Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bojkot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bojkot. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 maja 2012

Terapia Czterech Kroków

Wy na bojkocie możecie tylko zyskać, oni – tylko stracić. Jeszcze tego nie pojęliście, Panie i Panowie? To naprawdę proste.

I. Potrzeba konsekwencji

Jako że przy różnych okazjach nawołuję do bojkotu reżimowych mediodajni, które nie tyle są „zaprzyjaźnione” jak onegdaj raczył wyartykułować pan Andrzej Wajda, ile stanowią wprost część obozu władzy, czy też może raczej – obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, którego są ekspozyturą pospołu z obecną Dyktaturą Matołów - to muszę odnotować i pochwalić ogłoszony niedawno przez PiS bojkot Stefana Niesiołowskiego i Janusza Palikota. Czynię to wszakże z jednym, podstawowym zastrzeżeniem: bojkot ów będzie miał sens tylko pod warunkiem zachowania konsekwencji. Jeśli za jakiś czas PiS-owi „wychłódnie”, bo np. będą się zbliżały wybory i górę weźmie ułuda gonienia za sondażowymi słupkami, to całą tę zabawę będzie można sobie wsadzić w buty.

Przypomnę (po raz kolejny zresztą), że tak właśnie było przy okazji dwóch poprzednich bojkotów: TVN-u od lipca 2008 do stycznia 2009, oraz Radia Zet od marca do sierpnia 2011. W obu przypadkach nie odbiło się to w żaden sposób na sondażowych widełkach w granicach których PiS zazwyczaj oscyluje, co dowiodło dwóch rzeczy: po pierwsze, że bywanie w mediodajniach nie jest temu ugrupowaniu do niczego potrzebne, po drugie zaś, że to mediodajnie potrzebują PiS-u do urządzania seansów nienawiści i eskalowania negatywnych emocji wśród politycznego targetu, który obsługują.

Niestety, obu bojkotów zaniechano pod presją zbliżających się wyborów, w których zresztą Prawo i Sprawiedliwość otrzymało „swoją” pulę głosów i nic ponadto. Zatem bilans był zerowy? Otóż nie – był ujemny. Powrót polityków głównej siły opozycyjnej na wraże anteny przyniósł bowiem moim zdaniem kilka określonych szkód. Stworzył wśród części wyborców wrażenie, iż PiS jest partią koniunkturalistów, a same bojkoty były pustymi gestami, które zarzucono wraz ze zbliżaniem się gorącego okresu przedwyborczego. Ponadto, dało to mediodajniom asumpt do triumfalizmu, na zasadzie „jesteśmy im niezbędni, nawet gdy strzelają fochy, to gdy przychodzi co do czego – wracają”. No i wreszcie – pozwoliło dalej odgrywać żenujący spektakl pod nazwą „pluralizm opinii w mediach III RP”. Politycy PiS wracając przed mikrofony i kamery sekujących ich mediów, uwiarygodnili je po prostu.

Mam nadzieję, że tym razem będzie inaczej i ostracyzm zafundowany Niesiołowi oraz Palikotowi stanie się czymś trwałym i oczywistym jak oddychanie. Są ludzie z którymi się nie rozmawia i którym nie podaje się ręki, gdyż zadawanie się z nimi automatycznie deprecjonuje – ot i wszystko. Wycofanie się byłoby kompromitacją.

II. Terapia Czterech Kroków

Zerknijmy teraz na pełny tekst oświadczenia Komitetu Politycznego PiS:

Komunikat

Komitet Polityczny Prawa i Sprawiedliwości podjął uchwałę, która zakłada, że politycy oraz przedstawiciele PiS nie będą uczestniczyć w programach radiowych i telewizyjnych, do których zaproszeni zostali Janusz Palikot i Stefan Niesiołowski.

Ostatnie wydarzenia w Sejmie, kiedy Stefan Niesiołowski w bulwersujący i arogancki sposób potraktował dziennikarkę Ewę Stankiewicz a także Posłanki Prawa i Sprawiedliwości oraz wcześniejsze, wielokrotne łamanie przez obu wspomnianych polityków nie tylko standardów wystąpień publicznych, ale również zasad zwykłej przyzwoitości. Niestety przedstawiciele partii rządzącej nie piętnując stanowczo powyższych zachowań wyrażają przyzwolenie na psucie debaty publicznej w Polsce. Najwyższy czas aby takim postawom powiedzieć: Nie!

