Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys na Ukrainie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryzys na Ukrainie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 lutego 2015

Ukraina – test Putina

Nie oszukujmy się – prędzej czy później działania wojenne podejdą pod nasze granice, przy bierności UE i natowskiego klubu dyskusyjnego.

I. Test gruziński

Patrząc z perspektywy czasu można przyjąć, że pierwszym poważnym testem jaki Putin zafundował Zachodowi była wojna z Gruzją w 2008 roku – i Zachód ów test oblał koncertowo. Przypomnijmy, że Unia Europejska w tym czasie usilnie starała się patrzeć w innym kierunku. Dopiero inicjatywa prezydenta Lecha Kaczyńskiego i wylot na czele delegacji liderów państw naszego regionu do Tbilisi zmusił prezydenta Sarkozy'ego (Francja sprawowała wtedy europrezydencję), by klnąc w żywy kamień poleciał w końcu z Barroso i Solaną do Moskwy i obgadał z Miedwiediewem lipny układ, którego Rosja od samego początku ani myślała przestrzegać. Tak więc, Europie zamachano przed nosem pokojem, a Rosja de facto zaanektowała sobie Abchazję i Osetię Płd przy milczącej zgodzie tzw. „opinii międzynarodowej”. To, że nie obalono wówczas Saakaszwilego jest wyłączną zasługą ówczesnego zaangażowania w regionie Stanów Zjednoczonych, które użyczyły nam geopolitycznych protez dzięki którym mogliśmy odgrywać rolę regionalnego lidera, co znakomicie wykorzystał Lech Kaczyński.

Niemniej, przetestowawszy brak woli Europy do realnego przeciwstawiania się agresji na niepodległe państwa do których Rosja rości sobie pretensje, Putin uznał, że nadeszła pora, by na poważnie wziąć się za reaktywację imperium. Reformował więc i dozbrajał armię, opracowywał nowe sposoby prowadzenia wojny, faszerował Zachód gazem i czekał na dogodny moment. Ten nastąpił po resecie Obamy, wycofaniu się USA z Europy i zlikwidowaniu Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku. Polska utraciła geopolityczne protezy i ze szczętem przeszła na pozycje serwilistyczne wobec Berlina i Moskwy, tak więc, droga była wolna. Ukrainę dałoby się podporządkować bez jednego wystrzału, bo Putin w pewnym momencie dał jasno do zrozumienia Janukowyczowi, że czas lawirowania się skończył i ma bez wydziwiania wstąpić do Unii Celnej, gdyby nagle Zachód ni z tego, ni z owego nie wierzgnął, obiecując Ukrainie stowarzyszenie, a w bliżej nieokreślonej perspektywie członkostwo w UE – co na dobre pozbawiłoby Rosję imperialnych perspektyw. No i stąd mamy to, co mamy.

II. Test noworosyjski

Nauczony doświadczeniem Putin uznał, że może pozwolić sobie na konfrontację, zwłaszcza przy geopolitycznej kastracji Stanów Zjednoczonych za prezydentury Obamy. Zafundował zatem Europie, ze szczególnym uwzględnieniem Makreli kolejny test – taki „na przetrzymanie” - no i koniec końców, mimo pewnych zawirowań okazało się, że wyszło na jego. Zapad wprawdzie, w miarę rozwoju hybrydowej agresji na Krym i wschodnią Ukrainę, z ociąganiem przeszedł od bredzenia o „deeskalacji” do bardziej namacalnych sankcji, które odbiły się realnymi konsekwencjami na rosyjskiej gospodarce, ale to było wszystko. Okazało się, że Rosjanie w imię odzyskania dawnej wielkości gotowi są nieco pocierpieć, czego żadną miarą nie można powiedzieć o zachodnich szefach koncernów odciętych od rosyjskiego rynku i wynajętych przez nich politykach, nie wspominając już o spacyfikowanych społeczeństwach krajów UE. A że prócz Ukrainy jest jeszcze kilka innych buforowych państw którymi można będzie w przyszłości opędzić rosnący apetyt Putina, więc tym chętniej położono na Kijowie krzyżyk, szczególnie że kremlowski czekista przyparł Makrelę do muru kolejną ofensywą i stworzeniem kotła w Debalcewe. Europa i USA zostały postawione przed wyborem – albo dozbroić Ukrainę i przeciągać wojnę z Putinem, albo ją zdradzić, zatem bez większych wahań wybrały to drugie.

Jest to dla nas kolejna lekcja, że w razie konfrontacji liczyć możemy wyłącznie na siebie. Ukrainę zdradzono dwukrotnie – pierwszy raz, gdy wyrzucono do kosza gwarancje budapesztańskie mające chronić integralność terytorialną w zamian za oddanie posowieckiej broni jądrowej i po raz drugi w Mińsku, kiedy to przyklepano rozbiór, zapalając zielone światło Putinowi do dalszej agresji. Teraz pora na Mariupol, Morze Azowskie i tak dalej, aż do zbudowania korytarza lądowego z Krymem. Ukraina będzie permanentnie zdestabilizowanym krajem na granicy upadłości z separatystycznymi republikami na utrzymaniu. Tamtejsza armia w zasadzie nie istnieje jako siła zdolna do jakichkolwiek skutecznych działań, zresztą gdyby nie sponsorowane przez oligarchów bataliony, wschodnie rejony już dawno byłyby utracone, bowiem postsowiecka generalicja nie paliła się do walki i sprawiała wrażenie, że prowadzi wojnę z rosyjskimi terrorystami tak, by jej Boże broń nie wygrać. Odbiło się to na obniżeniu morale i masowym ukrywaniu się Ukraińców przed poborem – bo po co dać się zabić na próżno, pod rozkazami co najmniej niekompetentnych, a może i zdradzieckich dowódców?

III. Polska w izolacji

Wkrótce, gdy Rosja okrzepnie na swych obecnych zdobyczach, przyjdzie pora na państwa nadbałtyckie. Wojna hybrydowa ma bowiem tę cudowną właściwość, że jeśli ktoś ma interes w tym by jej nie zauważać, może spokojnie mówić, że żadnej wojny nie ma. Ot, są jakieś lokalne konflikty z nie wiadomo kim. Nie oszukujmy się – prędzej czy później działania wojenne podejdą pod nasze granice, przy bierności UE i natowskiego klubu dyskusyjnego. Z tego powodu właśnie analizując sytuację twierdziłem, że najkorzystniejszą dla nas opcją jest, gdy Ukraina i Rosja pozostają w donieckim klinczu, osłabiając się nawzajem i dlatego również postulowałem, że należy w tym konflikcie wspierać słabszego, czyli Ukrainę – tak by wojna nie zakończyła się zbyt wcześnie i byśmy zyskali w ten sposób czas na wzmocnienie własnego potencjału. Trudno powiedzieć, czy po mińskiej kapitulacji postulat ten pozostaje wciąż aktualny i czy Ukraina będzie miała jeszcze siły oraz wolę, by kontynuować wojnę. Oby tak było, bo jesteśmy dramatycznie nieprzygotowani by stawić czoła jakimkolwiek zagrożeniom. O Wielkiej Brytanii mówi się, że ta walczy do ostatniego żołnierza swych sojuszników. Na podobnej zasadzie lepiej walczyć z Rosją rękami Ukraińców niż własnymi - tak jak lepiej było w 2008 wspierać Gruzję i przystopować Putina przynajmniej na jakiś czas, niż rzucić ją od razu na pożarcie w imię polityki świętego spokoju.

Niestety, zbieramy obecnie żniwo ośmiu lat wycofywania się z aktywnej polityki regionalnej i spływania z „głównym nurtem” zgodnie z wytycznymi Berlina. Dziś nawet Litwa i Łotwa zachowują się bardziej stanowczo od nas. O jakiejkolwiek przywódczej roli możemy tylko pomarzyć. Odebranie nam protez geopolitycznych przez USA to jedno, swoje jednak zrobiły również płynące od lat z Warszawy sygnały mówiące, że abdykujemy z jakichkolwiek aspiracji, co szybko przełożyło się na totalne lekceważenie naszego kraju przez wszystkich sąsiadów. Brak Polski przy stole negocjacyjnym w Mińsku, czy milczenie Donalda Tuska w Brukseli, któremu najwyraźniej Makrela kazała schować się do szafy, są nader wymowne. W tej chwili nawet w Wilnie, Rydze i Mińsku nie jesteśmy traktowani poważnie, nie mówiąc już o znaczniejszych stolicach. Jeśli dodamy do tego prorosyjski kurs Czech, Słowacji, Węgier i Bułgarii, to wychodzi, że jesteśmy sami.

W najbliższym czasie na Ukrainie możemy spodziewać się wzrostu nastrojów antyzachodnich, co jest naturalną konsekwencją zdrady w najgorszym stylu rodem z Monachium i Jałty. Jednocześnie zapaść gospodarcza i drakońskie reformy pod dyktando MFW spowodują narastające rozczarowanie i frustrację, co skwapliwie zostanie zagospodarowane przez Moskwę, choćby dla wywołania nowego Majdanu inspirowanego tym razem z Kremla. Neobanderyzm – póki co ukierunkowany przeciw Rosji – nie znajdując ujścia w walce z „zielonymi ludzikami” może zostać przestawiony z powrotem na tory antypolskie, by jakoś skanalizować społeczne wrzenie, o czym bardziej szczegółowo pisałem przed tygodniem. Krótko mówiąc – o ile Ukraina pozostająca w militarnym klinczu z Rosją nie stanowi dla nas zagrożenia, o tyle ta sama Ukraina, wściekła na Zachód i podporządkowana Moskwie może stać się dla nas potencjalnie bardzo niebezpieczna, tym bardziej jeśli zacznie się niekontrolowana fala migracji ludzi uciekających ze zrujnowanego kraju, nasączonych często nacjonalistyczną propagandą. Ostatnią rzeczą jakiej potrzebujemy, to ogniska banderyzmu np. w południowo-wschodniej Polsce.

Nie pałałem specjalną sympatią do sterowanego przez oligarchów Majdanu, ani do recydywy banderowszczyzny, jednak patrząc realnie - Putina należy zatrzymać. Podstawowym zagrożeniem niezmiennie pozostaje dla nas Rosja, zaś postawienie tamy jej neoimperialnym zakusom leży w naszym jak najlepiej pojętym interesie. Przełamanie obecnej bierności i wyjście z regionalnej izolacji, zintensyfikowanie kontaktów z krajami nadbałtyckimi, Kijowem, ale też i Mińskiem bez oglądania się na meandry polityki Berlina i Waszyngtonu jest dla nas palącą potrzebą. Tyle, że gnijąc pod obecnymi rządami Polska nie będzie w stanie tego zrobić. Dlatego ten rok jest dla nas kluczowy – tu chodzi o być albo nie być. Jak napisał niedawno (choć w nieco innym kontekście) prof. Andrzej Nowak - „Cofać się nie ma dokąd. Przetrwać bez zwycięstwa nie można”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/ukraina-czyli-pok%C3%B3j-gorszy-od-wojny#.VPHU6Y6NAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/piel%C4%99gnowa%C4%87-wojn%C4%99#.VPHU-o6NAmx

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 7 (23.02 – 01.03.2015)

czwartek, 19 lutego 2015

Ukraina, czyli pokój gorszy od wojny

Czy za kilka lat staniemy twarzą w twarz z osią Moskwa-Kijów?

I. Pod dyktando Putina

Ostatnie doniesienia z frontu wojny rosyjsko-ukraińskiej nie napawają optymizmem. Kolejne rundy rozmów pokojowych między Niemcami, Francją, Ukrainą i Rosją z okazjonalnym udziałem USA wskazują, że rozwój sytuacji zmierza do zawarcia pokoju na warunkach Putina. Kreml postanowił najwyraźniej zastraszyć zachodnich przywódców „niekontrolowaną eskalacją” działań wojennych, czego przedsmakiem ma być obecna ofensywa „separatystów” w rejonie Debalcewa i wymusić na nich pogodzenie się z dotychczasowymi zdobyczami Rosji. Nawiasem mówiąc, za bardzo naciskać nie musi, bo Zachód nie marzy o niczym innym, jak tylko o jak najszybszym zakończeniu donieckiej awantury, na jakichkolwiek warunkach które można sprzedać medialnie jako wypracowanie kompromisu i powrocie do robienia z Rosją interesów. Europejscy przywódcy są skłonni do ustępstw tym bardziej, że ich koszta wszak poniesie Ukraina, a nie oni. Gadanie, że może dostarczymy Ukrainie jakąś broń w grudniu po południu jest śmiechu warte i tak też traktuje je Putin, na którego korzyść gra również spadające morale Ukraińców uciekających przed poborem i rozkład wewnętrzny tamtejszej armii nie potrafiącej prowadzić konsekwentnych, skutecznych i skoordynowanych działań.

II. Korzystny klincz

W kontekście powyższego pragnę przypomnieć główne tezy z mojego artykułu „Pielęgnować wojnę” zamieszczonego w 38 numerze „PN” z końca września 2014 roku. Przepraszam za tę powtórkę, ale muszę dokonać krótkiej przynajmniej rekapitulacji, gdyż stanowić będzie ona punkt wyjścia dla dalszego wywodu. Otóż, z polskiego punktu widzenia, wojna na Ukrainie jest istnym darem niebios. Angażuje i osłabia obie strony konfliktu – zarówno Ukrainę, jak i Rosję – co siłą rzeczy gra naszą korzyść. Ukraina balansuje na granicy dezintegracji terytorialnej, gospodarka przeżywa zapaść, w siłach zbrojnych panuje chaos i bezhołowie - niejednokrotnie do granic groteski, jak wtedy, gdy trzeba było zarządzić ogólnonarodową zbiórkę na ciepłe skarpety i gacie dla walczących w Doniecku żołnierzy. Ponadto wojna angażuje skrajnie nacjonalistyczne ciągoty części Ukraińców w kierunku antyrosyjskim, co również jest dla nas korzystne, choć takie kwiatki jak nazwanie talerza mięs mianem „rzezi Wołyńskiej” wskazują na drzemiący antypolski potencjał neobanderowców.

Z kolei Rosja na skutek sankcji wykrwawia się finansowo. Maleją rezerwy walutowe, gospodarka balansuje na granicy recesji, szaleje drożyzna, postępuje inflacja i dewaluacja rubla, cena ropy maleje poniżej granicy opłacalności wydobycia, państwowe obligacje stoczyły się w ratingach do poziomu śmieciowego... Wycofanie się z gazociągu South Stream i kolejnej nitki Nord Streamu pokazuje, że Moskwa musi coraz mocniej zaciskać pasa, a należy jeszcze doliczyć koszta utrzymania krymskiej enklawy. Jedyna korzyść dla Rosji płynąca z tej wojny, to destabilizowanie sytuacji na Ukrainie i możliwość testowania w realnym boju ludzi i sprzętu modernizującej się armii.

Wszystko to razem wzięte powoduje, że im dłużej oba państwa targają się po szczękach, tym bardziej się nawzajem osłabiają, co sprawia, że maksymalne przeciąganie się konfliktu leży w naszym jak najlepiej pojętym interesie. Tylko od nas zależy czy wykorzystamy ten czas dany nam przez geopolityczne zawirowanie między Wschodem a Zachodem do wzmocnienia własnego potencjału. Oczywiście, aby wojna trwała nadal, konieczne jest wspieranie słabszej strony, czyli Ukrainy. Sprzedaż broni, surowców, jakaś linia kredytowa – to wszystko ma sprawić, by Ukraińcy wspomożeni zagraniczną kroplówką byli w stanie walczyć możliwie długo i nie wypuszczać Rosji z donieckiego klinczu. Dlatego też możliwe zawieszenie broni będące wstępem do pokoju – i to na rosyjskich warunkach – automatycznie oznacza dla nas pogorszenie sytuacji. Ale nie tylko. Groźba pokoju na Ukrainie jest dla nas niebezpieczna również z innego względu. Mianowicie, może ona skutkować w krótkiej perspektywie czasowej powrotem antypolskich resentymentów i to przy cichym wsparciu ukraińskich władz. Już tłumaczę w czym rzecz.

III. Niebezpieczny pokój

Wprawdzie na dzień dzisiejszy banderyzm na Ukrainie ma przede wszystkim oblicze antyrosyjskie - tylko, czy ten stan rzeczy dany jest raz na zawsze? Uważam, że nie – neobanderowszczyzna w każdej chwili może powrócić do swych antypolskich korzeni. Wystarczy tylko, że jakiś Kołomojski, czy kto tam ją obecnie sponsoruje, przestawi wajchę. A dlaczego miałby to robić? Wyobraźmy sobie następujący scenariusz.

Zachód wymusza na Ukrainie zawarcie pokoju, którego elementem jest rozległa autonomia Doniecka i Ługańska – czyli w praktyce Ukraina traci nad tymi obwodami kontrolę, przy jednoczesnej odpowiedzialności finansowej za ich odbudowę i utrzymanie. Krym staje się oficjalnie rosyjski. Europejscy „sojusznicy” przede wszystkim pragną, by w Kijowie panował porządek, umożliwiający im z jednej strony powrót do interesów z Putinem, z drugiej zaś – spokojną i planową kolonizację gospodarczą Ukrainy. Wskutek tego pilnują, by kijowskie władze z prezydentem-bombonierką na czele utrzymywały z Rosją poprawne stosunki i nie wkładały kija w szprychy. Batem na Kijów jest odcięcie pomocy finansowej od której jest uzależniona wycieńczona gospodarka ukraińska. Tymczasem pogłębia się zapaść ekonomiczna, postępuje degrengolada struktur państwa, szaleje korupcja, oligarchowie siedzą nietykalni na swoich udzielnych księstwach, rośnie bezrobocie, poszerzają się obszary nędzy – słowem, strukturalny kryzys pełną gębą.

Sytuację pogarsza dodatkowo końska kuracja zaordynowana Ukrainie pod naciskiem Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Do czego taka kuracja prowadzi możemy obserwować na przykładzie Grecji. Na Ukrainie było by to samo razy dziesięć. Kijów nie może wycofać się z programu reform polegających głównie na drakońskim cięciu wydatków, w tym socjalnych i „wygaszaniu” całych gałęzi przemysłu, gdyż oznaczałoby to odcięcie finansowego respiratora oraz reperkusje polityczne, np. danie przez Zachód Rosji wolnej ręki w sprawie Ukrainy, a to dla post-majdanowych władz oznaczałoby śmierć – i to w całkiem dosłownym znaczeniu.

Wszystko to razem wzięte skutkuje licznymi napięciami społecznymi, pogłębia się niezadowolenie, nasilają się demonstracje, protesty, weterani spod Doniecka i Ługańska oskarżają majdanowych polityków o zdradę... Czas stopniowo zaciera pamięć i Janukowycz zaczyna się ludziom wydawać nie taki zły, nad czym zresztą nieustannie pracuje rosyjska propaganda. Nad kijowskimi władzami i oligarchami zawisa widmo nowego Majdanu – tyle, że tym razem sponsorowanego z Kremla i Łubianki. Władze muszą więc jakoś skanalizować i ukierunkować masową frustrację obywateli. Najwygodniej uczynić to metodą wskazania wroga, obiektu nienawiści, najlepiej z zewnątrz. Kto do takiej roli się nadaje? Rosja odpada, bo jako się rzekło, Zachód sobie nie życzy wybuchu kolejnego konfliktu i ze wszystkich sił naciska na kolejne ustępstwa wobec Moskwy w imię nieśmiertelnej polityki świętego spokoju. Więc kto? Białoruś? Słowacja? Węgry? Rumunia? Wolne żarty. Do roli wroga nadaje się wyłącznie Polska, jako wielowiekowy „ciemiężca”, pragnący na dodatek dziś upokorzyć Ukrainę żądaniami by ta rozliczyła się z wołyńskiego ludobójstwa.

Rusza propagandowa machina, banderowcy przypominają sobie o wrażych Lachach – i to nic, że polski rząd jak zwykle grzecznie kładzie uszy po sobie w imię utrzymania fikcji strategicznego partnerstwa. Władze w Kijowie oficjalnie podkreślają „dobrosąsiedzkie stosunki”, a nieformalnie – wspomagają ile sił antypolskie resentymenty propagowane przez różne ośrodki. Nasilają się szykany wobec polskiej mniejszości, tu i ówdzie dochodzi do pierwszych aktów przemocy, padają postulaty rewindykacji terytorialnych... W odpowiedzi na odzyskanie przez Polskę dla zbiorowej świadomości Wołynia, Ukraina nagle odgrzebuje Akcję „Wisła”. Schemat jest przećwiczony – tak jak Rosja „odkryła” sprawę bolszewickich jeńców z 1920 w charakterze „anty-Katynia”, tak Ukraina używa powojennej czystki jako „anty-Wołynia”. W miarę upływu czasu Rosja pomału ze śmiertelnego wroga na powrót staje się gwarantem ochrony przed Zachodem i Lachami – zdrajcami słowiańszczyzny. Koniec końców, Ukraina z powrotem trafia bez jednego wystrzału pod skrzydła Moskwy, z pełnym błogosławieństwem Berlina i Brukseli, zadowolonych, że pozbyły się kłopotu. My zaś zostajemy sam na sam z osią Moskwa – Kijów, czyli odrodzonym rosyjskim imperium.

Nieprawdopodobne? Według mnie całkiem możliwe. Przypomnijmy sobie, że to tonący politycznie „pomarańczowy” Juszczenko wypromował, przy naszej bierności, pogrobowców OUN-UPA i doprowadził do odrodzenia kultu Bandery. Tak więc, nich ta wojna trwa jak najdłużej, bo odnoszę wrażenie, że siły polityczne w Polsce w ogóle nie biorą powyższego scenariusza pod uwagę i nie mają wypracowanych żadnych środków zaradczych na wypadek, gdyby wydarzenia potoczyły się w opisanym tu kierunku.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/piel%C4%99gnowa%C4%87-wojn%C4%99#.VNtPOCyNAmw

Ilustracja: Kresy24.pl

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 6 (76) 16-22.02.2015