Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta futerkowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta futerkowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 grudnia 2017

Futerkowe obsesje Czabańskiego

Czy zakaz hodowli zwierząt futerkowych jest wyłącznie efektem prywatnego fiksum-dyrdum pana Czabańskiego, czy też „inni szatani” są tu również czynni?


I. Futerkowy proletariat

Przewodniczący Rady Mediów Narodowych, Krzysztof Czabański, dostał białej gorączki po niedawnym odcinku programu Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać”, który poświęcony był branży futerkowej i projektowi ustawy m.in. zakazującej hodowli zwierząt na futra. Jeszcze tego samego dnia „zaćwierkał” na Twitterze, zarzucając prowadzącemu manipulację na rzecz hodowców norek i domagając się „wyjaśnień” od prezesa Kurskiego. Dzień później zawtórowała mu członkini Rady Mediów Narodowych, posłanka PiS i publicystka Joanna Lichocka, pisząc iż „program był ustawiony pod interesy hodowców”. Cóż, programy Jana Pospieszalskiego mają swoją specyfikę, dynamikę i temperaturę o czym wiadomo nie od dziś. Do tej pory formuła „Warto Rozmawiać” jakoś wymienionej dwójce nie przeszkadzała – problem zrobił się dopiero, gdy zwolennicy forsowanej przez nich ustawy przegrali w dyskusji. Dodajmy, w dyskusji, w której głos miały obie strony - ale ponieważ wynik debaty był nie po myśli pana Czabańskiego, to prezes Kurski wyląduje na dywaniku.

Złośliwie można powiedzieć, że wieloletni (1967-1980) członek PZPR znalazł sobie w zwierzątkach „proletariat zastępczy” i walczy o jego wyzwolenie spod ludzkiej opresji, tak jak niegdyś w szeregach partii bohatersko walczył z uciskiem ludu pracującego miast i wsi. Krzysztof Czabański jest bowiem ideowym wegetarianinem, który zasłynął bon motem: „zwierząt się nie zjada, zwierzęta się kocha”. W obecnej kadencji Sejmu jest członkiem Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt, a także promotorem, współautorem i posłem-sprawozdawcą nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt. Główną kontrowersją, prócz takich postulatów jak zakaz trzymania psów na uwięzi i wykorzystywania zwierząt w cyrkach, jest zakaz hodowli na futra norek, lisów i jenotów (z czteroletnim okresem przejściowym na „wygaszenie” ferm). Doszło tu do egzotycznego sojuszu ze skrajnie lewackimi organizacjami „ekologistów” (w mojej prywatnej terminologii ekologia jest nauką, a „ekologizm” - ideologią), takimi jak „Otwarte Klatki”, czy „Fundacja Viva!”. Projekt poparł równie czuły na los zwierząt Jarosław Kaczyński, który w wypowiedzi dla „Vivy!” mówił o współczuciu dla zwierząt oraz ludziach których życie zatruwa odór z ferm, dodając: „Bardzo często mówi się o normach europejskich, o europeizacji Polski, to jest właśnie droga do takiej prawdziwej europeizacji. (…) my nie możemy być krajem drugiej kategorii i rzeczywiście musimy być prawdziwą Europą i to jest krok w tym kierunku”. Kolejnym stałym motywem antyfuterkowego wzmożenia jest oskarżanie o uleganie lobbyingowi wszystkich stających w obronie hodowców.


II. Kwestia rozsądku

W związku z tym ostatnim zarzutem, czuję się w obowiązku ogłosić, że żaden podmiot z branży futerkowej nie zasponsorował niniejszego artykułu, a za teksty płaci mi wyłącznie „Warszawska Gazeta” - bo też obrona hodowców jest tu kwestią elementarnego rozsądku. Branża futerkowa to jedna z nielicznych dziedzin naszej gospodarki pozostająca niemal wyłącznie w polskich rękach. Obecnie działa w niej 1190 ferm produkujących w całości na eksport – futra sprzedawane są poprzez domy aukcyjne w Helsinkach, Seattle, Toronto i Kopenhadze i jesteśmy w tej dziedzinie światową potęgą, zajmując trzecie miejsce na świecie i drugie w Europie. Przekłada się to na 1,5 mld. zł. udziału w PKB i 50 tys. miejsc pracy (bezpośrednio na fermach i w firmach kooperujących), zaś łączna wartość inwestycji wyniosła dotąd ok. 5 mld. zł. Ponadto hodowcy rozwijając swoje biznesy często wzięli wieloletnie kredyty - „wygaszenie” całej branży oznacza dla tych ludzi falę bankructw i życiowe tragedie.

Wszystko to ma zostać przekreślone jednym pociągnięciem pióra motywowanego ideologicznie ustawodawcy, który swoje pseudohumanitarne i wegetariańskie obsesje chce narzucić całemu krajowi. Zacznijmy od cierpienia zwierząt. Owszem, w 2011 r. raport NIK zasygnalizował liczne nieprawidłowości w 23 fermach w Wielkopolsce – jednak już kontrola Inspekcji Weterynaryjnej z lat 2011-2013 (zbadano niemal wszystkie gospodarstwa w Polsce) wykazała daleko idącą poprawę. Okazuje się więc, że wystarczy skutecznie egzekwować przepisy by poprawić dobrostan zwierząt, bez likwidowania całej gałęzi rolnictwa. Do tego jednak potrzeba skutecznego aparatu państwowego – łatwiej jest więc wylać dziecko z kąpielą, strojąc się w piórka obrońców „braci mniejszych”.

Kolejna rzecz – fetor zasmradzający okolicę. Otóż rolnictwo tak już ma, że czasem brzydko pachnie. Śmierdzą chlewnie, obory, gnój rozrzucany na polach, zakłady mięsne i inne przetwórnie... Niżej podpisany w dzieciństwie miał sąsiada hodującego po drugiej stronie ulicy lisy i nutrie – wiem, jakie zapachy się z tym wiążą i oznajmiam, że nie są gorsze od woni trzody chlewnej i gnojowicy. Gdyby przyjąć perspektywę pana Czabańskiego, to całe rolnictwo można by sprowadzić do trwającego przez tysiąclecia smrodliwego maltretowania zwierząt. Otóż informuję pana Czabańskiego, że zwierzę to nie człowiek i stawianie znaku równości pomiędzy nimi dowodzi zaburzonej etyki i hierarchii wartości. Zwierzęta się zabija i już – dla mięsa, skór, futer, żelatyny i wielu innych produktów służących człowiekowi. Można tu zrobić co najwyżej tyle, by się nad nimi bez potrzeby nie pastwić, ewentualnie wprowadzić (i stosować) regulacje nakazujące umieszczanie ferm hodowlanych w stosownej odległości od siedzib ludzkich. Ponadto, zwierzęta futerkowe nadal będą zabijane – tylko że nie w Polsce i cały ten miliardowy interes przejmą z pocałowaniem ręki inne kraje, którym oddamy rynek, delektując się przy tym własną moralną wyższością.

Aha – kobiety nie przestaną nosić futer, tylko kto inny zarobi na ich produkcji, zaś futra sztuczne to zatruwanie środowiska na masowa skalę, bo są produkowane z takich samych tworzyw jak np. torebki foliowe.


III. „Europeizacja”, czy niemiecki lobbying?

No i wreszcie argument Jarosława Kaczyńskiego o „europeizacji”. Mógłbym to od ręki wyliczyć całą listę europejskich szaleństw – od „walki z klimatem” po genderyzm, homośluby i obronę kornika w Puszczy Białowieskiej. Przy okazji – to właśnie owa „Europa” walnie przyczyniła się do likwidacji całych sektorów polskiej gospodarki, dokonując skutecznej kolonizacji ekonomicznej naszego kraju. Teraz podarujemy jej na tacy kolejną intratną gałąź krajowej produkcji. Tak na marginesie – może by Pan, panie prezesie, zabronił ministrowi Szyszce polowań na klatkowe bażanty?

Na zakończenie tego wątku - staram się unikać chwytu zwanego „reductio ad Hitlerum”, ale analogia nasuwa się sama. Otóż III Rzesza chlubiła się wyprzedzającym swoje czasy prawem dotyczącym humanitarnego traktowania zwierząt – co nie przeszkodziło Hitlerowi (prywatnie – jaroszowi) dokonać wielomilionowego ludobójstwa. Obecnie PiS „humanitarnie” zakaże hodowli norek, wciąż tolerując aborcję eugeniczną i kunktatorsko chowając głowę w piasek w kwestii mordowania nienarodzonych dzieci – co potwierdza wcześniejszą uwagę o zaburzonej hierarchii wartości.

A teraz przejdźmy do lobbyingu. Oto prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, Cezary Kaźmierczak, podał na swoim blogu ciekawą informację – jeden z niemieckich koncernów utylizacyjnych wynajął lobbystów i „ekologów” właśnie do zwalczania branży futerkowej. Rzecz w tym, że odpady mięsne do tej pory były zjadane głównie przez hodowane u nas zwierzęta futerkowe. Po zakazie hodowli, nasze odpady z ubojni i zakładów mięsnych trafią – za słoną opłatą – właśnie do tego koncernu, a jest to rynek wart miliard złotych rocznie. Efektem będzie wzrost cen produktów mięsnych w Polsce. Podsumowując – zapłacimy więcej w sklepach, pozbędziemy się kolejnej branży (po uboju rytualnym i hodowli gęsi na foie gras), a Niemiec zarobi. Więc jak to jest z tym lobbyingiem? Czy zakaz hodowli zwierząt futerkowych jest wyłącznie efektem prywatnego fiksum-dyrdum pana Czabańskiego, czy też, mówiąc klasykiem, „inni szatani” są tu również czynni?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Bez futra do Europy


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 49 (08-14.12.2017)

niedziela, 26 listopada 2017

Bez futra do Europy

Zwierzęta futerkowe nadal będą cierpieć, tylko gdzie indziej, my zaś jedynie poprawimy sobie samopoczucie. Czysty irracjonalizm.


Na początek zastrzeżenie – ponieważ wszelkie głosy w obronie branży futerkowej zbywane są oskarżeniami o uleganie lobbyingowi, oznajmiam stanowczo, że nie jestem w żaden sposób związany z przemysłem futrzarskim i żaden z producentów nie „zasponsorował” niniejszego felietonu.

Teraz do rzeczy. Branża futerkowa to jedna z nielicznych kwitnących gałęzi krajowej gospodarki, znajdująca się – w odróżnieniu od np. montowni – niemal w całości w polskich rękach i również niemal w całości produkująca na eksport. Futra sprzedawane są za pośrednictwem domów aukcyjnych w Toronto, Kopenhadze, Helsinkach i Seattle – rocznie jest to 10 mln. skór z norek, 250 tys. z lisów i 50 tys. z jenotów, co przekłada się na 4 proc. wartości eksportu produktów pochodzenia zwierzęcego i 7 proc. wartości eksportu leśnictwa, rolnictwa i rybołówstwa. W liczbach bezwzględnych oznacza to udział w PKB rzędu 1,5 mld. zł. rocznie i 600 mln. wpływów do budżetu. Wg danych branżowych w całej Polsce działa 1190 ferm hodowlanych w których zatrudnionych jest 10 tys. osób plus dalsze 40 tys. w firmach kooperujących. Generalnie, jesteśmy trzecim co do wielkości producentem skór na świecie i drugim w Europie, a w hodowle zainwestowano do tej pory ok. 5 mld. zł.

I to wszystko ma zostać przekreślone jednym pociągnięciem pióra w ustawie, której projekt będzie procedowany na najbliższym posiedzeniu Sejmu – a że widnieje pod nim podpis samego prezesa Kaczyńskiego, to najpewniej ustawa przejdzie bez większych zmian. Jej przepisy wprowadzają całkowity zakaz hodowli zwierząt futerkowych, a hodowcy na wygaszenie branży będą mieli 4 lata. Co ciekawe, przewidziano wyjątek dla królików, do których rządzący, sądząc po niedawnej kampanii medialnej, mają jakąś dziwną predylekcję. Inne zapisy zakazują m.in. używania zwierząt w cyrkach i trzymania psów na łańcuchach (w okresie przejściowym łańcuch nie może być krótszy niż 5 metrów).

Przeciwnicy hodowli futerkowych podnoszą niehumanitarne warunki przetrzymywania zwierząt oraz niekorzystny wpływ na środowisko – np. to, że norki amerykańskie uciekają z hodowli, stając się gatunkiem inwazyjnym, ponadto fermy swoimi zapachami zasmradzają okolicę. Powołują się przy tym na raport NIK z 2011 r., kiedy to skontrolowano 23 fermy w Wielkopolsce, odnotowując liczne nieprawidłowości. Rzecz w tym, że w latach 2011-2013 Inspekcja Weterynaryjna przeprowadziła kompleksową kontrolę niemal wszystkich gospodarstw w Polsce, zaś kolejny raport NIK z 2014 r. wykazał znaczną poprawę. Czyli okazuje się, że można zadbać o dobrostan zwierząt bez zarzynania całej branży. Zatem obecnie likwidację przemysłu futerkowego należy traktować w kategoriach czysto ideologicznych.

Otóż nie widzę specjalnej etycznej różnicy między hodowlą zwierząt na futra, a hodowlą na mięso – a mamy wszak fermy drobiu z chowem klatkowym, chlewnie czy „przemysłowe” obory z krowami, które nigdy nie widziały pastwiska. I coś państwu powiem: one też nie najlepiej pachną. Swojego czasu mieszkałem na osiedlu położonym na skraju miasta – kiedy chlewnia znajdująca się w pobliskiej wsi wypuszczała swoje „smrody”, trudno było oddychać. Rolnictwo i generalnie produkcja żywności tak już ma, że czasem nie najlepiej pachnie, co potwierdzić może każdy, kto choć raz wąchał rozrzucany wiosną na polach obornik. Czy zatem mamy zakazać chowu trzody chlewnej? Przy okazji – co ze skórami pozyskiwanymi ze świń, krów, czy ze wspomnianych już królików?

Co do empatii – informuję, że zwierzęta futerkowe nadal będą cierpieć, tylko gdzie indziej i to inne kraje czerpać będą zyski, my zaś jedynie poprawimy sobie samopoczucie, bo będziemy mieli czyste rączki. Czysty irracjonalizm. A co z cierpieniem pół-śniętych karpi sprzedawanych z przenośnych zbiorników? Zbliża się Wigilia i zapewne jak co roku czeka nas kolejna medialna erupcja sezonowego humanitaryzmu. Zakazać świątecznego rybobójstwa! (Ekolodzy zupełnie serio mówią o „holokauście zwierząt”). Kolejny argument – można nosić sztuczne futra. Tak, tyle że sztuczne futra są tak samo „eko” jak torebki foliowe, bo wyprodukowane są z identycznych tworzyw sztucznych. Tak nawiasem, ekoterroryści słyną z akcji polegających na otwieraniu klatek, bądź sprayowaniu zwierząt farbą – w pierwszym przypadku sami przyczyniają się do rozprzestrzeniania inwazyjnych gatunków (zakładając, że hodowlane zwierzęta są w stanie przeżyć na wolności), w drugim zaś – przyśpieszają ich śmierć, bo hodowca takie „zepsute” sztuki jest zmuszony po prostu zabić. Ot, logika.

No i wreszcie teza wygłoszona przez prezesa Kaczyńskiego, że dzięki zakazowi hodowli znajdziemy się bliżej „prawdziwej Europy”. O tak, nikt inny jak właśnie owa „Europa” nie przyczynił się w ostatnim ćwierćwieczu do likwidacji całych gałęzi polskiej gospodarki. Teraz, gdy zmuszeni jesteśmy szukać rozmaitych nisz w których moglibyśmy zaistnieć, okazuje się, że i to nie jest dla nas właściwe. Ale nic to – marsz do Europy! Wprawdzie bez futra, ale za to z dumnie wypiętym gołym zadkiem.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 47 (24-30.11.2017)