Zachowanie obu polityków jest niedopuszczalne, a polemika z nimi jest jedynie uwiarygodnianiem ich postawy, która nie powinna być tolerowana w debacie publicznej. (wytłuszczenie moje - GG)

Komitet Polityczny Prawa i Sprawiedliwości

Otóż, drodzy Państwo, to co zacytowałem powyżej jest jedynie pierwszym krokiem we właściwym kierunku, tak zwanym „dobrym początkiem”. Cytując komunikat, specjalnie podkreśliłem fragment o uwiarygadnianiu postawy Niesiołowskiego i Palikota przez wchodzenie z nimi w polemiki. Na takiej samej zasadzie bowiem uwiarygadnia się swą obecnością mediodajnie w których ci politycy goszczą.

Krokiem kolejnym, logicznie wynikającym z poprzedniego, powinna być odmowa udzielania jakichkolwiek komentarzy odnoszących się do wymienionych postaci. Funkcjonariusze mediów powinni słyszeć twarde NIE każdorazowo, gdy będą zadawać pytania dotyczące panów N. czy P. Pytania te bowiem zadają z jedną i wciąż tą samą intencją: eskalowania awantury, którą będą następnie eksploatować przez resztę dnia na antenie: Niesioł powiedział to, na co Hofman odpowiedział tamto... i tak aż do wieczora, kiedy to odpowiednio dobrani publicyści/propagandyści zgodnie podsumują, że wprawdzie Niesioł wyjęzyczył się barwnie i ostro, ale wiadomo, że z tą pisowską agresją nie można inaczej... Tak leci ten oklepany do bólu schemat, na który pisowscy politycy wciąż łapią się jak dzieci.

Następne posunięcie, to bojkot dziennikarzy zapraszających do swych programów Niesiołowskiego i Palikota. Podam przykład (z „GW”, ale trudno) – otóż, Monika Olejnik, w okresie od listopada 2011 do maja 2012, najczęściej zapraszała do „Kropki nad i” właśnie tych dwóch panów – osiem razy Palikota i siedem razy Niesiołowskiego. Jest sens uwiarygadniać „Stokrotkę” siadając w fotelu, który wczoraj wygrzewało swym siedzeniem któreś z wymienionych wyżej indywiduów? No właśnie. Rzecz jasna, dotyczy to również innych żurnalistów spełniających się w roli stojaków do mikrofonów podstawionych pod stężałe od nienawiści facjaty.

No i w końcu krok czwarty - najtrudniejszy dla uzależnionych od kamer i mikrofonów działaczy, którzy by zaspokoić dojmującą potrzebę parcia na szkło gotowi są pójść wszędzie i godzić się na wszelkie fundowane im przez medialnych funkcjonariuszy upokorzenia. Powrócić do bojkotu reżimowych mediodajni, tak obiecująco rozpoczętego niegdyś przywołanym wcześniej bojkotem TVN-u, a później „Zetki”. Nie uwiarygadniać teatrzyku pseudo-pluralizmu realizowanego w konwencji „czterech na jednego”. Taki ruch zaprocentuje, gdyż to mediodajnie potrzebują pisowców do produkcji mięcha antenowego, które jest podstawą budowania oglądalności. Wy na bojkocie możecie tylko zyskać, oni – tylko stracić. Jeszcze tego nie pojęliście, Panie i Panowie? To naprawdę proste.

III. Na detoksie

Proszę zwrócić uwagę, że rozpisałem dojście do punktu finalnego na kolejne kroki, tak by mniej bolało i żeby nieuchronny syndrom odstawienia przysporzył możliwie najmniej cierpień. Nie jest to może terapia na miarę „12 kroków”, ale zawsze daje to jakąś szansę na stopniową detoksykację politycznych mózgownic i względne złagodzenie skutków ubocznych.

A co w zamian? Cóż, miło było by mieć świadomość, że takie inicjatywy jak Kongres Mediów Niezależnych, czyli budowanie „drugoobiegowej” alternatywy dla mainstreamowych przekaziorów, kogoś w PiS-ie naprawdę obchodzi. Tak jednak niestety nie jest i jest to kolejny poważny błąd tego środowiska politycznego. Bo my nie jesteśmy poważni. Poważni są ciecie z WSI24 - nie my. Tak się jednak składa, że bez nas bylibyście w internetowej czarnej... powiedzmy – dziurze. I nasz zasięg oddziaływania konsekwentnie się zwiększa – wraz z rozwojem internetu. Bo kogo innego macie po swojej stronie? No, słucham – kogo? To na nas jesteście skazani, jeśli chcecie czegokolwiek dokonać. Jesteśmy waszym detoksem. Przecież chyba nie jesteście tak naiwni, by sądzić, że uda się wam wykorzystać „tamtych” do swoich celów? Nie jesteście, prawda?

Ciąg dalszy nastąpi.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

Notki na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/pis-mediodajnie

http://niepoprawni.pl/blog/287/zer-dla-mediodajni

http://niepoprawni.pl/blog/287/drugi-obieg-20-%E2%80%93-cz-i

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/drugi-obieg-20-%E2%80%93-cz-ii

niedziela, 11 września 2011

PiS a mediodajnie


PiS do utrzymania „słupków” nie potrzebuje mediodajni. To mediodajnie potrzebują PiS-u do urządzania seansów nienawiści.



I. Medialna telenowela z mordobiciem


Historia relacji Prawa i Sprawiedliwości z wiodącymi mediodajniami, zwłaszcza elektronicznymi, służącymi nieodmiennie opcji beneficjentów i utrwalaczy III RP, to swoista telenowela, pełna gwałtownych rozstań, powrotów, dąsów, swarów i jednostronnych pojednań. Z telenowelą łączy ją jeszcze to, że po przegapieniu iluś tam odcinków, widz może spokojnie na powrót włączyć się w oglądanie i nadal jest „w temacie”.


Tymczasem, jedyne co powinien zrobić PiS, to konsekwentnie owe mediodajnie olać, wyjaśniwszy uprzednio czytelnie co jest przyczyną tak radykalnej decyzji. Kontakty z nimi nie przysparzają bowiem partii żadnego pożytku, ba – śmiem twierdzić, że są przeciwskuteczne. Przecież gołym okiem widać, że zaproszenie „pisowca” do studia ma służyć tylko jednemu – wyśmianiu, spostponowaniu, rzuceniu absurdalnych oskarżeń – słowem, przemysł pogardy na żywo i w powtórkach, 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, żeby odbiorcom się utrwaliło.


Dotyczy to zarówno programów w konwencji jeden na jeden, jak i w szerszej formule, gdzie redaktor prowadzący wspólnie z politykami z innych opcji skupia się na dowalaniu jakiemuś Cymańskiemu. Kto widział w akcji red. red. Lisa, Kuźniara, Olejnik, czy innych skoszarowanych i rzucanych następnie na różne odcinki frontu cyngli, ten wie o czym mówię. Ale samo mordobicie jest jedynie wstępem, potem bowiem, już w gronie odpowiednio dobranych publicystów, następuje faza druga – zapodaje się wyrwany z kontekstu cytat z "pisowca", po czym następuje roztrząsanie: no jak on mógł tak powiedzieć, to groźne i żałosne zarazem, no – wyobraźcie sobie, jakie fackelzugi będą urządzać jak dopuścimy do recydywy IV RP, co świat powie na to...


Słowem, banda dresów po skopaniu przechodnia idzie na piwo i rechocze, jak ten frajer fajnie stękał, krztusił się krwią i pluł zębami. Ale, dochodzą do wniosku dresiarze, po co ten frajer gardłował wcześniej, że z chuliganami trzeba zrobić porządek, a potem sam władował się nam na dzielnicę?


No właśnie. Warto? Moim zdaniem, nie warto.


II. Rozstania i powroty


Teraz cofnijmy się do prehistorii, czyli do lipca roku 2008, kiedy to PiS ogłosiło bojkot TVN, formalnie po jakimś kolejnym wyskoku tej stacji, ale w sumie „za całokształt”. Bojkot trwał pół roku – do stycznia 2009. W tym czasie słupki poparcia dla partii nie drgnęły – ani na plus ani na minus. Okazało się, że obecność w Tusk Vision Network nie jest PiS-owi do niczego potrzebna. Ciekawa była reakcja WSI24, która oficjalnie podśmiewając się i bagatelizując bojkot, wysyłała jednocześnie zawoalowane sygnały: no co wy, wróćcie, przecież nic wam nie zrobimy... Niestety, wpływowa wówczas w partii grupa „spinek” od Bielana i Kamińskiego, uzależnionych od kamer i dlatego bardzo cierpiących na tzw. „syndrom odstawienia”, doprowadziła do przerwania bojkotu, zaś TVN po króciutkim okresie względnego umiarkowania, wróciła do starego, dobrze znanego modus operandi.


W sumie wyszło głupio i ze szkodą dla wizerunku partii, ale podkreślmy - nie z powodu bojkotu jako takiego, tylko z powodu niekonsekwencji. Cieszyły się jedynie „spinki”, które bez obecności w mediach nie istniały, a które za jakiś czas przy zachwytach mediodajni zrobiły rozłam i wylądowały w PJN.


Dlaczego o tym przypominam? Dlatego, że nie wyciągnięto z tej historii żadnych wniosków. Kiedy w marcu tego roku PiS ogłosiło bojkot Radia Zet, po tym, jak Olejnik w swoim unikalnym stylu przeczołgała po raz kolejny Mariusza Błaszczaka, zaciskałem kciuki łudząc się, że tym razem to już będzie „naprawdę”. Podobnie jak w 2008 roku, tak i teraz sondażownie nie wykazywały żadnych wahnięć poparcia, a przecież gdyby był choć cień możliwości to bez wątpienia taki spadek zostałby ogłoszony, rozpropagowany i nagłośniony. Niestety, i tym razem czyjeś ciśnienie (stawiam na działanie szefa kampanii - Poręby) na mikrofon „Stokrotki” okazało się tak przemożne, że pół roku później do studia zawitał Adam Hofman i z miejsca został wzięty pod fleki za swą wypowiedź o „chłopach z PSL-u”.


I znowu, zamiast poważnego sygnału dotykającego patologii świata medialnego w Polsce, wyszła ośmieszająca awanturka. Warto było się napinać? Odchodzić trzaskając drzwiami, by bez wyraźnego powodu wracać i dostać na progu w twarz? Do opinii publicznej z tego wszystkiego dotarł przekaz, że „pisuary” znowu się wygłupiły.


Najświeższa sprawa: połowiczny bojkot TVN-u. Ziobro podczas pamiętnego wydania „Faktów po Faktach” wdeptał „Stokrotkę” w ziemię, do tego stopnia, że stacja nie zdecydowała się wyemitować rozmowy w paśmie powtórkowym. Zuch. Na zimno wypunktował łgarstwa Tusk Vision Network – w świat poszedł czytelny i konkretny komunikat, wyjaśniający dlaczego PiS nie weźmie udziału w debatach zorganizowanych przecież – nie łudźmy się - tylko po to, by rzucić się do gardeł „pisowcom”, co by nie mówili. Ten zamiar spalił na panewce, o czym można się naocznie przekonać obserwując debaty, które zwyczajnie się nie kleją, bo amputowano z nich podstawę zamysłu dramaturgicznego: zabrakło dyżurnych chłopców do bicia.


Tylko po kiego diabła inni przedstawiciele PiS-u udzielają się w pozostałych audycjach, gdzie traktowani są wedle wypracowanego latami, agresywno-pogardliwego schematu? Znów – brak konsekwencji.


III. Delegitymizować mediodajnie!


No i najważniejsze – czemu warto bojkotować najbardziej załgane reżimowe mediodajnie, powołane swojego czasu do propagandowej osłony utrwalaczy i beneficjentów III RP oraz ich aktualnych, politycznych ekspozytur? Ano temu, że aby skutecznie spełniały swą rolę, potrzebują ciągłego uwiarygodniania się w oczach społeczeństwa. Takiej permanentnej legitymizacji dostarczają właśnie politycy głównej siły opozycyjnej przychodząc do studia, gdzie - chcąc nie chcąc - pełnią rolę pożytecznych idiotów. Dzięki temu TVN, czy inna Zetka może stroić się w szaty bezstronności i obiektywizmu, bo przecież „ich anteny są otwarte dla wszystkich”. A że na tych antenach jedni są głaskani, a inni gnojeni? A kto będzie wnikał, poza tym pewnie „pisiołki” sobie zasłużyli, bo w kółko się awanturują...


Dlatego twierdzę twardo: bojkot stronniczych mediodajni stanowi problem dla nich, nie dla PiS-u. Taka odmowa legitymizacji stawia je w kłopotliwej sytuacji. Doskonale pamiętam niewyraźne miny cyngli z Wiertniczej podczas bojkotu w 2008 roku. Widzę drętwotę obecnych „debat”. Media, szczególnie audiowizualne, żywią się kontrowersją, dynamiką. Bez obecności PiS-u ta dynamika siada, a bez tego na dłuższą metę nie sposób utrzymać oglądalności. Reasumując, o ile PiS-owi do utrzymania „słupków” mediodajnie nie są potrzebne, co wykazały przykłady bojkotów TVN i „Zetki”, o tyle PiS jest potrzebny mediodajniom do robienia show – czyli cyklicznych seansów nienawiści.


Bojkot, nieobecność na antenie głównej partii opozycyjnej jest wyraźnym sygnałem, krzyczącym oskarżeniem, że stronniczość danej stacji przekracza wszelkie granice, że dane medium jest wyrobnikiem jednej, mainstreamowej opcji. I takie oskarżenie wbrew pozorom bardzo ich uwiera, bo niszczy narrację.


IV. Drugi obieg 2.0


Na przeszkodzie do wdrożenia proponowanego rozwiązania stoi mit wszechmocy mediów, który jak sądzę jest powodem opisywanych wcześniej kontredansów. Wedle tego mitu, należy „istnieć” nawet w skrajnie nieprzyjaznych miejscach, by przebić się ze swym komunikatem do masowego odbiorcy. To szkodliwa bzdura. Bzdurę tę powielają umiarkowani dziennikarze pokroju Jankego, który na stronach „Rzepy” biadał, że PiS odmawiając udziału w debatach popełnia błąd. Tymczasem, z każdym tygodniem okazuje się, że było to bodaj najlepsze posunięcie w tej kampanii.


W hołdowaniu powyższemu mitowi „istnienia” w mediodajniach może było coś na rzeczy jeszcze parę lat temu, ale nie teraz. Otóż, konsekwentne wypychanie patriotycznego przekazu z głównonurtowych mediów okazało się nieskuteczne. Ta metoda skutkowała do pewnego momentu, ale świat się zmienia. Wstrząs 10 Kwietnia 2010 w połączeniu z kneblem zaciskającym się coraz bardziej na kontestatorskich treściach zmusił opcję niepodległościową do szukania innych kanałów przekazu - budowania DRUGIEGO OBIEGU 2.0.


Ten drugi obieg ma się coraz lepiej, a pamiętajmy, że to dopiero początki. Ma tę zaletę, że jest bardzo bezpośredni - w przeciwieństwie do tradycyjnych, bezosobowych form nadawania. Docieranie do ludzi z zakazanymi filmami, spotkania w domach kultury, plebaniach, klubach „Gazety Polskiej”, kupowanie opozycyjnych gazet, przyznawanie się przed znajomymi do słuchania Radia Maryja, uczestniczenie w inicjatywach zrodzonych w sieci na niepoprawnych politycznie portalach – to wymusza osobiste zaangażowanie, rodzi poczucie wspólnoty i promieniuje na otoczenie.


Pozornie to nic w porównaniu z potęgą tradycyjnych reżimowych przekaziorów, ale gdyby to naprawdę było „nic”, to komuniści nie ścigaliby podziemnej bibuły, a obecnie nie próbowano by dezawuować na każdym kroku alternatywnego przekazu. Nie wkładano by tyle zaangażowania w przejecie Presspubliki przez zwąchanego z WSI szemranego biznesmena, nie odcinano by od reklam nieprawomyślnych mediów, nie odmawiano by emisji spotów gazecie z dołączonym filmem Stankiewicz i Pospieszalskiego czy nowo powstałemu dziennikowi, nie zwalczano by prawem i lewem kiboli. Milczano by po prostu, bo komu może zagrozić garstka „oszołomów”...


Tymczasem jest odwrotnie – mainstream i jego elity szaleją. Nic dziwnego. Taka jest logika tego systemu: musi być szczelnie domknięty, albo pada. Każda szczelina powoduje prędzej czy później jego rozsadzenie.


Zatem, zamiast pielgrzymować do Zetek, Tefałenów i robić z siebie kopanych po nerach durniów i frajerów, niezdarnie odgryzających się prześladowcom ku uciesze lemingowatej ludożery, należy skupić się na rozbudowie własnych, alternatywnych form przekazu. Wzmacniać współczesny DRUGI OBIEGg 2.0. Konsekwentnie, z uporem docierać do ludzi. Te wszystkie pozornie nieliczne i rozproszone inicjatywy – blogowiska, stowarzyszenia, gazety, media internetowe itd. - są jak rój. Można utłuc jedną czy drugą pszczołę, ale koniec końców rój zawsze wygrywa.


A tamtych z Czerskiej, Wiertniczej i innych eremefów – chromolić. Nie dawać im żeru swoją obecnością, nie uwiarygadniać. Niech się duszą we własnym sosie. Gdyby choć połowę tej energii, którą zaangażowano w odwojowywanie przekazu „tamtych” i „zaistnienie” przeznaczono na budowę własnych kanałów dystrybuowania polityczno-społecznego przekazu i idei, już dawno bylibyśmy potęgą.


Tylko - czy ktoś to lecącym do kamer jak ćmy do świecy, zakochanym w światłach i mikrofonach politykom - wytłumaczy?


Gadający Grzyb

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Boicot, o muerte!


PiS powinien ogłosić bojkot „komisji hazardowej”.

Bojkot nr 1.


Swojego czasu (lipiec 2008) PiS wpadł na pomysł świetnego zagrania, jakim był bojkot mediów należących do ITI, z TVN i TVN24 na czele. Pamiętam, że kibicowałem temu posunięciu, bo chamstwo i stronniczość wylewające się niczym przepełnione szambo z ekranów walterowskich mediodajni, przekraczały wszelkie granice.

Co ciekawe, ów bojkot nie wpłynął w najmniejszym stopniu na sondażowe wyniki partii – PiS utrzymywał stabilne poparcie, zbliżone do wyniku, jaki ostatecznie osiągnął w wyborach do Parlamentu Europejskiego w czerwcu 2009. Natomiast patrzenie na coraz gorzej skrywaną wściekłość walterowskich funkcjonariuszy medialnych, gdy programy publicystyczne rozłaziły im się w szwach na skutek braku przedstawicieli jednej z głównych politycznych opcji – o, to było bezcenne… O dodatkową furię przyprawiały ich wspomniane sondaże, wyraźnie pokazujące, że wszechwładza „słusznych” mediów w kształtowaniu wyborczych sympatii elektoratu ma swoje granice.

Dlatego, kiedy po ok. pół roku (styczeń 2009) bojkot odwołano, byłem rozczarowany i uznałem to za błąd. TVN swojego nastawienia nie zmienił – jak łgał i manipulował, tak łże i manipuluje nadal, tyle, że politycy PiSu firmują poniekąd te łgarstwa własnymi twarzami. Na sondaże, co było do przewidzenia, zaprzestanie ignorowania tefałenowskich kamer też nie miało wpływu.

Najwyraźniej w PiSie ciśnienie na szkło było zbyt wielkie i nawet „żelaznoręki” Jarosław Kaczyński musiał się w końcu ugiąć. „Syndrom odstawienia” najwyraźniej dotyczy nie tylko alkoholików, lecz również polityków uzależnionych od brylowania przed obiektywami. Nawet za cenę złośliwego wykoślawienia, tudzież ośmieszenia ich poglądów w procesie redakcyjnej obróbki.

Bojkot nr 2?

Dlaczego odgrzewam tamtą historię? Ano dlatego, iż dziś mamy do czynienia z podobną sytuacją, tyle że dotyczącą sejmowej komisji „hazardowej”. Himalaje arogancji na jakie wspięła się Platforma, wyrzucając pod byle pretekstem z komisji Beatę Kempę i Zbigniewa Wassermanna daje idealny i co ważniejsze, w pełni czytelny dla opinii publicznej powód, by Prawo i Sprawiedliwość zbojkotowało prace tej komisji.

Platforma, rugując ze wzmiankowanego ciała przedstawicieli największej siły opozycyjnej, popełniła jeden z nielicznych pijarowskich błędów. Nawet sprzyjające PO mediodajnie musiały, acz z niechęcią, to przyznać. Odbiór społeczny akcji też był nieprzychylny i spóźnione próby ratowania sytuacji przez Donalda Tuska („dowiedziałem się z mediów”, „nie wiedziałem” itp.) nie przyniosły pożądanego rezultatu.

Teraz Prawo i Sprawiedliwość ma okazję negatywne dla Platformy społeczne wrażenie wzmocnić. Powinno zrobić to teraz, jak najszybciej, póki efekt bezprecedensowej decyzji jest jeszcze świeży i „nierozmydlony”.

W przeciwieństwie do wielu innych posunięć PiSu, ten krok dla opinii publicznej byłby jak najbardziej zrozumiały. Przekaz klarowny, że bardziej nie można: „Chcecie robić z komisji farsę? Proszę bardzo, ale bez nas!”. Wzmogło by to u odbiorców przekonanie, że PO chce coś ukryć, zachachmęcić, że czuje się bezkarna. Że ma gdzieś wyborców, bo w swej arogancji i tupecie jest przekonana, że i tak będzie miała ich poparcie. A wyborcy takiej postawy nie lubią, oj nie lubią…

Przestrogi i obawy.

Mam jednak kilka obaw, które po części wiążą się z historią omawianego na wstępie bojkotu TVN.

Czy politycy PiS będą w stanie „dać sobie na wstrzymanie” i oprą się pokusie lansu przed kamerami? Taki „lansik” jest nader złudny, już lepiej usadowić się w „loży szyderców”, ale „aktorzy sceny politycznej” mają to do siebie, że na widok świateł i mikrofonów zbyt często miękną w kolanach niczym wyposzczone primabaleriny i dostają małpiego rozumu. Efekt „parcia na szkło”, który pogrzebał sprawę poprzedniego bojkotu, może znów dać znać o sobie. Gdyby obrady nie szły na żywo, to może jeszcze, ale tak… Jarosław Kaczyński powinien być tu nieugięty. Pytanie, czy podziela tę koncepcję.

Póki co, Jarosław Kaczyński zdaje się stać na stanowisku, że albo Wassermann i Kempa wrócą do komisji, albo… No właśnie, jeśli jest to przygrywka do bojkotu (scenariusz typu: „- Acha, chcecie wybierać sobie śledczych z opozycji? Niedoczekanie!”), to z Bogiem sprawa. Jeżeli Kaczyński kalkuluje w ten sposób, mogłoby to wręcz zwiększyć efekt wyjścia z komisji.

Możliwe jednak, że PiS zgodzi się na inne warianty:

1) Posłowie Wassermann i Kempa są „przeczołgani” podczas przesłuchania przez „PeOwców”, następnie zaś wracają do składu, ale już z odium społecznego wrażenia, że też są w hazardowe sprawki „umoczeni”. Będąc w mniejszości i tak nic nie zdziałają.

2) Kompletną katastrofą byłoby, gdyby po licznych awanturach (w odpowiednim duchu zrelacjonowanych przez mediodajnie), przesłuchani zostaliby czołowi politycy PiSu, zaś następnie do komisji zostaliby wydelegowani jacyś „akceptowalni” z punktu widzenia PO posłowie.

Zarówno pierwszy, jak i drugi z powyższych scenariuszy alternatywnych jest gwarancją, iż „cały pogrzeb na nic”. Zważywszy na skrajnie rozdęty zakres prac komisji (przypomnę tu pełną nazwę: „Komisja śledcza do zbadania sprawy przebiegu procesu legislacyjnego ustaw nowelizujących ustawę z dnia 29 lipca 1992 o grach i zakładach wzajemnych”) i szybki termin ich zakończenia (luty 2010), u tzw. „przeciętnego odbiorcy” powstałoby wrażenie, że awanturnicy z PiSu znów wszczęli polityczną burdę, sami zaś mają brud pod paznokciami.

A wszystkie te komisje, panie kochany, to tylko bicie piany i kłótnie – jeden wart drugiego.

Wedle którego scenariusza pogra PiS? Obym znów się nie rozczarował…

Gadający Grzyb

P.S. Wiem, że w rocznicę 13-go Grudnia roku pamiętnego wypadałoby napisać coś o stanie wojennym, ale to co mam na ten temat do powiedzenia „od siebie”, wyartykułowałem rok temu. www.niepoprawni.pl/blog/287/rozwazania-na-temat-konsekwencji-wiadomego-stanu

Powiedzmy, że dziś, dla odmiany, przejąłem się hasłem, by „patrzeć w przyszłość”. Więc patrzę. W tę najbliższą, na początek.

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl