: ze słów dostojnika przebija na każdym kroku charakterystyczna dla nadwiślańskiego parnasiarstwa pogarda dla "prostego ludu", który ma milczeć i podążać za swymi "elitami", bo jak nie, to mamy do czynienia wywoływaniem społecznych podziałów i niszczeniem demokracji która, jak wykazałem powyżej, jest utożsamiana z jednomyślnością i osobistą pozycją samozwańczych przewodników stada.

IV. Wojna o ks. Popiełuszkę.

Arcybiskupowi Życińskiemu starczyło tupetu, by wmieszać w to wszystko bł. księdza Jerzego Popiełuszkę, którego cała posługa zwieńczona męczeńską śmiercią świadczyła o tym, że był jak najdalszy od napuszonego poczucia wyższości nad ciemnymi tubylcami, tak charakterystycznego dla wojującego od dwudziestu lat z własnym narodem Salonu.

Osobiście, śmiem twierdzić, że gdyby ks. Jerzy dożył obecnych czasów, to nie fraternizowałby się z Jaruzelskim i nie pił wódki z Urbanem czy Kiszczakiem. Pielęgnowałby raczej maryjny, ludowy i "płytki" katolicyzm, który taką odrazą napawa środowisko "bogów demokracji" i trzymałby z tymi, których III RP wyrzuciła na margines, a nie z beneficjentami "przemian" i quasi – mafijnymi oligarchami kartoflanej republiki. Nazywałby rzeczy po imieniu i za swoją postawę również w obecnej Polsce zapłaciłby wysoką cenę. Cenę pogardy i zakwalifikowania do grona "chorych z nienawiści" "oszołomów". Wystarczy spojrzeć na los innego kapelana "Solidarności" – ks. Isakowicza – Zaleskiego. Zaś abp. Życiński mówiłby o Popiełuszce to samo, co dziś mówi o ks. Zaleskim.

Ale cóż – wojna domowa toczy się również w warstwie symbolicznej, przeciwnikowi należy zatem odebrać symbole wokół których mógłby się grupować i zaprząc je do własnego wojennego rydwanu. Próbowano tak swojego czasu uczynić ze Zbigniewem Herbertem, używając do tego celu wdowy po Obywatelu – Poecie, teraz podobny "numer" próbuje się wykręcić z beatyfikowanym ks. Jerzym.

Wojna domowa sięgnęła ołtarzy. Działa na froncie grzmią coraz donośniej.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

sobota, 29 maja 2010

Doniesienia z frontu.


Motto: „To jest wojna domowa, to jest walka o wszystko!” – Andrzej Wajda.

I. Doniesienia z frontu.

Zadeklarowana przez Andrzeja Wajdę podczas słynnego „sabatu łazienkowskiego” wojna domowa trwa w najlepsze. A na wojnie, jak na wojnie. Trzeba jasno opowiedzieć się po którejś ze stron by uniknąć zmiażdżenia między młyńskimi kamieniami. Najlepiej zaś wyczuć skąd wieje wiatr przemian.

W tych kategoriach odczytuję postawę przewodniczącej SDP, pani Krystyny Mokrosińskiej, która, podbechtana anonimami, uznała za stosowne złożyć donos do KRRiTV oraz „Gazety Wyborczej” na szefa radiowej „Trójki”, Jacka Sobalę za rzekomą agitację na rzecz Jarosława Kaczyńskiego (chodziło o udział w zorganizowanym przez „Gazetę Polską” koncercie upamiętniającym ofiary smoleńskiej katastrofy). Sobala, oczywiście, ekspresowo wyleciał z posady.

Z podobną sytuacją mamy do czynienia w przypadku Romana Gutka (tego od „Gutek Film”) – który wycofał się z dystrybuowania filmu Ewy Stankiewicz „Nie opuszczaj mnie”. Chodzi, rzecz jasna, o zadymę wokół filmu „Solidarni 2010”, której główną autorką (a nie Pospieszalski, jak jazgotały mediodajnie) jest właśnie pani Stankiewicz. To, że „Nie opuszczaj mnie” jest kameralną fabułą bez żadnych nawiązań do polityki, nie ma nic do rzeczy. „Trefne” nazwisko autorki załatwiło sprawę. Wystarczy przeczytać pokrętny dublet wywiadów w „GW” z Gutkiem i Ewą Stankiewicz opatrzony drwiącym tytułem „Męczeństwo Ewy S.”.

Tego skurwysyństwa nie wolno zapomnieć.

II. Odcienie „kontrowersyjności”.

Może się nie znam, ale z biznesowego punktu widzenia decyzja Romana Gutka wydaje się absurdalna. Nazwisko reżyserki, znane było od czasu nagradzanych „Trzech kumpli”. Po „Solidarnych 2010” stało się wyjątkowo głośne. Kontrowersyjne. Dziw nad dziwy - na całym świecie prawdziwa lub mniemana „kontrowersyjność” napędza publikę. Takie są, wydawałoby się – uniwersalne reguły szołbiznesu. Na „Nie opuszczaj mnie” widzowie popędziliby, choćby po to, by obejrzeć film tej Stankiewicz. Ale nie u nas. U nas bowiem funkcjonują dwa odcienie „kontrowersyjności” i należy wiedzieć, która „kontrowersyjność” jest mile widziana.

Otóż, gdy artysta powiewa genitaliami, bądź nurza krucyfiks w fekaliach, jest to „kontrowersyjność” wielce wskazana, wymawiana z aprobującym cmokaniem. Natomiast, gdy artysta dopuszcza do głosu poglądy skazane przez nadających salonowszczyźnie ton Parnasiarzy na publiczny niebyt, i – co gorsza – nie daje owym poglądom stosownego odporu, wówczas jest to „kontrowersyjność” złowieszcza, nienawistna, dzieląca ludzi i – tak, zgadli Państwo – pisowska. Taką toksyczną „kontrowersyjność” należy obracać w ustach z niesmakiem i czym prędzej wypluwać, by przypadkiem nie ulec zakażeniu.

III. Mądrość etapu.


Roman Gutek najwyraźniej przekalkulował sobie ewentualne zyski z dystrybucji filmu Ewy Stankiewicz z długofalowymi kosztami wynikającymi z utraty „dobrej prasy” w wiodących mediodajniach i najwyraźniej uznał, że nie opłaca mu się dołączać do grona „pisowców”. Oczywiście, określenie „pisowiec” dawno już oderwało się od konkretnych polityczno - ideowych konotacji. Oznacza każdego, kto w jakikolwiek sposób „robi wbrew” salonowszczyźnie. Na podobnej zasadzie lewactwo epatuje wyzwiskiem „faszysta”, nie zadając sobie trudu by zaznajomić się z tym, co owo pojęcie znaczy.

Do grona osób, które posiadły bezcenną wiedzę kiedy i od kogo należy się odciąć, dołączył Daniel Olbrychski. Wprawdzie zagrał w filmie nagradzanej reżyserki „Trzech kumpli”, ale już z „niewłaściwie kontrowersyjną” reżyserką „Solidarnych 2010” nie chce mieć nic wspólnego. Co więcej, określił autorów inkryminowanego dokumentu jako ludzi „nieutalentowanych”. Jak mniemam, pani Ewa Stankiewicz straciła talent wraz z „Solidarnymi…”.

Albowiem, kwestia talentu nie zależy od walorów artystycznych dzieła. Zależy od „mądrości etapu”. Owej „mądrości etapu” nie załapała młoda reżyserka. Jak na ironię, nie łapała jej również… bohaterka „Człowieka z marmuru” Wajdy, kręcąca zbyt dociekliwy film o Mateuszu Birkucie! Chichot filmowej historii.

Dorzućmy do tego obstrukcję mediodajni konsekwentnie odmawiających reklamy wydania „Rzeczpospolitej” z dołączonym filmem. Widział to kto? Media żyjące z reklam wzbraniające się przed płatną reklamą? Widać, szefowie owych mediodajni dokonali kalkulacji analogicznej, jak wspominany wyżej Roman Gutek i wyszło im, że taniej będzie odpuścić.

IV. Gutko-kalkulacja.

Od dnia dzisiejszego wprowadza się zatem nowy termin ekonomiczny dla opisu funkcjonowania naszego kartoflanego rynku: gutko-kalkulacja. Encyklopedyczna definicja mogła by brzmieć następująco:

Gutko-kalkulacja – odrzucenie doraźnych zysków w zamian za zachowanie długoterminowych, pozytywnych relacji z opiniotwórczo – politycznym establishmentem danego kraju. (Od Romana Gutka, dystrybutora filmowego, który zrezygnował z rozpowszechniania fabularnego filmu „Nie opuszczaj mnie” reżyserki Ewy Stankiewicz, gdyż ta zrealizowała również dokument „Solidarni 2010”, źle przyjęty przez establishment III RP).


Prawda, jakie to rozumne podejście z biznesowego punktu widzenia? Radzę wkuć na blachę każdemu, kto chce w III RP prowadzić jakąkolwiek działalność. Nawet warzywniak. Bo z „władzą” trzeba jakoś żyć, nieprawdaż?

Zwłaszcza, gdy toczy się wojna domowa…

Gadający Grzyb

Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl