Pokazywanie postów oznaczonych etykietą islamizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą islamizm. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 września 2018

Europa w ogniu nienawiści

Rządy razem z lewackimi organizacjami „zaimportowały” muzułmański antysemityzm na nasz kontynent i odtąd Europa na własne życzenie stała się kolejnym polem wojny arabsko-żydowskiej.

I. Europejski teatr konfliktu bliskowschodniego

Taki obrazek. Mamy kwiecień 2018 r. Ulicami Berlina idzie dwóch młodych ludzi – studiujący w Niemczech Izraelczyk i jego miejscowy kolega. Obaj mają na głowie tradycyjne żydowskie jarmułki. Nagle zostają zaatakowani przez trzech napastników, jeden z nich zaczyna ich bić pasem z metalową klamrą – a wszystko przy wtórze rasistowskich wyzwisk. Jak się okazało, najbardziej agresywny z atakujących to 19-letni syryjski „uchodźca”, przybyły do Niemiec w 2015 r. Co ciekawe, napadnięty Żyd przyznał później, że nawet nie jest wyznawcą judaizmu, a jarmułkę założył tylko po to, by udowodnić swojemu koledze, że wbrew jego twierdzeniom po Berlinie można się bezpiecznie poruszać w żydowskim nakryciu głowy. Daleko nie zaszli.

Powyższa przygoda, to tylko jeden z setek incydentów do których dochodzi regularnie za naszą zachodnią granicą. Ich natężenia nie mogły dłużej ignorować nawet tamtejsze media i władze, do tej pory skrupulatnie chowające głowy w piasek. Zaczęto wręcz mówić o fali „nowego antysemityzmu” i - rzecz dotąd niespotykana – głośno artykułować jego muzułmańskie podłoże. Do tej pory bowiem grzech antysemityzmu przypisywany był wyłącznie tzw. skrajnej prawicy, do którego to worka wrzucano razem zarówno regularnych neonazistów, jak i ugrupowania „populistyczne” (a w istocie, jak podkreśla Daniel Pipes, cywilizacjonistyczne) w rodzaju AfD czy PEGIDY. Jednak prawda jest brutalna – gros antyżydowskich ataków jest dziełem nachodźców, szczególnie z ostatniego „naboru” będącego efektem polityki Angeli Merkel spod znaku „herzlich willkommen” („serdecznie witamy”) i „wir schaffen das!” („damy radę!”).

Tylko w 2017 r. niemiecka policja odnotowała 1453 przestępstwa o charakterze antysemickim, co się przekłada na cztery tego typu zajścia dziennie – a są to jedynie oficjalnie zgłoszone przypadki, „ciemna liczba” niezgłoszonych przestępstw pozostaje niewiadomą. Pewne pojęcie o skali problemu mogą dawać ustalenia berlińskiej organizacji RIAS, wg której w samej stolicy Niemiec w 2017 r. doszło do 947 antysemickich incydentów, co stanowi w porównaniu z rokiem 2016 wzrost o 60 proc. Do najbardziej spektakularnej manifestacji doszło 8 grudnia nieopodal Bramy Brandenburskiej w reakcji na uznanie przez Donalda Trumpa Jerozolimy stolicą Izraela. Palono izraelskie flagi, wznoszono okrzyki w rodzaju „zabić Żydów”. Podobne demonstracje powtórzyły się jeszcze 10. i 12. grudnia. Swoją rolę odgrywa tu oczywiście szowinistyczna polityka państwa izraelskiego, urządzającego Palestyńczykom cykliczne masakry i traktującego strefę Gazy niczym wielki obóz koncentracyjny. Niezależnie jednak od przyczyn, fakty są takie, że rządy europejskich państw razem z lewackimi organizacjami opętanymi nienawiścią do zachodniej, łacińskiej cywilizacji, „zaimportowały” muzułmański antysemityzm na nasz kontynent i odtąd obrazki rodem z Bliskiego Wschodu są elementem naszej codzienności. Innymi słowy, Europa na własne życzenie stała się kolejnym polem wojny arabsko-żydowskiej.


II. Eskalacja przemocy

Już teraz kanclerz Merkel zmuszona była przyznać, że żydowskie placówki, takie jak szkoły i synagogi nie są w stanie funkcjonować bez ciągłej policyjnej ochrony. Co więcej, nie widać szans na to, by ów przeniesiony do Europy antagonizm wygasł wraz ze zmianą pokoleniową – przemoc wobec żydowskich dzieci szerzy się również w szkołach, od podstawówki począwszy. Na porządku dziennym są ataki fizyczne, nie wspominając już o słownym mobbingu w rodzaju: „Powinnaś zostać zabita, bo nie wierzysz w Allaha” czy „Powinno wam się poodcinać głowy”. Podobne „uprzejmości” spotykają również uczniów chrześcijańskich, a nawet nauczycieli (np. „Ta ździra nie będzie mi mówiła, co mam robić”). W niektórych niemieckich szkołach odsetek uczniów z rodzin imigranckich sięga nawet 90 proc., częste są przypadki kolportowania materiałów propagandowych Państwa Islamskiego. Doszło do tego, że przewodniczący Centralnej Rady Żydów w Niemczech Josef Schuster zaczął przestrzegać przed publicznym noszeniem jarmułek, zaś rabin Daniel Alter z berlińskiej gminy żydowskiej już w 2012 r. określił pewne dzielnice tego miasta jako „no-go areas dla Żydów”.

Z podobną eskalacją nienawiści mamy do czynienia również w innych krajach Zachodniej Europy. Francja jest już w zasadzie terenem regularnej wojny, Żydzi w miejscach publicznych ukrywają swoją tożsamość, mnożą się napaści na żydowskie instytucje i sklepy, dochodzi do morderstw. W efekcie, półmilionowa diaspora francuskich Żydów żyje w ciągłym poczuciu zagrożenia, czego skutkiem jest narastający exodus do Izraela. W Wielkiej Brytanii w porównaniu z rokiem 2016 liczba fizycznych ataków na Żydów wzrosła o 78 proc., zaś wszystkich aktów antysemickich o 30 proc. (dane za 2017 r.). Podobnie rzecz się ma w Szwecji, gdzie nieliczni żydowscy obywatele (ok. 15 000) są regularnie zastraszani, zaś publiczne noszenie jarmułek czy gwiazd Dawida naraża ich na ataki muzułmańskich nachodźców. Warto tu przytoczyć raport Centrum Badań nad Ekstremizmem Uniwersytetu w Oslo za lata 2005-2015. Pod lupę wzięto antysemickie ataki w Niemczech, Szwecji, Francji i Wlk. Brytanii. Każdorazowo największą grupę agresorów stanowili muzułmanie, na drugim miejscu byli... lewicowcy, a dopiero po nich przedstawiciele skrajnej prawicy.


III. Sojusz lewacko-muzułmański

I właśnie ta statystyka, plasująca lewicową agresję na drugim miejscu po islamistycznej, wiele nam mówi. Od dziesięcioleci mamy bowiem do czynienia z paradoksalnym na pozór sojuszem lewicy z islamskim fundamentalizmem. Przejawia się on w bezwarunkowym poparciu dla strony arabskiej w konflikcie bliskowschodnim, równie bezwarunkowej postawie antyizraelskiej przeradzającej się płynnie w antyżydowską oraz wspólnej nienawiści do cywilizacji łacińskiej. Wszystko zaś sięga korzeniami rewolucji kulturalno-obyczajowej roku 1968, kiedy to zinfiltrowane przez sowiecką agenturę i sponsorowane z Kremla lewactwo rozpoczęło swój „długi marsz przez instytucje”. Ponieważ ZSRR na Bliskim Wschodzie był patronem Arabów i „towarzysza Arafata”, to i jego zachodnie „gawnojedy” musiały śpiewać z podobnego klucza – co czynią zresztą do tej pory. I nie ma znaczenia, że prym w lewicowych środowiskach często wiodą osoby z tzw. „korzeniami” - rozkaz to rozkaz. Dobrym przykładem jest tu George Soros – jeden z głównych sponsorów muzułmańskiego najazdu na Europę i piewca multikulturalizmu, który zarazem piętnuje przy każdej okazji Izrael, gdzie jest zresztą znienawidzony chyba równie mocno jak na Węgrzech.

Ów egzotyczny sojusz sprawia, że lewica pogrążona jest w ideologicznej schizofrenii – takie postępowe „grzechy” jak antysemityzm, seksizm, patriarchalna opresja czy dyskryminacja mniejszości seksualnych istnieją dla niej jedynie wówczas, gdy dotyczą przedstawicieli świata Zachodu. Te same elementy, nieusuwalnie wpisane w kulturę świata islamu, stają się dla lewaków niewidzialne jeśli dotyczą społeczności muzułmańskich, zaś wszelkie wzmianki o nich, włącznie z przymusowymi małżeństwami, obrzezaniem kobiet czy honorowymi zabójstwami są zagłuszane wrzaskiem o „islamofobii”. Tym samym, wciąż dominująca w polityczno-światopoglądowym mainstreamie lewica dopuszcza się notorycznej zdrady własnych ideałów, piętnując nawet muzułmańskich dysydentów, którzy nieopatrznie uwierzyli, że z tą europejską tolerancją to wszystko naprawdę. Ale jak rozumiem, wytrenowane w dialektyce mózgi przechodzą nad tymi sprzecznościami do porządku dziennego.

Cel ostateczny jest jasny: zniszczyć fundamenty łacińskiej cywilizacji, a wojujący islam jawi się w tym dziele jako idealny sojusznik, ostateczny taran forsujący bramy Zachodu. Na szczęście, społeczeństwa europejskie opornie, lecz jednak zaczynają wybudzać się z ogłupiającego letargu, czego dowodem jest rosnąca popularność ugrupowań cywilizacjonistycznych, a także stopniowe przenikanie ich postulatów do politycznego głównego nurtu. Oby nie za późno.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Cywilizacjonizm albo śmierć!


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 18 (26.09-09.10.2018)

czwartek, 15 września 2011

Lewacka prawica


Jedyną różnicą między naszymi ober-narodowcami a lewactwem jest tradycjonalizm. We wszystkich pozostałych kwestiach mogliby śmiało podać sobie ręce.



I. Lewak i ober-narodowiec w jednym stali domu...


Jest coś, co nieodmiennie wyprowadza z równowagi pewien specyficzny rodzaj „ober-narodowców”, którzy probierzem prawicowości i patriotyzmu uczynili kliniczne żydożerstwo. Tym czymś jest zestawienie głoszonych przez nich haseł z retoryką charakterystyczną dla współczesnego i historycznego lewactwa. Można powiedzieć, że oba nurty światopoglądowe doszły do takiej skrajności, że koniec końców zeszły się z drugiej strony.


Podobne są nawet stroje maskujące zakładane przez naszych milusińskich by uniknąć łatki antysemityzmu. Lewica operuje pojęciem „antyizraelizmu”, zaś środowiska narodowe deklarują swój sprzeciw wobec „ideologii syjonistycznej”, następnie zaś i jedni i drudzy wrzucają do tych worków wszelkie antysemickie stereotypy znane od czasów Karola Marksa (żydożercze dziecię rabina), czy „Protokołów Mędrców Syjonu”. Tu uwaga porządkująca - znam różnicę pojęciową między „Żydem” pisanym z wielkiej, a „żydem” pisanym z małej litery. W tekście, żeby nie mieszać, będę pisał „Żyd” w znaczeniu osoby narodowości żydowskiej – tak wyznania mojżeszowego, jak i bezwyznaniowej.


II. Protokół zbieżności


A oto skrócony katalog podobieństw.


1) Wrogi stosunek do Izraela.


Naszych misiów z lewicy i z prawicy łączy obsesyjnie nienawistny stosunek do Izraela. Dla jednych i drugich jest to państwo ludobójcze, bandyckie, terrorystyczne, pozostające głównym zagrożeniem dla światowego pokoju. A że jest to kraj boksujący w permanentnym okrążeniu, otoczony wrogim arabskim żywiołem, który to żywioł po załatwieniu wiążącego islamskie siły Izraela rzuci się do gardeł Zachodowi w imię światowego kalifatu? To nieistotne, grunt, że robią kuku Żydom. Ten „antyizraelizm” pozostaje wiecznie żywym pokłosiem Zimnej Wojny – nienawiść do sprzymierzonego z USA Izraela stanowi swoistą pochodną wspieranego z Kremla antyamerykanizmu.


2) Antyamerykanizm.


Dla lewaków i „ober-narodowców” USA to diabeł wcielony: imperialiści, wyzyskiwacze, rozsadnik militaryzmu, matecznik spekulantów, kapitalizmu korporacyjnego i generalnie źródło wszelkiego zła. Na dodatek, powiadają, Ameryką rządzą Żydzi, stąd z upodobaniem stosowana nazwa „USrael”. Czym byłby świat, bez Ameryki i jej decydującego wkładu w rozgromienie sowietów, którego elementem było w globalnej rozgrywce poparcie dla Izraela? Ależ to właśnie główna wina Stanów, wina niewybaczalna.


Co ciekawe, tak lewacy, jak i „ober-narodowcy” zgodnie nienawidzą Republikanów, o wiele łagodniej traktując Demokratów. Czyli: Ameryka być zła, ale jeżeli już musi istnieć, to niech przynajmniej będzie słaba gospodarczo, bardziej „socjalna”, mniej patriotyczna i religijna, a także bardziej „konstruktywna” wobec Rosji i świata arabskiego...


3) Sympatia dla islamskiego terroryzmu.


Wysadzający się w autobusie pełnym niewinnych cywilów, podkładający bomby w metrze czy rozpieprzający się samolotem o wieżowiec fanatycy mogą liczyć na usprawiedliwienie i sympatię zarówno ze strony lewaków w arafatkach jak i naszych „prawicowców”. W ich optyce są to wolnościowi bojownicy przeciw amerykańsko-syjonistycznemu imperializmowi, pokrzywdzone ofiary procesów dziejowych, powstańcy uderzający w swych oprawców. Furda islamistyczna ideologia światowego jihadu, furda niewinne ofiary.


Przy okazji, obserwujemy tu interesujące sprzeczności narracyjne: raz bowiem nasi arabofile mówią o słusznej walce swych ulubieńców, by za moment, niemal na jednym oddechu, gardłować o spiskach CIA i Mossadu stojących za zamachami. Raz twierdzą, że terroryzm to imperialistyczna/syjonistyczna propaganda, by za moment twierdzić że terroryści są tak naprawdę na żołdzie Żydów i Amerykanów, a na koniec na wyprzódki bronić zindoktrynowanego popaprańca z bombą za pazuchą. I nic im się tu nie kłóci. Na koniec wreszcie – uzależniają stosunek do arabskiej „wiosny ludów” od tego, czy ruchawki wymierzone są w satrapów przyjaznych Ameryce i utrzymujących poprawne stosunki z Izraelem („zły” Mubarak, „dobre” Bractwo Muzułmańskie), czy przeciwnie („dobry” Kadafi - „źli” opłacani przez Zachód powstańcy).


4) Prorosyjskość.


U lewactwa obciążenie wręcz genetyczne, sięgające do Woltera i czasów Oświecenia, współcześnie wywodzące się z kremlowskiego sponsoringu i agentury z okresu Zimnej Wojny. Każe to przemilczać bandycki charakter rosyjskiego państwa, ludobójstwo w Czeczenii, czy wyrozumiale podchodzić do najazdu na Gruzję, tym bardziej, że Saakaszwili w odbiorze lewaków jest marionetką amerykańskich „imperialistów” i – dodają nasi narodowcy – Izraela. Tę prorosyjskość połączoną z silną żydofobią i nieufnością do „przeżartego judaizmem” Zachodu wyraźnie widać u naszych „ober-narodowców”.


Jeśli prześledzić ich przekaz, to okazuje się, że zawsze biorą stronę Kremla, nie wyłączając katastrofy smoleńskiej do której mieli doprowadzić „USrael” i Żydzi. NATO? Stany Zjednoczone nas „zwasalizują”. Tarcza antyrakietowa? Rozdrażnimy niepotrzebnie Rosję... Polityka jagiellońska? Wkraczamy w rosyjską strefę wpływów, pogrzebiemy szanse na współpracę. Dysydenci? A kto za nimi stoi – czy aby nie „USrael”? Na podobnej zasadzie „ober-narodowcy” każdorazowo angażują się w obronę przyjaznych Kremlowi i antyzachodnich reżimów, zaś każde działanie niewygodne dla Rosji określają mianem „awanturnictwa”.


Swoją drogą, to nawet logiczne – jeśli zważyć, że ci „patrioci” nie są politycznymi prawnukami Dmowskiego, na którego tak często lubią się powoływać, lecz spadkobiercami zwasalizowanego przez komunę PAX-u i „narodowych komunistów” z postmoczarowskiego ZP„Grunwald” - to nic dziwnego, że wskazywać zagrożeń płynących ze wschodu nie lzia...


5) Alterglobalizm.


Kolejne poletko na którym lewactwo i nasi „ober-narodowcy” orzą ramię w ramię. Kryzysowi winni są drapieżni, żydowscy spekulanci, którzy chcą z jakichś powodów zniszczyć świat w którym całkiem zyskownie funkcjonują. Wszystkim rządzi międzynarodówka spekulantów i „banksterów”. Gospodarka światowa pozostaje w rękach międzynarodowych korporacji, wyzyskiwaczy, których macki sięgają wszędzie. Kto tak diagnozuje rzeczywistość – alterglobalistyczni zadymiarze, czy nasza wielce narodowa „prawica”? Jedni i drudzy. Powiedzieć im, że kryzysowi winne są nieodpowiedzialne rządy zadłużające kraje ponad miarę, w imię „dojutrkowej” polityki utrzymywania „państwa dobrobytu” na które Zachodu już dawno nie stać, oraz nieodpowiedzialni i zdziecinniali wyborcy przekonani, że wszystko im się należy – to wygłosić herezję. Kłóci się to bowiem z wizerunkiem nosatego „bankstera” na workach ze złotem rodem bodaj z XIX-wiecznych jeszcze karykatur.


Świat od zawsze jest polem ścierania się różnych układów, sitw, koterii starających się wyrwać dla siebie kawał ścierwa. Jednak te spekulacyjne hieny nie chapnęły by ani grosika, gdyby rządy wybrane przez ogłupiałe od dobrobytu społeczeństwa nie uciekały przed kryzysem w kolejne pożyczki, nie dotowały ze strachu o własne tyłki padających instytucji finansowych i nie zasypywały wirtualnym pieniądzem krachu, co nawiasem mówiąc, guzik pomaga.


Ale proszę to wytłumaczyć gościom w arafatkach lub zapiętym pod szyję narodowcom – oni mają założone okulary z żydowskim „banksterem” i nie zdziwiłbym się, gdyby w końcu umówili się w jakimś Davos na wspólną zadymę.


III. Narodowo-lewacki uścisk dłoni


Niejeden „ober-narodowiec” zachłyśnie się oburzeniem: to podobieństwa pozorne, my wywodzimy nasze przekonania z całkiem innych źródeł! Po pierwsze - w praktyce jest to bez znaczenia; po drugie zaś – ta różnica w źródłach przekonań jak się przyjrzeć, okazuje się mocno problematyczna, co opisałem onegdaj w notce „Na czerwonym rowerku”, proszę sprawdzić.


Podsumowując, jak się dobrze przyjrzeć, to jedyną różnicą między naszymi ober-narodowcami a lewactwem jest podejście do zagadnień obyczajowo-religijnych. Tu nasi „narodowcy” są tradycjonalistami w przeciwieństwie do postępackich lewaków. Ale to jest jedyna różnica. We wszystkich pozostałych kwestiach przedstawiciele na pozór tak odległych obozów mogliby śmiało podać sobie ręce.


Gadający Grzyb